Świetlane życie w tych wielkomiejskich światłach

        Hallo, jesteś z miasta, czyli żyjesz w tyglu ludzkiego roju. Ten rój nie wytwarza miodu, a produkuje śmieci oraz swoisty zapach spalin zmiksowanych z  cuchnącymi zsypami, odchodami, smrodem rozkładających się rzeczy, potem ubrań, fetorem ścieków, słowem, odpadami naszego życia. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przyjmie się lansowana teza, iż częste mycie nie jest wskazane, a jeśli prać, to tylko w orzechach.

miast

          Światła miasta to osobny temat, choć większość ślepo wpatrzona w to rozbłyskane migotanie, więc jak te ćmy opalają sobie skrzydełka. Rój ludzki  przestrzeń  dodatkowo doświetla świecącymi smartfonami nawet przejścia dla pieszych, czy miejsca spacerów z dziećmi. Miasto nęci wygodą, ciepłem, lepszym dostępem do opieki medycznej, kultury, a przede wszystkim  rozrywki full wypas – dopóki jest zdrowie.

             Miasto widziane okiem przyjezdnego jawi się jako miejsce niezbyt przystępne, ponieważ daje odczuć swoją wyższość nad resztą świata, czyli słoikami. Przybysza zaskoczy fakt, że w aglomeracji miejskiej może wszystko dzielić. Nawet ten przysłowiowy stół także inicjuje podziały. Obecnie właściwie tylko prowincja je obiad; wielkomiejscy idą na lunch lub lunch break („Wiesz, ostatnio na lancz brejku usłyszałem anegdotkę, że jak kolega wraca z pracy, to jego komputer na dzień dobry macha jostickiem”).

          Na lanczu je się kaszę kinoa z solą himalajską i sałatką sacla, pina coladę zamiast mannę na słodko, czy kkwabaegi, bo lepiej brzmi niż pączki. Ludzi dzieli też dress code, gdzie ważny jest nie tylko fason szaliczka, ale i sposób jego  wiązania. Dzieci przyjezdnych od razu zainteresowane są pieniędzmi w fontannach („Tato, patrz, jacy rozrzutni, a potem będą mówić, że im brakuje”).

             Ścisk straszy odmiennością, budzi lęk („Ale asfalt”, „Nie podchodź za blisko do tych tatuaży”). Bolą kolejki po wszystko, a przecenione chińskie bokserki czy warzywna sałatka ( a jeszcze trzy dni temu była droga, bo była wtedy pewnie  świeższa) idą jak te ciepłe, odmrożone bułeczki. Tylko tu usłyszysz w domofonie: Proszę otworzyć, przynoszę rozdać nowe fanty. Na pytanie: –  Jakie?, usłyszysz: – Nowe promocyjne ceny ciast i ciasteczek. Inna rzecz, że to było już po świętach. Tu znajdziesz salony od manicure po salony masażu, których jest bez liku. I tak ajurwedyjski na cztery ręce za 340 zł, ugniatający lomi lomi nu za 320 zł, dotyk orientu dla dwojga za 500 zł. Wymasować możesz sobie wszystko, nawet pępek i pewnie nie wiesz, że ten masaż pępka stymuluje pracę mózgu, a ponadto obok  pępka znajduje się punkt energii życiowej i twojej namiętności. Hit. Jest na co wydać ciężko zarobione pieniądze.

          W mieście mówi się takim językiem  langłisz. Tu się czelendżuje, kołczuje, diluje. I nieważne, czy it make sense. Nie o sens chodzi, a wyróżnik. Mówi się ASAP, czyli tak szybko jak się da. Czas nagli. Urgent! Ten ardżent to super ważna informacja, a jeszcze trzeba podać informację zwrotną, czyli fidbek (feedback), a potem update, aptejdujemy, by uaktualnić, więc z kolei bierzemy owertajmy (overtime), nadgodziny, ponieważ od zrealizowania tego taska (zadania) będzie zależało… I tu wstawiamy w zależności: samoocena, zazdrość kolegów, pozycja, samopoczucie, poklepanie przez szefa, podziw koleżanek.

              Podobno ewolucja przygotowała nas do życia bardziej na sawannie i w wiejskich ostępach niż w dżungli miasta. Warto o tym pamiętać, gdy rozkoszujemy się paradoksalną samotnością w tłumie i zgiełku ulicznego molocha. Chronimy się przed hałasem i smogiem w czterech ścianach ulubionej sieci z tym kotem (psem) na pocieszenie, bo przecież trzeba kogoś kochać. Potem to już można zjeść rurkę ze sztuczną śmietaną w galerii, burgera w Donaldzie, odwiedzić romantyczne KFC, aby odebrać kubełek skrzydełek i popić Colą Zero. Niejako przy okazji weź pastylkę na sen, na dobre samopoczucie, na talię osy, na zmęczone powieki, na kości, na żołądek, czyli białe, różowe, żółte i te niebieskie. Pozostanie jeszcze marzenie o abonamencie na ten upragniony święty  s p o k ó  j.  Masz czego chciałeś, czyli świetlane życie w swoim mieście.

Wiecznego spokoju brak

       Mogę powiedzieć, że należę do pokolenia dobrej szkoły (nie mylić z dobrą zmianą),  gdzie trzeba było znać wiersze poetów, a nawet uczyć się ich na pamięć. Jednym z nich  była „Urszula Kochanowska” B. Leśmiana:  

„Gdy po śmierci w niebiosów przybyłam pustkowie,

Bóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie.

— „Zbliż się do mnie, Urszulo!

