I cóż, że palma zimą odbija

         

               Hola! (ola), buenos dias – dzień dobry.  

          Uśmiechnięta od rana po same koronki zębów oglądam zdjęcia bliskich, którzy wyjechali na zimowe ferie na te narty pod tymi palmami i zajadali się kozą z mojo (mocho, moho, bo „j” czytamy jak „ch”). Młodszy dzwonił, że w zasadzie wszystko jadł albo z mojo rojo, albo z mojo verde, więc wokoło słychać było moho werde lub moho roho. Sos podawany jest z ziemniakami, grzankami, mięsem, rybami, chlebem, praktycznie z wszystkim.

            Mojo picón (bravo, red, rojo) = moho roho to sos czerwony, ostry sporządzony na bazie czerwonych papryk, a mojo verde na bazie pietruszki i kolendry. Najpopularniejsze danie to papas arrugades, czyli małe ziemniaczki gotowane w skórce do jej pomarszczenia i podane z sosem mojo.

               Kanary zwane siedmioma Wyspami Wiecznej Wiosny albo Wyspami Szczęśliwymi są nadzwyczaj pogodne ze swymi plażami, gajami, parkami i słońcem. To wyspy wulkaniczne o średniej zimą 18 stopni Celsjusza. Największą wyspą – choć objeżdża się ją spokojnie w jeden dzień – jest Teneryfa.  Jeśli ktoś myśli, że tu jest nudno, bo się leży na plaży, to się myli. Jest co robić i co zwiedzać.

          Co warto na niej zobaczyć? Zacząć należy od Punta de Teno, tego końca świata, najdalej wysuniętego na zachód punktu o księżycowym,  wulkanicznym krajobrazie z wulkanem Pico el Teide (3718 m n.p.m.), zimą ośnieżony, więc nie zawsze dojedziesz kolejką. Santa Cruz de Tenerife to port i stolica Teneryfy. Jest też wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich. Miasto ma nowoczesny charakter, jednak bez większych problemów można spotkać tu ślady przeszłości, czyli zabytkowe uliczki. 

       Candelaria to miejsce piegrzymowania emerytów Europy do ośrodka kultu maryjnego. Przy  bazylice na placu znajduje się dziewięć wykonanych z brązu posągów przedstawiających muskularne postaci dawnych wodzów tzw. Menceyes. Przypominają o czasach, kiedy wyspą władali jej rdzenni mieszkańcy – Guanozowie. Candelaria to malownicze miasto z plażami i promenadami. Warto zobaczyć La Lagunę, dawną stolicę słynącą z zabudowań sakralnych, z misternie rzeźbionych balkonów, pełną zabytkowych pereł architektury oraz tę słynną Playa de las Teresitas ze złotym piaskiem przywiezionym z Sahary.

          Połowę wyspy zajmują liczne tematyczne parki, np. Siam Park oferującą wodne szaleństwo, czy Loro Park z delfinami, pingwinami i kolorowymi papugami. W wiosce Guimar znajduje się sześć piramid schodkowych zbudowanych ze skał wulkanicznych noszących ślady obróbki przez człowieka. Los Gigantes to nadmorskie miasteczko, które wzięło nazwę od atrakcyjnych klifów osiągających wysokość do 600 metrów. Mnóstwo punktów widokowych zapierających dech, więc wiele godzin atrakcji zapewnione. Potem trzeba koniecznie przejechać ok. stu kilometrów malowniczymi serpentynami trasy widokowej wśród gór i wąwozów. Robi wrażenie. Widoki warte zawrotu głowy z powodu tysiąca zakrętów i trzymania kurczowo rączek. Wiem, co mówię po obejrzeniu ponad pięciuset zdjęć. Ciekawostką jest wioska Masca. To miejsce było przez wiele lat ukryte pośród gór Teno i można było się do niej dostać tylko pieszo! Droga, którą obecnie się dojedzie, została zbudowana dopiero kilkanaście lat temu. Sama Masca jest małą i urokliwą wioską, a w jej centrum jest mały kościół, wiele restauracji i lokalnych sklepów.  

            Do wyjątkowych drzew należą draceny smocze, nazywane po prostu drzewami smoczymi lub smokowcami. Jest to gatunek bardzo rzadki, dlatego będąc w Los Realejos warto dokładnie przyjrzeć się drzewu, które czcili  Guanczowie.  Lud ten cenił jego niezwykłe właściwości i z wielką czcią dbał o smocze drzewa. Przypisywanie temu gatunkowi takich właściwości spowodowane jest prawdopodobnie częściowo faktem, że po nacięciu kory lub liści smoczego drzewa, wypływa z niego żywica, która utleniając się, przyjmuje czerwonawy kolor nazywany smoczą krwią.

              Góry Anaga to geologicznie najstarszy obszar wyspy, masyw górski ze spiczastymi, wąskimi wąwozami pokrytymi lasem wawrzynowym. Same zachwyty, ale wprawę w chodzeniu trzeba mieć z powodu wąskich, stromych, krętych ścieżek nad przepaściami, wąwozami, także pewnie jedna z lepszych atrakcji wywołujących dużo adrenaliny.       

Spolszczony przepis na roho moho:

             Papryczkę chili (suszoną namoczyć) i paprykę czerwoną bez gniazd nasiennych pokroić (można przelać wrzątkiem), dodać 3-5 ząbków czosnku i utrzeć w moździerzu lub zblendować z przyprawami kuminem – 1 łyżeczka, 1 łyżeczka papryki wędzonej,  szczypta soli. Potem wlewać powoli 3-5 łyżek oliwy extra vergine, 2 łyżki octu z czerwonego wina (winny) i na koniec 2-3 łyżki bułki tartej do zagęszczenia. Sos najlepszy na drugi dzień. Przechowujemy w zamkniętym słoiczku w lodówce. Jeśli ktoś lubi ostrzejszy sos, to dodaje jeszcze więcej papryczek chili lub daje same chili. W lżejszej wersji – dolewamy  więcej oliwy lub wody. Można także dodać cayenne, oregano, sproszkowaną paprykę, bo to nam ma smakować.

 Sos moho verde :

          Jedną paprykę zieloną pokroić, szklankę liści pietruszki z kolendrą (może być z torebki i tylko do smaku, jeśli nie lubimy kolendry) z 3-5 ząbkami czosnku utrzeć lub zblendować, dodać kumin i paprykę w proszku po 1 łyżeczce, 3-5 łyżek oliwy, 2 łyżki octu z czerwonego wina i 2-3 łyżki bułki tartej.

