Wpadanie w tarapaty to domena nie tylko ludzka CZ. II

              Ja, Apollo, przeczytałem, co pisze o mnie Wikipedia. Same bałamutnie. I jeszcze tych bredni nauczyciele każą się uczyć w szkołach. Biedne dzieci wpruwają: „krwawa mitologia apollińska odbija proces przenikania kultu Apollina do Grecji i przejmowanie przezeń atrybutów bóstw przedindoeuropejskich (o charakterze rolniczym, tellurycznym i tradycji jeszcze megalitycznej – delficki omfalos)”.  Mnie dosłownie jabłko Adama osunęło się na pierś.  Pegaza z rzędem, kto zrozumie ową krwawość.

          Weźmy na przykład wojny. Wyobraźcie sobie, że ktoś mi zalazł za skórę. Wiadomo, puścić płazem tego nie można, więc biorę łuk, wyjmuję strzałę z kołczanu, nakładam cięciwę, jeszcze muszę stanąć twarzą w twarz i … trafić. Na Ziemi nie musisz mieć do nikogo złości, nawet nie musisz nikogo znać, by naciśnięciem guziczka zmieść z powierzchni całe miasto. Ludzie, macie szansę się powybijać. To nie jest krwawsze?      

        Pewnie, że podczas starcia rydwanów komuś utkwiła strzała w ciele, ale po to idziemy się bić. Niejednemu kolosowi stopił się ten pedikiur, węże oplotły ciało bądź kula z katapulty uderzyła w klejnoty jakiegoś boga i potłukła straszliwie. A czy wspomniałem wam, że często boskie przyrodzenia były na wierzchu, bo po cóż zasłaniać tym chitonem boskie doskonałości? To były bitwy wręcz na klejnoty, posągi, na strzały, łuki, a nawet  na pojedynki wzrokiem, przy czym zawsze był czytelny m o t y w. Obecnie jak przez przypadek wąglik wyleci, czy jakiś napalm, to kawał terenu ogołoci z przypadkowych Bogu ducha winnych ludzi z kobietami i dziećmi łącznie. Wasze wojny są mniej krwawe, bo zabijasz kogoś, kogo nie znasz i nawet cię nie obraził?

             Zaproszony zostałem na bal, gdzie wprawdzie żadna Mojra prądu nie wyłączyła, za to poczęstowano mnie jedzeniem bezlaktozowym i bezglutenowym, podobno hit nad hity, a mnie smakowało jak lawa z mułem, więc poskubałem trochę chipsów moczonych w dipie palącym jak ogień i popijałem nektarem o smaku tabasco. W każdym razie nic niebiańskiego nie jadłem, choć wszyscy poklepywali mnie po ramieniu i wmawiali niezwykły smak potraw.

         Zagrałem im Satisfaction na ukulele do własnego tekstu. Na nikim nie zrobiło to wrażenia, a potem zapytali, czy umiem rapować. Mnie, boga… Zatem stwierdzam autorytatywnie, że Ziemianie nie doceniają urody języka i mają żadnego szacunku do rymów. Kiedy chciałem powiedzieć wiersz, machali ręką na nie. Ale od razu zaproponowali stworzenie kampanii reklamowej, bo dla nich poezja to reklama. Telemarketer z pełnym serwisem PRowym zastępuje poetę. Tu, na ziemskim globie poświęcają mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, by  znaleźć odpowiednie słowo. Dla  czego?  Nie mogłem uwierzyć: dla  t o w a r u  i  p r o d u k t u. W każdym razie nie dla uczuć ani odczuć.

         Frustracje zbyt często dopadają ludzi. A przecież żyją tak krótko. W niebie słyszałem: „Jesteś piękny. Kochamy ciebie”. Na Ziemi męczyło mnie poczucie osamotnienia, opuszczenia i niskiej wartości. Błądziłem samotny, niezrozumiany i błąkałem się jak ci ludzie, którzy dołują siebie i innych, bo nie umieją kochać, choć o tym mówią. U siebie kochałem obłoki, kwiaty, każdą piękną kobietę i także każdego chłopaka, a za Dafne uganiałem się lata całe. Ludzie zaś mówią o strzałach Amora, a nie rozumieją, że Eros nie stworzy uczuć z niczego, może jedynie podsysać potencjał, który już drzemie u obojga. Jeśli druga strona nie odwzajemnia uczuć, żadna strzała nie pomoże i już. Wtedy można mówić jedynie o prognozie pogody.