Poglądasz, jak żywa…

Zrobię dla cię, co zechcesz, byś była szczęśliwa”

— „Zrób tak, Boże — szepnęłam — by w nieb Twoich krasie

Wszystko było tak samo, jak tam — w Czarnolasie!

I umilkłam zlękniona i oczy unoszę,

By zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?

Uśmiechnął się i skinął — i wnet z Bożej łaski

Powstał dom kubek w kubek, jak nasz — Czarnolaski.

I sprzęty i donice rozkwitłego ziela

Tak podobne, aż oczom straszno od wesela!

I rzekł: „Oto są — sprzęty, a oto — donice.

Tylko patrzeć, jak przyjdą stęsknieni rodzice!

I ja, gdy gwiazdy do snu poukładam w niebie,

Nieraz do drzwi zapukam, by odwiedzić ciebie!”

I odszedł, a ja zaraz krzątam się, jak mogę, —

Więc nakrywam do stołu, omiatam podłogę

I w suknię najróżowszą ciało przyoblekam

I sen wieczny odpędzam — i czuwam — i czekam…

Już świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie,

Gdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie…

Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!

Serce w piersi zamiera… Nie!… To — Bóg, nie oni!.”

           To jeden z najbardziej oryginalnych utworów, jakie znam, które dotyczą spraw ostatecznych, czyli śmierci i życia pozagrobowego. Renesansowy Kochanowski  w swym „Trenie XIX” ukazuje sielski obrazek, na którym matka poety trzyma swą wnuczkę i pokazuje synowi, że dziewczynka znalazła w niebie prawdziwe szczęście. Leśmian z kolei oddaje głos Urszulce. Dziecko w tym niebie nie jest szczęśliwe. Wprawdzie pokazuje wszystko pięknie urządzone, cieszy się zaświatami, mówi: popatrzcie, mam dom całkiem taki sam jak w Czarnolesiu, ubrana jestem w najbardziej różową sukienkę na świecie, mam wszystkie potrzebne sprzęty, rozkwitłe ziele, ale nie jestem z tego zadowolona, mimo że Bóg spełnił me prośby i potrzeby. Dlaczego? Tu nie ma tych, których kocham.

       Współczujemy tej małej, wystraszonej dziewczynce, której serce umierało co dnia z tęsknoty za rodzicami i bliskością ludzi. Dla niej nie była to pełnia szczęścia, a zimna i bezduszna pustka. Dzieci z reguły są szczere, więc kiedy usłyszała pukanie, otworzyła i zobaczyła Boga, przeżyła rozczarowanie zamiast szczęścia i ukojenia.  Wprawdzie tam, w zaświatach wszystkie potrzeby są zaspokojone, ale bardzo dokuczliwym staje się brak pozostawionych na ziemi twarzy bliskich i ludzkiego, rodzinnego ciepła.  A tak się Kochanowskiemu wydawało, że życie pozagrobowe to wyciszenie od trosk, kłopotów, czyli sama sielanka idyllicznej szczęśliwości.

            Dla Leśmiana zaświaty to przymus pozostawienia kochanych ludzi, więc nie ma co się łudzić, że bez miłości bliskich zaznasz błogostanu w arkadii. I cóż, że niebo pięknie urządzone? Daleko nam do wiecznego spokoju, kiedy myślimy o ostateczności. Współczujmy sobie, bowiem niekoniecznie śmierć może być upragnionym wybawieniem i wewnętrznym spokojem. Ucieczka od trosk również może okazać się rozczarowaniem jak u tej drogiej Urszulki. Odwrócony topos Leśmianowego nieba nie pozostawia wątpliwości o pozornej szczęśliwości. Odwieczny dramat człowieka tu na ziemi i na wieki. I nie myśl, że ciebie to nie dotyczy.



baner

 

Salon internetowej władzy

       76881-18220-okulary_ochronne_nellore_szyba_1f_uv_lustrzank-org

        Kochani, niekiedy rozłożę się na kilka minut na tym Facebooku, gdzie osobom i rzeczom nadaje się odpowiednie słowo. Nieprzywykła do jego odwrócenia, przenicowania, sama odwracam wzrok od słowa „mać” z dodatkiem litery „k”, a z kolei za „kochana” mogę zostać przykładnie ukarana. Zwyczajowo już przywołuję służbę:

- Janie, proszę o kieliszek, a najlepiej od razu kufel.

            Na trzeźwo nie da się Internetu ogarnąć, ale skoro nie żyjemy w jaskiniach, więc muszę opanować ten język przyszłości, czyli medialny. Dzięki Internetowi milczące dotąd tłumy wykształconych inaczej mogą się wypowiadać i to dobrze. Gorzej, jeśli rządzą, tłitują filozofię typu pozbądź się kilogramów, a będziesz piękny i bogaty, bądź fejsują kulturę szczęśliwości wybielającego proszku do prania w zamian za co wypinają dumnie pierś po lajkowe odznaczenia. Tu nie magisterium ani doktorat rządzi, bo też nie ten szczebel wspinania, ale ułuda obrazkowa, która jak ten reklamowany czosnek na Onecie zatyka, zapycha nie tylko ucho, ale i świadomość. Nic nie jest już takie samo, kiedy oglądasz niezwykłe gadżety, jesteś uwodzony produktami, a jedyna wena, która powinna cię ogarniać, to wena kupowania. Jak mus to mus.