        A jak ugotować papas arrugadas (vrinkly), najsłynniejsze ziemniaczki? Wyszorować małe ziemniaki, których nie obieramy, zalewamy małą ilością wody, dodajemy filiżankę soli morskiej i ćwiartkę cytryny. Po ugotowaniu odcedzamy, ale pozostawiamy resztkę wody, ponieważ jeszcze przez 5-8 minut wstawiamy na mały ogień i co chwilę potrząsamy do pomarszczenia skórek i osadzenia się skorupek soli. Potem zestawiamy z ognia, przykrywamy ściereczką na dziesięć minut i dopiero polewamy sosami moho.

              Nie, nie żałuję, że tam nie byłam. Wyspy obejrzeć można na Youtubie, sos samemu  zrobić, z tych tapas ser kozi i u nas dostanę, paellę (ll=jj, paejję) też można na upartego zrobić. Niczego nie żałuję, ale zobaczyć ten błękit i promyki, usłyszeć szum fal…

         Pozostanie nadzieja, że może spełni się powiedzenie, iż najciekawsze ballady rodzą się z tego cierpienia i tęsknoty. Adiós!

               Najpiękniejsze miejsca na Teneryfie. Zdjęcia wykonał Tomasz Z.

Teide

:

Sierra de Anaga (Góry Anaga)

Candelaria

Piramidy w Güímarze

Księżycowy Krajobraz Corona Forestal

Los Gigantes

Okolice wioski Masca

Skomplikowane życie na blogu

            Wszyscy wiemy, że musimy się rozwijać, ale próby nie kończą się dobrze, bo przeciętny   b l o g e r   ma zakodowane, że tekst jest najważniejszy.  I tak – póki co – jest.  Piszący uważa, że ten cały świat stoi otworem przed nim, a z kolei wideobloger pokazuje  innym ten świata otwór, więc przyzwyczajonego do czytania i myślenia musi boleć. Nie każdy bloger ma ochotę na małżeński trójkąt z Youtubkiem, Instangramkiem po to, żeby się pośmiać i iść dalej. Co dalej z wyczerpanymi życiem? Piszę już na ten temat kolejny post, więc swoje wiem: wystarczy wideoblogerowi zabrać obraz, trąby, kadzidła i e-gębę, a co wówczas zostanie? Zatem – prawdziwie zaangażowani blogerzy nie zginą. Będą z powodzeniem przez całe lata działać w tych swoich zamkniętych społecznościach, gromadząc lojalnych czytelników, najczęściej innych blogerów, którzy nie lubią zestawów głośnomówiących. Spokojnie, bez paniki, koniec nie nastąpi tak szybko, zdążymy te kredyty pospłacać.

            Blogi to takie przypominajki – dzień kota, chłopaka, budyniu, zagrychy, musztardy, jeża, grzyba, toalet,  bez kierownicy i bez bielizny, czy pouczajki typu – zrób tak, by było dobrze, określ, w jakim punkcie życia jesteś. Jaki bloger przetrwa bez blogu? Żaden. Blogi ujawniają charaktery, stany ducha, nawyki, usposobienie, temperament, emocje, a nawet złośliwe mikroby i to trzecie dno.

Pojęcie ludzkie, co ten blog robi z człowiekiem!  ( Wiadomo, że nawet tej pigułki PO nie weźmiesz, przecież jest na receptę). Bo jeśli nie na blogu, to gdzie:

@  Wyjawisz światu mroczne sekrety własnych dewiacji, wydumanych marzeń, browarnianych wybryków, słabych finansów, nieudanych wypieków?

@ Jak wykorzystać zwyczajną sytuację,  by znaleźć swoją religię i te francuskie salony nadchodzącej  świetlanej przyszłości?

@ Komu opowiemy to swoje nieciekawe życie pod zdechłym Azorkiem, aby potem podnieść głowę i zobaczyć ów drugi brzeg i się nim pochwalić?

@ Gdzie moglibyśmy trzymać swoją przeszłość i marzyć o lepszych dniach niż wczorajszy wieczór?

 @  Komu poskarżyć się na swój  c o r a z   b a r d z i e j   s k o m p l i k o w a n y  w i e k  i  to serce w rozterce?

  @ Gdzie wylać stany duszy, jeśli do księdza nie masz zaufania,  terapeuta za daleko, a demony za blisko?

 @ Komu pokażemy i przekażemy wspomnienia z młodości, które traktujemy jak podatkowe raje?

 @ Gdzie, jak nie na blogu możesz wreszcie SOBIE przyznać bezwarunkową rację?        Nie da się tego przeoczyć, że na blogu można mieć lepszą wersję samego  siebie.

      Uważam, że dla każdego z nas miejsce się znajdzie. Niech podwórko blogowe zostanie oblepione tą zielono – niebieską, leczniczą glinką kambryjską znaną od milionów lat, by na nich dalej bywać, czytać i komentować. Niechże blogosfera zyska miano kreatywnych erudytów. Dobry bloger już to dawno zauważył:   ”Trudno bowiem zakładać, że atrakcyjność blogowego świata polega na zamianie jednej rzeczywistości na drugą, a na dodatek taką samą”.  Wiadomo bowiem, że w teorii języków formalnych „słowo” to skończony ciąg symboli z alfabetu, a to oznacza, że tę kulę u nogi ciągnąć nam przyjdzie jeszcze długo.

         Znawcy, czyli najbardziej znani blogerzy prorokują, że za  jakiś czas kierunki blogosfery będą wyznaczać profesjonaliści.  Podejrzewają, że za parę lat bloger musi podpisać jakiś kontrakt, a nawet wyłożyć pieniądze, ponieważ topowi blogerzy utworzą własne profesjonalne wytwórnie skupiające osobistości. A. Kurasiński pisze: „Najlepsi blogerzy będą mieli własne płatne kanały tv na YouTubie, własne radio, a sam blog będzie dodatkiem i SEO „mięsem” dla Google”. Ale nie ma co się łudzić, to będą nieliczni, czyli  pojawi się nowa blogowa celebra. Blogi parentingowe będą informowały o rodzinie, modowe – co i gdzie warto zobaczyć, jakie nowości w szafie warto mieć, co kupić, czytelnicze, jaką książkę przeczytać, a podróżnicze, gdzie pojechać i co  w danym kraju zobaczyć. Pożyjemy, zobaczymy, za ile lat co się sprawdzi i która silna grupa pod wezwaniem zostanie.

        Skoro ta rzeczywistość, jak to ona, jest trywialna, dlatego nie ma co się łudzić, że  przestaniemy ją uwznioślać za życia. (Od kiedy i ta J. Lopez ciuchy reklamuje, czujemy się rozgrzeszeni pokazywaniem ubrań). O swoich blogach możemy wszystko mówić, między innymi to, że są najlepsze, ponieważ nie ma znaczenia, czy są dobre, czy nie, Internet przyjmuje wszystkich i wszystko. Tak jak nieważne kim jesteś naprawdę, ważne, co o sobie napiszesz, a nawet nałgasz. Niestety, albo i stety, retoryczne manipulacje też mogą być w cenie.