         Powstał człowiek, dla którego wirtualny świat stał się polem dla nowych procesów społecznych. Nazywany bywa targetem (target group), zasobem (resource) bądź konsumentem (consumer), bardziej biznesowo; business is business, a to pociąga za sobą odhumanizowanie i bezrefleksyjność. Zapatrzeni w konsumpcjonizm, zatraciliśmy troskę o stan umysłu. Człowiek potrzebuje do życia oprócz chleba z ziarnami także zdrowej duchowej strawy, a baryłka ropy to baryłka ropy. Są wartości, których nie da się kupić jak tę ropę i inne produkty uszczęśliwiania. Czas na zmiany. Te dobre, targecie?

           Demos, który był w starożytności źródłem władzy ustanawiającej prawa, jak nigdy dotąd, wie, że może to ucho odetkać, bezmyślnych wywieźć na San Escobar, pustaków ośmieszyć, a kit z telewizyjnych okienek usunąć. Nie musi bezrefleksyjnie i bezmyślnie przyjmować bezwartości. Coraz więcej  widać obudzonych i skrzykniętych. Zakładają te swoje niebieskie okulary, by pójść nową drogą myślenia z tej innej perspektywy  p r z y s z ł o ś c i,   lansowania kultury, upowszechniania uniwersalnych wartości, wyższych wymagań. Mają wolny wybór, więc mówią – stop – ekshibicjonistom zewnętrznym typu modny wzorek na rzecz świata tego naszego wnętrza.

            Facebook, Twitter, Instagram potężniejsze niż pieniądze i stanowiska. Tu jest władza, trzeba mieć tego świadomość. Ta nasza bierność sprawia, że czujemy się zadziobani.  Nie tylko kury z wolnego wybiegu mogą być szczęśliwe. Be happy, człowieku, be happy.

Klechdo polska, dziejbo i pochmielu księżycowy wybitnego poety

       Słowo się rzekło, a słowa należy dotrzymywać. Zatem informuję, że jedną z lepszych moich inwestycji są tomiki poezji Bolesława Leśmiana. Poetą roku 2017 mógł być B. Leśmian, ale prawdopodobnie jako Lesman miał niewłaściwe pochodzenie. (Królowa Polski z racji swego pochodzenia pewnie również zażenowana). Można powiedzieć słowami poety „świat się zmniejszył na zawsze o twą drobną postać”. Maltese Falcon w dowcipnym komentarzu (http://szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl/2017/01/11/) dodaje: „Gorzej będzie w przyszłym roku, bo ma zostać ustanowiony Rokiem Prawych Dopływów Wisły”.  Sokole, a lewe się obrażą. Nie zmienia to faktu, że  Senat  zamienił   L e ś m i a n  a   na ścieki wodne.

lesm

          Autor wiersza „W malinowym chruśniaku” będzie czytany i podziwiany, a nazwiska jego zaprzańców będą zapomniane na wieki. Leśmian jakby to przewidział: ”Z płomiennej wiosny zarówno korzystają i pędy szlachetne, i zielska nikczemne”.   P. Kuncewicz pisze o autorze „Dziejby leśnej”:  ”(…) ostatni (w dwudziestoleciu) poeta miary już w skali światowej największej”.

        W wierszach B. Leśmiana ujawnia się swoista filozofia, która mówi, że żyjemy w bliżej nieokreślonym czasie i przestrzeni„w bezczasie”, istniejemy pod różnymi postaciami w różnych krainach („wodne zwodnice”, „zaświaty”). Autor „Przygód Sindbada Żeglarza” uznaje prawa człowieka do kreowania „własnego ogrodu”, czyli własnego porządku swojego  życia i tego świata, który zielenieje na wymroczu, /  Gdzie się cud rozrasta w zgrozę i bezprawie, wykreowanego przez wyobraźnię i w umyśle tytułowego bohatera, który go wywiódł z nicoś. Chce wiedzieć, dlaczego na świecie istnieje zło.

       Poeta tworzy baśniowe postaci o imionach „znaczących”, będące wyrazem jego słowotwórczej inwencji: Pan Błyszczyński, Znikomek, Srebroń, Zmierzchun, Śnigrobek, Topielec zieleni. To poetyckie metafory, akcentujące jakąś zasadniczą cechę, czy funkcję tych postaci w fantastycznych utworach lirycznych. Próbują poznać istotę świata, trud istnienia, dobro i zło. Neologizmy leśmianowskietajemny bezśmiech, wonne niedowcielenie, zamrocz paproci, bezświat zarośli, bezbrzask głuchy mają swoje znaczenie w kontekście utworu i nie funkcjonują tak sobie, ponieważ bezśmiech, bezbrzask czy bezświat z tym przedrostkiem bez- informuje, że czegoś nie ma… wiele brakuje… ktoś nas zwodzi, czyli coś nie jest tak w tym naszym śmiechu, brzasku i świecie. Genialne. Z pozycji „zapodzianego po głowę” w malinowym chruśniaku (dawniej pisanego przez ó) z odległości i skróconej perspektywy można zobaczyć: „bąka złośnika”, „rdzawe guzy”, „złachmaniałe pajęczyny”, ale także dusiołki, bajdały, widzenia, nieokreślone tęsknice, ułudy. Sama biologia, chemia duszy i ciała naszego  życia.

           Tetryk  (http://madagaskar08.pl/blog/2017/01/02/rok-lesmiana/)  pisze:  „Proponuję, abyśmy raz na miesiąc zamieszczali wybrany przez siebie wiersz Poety”.  Tetryku, niech duch Leśmiana krąży nad naszym „dziwożonym”  XXI wiekiem,  a  w rzeczywistości zaledwie średnim.

           Kończę notkę apelem Dudiego: „Zachęcam również Siostry i Braci w blogerstwie do świętowania Nieoficjalnego Roku Leśmiana” (http://dudi.blog.pl/). Zatem świętujmy, aby nam nie groziło „zdziczenie obyczajów pośmiertnych”.

Zasłużyć na bycie Szwajcarem

       Szwajcaria zapadła głęboko w  umysł i już się od niej nie uwolnię. Pewnie to kraj jak inny, ale  urzekł mnie rozsądnym podejściem do ludzi, życia i świata. Wprawdzie znam przysłowie, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, nie mniej – ekhm – życie w przyjaznych warunkach, ze spokojnymi, pracowitymi ludźmi, bez po.pisów i z przejrzystymi zasadami wydaje się łatwiejsze. Warto pewnego ranka obudzić się w tym kraju zasiedlonym w starożytności przez Celtów i Retów, by  na którymś ze szczytów  wypić gorącą herbatę na kaszel w tym rozrzedzonym powietrzu. Jednakowoż nie dla pięknych widoków, nie dla tysiąca mostów, jezior, tuneli, bezpiecznych banków oraz niezliczonych atrakcji wybieram ten kraj. 

         Dlaczego Szwajcarzy? Na pewno nie dlatego, że to bogaty kraj, choć trzeba wiedzieć, że bogactwo każdego kraju zawsze bierze się z pracy i mądrego kierowania przez sensownych ludzi, a nie przez posiadanie pieniędzy. Według Global Wealth Report w 2012 statystyczny Szwajcar miał majątek wart 1, 5 mln zł. Zwróćcie uwagę na fakt, że bogaty Helwet mógłby odcinać kupony od swego majątku i jeździć jak polska celebra po Azji. Jeśli nie zobaczysz go na Maderze,  nie wywołuje awantur  na pokładach,  oznacza to, że  Szwajcar pracuje.  To pierwszy kraj, który nie chciał obniżenia tygodniowego dnia pracy z 42 do 36 !  Tyle że praca musi być solidna, dokładna, choć na luzie, ponieważ wspieranie pracownika jest powszechne. Należy dodać, że ok. dwunastu godzin miesięcznie pracują społecznie na rzecz ludzi, którym się nie udało. Szwajcarzy zdecydowali także o ograniczeniu zarobków prezesów spółek i wspomaganiu młodych na starcie.

          Helwet kocha swą  bezcenną neutralność, czyli stabilizację (od 1815 r.) oraz demokrację bezpośrednią. To  OBYWATELE DECYDUJĄ,  a nie partyjni wytypowani przez swe partie. Prezydent wybierany tylko na jeden rok, bo i po co na lata?  Do tego dochodzi prosta zasada, że państwo funduje rozmaite udogodnienia tym, którzy wytwarzają dochód narodowy.  Ponieważ ludzie identyfikują się z tym, co robią, stąd powiedzenia typu „chodzi jak szwajcarski zegarek”, „pewny jak szwajcarski bank” są całkiem na miejscu. Tu produkują najlepsze na świecie zegarki Patek, Omega, Rolex, Tissot…, a każdy składa się z 300 części  idealnie pasujących do siebie. U nas niby lepiej, bo nie mamy ograniczeń jak oni, o precyzję dbać nie musimy; wychodzi jednak na to, że  lepiej znaczy gorzej.

marmot-1317616__340

           Szwajcarzy chlubią się żywnością „pro natura”. Nie wolno naruszać godności roślinie i bezmyślnie uśmiercać (o wycinaniu puszczy nigdy nie usłyszą). Troska o przyrodę posunięta tak daleko, iż jedna z Polek zazdrościła życia kozom, przy których codziennie pracowała.  Kozy, krowy miały nie tylko zbilansowane jedzenie, dbano również o ich samopoczucie, bo szczęśliwe zwierzę daje dobre mleko na rewelacyjne sery, których jest ok. 450  gatunków. W Emmental można nauczyć się robić emmentalera. Niech nikogo nie dziwi, że bogaci Europejczycy chętnie kupują droższe mięso, sery, czyli żywność made in Switzerland. Czekolada także nie ma sobie równych.  Zatem Szwajcaria  z pozycji talerza wygląda równie dobrze.

         Zdumiewa świadoma obowiązkowość  Szwajcarów. Tu reguł się nie łamie i  prawa nie nagina do swoich celów. Opowiadają, że jeśli ludzie przechodzą przez jezdnię na czerwonym świetle, a stoi jeden, to na pewno jest nim Szwajcar. O polskiej świadomości nie napiszę, ponieważ takiej   totalnej  c o f k i   w sferze mentalnej u nas już dawno nie było.

           Nie tak łatwo zostać Szwajcarem. Mimo szacunku do wszystkich,  mimo  multi kulti, mieszkańcy dbają o to, by zasłużyć na bycie Szwajcarem. Dopiero po dwunastu latach i udowodnieniu zintegrowania się ze społecznością, możesz oczekiwać przyjęcia w poczet Confoederatio Helvetica (Konfederacja Helwetów), stąd nazwa franka szwajcarskiego – CHF.  Muszę przyznać, że tu ceny bolą,  nawet bardzo bolą.  Bilet na kolejkę, wyciąg ok. 62 CHF, hamburger 29 CHF, ser 22-25 CHF . Taki jeden dzień na nartach to ok. 700 zł plus w górę w zależności od luksusu, którego tu nie brakuje.

              Niewątpliwie miastem docelowym stałaby się Bazylea z 44 r. ne, kulturalna stolica Szwajcarii z czterdziestoma nowoczesnymi muzeami oraz pięcioma szlakami, które pozwalają przemierzyć Bazyleę śladami sławnych osób.