       Zadajmy na zakończenie to koło ratunkowe, czyli pytanie do publiczności: Jak tych blogów nie będzie, to gdzie mamy klepać banały? A tak przetarte myśli zakręcamy w słoiki, stawiamy na schodki pięterka, powinny być razem z nami. Nie zapominajmy słów P. Sartre’a: „Zwięzłość słowa rodzi szerokość myśli”. Sama zakładam worek jutowy na głowę i pokutę odprawię. Love blogerki i blogerzy.  Jak to łatwo powiedzieć. Bo miłość – proszę blogerów – jest wszędzie. Także wśród nas. W każdym razie lepsze to niż bilobil, lecytyna, kwas ascorbinowy i rutyna razem wzięte na poprawę tego i owego humoru.

W blogowym ogródku ma być kolorowo

drogowsk

                W 1997 r. Jorn Barger po raz pierwszy użył terminu „weblog”, a w pierwszej połowie 1999 roku Peter Merholz skrócił to słowo do „blog”. Ze względu na treść dzielą się na publicystyczne, specjalistyczne, pamiętnikarskie itp., a ze względu na środki wyrazu mamy weblogi (ograniczony zakres treści), fotoblogi i podcasty, czyli nagrywanie z muzyką w tle.

            Nie trzeba mieć już swojego bloga, żeby świat odnotował Twoje istnienie. Wystarczy popularny profil na Instagramie albo na Twitterze, żeby być cytowanym w mediach analogowych, a treść przebiła się przez wąski krąg znajomych. Ponieważ chcemy, by blogi były śliczne, więc pokazujemy dzióbki, mordki, żarełko, szafę, choć to może dla innych nie jest jednakowoż bardzo zabawne, ale też  - co nie jest bez znaczenia – nad takim wpisem myśleć nie trzeba. Znawcy przyszłości prorokują, że czas typowych blogów mija. Z tego punktu widzenia mają rację.

           Trzeba w końcu uczciwie powiedzieć, że czas notatek mija. I niech mnie spalą na stosie inni za te słowa, ale nadchodzą czasy „magazine”, „the coffee”, „lajfstajl”, „trendi”, „street fashion”, „modowe diy” i „parentingowe” (Pojęcia nie mam, dlaczego sami blogerzy piszą blog parentingowy zamiast rodzicielski, czy blog o rodzinie). Prześledźmy zatem, co dalej z blogami.

         Kant, zresztą Immanuel, napisał: „Zaletą literatury jest to, że pozwala ludziom postawić się na miejscu innych”. Wyprzedził czas i przewidział, że w dobie Internetu ludzie masowo  będą zaznaczać swoją obecność. Stawiają się i to od lat. Tym sposobem blogosfera zaczęła wchodzić w dojrzałość. Przycupnęła i zastanawia się, co dalej. Już na wdechu szuka odpowiednich fraz, które  wyznaczą kierunki, drogowskazy, latarnie.  Roztrząsa, jak wyciąć w pień nijakość, by Szczur z Loch Ness nie mógł zasygnalizować:  „Każdy blog niewłaściwie stosowany może stanowić zagrożenie dla życia lub zdrowia.”

          Nadal będzie wzrastać znaczenie blogów zbalansowanych, tych między prywatnymi a eksperckimi w pewnym konkretnym polu tematycznym. „Biada każdemu blogerowi, który wierzy, że przyszłością jest słowo pisane. Przyszłość to małe „reality show”: bliski, stały, najlepiej codzienny kontakt z odbiorcami”. Z wszystkich narzędzi, jakie wymyślono – blog jest najmniej odpowiedni do spieszącego czasu i zapracowanych ludzi. Niestety.

          Coraz większe znaczenie  ma bycie na żywo – począwszy od Snapchata po Periscope, czyli własne transmisje na żywo. Wiązać się to będzie z faktem, że nasi odbiorcy będą od nas oczekiwać niemal bezpośredniego kontaktu. Niesamowicie istotne jest wideo – jeśli nie wejdziemy w tę kategorię, to za parę lat odstawieni na boczny tor, będziemy płakać, że nikt nas nie czyta. Wideoblogi to taki rodzaj telewizorni, gdzie nagrywamy swoje czynności, pokazujemy sprzęty, oceniamy  ku  tej rozrywce,   u c i e s z e   widzów. (Przy czym zapominamy, że pokazujemy siebie, swoją osobowość, czy wulgarny język, a po latach rodzina będzie się rumienić).

          Dobrze skonstruowane newslettery – czy chcemy tego, czy nie –  również będą odgrywały coraz większą rolę. I bez krótkich komentarzy się nie obejdzie, wszak trzeba wiedzieć, za co polubiłeś tego kota, skoro każda Ala go kiedyś miała. Ale refleksji w tym żadnej zapewne nie będzie.

            Znawcy prorokują, że w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu lat blogi zmienią się w strony-wizytówki, ponieważ sprzedaż ma być przejmowana przez Internetowe wyszukiwarki. ”Biada każdemu blogerowi, który wierzy, że przyszłością jest słowo pisane” – twierdzą znawcy. Przyszłość widzą w  małym „reality show”, czyli bliskim, stałym, najlepiej codziennym kontaktem z odbiorcami. Coś w tym musi być na rzeczy, kiedy obecnie coraz więcej ludzi dzień zaczyna od przeglądarki Internetowej. Wśród wszystkich narzędzi, jakie wymyślono – blog jest najmniej odpowiedni. Zauważmy: Kto rano lubi rozważać? Kto potrafi się spierać?  Odpowiadać na pytania, czyja teoria lepsza? Wreszcie musisz się opowiedzieć, czy wolisz kolor butelkowy, czy ołówkowy? Pamiętać należy, że i pytania mogą być niedyskretne. Choć sam ze sobą nie umiesz się zgodzić, to  musisz zaakceptować zdanie niedawno przeczytane: „Smakuje, jak sperma z waflem ryżowym”, by pozostać pod nieustannym wrażeniem.

         Wypada za Sartrem powtórzyć „Trzeba jednak dokonać wyboru: żyć czy opowiadać”. Mnie wychodzi:  i żyć, i opowiadać aż do ostatniego spłukania i upustynnienia.

Jaki jest twój stajl, blogerze?

ozd (2) Wiadomo, że świat jest jednym wielkim modowym wybiegiem, ale już samo życie konkursem piękności nie jest. Epiktet, jak to filozof, radzi: „Najpierw dowiedz się kim jesteś, a potem odpowiednio się ozdabiaj”. Mody zmieniają się co sezon, ale styl zostaje. To twój PR (ten PR podobno już widać było na kamiennych tabliczkach dwieście lat p.n.e w Mezopotamii). Kiedy oprzesz się o klawiaturę dress code’u, rozruch intelektualny nastąpi od razu, ponieważ nie ma to jak inspiracja szpileczkami, krawatami, paseczkami, kaszkietami. Przyda się także modowy prysznic, ponieważ dzięki tym torebkom, szaliczkom i marynarkom świat nabierze rumieńców i otworzy nowe połączenia mózgowych zwojów. A na upartego i z seksem może  się kojarzyć.  Kochani, dobrze ubrany umysł to jest to, co najważniejsze, więc może maneki neko, ten japoński kot szczęścia  na twojej półce nie będzie już potrzebny?

         Ludzie nie pojmują prostej rzeczy, że taka SPINKA jest ważna, bowiem może zmienić język porozumienia i wyeksponować mowę ciała. Życie przez to staje się ciekawsze i roztoczy wokół świetlisty krąg, podobnie jak to się dzieje z klejnotami, których niby nie lubisz jako  tych błyskotek, ale kochasz ich   b l a s k,  s k r z e n i e,  b ł y s k   i   ż a r z e n i e.   Nic nie poradzisz, że odświeżają ci charakter,  stwarzają  iluzję przepychu, ponadto odmładzają niewątpliwie i niezmiennie od lat. W sytuacji, kiedy chłopcy z twojego puebla po kolei odchodzą, przyda się ta nowa sylwetka odziana w trendy i dająca poczucie lekkości przez co garb się prostuje, drugi podbródek cofa, skóra wygładza, a boczki zwężają jak na modelce.  Profesor mniemanologii stosowanej miałby stosowny temat o wyższości salonów fashion nad umysłem.

          Ta nasza pani Krysia nie od dzisiaj wie, że kiedy rozmemłana staje przed lustrem, nie zobaczy błękitu nieba, słońca, subtelności swojego humoru, dobrego samopoczucia, lecz bliska będzie tej Bergsonowskiej intuicji, która ją popycha w stronę niecnych romansów z tym aksamitem, kaszmirem, stretchem. Wprawdzie  sławna Coco Chanel  twierdziła, że „Moda nie istnieje wyłącznie w ubiorach. Moda jest na niebie, na ulicy, moda to idee, sposób życia, wszystko to, co się dzieje”, ale kiedy to było.

Przypomnieć należy złotą myśl  F. Giroud’a,  iż jeden z uroków mody polega na tym,  że niczemu nie służy. 

       Niemniej te prążki w poprzek zwracają  rzęsy wzroku ku stójkom, żabotom, falbankom podkręconym długością, szerokością i luzem. Dodać należy retro trendy w stylu buduar prababci, szuflada mamy, szafa babci, czy tani Armani z second haendu, więc zaglądanie do szafiarek wskazane. Ikony mód wszystko podpowiedzą, odzieją, wytkną błędy, np. niewłaściwej długości nogawek.  Potrafią zaprojektować też udane życie, a jak zapiszesz się do Tajemnej Listy, to dostaniesz pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów.

           Same nazwy już oszałamiająco nucą, wabią i przenoszą w wyśniony luksus przepychu: bluzka Greenpoint, buty slip on (czyli wsuwane), sukienka Madelle, pierścionek Magic Moments. Do tego luksusu warto dokupić poduszkę w kształcie męskiego ramienia na Allegro od 55 zł,  niemniej już ta z  wytwornym mankietem i spinką dwa razy drożej. Myślę, że wtedy ta zima nie będzie taka zła i łatwiej przyjmiemy złośliwość K. Lagerfelda: „‚Trendy’ to ostatni stopień przed ‚tandetny’.

poduszka

Jem i chudnę, czyli wszystko o blogowej poezji jadła

         jedzenie

        Ludzkie życie jest globalną restauracją, wobec czego blogerzy rozpalają ogień pod postami i serwują potrawy,  od których same drożdże rosną w rękach. Tu jest tyle poezji, peanów, hymnów i ód do ud, że ani się obejrzysz, a już obejmujesz te ziarenka chia (hiszp.szałwia), przytulasz bezrybną zupę rybną, patrzysz pożądliwie na ptaki nadziewane niebiańskimi ptakami z niezapomnianą nutą amarantusa, wdychasz zniewalające zapachy owsianki z ryżowymi brejkami i rukwią wodną. Od razu rozpoznajesz ten odruch wgryzania się w temat, pochłaniania niepospolitych smaków, rozkoszowania się poezją słów i fotografią kaczych wdzięków. Oglądasz te przysmażone skórki duck bulgogi i pragniesz poczuć na swoich wargach owe kropelki champagne vinegar, więc pędzisz w podskokach do lodówki, a tam zwykły ocet z biedry, bo najtańszy. Jakby to rzec: czar Francji elegancji prysł. Sokrates też wiedział, że człowiek nie żyje, aby jeść, ale je, aby żyć.

         Minęły czasy, kiedy jadło się barszcz na zakwasie, mięsny gulasz, a potem sos wycierało kromką chleba, robiło twarożek, czy surówki z marchwi, selera i jabłka. NIe te czasy. Obecnie nie wypada pić nawet zwyczajnej gorącej czekolady, tylko hot chocolate, na torebce budyniu przeczytasz z angielska pudding, a na serku mozzarelli  produkowanej w Polsce - bianco latte. Sadzę fasolę nakrapianą, a dopiero blogi otworzyły mi oczy, że to borlotti. Faktycznie, nazwa ma brzmienie eksluzywne,  jakby bardziej światowe, borlotti powabniej uwodzi zmysły na stole niż jakaś tam fasola. Jak uczy przysłowie:  Można jeść byle co, ale nie byle jak zrobione.

          Siemanko, mówi do mnie vloger i uczy, jak zrobić apple fritters. Może ta nazwa i mnie dowartościuje? Po chwili orientuję się, że chodzi o smażone plasterki jabłka obtoczone w cieście, czyli danie, które każdy zna choćby z dzieciństwa. Smażę na przekór omdlałe krążki cebuli i pora, by podać z gniecioną soczewicą i smoothies. Te nazwy mają uszczęśliwiać, wynosić nad poziomy przeciętności oraz przynależności w stosunku do tych, którzy piją zwykły koktajl, a nie eleganckie smoothies, choć to także  koktajl. Rodzi się nowa elita kulinaries. Na salony jadła wybornego, smakowitego, wysublimowanego  (po seczuańsku male znaczy ostre,  usta drętwieją), wynoszą nazwy, by zalegania w żołądku nie było, ponadto lukrowane dodatkami typu „tego jeszcze nie jadłeś”.