             Z rozsądnym Szwajcarem wolę zgubić niż z polskim politykiem znaleźć te pięćset. Świat stał się dostępniejszy, więc może kiedyś dowiem się, czyją matką stała się nadzieja. Nastawiam zegar  na  ten błękit nieba, biel bielszą od śniegu i zapierające dech widoki szwajcarskiej  r z e c z y w i s t o ś c i,  a świstak niech dalej te sreberka zawija i zawija.

Kto lubi rozwiązywanie tajemnic i zagadek

         Miejsce, gdzie niebanalnie upłynie czas, znajduje się w Krakowie przy ul. Szewskiej. Próżno jednak szukać na kamienicy nr 20 reklamy, wizytówki, czy tabliczki  ER (escape room). Wejście dla wtajemniczonych, bez szyldu, chociaż tu znajduje się  -  L o s t  B a r  -  i  te słynne gry escape the room.

       W przedpokoju przywita ciebie i twoich gości tajemnicza postać stojąca w półmroku. Jeżeli nie znajdziesz latarki, nie znajdziesz klucza i szyfru, więc nie wejdziesz do pokoju. A czas ucieka… Wreszcie wchodzisz do pokoju zagadek, dostajesz koperty, a w nich zadania, które rozwiązać musisz w ciągu godziny. Są to zagadki manualne, matematyczne, czy te na spostrzegawczość. Niby prościutkie, ale diabeł tkwi w prostocie i w szczegółach. Wprawdzie każda ekipa sobie poradzi, ale emocje wielkie, skoro czas ogranicza, a jeśli nie rozwiążesz zagadek, to nie wyjdziesz z pokoju!  (Wielu narzeka, że przy kłódkach ciemno, więc nie można szyfru do klucza dopasować, ale też mało komu przychodzi do głowy, by poszukać tego kontaktu  i  zapalić światło). Tu musisz myśleć, a nie siedzieć.

          Osobliwości sporo, ponieważ równocześnie rozwiązuje się zagadki na różnych poziomach, czas ponagla, rodzą się wątpliwości, a wydostać się w końcu trzeba. I tak  w  pokoju Das motel znajdujesz się pośrodku pustkowia w zaginionym pokoju, w którym po przespanej nocy znikają podróżni, a ty dostajesz wskazówki, by znaleźć rozwiązanie zanim i ty nie znikniesz. Masz na to godzinę, a czas pędzi nieubłaganie. Należy rozwiązać mroczną tajemnicę, niezwykłą historię i wydobyć się z pokoju zanim przyjdą oprawcy. W pokoju Cyrk Dziwaków jest gabinet osobliwości grupujący odszczepieńców, wyrzutków, tych innych, czyli dziwaków o czterech rękach bądź z pierzem zamiast gładkiej skóry…

             W noc sylwestrową moi Bliscy wraz z Przyjaciółmi  dostali trzy zadania. W pierwszej rundzie otrzymali list kobiety, która opowiada tajemniczą historię swego romansu, więc musieli odszukać zaszyfrowane cyfry i odpowiedzieć na pytanie: kto zabił jej Hansa i otruł kota. Dostali też planszę podzieloną na kwadraty z cyframi. Na nią należało nałożyć kolory w odpowiedni sposób i rozwiązać działania matematyczne, ponieważ każdy kolor miał przypisaną swoją cyfrę. Trzecia runda to wskazanie twarzy mordercy.  W środku zdjęcie złoczyńcy, gdy był dzieckiem, a dookoła twarze dorosłego oprawcy. Jeśli ktoś zechce porównywać do twarzy dziecka, to może w jeden wieczór nie skończyć zabawy. Chodzi o to, że twarze są identyczne, a tylko jedna… Za rozwiązanie zagadki dostali zestaw piw doskonałej jakości w specjalnie projektowanych szklankach. Nie ma to jak dobry pomysł.

          Warto również przyjść z przyjaciółmi na coworking, posiedzieć wspólnie przy tej nielekkiej pracy, by  między 12.00 a 15.00 otrzymać herbatę i kawę. Można poprosić o planszówki, np. Tron, Eurobiznes, Scrable, Dixit, Moce Albionu, a wiadomo, że gry doskonale komponują się z dobrym piwem i chilloutem, muzyką do słuchania i relaksu. Ta kultura muzyczna ściśle związana jest z tym nurtem, więc występuje przeważnie w  klubach i barach.  Znalazłam chillout na 2017 rok:



         Przy barku zamówisz piwa od Miłosława Pilznera poprzez Kormoran, Amber Boy do Be Like Mitch, czy The Butcher. Ponadto drinki, np. Mojito, świeżo wyciskane soki, smoothies, kawa (7-9 zł), herbata sypana, napoje. Na zamówienie może być catering włoski, czyli patera kanapek, koreczki, koszyczki z ciasta filo,  sałatka TriColore, burgery, frytki, pizza.

         Czas tu upływa mniej banalnie niż samo balowanie (choć ten ER jest również imprezowy). Wcielenie się w Sherlocka, Columbo, czy Muldera to również niecodzienna rozrywka. Nie bawisz się bezmyślnie, bowiem musisz główkować, dopasowywać i rozwiązywać. Wprawdzie młodzież uważa, że brak tu elektroniki, ale może to i dobrze, że kciuki nie klikają, więc odpoczywają w czasie zabawy, przecież najważniejszy jest klimat, atmosfera wspólnych  emocji i przeżyć ze swymi przyjaciółmi.

               

Rozwiązły koniec starego roku

          Wszem i wobec wiadomo, że końcówka roku jest niezmiernie udana,  co przekłada się także na każdą kieszeń. Najpierw bowiem przyszedł Mikołaj, następnie Aniołek zwany też Gwiazdorem, wkrótce Sylwester, a w końcu krok po kroku  Nowy Rok. On odmłodniał, jednakowoż dziwnym trafem ludzi postarzył, co zresztą sama zgrabnie tuszuję tym, że przez ten rok przybyło wiele doświadczenia życiowego w tych nienazwanych pragnieniach długich życzeń i zamierzonych intencji.