           Moja większa ośmiorniczka otworzyła mi oczy na rozgrzewanie intelektu sokiem z granatu i czarnej rzodkwi, uzależniające danie pasterzy andaluzyjskich oraz na wyśmienity marynowany arbuz. I mnie dopadła duma z wytwornego jadła, albowiem dowiedziono uszczęśliwianie filozofią niezwykłego, choć zwykłego jadła, abyś na języku czuł nutę zadowolenia niebiańskim smakiem i nieziemską nazwą. Jeśli jadłeś jajko po wiedeńsku, to nie wrócisz do gotowanego na miękko. Nie ta klasa jajka, choć to samo jajo, a jaja w kuchni to debeściak kulinarny.

        Stylizowane perfekcyjnie jedzenie  zasłużyło na miano:  p r z e z  ż o ł ą d e k  do  o ś w i e c e n i a  k u c h e n n e g o.  O dietach nie mówię, ponieważ Monteskiusz napisał, że zdrowie utrzymane za pomocą restrykcyjnej diety, to przykra choroba.   A ja mu wierzę. Zamawiam więc na bogato: zupę z płetwy rekina, kalmary na gnieździe z chrupiącej sałaty w otoczeniu chrustu ziołowego, profiterolki z galaretą i masło maślane raz!  Liczy się kreatywność, więc proszę o repetę.

Przywrócić godność słowu człowiek

Antoni Słonimski: TEN  JEST  Z  OJCZYZNY MOJEJ

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad podbite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraincami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem-
Gdy naród grecki z głodu umiera,
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem. (1943)

           Staff napisał słowa godne zapamiętania:  ”Od dawna zwiastowano, że bardziej niż chleba / Poezji trzeba w czasach, gdy wcale jej nie trzeba”.  Chleb na szczęście mamy, o wierszach także staramy się nie zapominać. Chociaż  nastały czasy, gdy rozmawiamy za pomocą memów, obrazów, skrótów z tą wybraną jedną osobą  (a i tak słyszy cały świat!), to uciekamy również w stronę poezji, ponieważ ona  wymaga niezwykłego skupienia, ciszy i refleksji. Poezja bowiem jest sztuką wypowiadania poglądów, czy mówienia do drugiego człowieka w warstwie figur stylistycznych, sposobów, zestawień słów i układu wersów.

          Wiersz A. Słonimskiego  ”Ten jest z ojczyzny mojej” to aforyzm propagujący hasło niesienia pomocy pokrzywdzonym przez działania wojenne aż do pointy określającej człowieczeństwo. Podmiot liryczny solidaryzuje się z uciemiężonymi, potrzebującymi, cierpiącymi, zagrożonymi śmiercią, głodem. Takie pojmowanie patriotyzmu otwiera możliwość przynależności do wspólnoty i rodziny ludzkiej. W świecie poety nie ma podziałów na wyznanie, kolor skóry, przekonanie, jedynie są ludzie, którzy potrzebują pomocy. W wierszu widoczna jest żarliwość poety płynąca z bolesnego własnego doświadczenia i obserwacji podczas lat wojny. Gdyby Słonimski jakimś cudem się obudził, pewnie zapytałby rodaków: kto jest dziś z ojczyzny mojej?

        Poezja Słonimskiego sięga po uniwersalne wartości.  Dobre słowa, jak: dobroduszność, chęć niesienia pomocy, wspaniałomyślność, altruizm, ofiarność, altruizm, bezinteresowność zostały w części zapomniane, zużyte, odrzucone, odsunięte na dalszy plan. Jak przywrócić godność człowiekowi, aby człowieczeństwo było najbardziej widoczne.  Na to pytanie retoryczne każdy sam musi odpowiedzieć w czasach, kiedy zbroimy się na potęgę, nadajemy coraz to nowe mianowania, więc kwestią czasu będzie, kiedy to mianowani muszą się wykazać, by zasłużyć na te wężyki i belki na ramionach.

           I tak, jak kiedyś młodzi martwili się, by „nieznani sprawcy” nie zaatakowali „zakazanego” poety,  więc wyznaczyli dyżury, aby chronić człowieka, tak współcześni docenią znaczenie pełnej człowieczeństwa poezji.  Nic dziwnego, że W. Bartoszewski pożyczył tytuł wiersza „Ten jest z ojczyzny mojej”  do swego dzieła opowiadającego historię ratowania istnień ludzkich skazanych na zagładę. Cenzura zażądała od Bartoszewskiego zmiany tytułu zaczerpniętego od zakazanego poety Słonimskiego. W. Bartoszewski jako człowiek przyzwoity, nie zgodził się, a cały wiersz Słonimskiego posłużył jako motto rozważań pisarza o kondycji ludzkiej doświadczonych wojną.

             T. Konwicki napisał:  ”Kochamy Antoniego za całokształt. (…) Kochamy go za postawę, zawsze wyprostowaną, pełną godności postawę rozumnego pisarza i szlachetnego człowieka, obdarzonego zresztą gustownymi słabostkami. Kochamy Antoniego za ciągle świeży, stale nowatorski dowcip i za wytworny, z lekka staroświecki tok prozy. Jest za co kochać Antoniego.”  Przypomnieć należy troskę poety o to, co wyrośnie z dziecka, któremu wbijamy do głowy umoralniające czytanki, a tymczasem głośno mówimy z pogardą o Żydach, zachęcamy  do napaści na kolegów innych wyznań. „Żyjemy w czasach prania po mordzie i krajania żyletkami – pisał w styczniu 1938 roku. Sam doświadczył tego, gdy opublikował wiersz pt. „Dwie ojczyzny”:

    „W twojej ojczyźnie karki się zgina/ Przed każdą władzą,/ Dla zwyciężonych – wzgarda i ślina,/ Gdy ich na kaźń prowadzą. / W twojej ojczyźnie, gdyś hołdy składał -/ Przed obce trony. / W ojczyźnie mojej, jeśli kto padał,/ To krwią zbroczony.”  

           Za te słowa został spoliczkowany w Ziemiańskiej. Podobno wiersz był obelgą rzuconą w twarz narodowi polskiemu.  Krążył wówczas dowcip, że są w Polsce trzy siły polityczne: partia komunistyczna, Kościół katolicki i Antoni Słonimski…”. Ciekawe, czy podobałaby się poecie nasza zjednoczona Europa i wypowiedzi współczesnych  na temat c z ł o w i e k a.

 

I my mamy swoją belle e’poque, czyli o rozmowie bez satysfakcji

       

                Natenczas odwiedziła mnie znajoma zmęczona podróżą i minusami w przyrodzie. Dostała herbatę z rozgrzewającym imbirem i wciśniętym berberysowym syropem. Lubię się dzielić, więc ukroiłam kawałek lubelskiej pyszności, czyli kiełbasy. Niech na zdrowie wyjdzie. Uszko tej niebieskości granatu filiżanki z Bolesławca potrzebuje niezwykłej uwagi, czułości, więc smakujemy razem ten egzystencjalny żywot powszedniego naszego zresztą. Barokowy nastrój, stąd słyszę chrzęst  załamywanych rąk w stawach.

           - Opowiadaj, wyrzuć z siebie w końcu swoje gorzkie żale. Słyszę przecież to ciężko oddychające płuco, widzę chmurę na czole i pytajnik w twoim głosie.

          – Wyobraź sobie, że misternie budowana przez lata wizja dobrego świata legła dziś w gruzach. I w autobusie. Wyobraź sobie. Byłam świadkiem… Świadkiem sceny, gdy młodzi rozmawiali o pięćdziesięcioletnim panu jakby go nie było: patrz, jak się ten stary dziad guzdrze, zamiast siedzieć w domu, powietrze innym zabiera. Gdybyś widziała, gdybyś widziała, jak ten człowiek w tym jednym momencie skurczył się i poszarzał. Stulił uszy jak ten pies. Patrz, jak podsłuchuje, widać rozumie, choć to tylko zwierzę, psia mordka jedna. Może przeczuł, że to ostatnie lata (jak dobrze pójdzie). Dobrze, żeby jeszcze nie patrzył za siebie, chyba że są to lusterka wsteczne w samochodzie. Po prostu musisz uwierzyć, że cała jestem niczym struna poruszona, gdy patrzę, widzę i słyszę, więc rozdrapywanie ran wskazane. 

         - Cóż się dziwisz, pogarda i urągające słownictwo płynie z góry. Zaraża jak ten zarazek dżumy. Już kiedyś A. Camus przestrzegał, by uważać i nie tchnąć go w twarz drugiemu człowiekowi, bo  ZARAZEK ZŁA  nigdy nie ginie. (Może w takim razie spróbuję  wozić powietrze w słoiku, by dać tym na gwałt potrzebującym).  Są granice, których przekraczać nie wolno. Jest kultura – nie da się bardziej uprościć tego zdania, ponieważ przestanie być zdaniem, a w moim wieku nie tylko orientacja się wyostrza.

        – Popatrz. Mam zaledwie podwójną trzydziestkę, czyli niewiele, więc mogę skakać po życie aż do kresu. To dlatego się oburzyłam. Jak wiadomo, w życiu nudno nigdy nie jest, więc w autobusie powiedziałam głośno tak, by do wszystkich dotarło: – „mówi się przepraszam”, na co usłyszałam warknięcie: „nie ucz mnie, stara”. Zepchnięta na margines marginesu, mogłam tylko jak ten hrabia z  dawnej Rumcajsowej „Wieczorynki” odpowiedzieć z właściwą sobie elegancją: –  Sacrebleu!  Współczuję waszym rodzicom.


http://film.onet.pl/recenzje/grand-budapest-hotel-pysznosci-recenzja/9ee93

           - Cóż, przecież to już wiesz, że nie przy każdym słowie się ogrzejesz. Wiadomo nie od dziś, że jest taki świat, który niesie do tyłu i są tacy ludzie, jacy są, a nawet wyjątkowo zadziwiający, że o to zadziwienie się przewrócisz. Nijaka jakość myślenia zerowych jest tak wielka, że czyszczenie szczoteczką oraz filtrowanie przez maseczkę smogową nie pomoże.  I nie mów do mnie takich historii na wdechu, bo nie znam żadnej terapii wstrząsowej, by temu zaradzić. Prędzej byś doszła o lasce do Jakubowego Camino de Santiago, niż ogarniesz tę kulturę wstydu. Słuchaj, a  może oni po prostu nie wiedzą, że też będą starzy?

         - Czas odkurzyć zapomnianą „Odę do młodości” (Patrz na dół – kędy wieczna  mgła zaciemia / Obszar gnuśności zalany odmętem;To ziemia!). Młodości, wylatuj nad te poziomy. Jest co poprawiać. Podwójne dna, potrójne widzenie, poczwórne wychowanie. Ja podobnie jak Staś (nikt nie mówił do niego Stanisław) Dygat nie wyobrażam sobie siebie kiedyś dorosłą. Zapewne dlatego, aby nie przewracać się o te zdziwienia i zadziwiania, aby nie patrzyć, jak Stańczyk puka się w czoło, gdy zadumę mu przerwie hipsterski garnitur słów: weź, stary, wyluzuj.

           - Mam nadzieję, że i ja nie dorosnę  do tych sekretów naszej pięknej epoki z mało znanym, niezbyt ciekawym drugim obliczem, znakiem tego wypada powiedzieć w końcu coś optymistycznego, czyli jakby nie było, to wszystko najlepsze jeszcze przede mną jak w Grand Budapest Hotel Anderesona.  Musisz wiedzieć, bo ja też w to uwierzyłam, że wszyscy jesteśmy z tego Wajdy,  że z nauk papieża, którym tak się szczycimy, nie zostaną słowa w tychże ramkach oprawione, że tyle godzin religii… Uff. Wreszcie te przecinki w  tym dłuższym zdaniu postawiłam. I tylko tej ambitnej pointy brak. Pies także posmutniał, wieku nie ukryje. Staś zaczął „Jezioro Bodeńskie” tym słowem, ale ja nim zakończę:  t y m c z a s e m.

Kłaniaj się bankom, człowieku, kłaniaj

             O, banku, uff!

        Trzeba przyznać, że nasze pobory, renty i emerytury wędrują na te bankowe konta, aby bezpiecznie poleżeć do jakiegoś krótszego bądź dłuższego czasu. W wersji analogowej wyglądało to tak, że pieniądze od listonosza zanosiło się do ciasnego pokoiku, a tam kolejka. W wersji cyfrowej rzadko już widzisz te nowe, eleganckie marmurowe posadzki i złote klamki, ponieważ większość spraw załatwiamy przez e – banki, Internet.  W imię znaczenia i w imię kantyczki banków niosę wam bankowe przesłanie oraz  wyblakłe sumy w niebo  wznoszę, które dzwonią jak depozytu oddychanie. 

           O, banku, ów!

         Zaimek wskazujący świadczy, że o nim będziemy bajać, o nim śpiewać pieśni, bo  umiłowany niczym ten kraj, byle cię można wspominać, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać. Nietrudno się domyślić, że zasypiałam na tych przedmiotach ścisłych, więc nie zwróciłam uwagi na ulubioną zabawę banksterów (czytać należy doradców). Ja rozumiem, że głupotą zdaje się wiara, iż włożysz sto, a wyjmiesz dwieście, ale żeby dopłacać do tej włożonej stówy? Gang i bankster w jednym mieszka domu. Ulubioną zabawą bankstera jest nabieranie na  OBIECADŁA,  czyli rozmaite patenty, azjatyckie i europejskie fundusze, różnorodne waluty, inwestycje i zabezpieczenia. G r y  i  r e g u ł y  s p i s a n e  d r o b n y m  m a c z k i e m   na wielkiej tablicy imaginacji wypisane są niczym żywot Katona Młodszego, czyli jak  zauważyć trzeba  ”Jestem teraz panem siebie”.