        Jednakowoż nasze życie jest ciągle za krótkie, aby wszystkie marzenia zrealizować, a pragnienia przekuć w ten herkulesowy wyczyn. Cóż poradzić, kiedy to nasze życie objęte jest widoczną ochroną  (jak te smardze niegdyś popularne w naszej kuchni).

smardz-grzybnia-na-ziarnie-tp_1187905095743343498f

           Nie musi być tak perfekcyjnie, żeby wszystko było idealne. Dobrze jest czasem posmakować chociaż tego AROMATU absolutnej rozpusty raju dla smakoszy  w tej różowej Tuluzie. Rozpusta uzasadniona, każdy przecież chciałby spróbować tego dojrzewającego, niepasteryzowanego czarnego sera koziego, czarnej tuluskiej szynki, czy czarnej trufli. Cóż, że kolor wzięty z ziemi, skoro aromat tych smakołyków głowę urywa.

      A na noworocznego kaca potrawy muszą mieć silny aromat i ostre przyprawy. Ja znam na kaca dwie rady:  nie trzeźwieć albo  nie przeholować .  W tej blogowej kuchni to jest tak, że albo solą, albo pieprzą, jakby innych przypraw nie było.  I jakby nie było tego  żubra… Pamiętajmy, że każdy  kac niewłaściwie stosowany  może zagrażać naszemu zdrowiu lub życiu. Jeśli już ta głowa musi boleć, to moja propozycja menu jest następująca:

          Zacznijmy od przystawki. Idealne będą gałązki selera naciowego, które wkłada się do sosu, dipu, czy musztardówki. I z namaszczeniem żuje, międli, smakuje, rozgryza. Seler jest afrodyzjakiem, więc skarpetki z nóg… Zupa to albo barszcz czerwony, albo w trudniejszych przypadkach sama woda spod kiszonych ogórców. Na drugie danie roztopić różne pleśniowe sery (w szczególności  te o zapachu spoconego trampka), wrzucić  ugotowane spaghetti,  posypać startym parmezanem, by poczuć wreszcie tę jedwabistość w ustach. Jedną nitkę makaronu jemy we dwoje, czyli każdy ze swojego końca. I przyjemność, i zabawa. Proste to i lepsze niż kałamarnica, żabnica i ośmiornica razem wzięte. A tak nawiasem mówiąc, w ramach unarodowienia Polski, warto się zastanowić, co zrobić z obcymi nazwami potraw: spaghetti bolognese, ruskie pierogi, sernik wiedeński, ravioli, śledź po japońsku, smoothie. Trzeba koniecznie pozostawić kołtuny w polskiej śmietance.

         Potem to już czas na jakieś  niepasteryzowane, chmielone na zimno…          Alkoholu wcześniej nie radzę kupować, ponieważ wg  Piotra O. to produkt  n a j b a r d z i e j  n i e t r w a ł y,  a ten Watrowicz wie, co mówi…  Niemniej  - całowanie pod jemiołą wskazane.

           Coś mi się zdaje, że sama też zasłużyłam na sylwestrowego drinka.

Jarmark wigilijnych cudów

szopka

        O, choinka! O tym, że będą święta Bożego Narodzenia dowiedziałam się już zaraz po Święcie Zmarłych. Pojawiły się lampki, łańcuchy, świecidełka, a świat rzeczy zachęcał do wydawania pieniędzy, wszak Aniołkowi nikt nie powinien niczego żałować (szczególnie ciepłych skarpet, by mu nogi nie marzły). Świat pachnący świerkiem, piernikami, makiem przypomina o marzeniach wpatrzonych w nadejście pierwszej gwiazdki na zmianę losu, na prezenty, na ludzką mowę psa, nade wszystko na nadejście  wigilijnych cudów tych wesołych i tych szczęśliwych świąt.

„To właśnie tego wieczoru
zło ze wstydu umiera,
widząc, jak silna i piękna
jest Miłość, gdy pięści rozwiera.

To właśnie tego wieczoru,
od bardzo wielu wieków,
pod dachem tkliwej kolędy
Bóg rodzi się w człowieku.”

                                                     (L. Krzemieniecka „Wieczór wigilijny”) 

         Niech zielone drzewko doda wielu sił w przyjmowaniu codziennych porażek, a kolęda  zaspokoi poetyckie i muzyczne tęsknoty za ulotnością, magią i wzlotami.

          W ten świąteczny czas życzę  WSZYSTKIM  wokół samych dobrych przyjaciół pełnych ludzkiej miłości i serca, a także  odrobiny uśmiechu w przyjmowaniu porażek oraz dystansu do rzeczy nieistotnych. A wigilijny wieczór niech pokaże same zielone  światła na drodze życia i odpowiednie klucze do każdego  wnętrza, a przede wszystkim powinien dać umiejętność pogodzenia się z tym światem, skoro żadnego wyboru nie mamy.

          Niech w Nowym Roku omijają Was stresy, choroby, a diety niechże nie odbierają wspaniałego apetytu na życie. Będzie to z pewnością rok osobistych zamierzeń i weny twórczej.                                                                                                                Do siego!