         O, banku,  uch!

           Więź bankstera z klientem jest tak przekonywująca, że ściskanie dłoni petenta zaowocuje jeszcze kredytem na samochód, złotą kartą płatniczą, ubezpieczeniem babci, depozytem, lokatą, kredytem na mieszkanie i takim obsypaniem pieniędzmi, które młodym bogom zapewnią na starość wczasy na Hawajach. Stawiają więc te parafki, podpisują te dziesięć, dwadzieścia stron bankowych zabezpieczeń, których – umówmy się – młodzi i starzy bogowie nie przeczytają, bo nawet lupy nie mają. A tak prawdę powiedziawszy –  temu banku wszystko volvo.

dziękuję pióro

           Czy pamiętasz, jak ruszył bank do tańca, bank, co kusił dobrym rachunkiem, i jeszcze lepszym wizerunkiem, nic dziwnego, że dotulałam do serca unisono kuszące, co też są, lecz ich nie ma. Jeno ta głowa ugrzęzła i drzazga w sercu uwięzła, toż jedno w tę, a drugie w tę. Niestety, i Brueghel by osiwiał, pojmując zasady bankowe banksterów i oczy im odwracał od dramatów ludzi oszukanych bądź zawiedzionych. Wiedział, że nie gapić się, a swoje ucapić i ocalić. I nie dać się nabierać na złotouste obietnice.

         W moim przypadku wezwano mnie, by zaoferować wyższy sposób oprocentowania jako stałej i mile widzianej klientce owego banku. Założyłam więc lokatę jako ta wyjątkowa osoba z tą extra premią, całe szczęście, że na pół roku, a nie jak proponowano na rok, pięć, czy dziesięć lat. Nikt mnie nie poinformował, ja sama też nie zapytałam, jak długo ta extra premia będzie wypłacana. Okazało, się, że przez trzy miesiące, a do pozostałych miesięcy  to ja dopłacam.

            Zapięta w ciepłą agrafkę wypisuję się z pamięci banksterów szkolonych na druczki z tej czarnej teczuszki. Precz z moich oczu. Moja twarz odwróciła się od zimnych marmurów i nawet ja sama nie wiem, jak można mnie przekonać, by dosięgnąć przez pieśnie i dotknąć boleśnie tego, który skrzywdził człowieka prostego gromadząc banksterów wokół.  Petent pamięta.

              Śni mi się bitcoin, ta wirtualna waluta wolnego świata rekordowo zwiększająca swoją wartość. Na tej bitmonecie najwięcej zarobisz, jeśli wcześniej nie stracisz.  I nie bądź bezpieczny, bo każdy bank pamięta i nawet o wnukach sobie przypomni, jak ciebie nie będzie, petencie. Kłaniaj się bankom, kliencie, kłaniaj się bankom ( „Dni tyleż durne co chmurne, jutra niepewne, / A jeśli pewne – to jutra Zbira i Spółki”). Szczerze powiedziawszy, mnie pozostaje w końcu kupić ten znany hiszpański materac z sejfem. Przynajmniej nie oszuka ów najbezpieczniejszy z banków.

Inteligentne miasto przyszłości

        Widoki na bloki zawsze fascynowały ludzkość i przyciągały młodych możliwością samorealizacji i rozwoju. Ten miejski  beton poddaje jednak niektórych niebywałej presji, ciśnieniu, by wdrapywać się po tych szczeblach za dobrostanem i gonieniem za wyższym levelem przez pięć dni w tygodniu. Za to już w każdy weekend można  wysiadywać te ławki w galerii i kilometrami podziwiać ulubione półki towarowych dobroci, specjałów, frykasów, wytworów i tych sale rarytasów. Rozpasanie na zawołanie. Kiedy pooglądasz świat fashion city, eksluzywne wnętrza wypełnione zapachem wielkiego świata, modnym designem, otulone ciepłem tysiąca świateł, to wydaje się, że znalazłeś wytrych,  bo przecież nie klucz  do lepszego modelu świata. Te zapachowe świeczniczki mają znaczenie, ponieważ od razu robi się milusio, prawie hyggelig, znaczy po naszemu radośnie, fajnie i fajowo (termin hygge, czyt. hygr wywodzi się od staronordyckiego czasownika hyggja  i oznaczał „myśleć” oraz „być z czegoś zadowolonym”).  Od razu wszyscy czujemy się szczęśliwi jak ci Duńczycy, choć nie rozumiemy, że hygge to nie gromadzenie kupowanego dobra,  a doświadczenie dobra mijanych momentów, ulotnych przeżyć i radości z chwili.



            Kiedy po wielu kilometrach nowej mody galeryjnego spaceru, odwiedzenia  tych tysiąca sklepików, przymierzalni i podziwiania tylu wieszaków, zahipnotyzowani jak na Magnificent Mile w Chicago, wyjdziemy wreszcie na zewnątrz, możemy w końcu zaczerpnąć spory haust spalin, by poczuć, że jesteśmy z miasta. Zobaczymy nad głową  ciemną chmurę w smutnym kolorze szarego blue. Ten  s m o g  i  s m o k,  czyli cały nasz kontener stresu, worek pośpiechu, z wiecznymi kolejkami i korkami opanuje również duszę Twojego smartfona. Coś jest na rzeczy, skoro 16 stycznia minął Blue Monday (najgorszy poniedziałek), a już czeka nas 23 lutego Dzień Walki z Depresją. Jakich filtrów trzeba użyć, by ten proces zatrzymać?  (Jak się temu zjawisku uważniej przypatrzyłam, to i mnie nawet  prostata zaczyna już boleć). Niestety, otuleni smogiem niczym szaliczkiem, nie zrezygnujemy z miasta, bo tu jest nasz kij do selfie, kebab, szybki Internet, teatr, muzyka na żywo globalnego świata, praca, metry kwadratowe podłogi i szufladki  spełnienia.

Kazimierz

             Nowe pokolenie zdaje sobie sprawę, że metropolie nie są idealne. Miasto przyszłości MUSI BYĆ PRZYJAZNE LUDZIOM, czyli energooszczędne, z dobrą infrastrukturą, bardzo dobrą i szybką komunikacją, ekologiczne, pełne zieleni, wcześniej sensownie  zaprojektowane i z wydzielonymi miejscami dla biegaczy, rowerzystów, spacerowiczów oraz rolkarzy. Miasta zdają sobie sprawę,  że stoją przed nie lada wyzwaniem. Wprawdzie idea smart cities u nas w sferze pobożnych życzeń, ale inteligentne miasta już działają. Melbourne w rankingu „The Economist” zajęło pierwsze miejsce za stabilność, jakość opieki zdrowotnej, edukację, kulturę i infrastrukturę.