Wojna i chwała

         Do tej wojny przymierzałam się od dawna.  Mam ku temu stosowne powody, gdyż na wojnie spędziłam wiele lat, choć urodziłam się już po wojnie. W czasach słusznie minionych edukacja obowiązkowo karmiła nas filmami sławiącymi bohaterstwo żołnierza, który w jednej ręce trzymał wypływające z trzewi wnętrzności, a drugą ręką jeszcze rzucał granat w kierunku wroga. Bohater. Był jeszcze taki żołnierz, który się kulom nie kłaniał  i  byli czterej pancerni zabawiający się z psem w tę wojnę.  Nikt nie ukazywał jednak, jak dramatyczna była rzeczywistość, gdy prawo nie działa i normalności nie ma, choć  już wiadomo było po tych dwóch światowych wojnach, do czego zdolni mogą być ludzie – dodajmy cywilizowani ludzie Europy – i jaki los może zgotować człowiek drugiemu człowiekowi. Odkładałam, by nie psuć spokoju i błogości  zadowolonych z dobrych zmian rodaków.  Kulturalna Europa także odwracała oczy od strasznych widoków. (I dalej odwraca). To nie my. To oni.

smieszne-zdjecia1608

          W. Jagielski  ukazuje konflikt Czeczeńców z Rosjanami  na Kaukazie  i przytacza wypowiedź  jednego z  mieszkańców: „Kiedyś chodziliśmy do siebie na wesela i pogrzeby. Teraz tylko do siebie strzelamy”. Ta nacjonalistyczna nienawiść  rozdmuchana, podsycana, bo komuś marzy się ten wielki Kłaj (miejscowość  niedaleko Krakowa), bo pachnie stanowisko, bogactwo, władza, ropa czy ideologia, więc sprzedaje ostatnią kozę, pozbawia dzieci mleka, ale kupuje karabin, by walczyć. Człowiek bowiem umie nienawidzić, więc wystarczy iskra. Za dobrze podcięte gardło ileż wewnętrznej satysfakcji. Był sąsiad i już go nie ma, więc i szaber bezkarny. A za jednego jeńca oficera dostaje się pięć kobiet mówią reporterowi na Zakaukaziu. To samo pewnie słyszą reporterzy w innych miejscach, ale o tym nie napiszą, by nie psuć wizerunku bohaterom.

         Zastanawiałam się, jaką pozytywną metaforę wpleść w tę notkę, ale w opisie udręki  i lęku dnia codziennego tych, którym na głowę spadają bomby, nie znalazłam. Nawet wówczas, gdy oglądałam film o amerykańskich marines walczących w Wietnamie, którzy teraz leczą się z alkoholizmu, heroiny  i wreszcie z tego widoku popalonych napalmem, z mordowania ludzi, z szemranej poligamii, a także zostawionych tam własnych dzieci. A przecież to Amerykanie byli powodem nieszczęść  Vietkongu i swoich dramatów.  Niby wiadomo, że historię piszą wojny i ich bohaterowie, ale trzeba mówić też o drugiej stronie tego medalu, bo przyjdzie czas, kiedy żona usłyszy od swego żołnierza:  Nie martw się, jeśli zginę, jakoś radź sobie sama i sama zajmij się dziećmi.

           Polacy uważają, że mają misję, ponieważ są narodem nieskazitelnych  bohaterów poświęcających się dla ojczyzny. I nikt nie widzi seksu, alkoholu, narkotyków, gwałtów, wojennych żon i kochanek, zabijania i bezprawia.  K.Mroziewicz, korespondent wojenny pisze: „Dziennikarka na wojnie musi mieć świadomość, że prędzej, czy później będzie gwałcona. Jeśli nie przez obcych, to to przez własnych kolegów reporterów”. Tak było z sanitariuszkami, żołnierkami, nawet w getcie (o czym mówił M. Edelman). Szkoda, że nikomu nie udało się wrzucić do gazet  takich szczególnych zdjęć i szkoda, że nikomu nie udało się prześwietlić tych splamionych sumień, czyli tej drugiej strony bohaterskiego medalu. Nikt wyraźnie nie mówi, że pierwszymi  o f i a r a m i  wojny są sami żołnierze.

       Pojęcie patriotyzmu także zostało zawłaszczone do bycia na wojnach, misjach, powstaniach, czyli tam, gdzie krew. Nic dziwnego, że młodzi  szukają wroga, gdy krew się burzy. A. Mleczko pod swoim satyrycznym rysunkiem podpisuje i  taką prawdę, iż ludzie aż takimi patriotami nie są, ale zlać pedała zawsze mogą. Historia nie jest już coachem ani nie skłania do refleksji, ani nie krzepi.

          Przytoczmy słowa M. Ostaszewskiej: „Przestańcie uczyć swoje dzieci, że wojna oznacza chwałę i  bohaterstwo. Nauczcie je tego, że prawdziwą chwałą jest  ZAPOBIEGANIE wojnie, zaś bohaterami są ludzie, którzy potrafią tego dokonać”.  A patriota to człowiek uczciwy, pracujący dla swej ojczyzny, dbający o rodzinę i miejsce, w którym żyje. Hasło mało atrakcyjne, więc populiści wprowadzą swoje i postawią następne pomniki .

            Mówmy wreszcie, że to nieprawda, iż ludzie nie chcą wojny, skoro zbyt wielu na tej wojnie zarabia, więc na potęgę się zbroimy.  (Francesca Borri:  „Dla watażki al – Asada wojna to interesy”). R. Kapuściński już lata temu pisał, że światu nie grozi komunizm. „Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza to plaga nacjonalizmu. Druga to plaga rasizmu. Trzecia to plaga religijnego fanatyzmu”.

        Czego obecnie będziemy uczyć swoje dzieci? Czy zamiast tych Wielu Instytutów Wojny nie należałoby założyć Jeden Instytut Zniesienia Wojen? Posłuchajmy Muńka: „To najtrudniejsze zawsze jest /Powiedzieć „nie”,  gdy mówią „tak”. Nie jesteśmy przecież ubezwłasnowolnieni  i możemy mówić.

            Podobno głupotę widzi się najlepiej z perspektywy wieków. Poczekamy, zobaczymy. Kto wróg, a kto znów przyjaciel, bowiem radykalizm ruchów bierze się z nieodpowiedzialności polityków. Jak dalej pójdziemy w tym kierunku,  raczej rozbrojenia świata się nie doczekamy, skoro to jeden z najlepszych biznesów… Trudno mi tu wstukać  o d p o w i e d n i ą  czcionkę.

 

 

I nasz świat kiedyś zostanie odtworzony wirtualnie

       

DSC_0702

            Następne pokolenia wyposażone w sprawniejsze technologie nauki spróbują odtworzyć w świecie wirtualnym świat swych przodków, czyli nasz obecny czas. Już czuję przednią zabawę. Będą zrywać boki i pytać, z jakiej choinki się urwaliśmy. To rewolucja high-tech podzieliła pokolenia, a zmienić szybko okablowanie mózgu nie jest łatwo. Wszyscy pamiętamy słowa zatroskanych rodziców: I to ma być muzyka? Jak ty się ubierasz? Co z ciebie wyrośnie? A dawniej nie było komputerów i ludzie żyli. Nawet podobno słońce inaczej świeciło. Ale to było kiedyś, choć wbrew pozorom, wcale nie tak dawno.

            Nie trzeba robić badań, by widzieć, że starsze pokolenie musi stawić czoło innemu światu, nowym technologiom i zaakceptować odmienny styl bycia młodych, którzy jednocześnie ściągają, piszą e-mail i odbierają telefon. Ich neuroprzekaźniki są przyzwyczajone do funkcjonowania cyfrowego. Uczenie się w wieku dojrzałym nie jest proste. Te mózgi muszą zdrowo napinać mięśnie mózgu, a kiedy to nie wystarczy, trzeba nastawić sobie ten umysłowy aerobik i ćwiczyć, by dorównać, a przynajmniej nie odstawać.

           G. Small i G. Vorgan uważają, że są to Cyfrowi Imigranci, u których nie zostały wykształcone połączenia nerwowe, synapsy do oprzyrządowania cyfrowego. To ludzie wychowani na radiu, telewizji o paru programach i telefonie stacjonarnym. Młodsze pokolenie nie zna świata bez komputerów (tak jak nie zna słowników i encyklopedii). To Tubylcy Cyfrowi. Cóż dziwnego, kiedy od urodzenia bawią się komórkami, a swoje mózgi wystawiają na pobudzenie cyfrowe często do ośmiu godzin dziennie. Mózgi przyzwyczajone do wielozadaniowości reagują szybciej na bodźce wzrokowe, stąd Imigranci muszą przyzwyczaić się do tego, że Tubylcy Cyfrowi wolą oglądanie obrazów niż czytanie dłuższych tekstów, a książkowych kobył nawet się nie tykają, przecież wystarczy streszczenie dostępne w sieci. Zresztą tam też znajdują gotowe wypracowania. Twórcy reform – najpewniej Cyfrowi Imigranci – muszą wiedzieć, że szkoła została w tyle, skoro treści nie przystają do nowoczesności i nieważne, czy szkoła będzie nazywała się gimnazjum, czy podstawowa, to nie w nazwie rzecz, a w treści i sposobie podania. (Słowacja już rezygnuje z wielu nauk humanistycznych, a wprowadza techniczne). Świat obecny to nie SZTUKA, a NAUKA TECHNO.

           Cyberprzestrzeń się tak skurczyła, że można ją schować już nie do kieszeni, a zatrzymać w dłoni. C. Stoll wprawdzie zauważył, że narkomani i komputerowcy to użytkownicy zależni od tego kopa dopaminy, przy czym należy pamiętać, że sieć nie uzależnia, ale uzależniają aplikacje, czyli zakupy, randki, poczta, portale społecznościowe. No i miłość od pierwszego kliknięcia. Pojawiają się jednak  coraz częściej wynaturzenia technicznej ewolucji – dzieci indygo (indigo children), czyli dzieci wyjątkowej inteligencji, ale z zachowaniami aspołecznymi i frustracją, z którą nie umieją sobie radzić.

           A co z blogerami? Oni też mogą zostać e- ćpunami, bo sama się przylepiam do klawiatury na całe dwie godziny, zamiast iść do lasku z piesełem, czy kotełem, jak mówią młodzi. Czasem to nie daje spać ten i-mózg, więc trzeba liczyć barany. Kiedy to nie pomoże, trzeba przerzucić się na wyższy lewel i zacząć liczyć w końcu te owce. Wynika z tego, że  i-mózg to dramatyczne wyzwanie dla Imigrantów Cyfrowych.

         Jeśli postęp technologiczny będzie odbywał się w takim tempie, wkrótce klawiatura i mysz staną się zbędne, a wraz z nimi odejdzie w niepamięć ból stawów, karku, żył i choroby klikającej ręki. W opracowaniu jest neurochips, który łączy komorki nerwowe z obwodami. Tak więc będziemy pisać myślami od razu na ekran komputera (wprawdzie trzeba mieć elektrody EEG, ale to nie problem). N. Birbaumer pracuje nad technologią umożliwiającą ludziom komunikowanie się przez skórę. Świat cyfry doskonali się codziennie, ale i tak z tym ludzkim  u c z u c i e m  nie ma szans. Do czasu… następnej rewolucji technologicznej.