            Technika powoli i do nas zagląda. Taki Comarch (IT) zbudował inteligentny system  czujników połączonych z kamerami i aplikacją, które wskażą optymalny dostęp do miejsca parkingowego i obliczą ruch pojazdów, by szybciej wyjechać. Beacony (radiowe nadajniki) z kolei mogą usprawnić np. ruch na stadionach. Tworzy się nowa technologia poruszania się komunikacją bez użycia biletu, która skojarzona z siecią beaconów, sama pobierze opłatę za przejazd. Do tego czujniki ruchu, zmierzchu, czystości powietrza, ilości spalin, beacony, z którymi po połączeniu ze smartfonem i aplikacją dowiemy się o wszystkich wydarzeniach i imprezach.

           Mieszczuch się ocknął. Życie jest za krótkie, by skracać go smogiem zmieszanym ze stresem. Technika wkroczy w niedalekiej przyszłości do miasta. Mam jedynie obawy, czy zmiany nastąpią także w świadomości społeczeństwa, bo nie samą techniką człowiek żyje. Tu przestawienie będzie najtrudniejsze. W gwarze chodnika słyszysz: – Mamo, nie chodźmy do księgarni, bo tak tam nudno. Wtedy przypominają się słowa A. Lincolna: „To piękne, gdy człowiek jest dumny ze swego miasta, lecz jeszcze piękniej, gdy miasto może być z niego dumne”.  A zważywszy na cyrkumstancje (okoliczności) dogadać się z sobą nie jest łatwo, a co dopiero z innymi.

Świetlane życie w tych wielkomiejskich światłach

        Hallo, jesteś z miasta, czyli żyjesz w tyglu ludzkiego roju. Ten rój nie wytwarza miodu, a produkuje śmieci oraz swoisty zapach spalin zmiksowanych z  cuchnącymi zsypami, odchodami, smrodem rozkładających się rzeczy, potem ubrań, fetorem ścieków, słowem, odpadami naszego życia. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przyjmie się lansowana teza, iż częste mycie nie jest wskazane, a jeśli prać, to tylko w orzechach.

miast

          Światła miasta to osobny temat, choć większość ślepo wpatrzona w to rozbłyskane migotanie, więc jak te ćmy opalają sobie skrzydełka. Rój ludzki  przestrzeń  dodatkowo doświetla świecącymi smartfonami nawet przejścia dla pieszych, czy miejsca spacerów z dziećmi. Miasto nęci wygodą, ciepłem, lepszym dostępem do opieki medycznej, kultury, a przede wszystkim  rozrywki full wypas – dopóki jest zdrowie.

             Miasto widziane okiem przyjezdnego jawi się jako miejsce niezbyt przystępne, ponieważ daje odczuć swoją wyższość nad resztą świata, czyli słoikami. Przybysza zaskoczy fakt, że w aglomeracji miejskiej może wszystko dzielić. Nawet ten przysłowiowy stół także inicjuje podziały. Obecnie właściwie tylko prowincja je obiad; wielkomiejscy idą na lunch lub lunch break („Wiesz, ostatnio na lancz brejku usłyszałem anegdotkę, że jak kolega wraca z pracy, to jego komputer na dzień dobry macha jostickiem”).

          Na lanczu je się kaszę kinoa z solą himalajską i sałatką sacla, pina coladę zamiast mannę na słodko, czy kkwabaegi, bo lepiej brzmi niż pączki. Ludzi dzieli też dress code, gdzie ważny jest nie tylko fason szaliczka, ale i sposób jego  wiązania. Dzieci przyjezdnych od razu zainteresowane są pieniędzmi w fontannach („Tato, patrz, jacy rozrzutni, a potem będą mówić, że im brakuje”).

             Ścisk straszy odmiennością, budzi lęk („Ale asfalt”, „Nie podchodź za blisko do tych tatuaży”). Bolą kolejki po wszystko, a przecenione chińskie bokserki czy warzywna sałatka ( a jeszcze trzy dni temu była droga, bo była wtedy pewnie  świeższa) idą jak te ciepłe, odmrożone bułeczki. Tylko tu usłyszysz w domofonie: Proszę otworzyć, przynoszę rozdać nowe fanty. Na pytanie: –  Jakie?, usłyszysz: – Nowe promocyjne ceny ciast i ciasteczek. Inna rzecz, że to było już po świętach. Tu znajdziesz salony od manicure po salony masażu, których jest bez liku. I tak ajurwedyjski na cztery ręce za 340 zł, ugniatający lomi lomi nu za 320 zł, dotyk orientu dla dwojga za 500 zł. Wymasować możesz sobie wszystko, nawet pępek i pewnie nie wiesz, że ten masaż pępka stymuluje pracę mózgu, a ponadto obok  pępka znajduje się punkt energii życiowej i twojej namiętności. Hit. Jest na co wydać ciężko zarobione pieniądze.

          W mieście mówi się takim językiem  langłisz. Tu się czelendżuje, kołczuje, diluje. I nieważne, czy it make sense. Nie o sens chodzi, a wyróżnik. Mówi się ASAP, czyli tak szybko jak się da. Czas nagli. Urgent! Ten ardżent to super ważna informacja, a jeszcze trzeba podać informację zwrotną, czyli fidbek (feedback), a potem update, aptejdujemy, by uaktualnić, więc z kolei bierzemy owertajmy (overtime), nadgodziny, ponieważ od zrealizowania tego taska (zadania) będzie zależało… I tu wstawiamy w zależności: samoocena, zazdrość kolegów, pozycja, samopoczucie, poklepanie przez szefa, podziw koleżanek.

              Podobno ewolucja przygotowała nas do życia bardziej na sawannie i w wiejskich ostępach niż w dżungli miasta. Warto o tym pamiętać, gdy rozkoszujemy się paradoksalną samotnością w tłumie i zgiełku ulicznego molocha. Chronimy się przed hałasem i smogiem w czterech ścianach ulubionej sieci z tym kotem (psem) na pocieszenie, bo przecież trzeba kogoś kochać. Potem to już można zjeść rurkę ze sztuczną śmietaną w galerii, burgera w Donaldzie, odwiedzić romantyczne KFC, aby odebrać kubełek skrzydełek i popić Colą Zero. Niejako przy okazji weź pastylkę na sen, na dobre samopoczucie, na talię osy, na zmęczone powieki, na kości, na żołądek, czyli białe, różowe, żółte i te niebieskie. Pozostanie jeszcze marzenie o abonamencie na ten upragniony święty  s p o k ó  j.  Masz czego chciałeś, czyli świetlane życie w swoim mieście.