         Na koniec podsunięto mi ankietę online, abym w skali 1 – 10 ocenił swój pobyt na Ziemi. Proszę się domyślić, ile dałem punktów.

Grecja

                Przypominam, że jeśli ktoś ma życzenie pomóc jednemu z nas, blogerowi potrzebującemu rehabilitacji, w tytule powinien podać subkonto 442/P:

Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „SŁONECZKO”
77-400 Złotów, Stawnica 33A
konto:  89 8944 0003 0000 2088 2000 0010
w tytule podać: wpłata na subkonto 442/P

Boski Apollo przeżywa szok na naszej planecie (1)

     swiatnia apollo

        Przez ponad cztery tysiące lat wiodłem sielakowe życie na Olimpie. Pewnego razu tak rozgniewałem mego ojca  Zeusa, że ten za karę postanowił strącić mnie z Olimpu na Ziemię. Nie powiem, nawet się ucieszyłem. Widywałem z góry te piękne miasta pełne życia i zadowolonych ludzi. Wyobrażałem sobie, jak wsiądę do maserati, zajadę do luksusowego hotelu, zamówię wyborne jedzenie, a potem będę odpoczywać na słonecznym wybrzeżu. Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, że ląduję w ciele grubego nastolatka z pryszczami na twarzy, ubrany w tenisówki i sweterek w serek. Popatrzyłem na siebie i od razu skwitowałem: no, oferma i tyle…

        Po wylądowaniu na Ziemi przeżyłem prawdziwy szok. Stanąłem na tym nieświeżym chodniku i od razu zostałem skopany przez dwóch opryszków, mimo że grzecznie przedstawiłem się: Apollo jestem. Uwolniła mnie w końcu dziewczyna, Meg. W podziękowaniu zaprosiłem ją na lody. Ale obciach – zaśmiała się – mogę dać się zaprosić jedynie na wegańskie babeczki. Paliły w język, bo podobno były na ostro z chili, a w dodatku miały smak wulkanicznego pyłu. Jak ludzie mogą jeść coś takiego? Zdałem sobie sprawę z tego, że życie człowieka to wieczna trauma. Człapałem  po śniegu z deszczem i myślałem: Ludzie, jak wy możecie żyć w tym brudzie, śniegu i błocie?

         Trząsłem się z zimna, mijałem pędzące tłumy i co rusz spotykałem smutne dzieci trzymające telefony. Zacząłem im współczuć. (Szkoda, że Apollo nie załapał się na polskie podwórkowe chowanie z kolanami w strupach, obdartymi porciętami i pajdą chleba z cukrem).  Zauważyłem, że tu, na Ziemi,  c z ł o w i  e k  jest  n i e w a ż n y   choćby był bogiem, bo tu liczy się tylko gruby portfel. I nie ma nic za darmo. Przytłaczająca dygresja, więc choć szedłem do domu Meg, żołądek skręcał mi się z niepewności i strachu.

          Rano dostałem śmierdzący dezodorant, aby podobno tak pachniały moje pachy. Cóż, taki urok bycia. Mimo że uważnie przyglądam się logice życia, to nie pojmuję człowieka. Kiedy chodzi do szkoły, miga się z wuefu, bierze zaświadczenia, że ćwiczyć nie może, a kiedy dorośnie, potrzebuje siłowni i osobistych trenerów, którzy zmuszają go do ruszania się, ale już w domu znowu jest przyspawany do kanap i foteli, ćwiczy tylko te palce na klawiaturze.  Ludzie głupio uczepili się skóry, że ma być młoda i gładka, więc wydają majątek na zabiegi, a przecież to bitwa z góry przegrana. Skoro człowiek ma ograniczoną  przydatność do użytku, to i tak w końcu ta skóra mu obwiśnie, no nie. I po co się tak dołować?

           Mówiłem ludziom: uważajcie na przyszłość. Nie chcą słuchać, bo są  zapatrzeni w te swoje technologie. Oczy przepasane innowacjami nie dostrzegają niebezpieczeństwa. A tymczasem myśmy to już przerabiali tysiące lat temu. Dedal wciąż tworzył nowe maszyny albo stare ulepszał. Nawet Labiryntowi usiłował dać świadomość. Zawierzył jak ludzie sztucznej inteligencji. I nawet jak ci ludzie nie był przerażony, że SI ma przewagę nad słabo rozwiniętymi zmysłami człowieka, który ciągle musi szukać kogoś, by obarczyć go winą za swoje kłopoty.

            Ja, bóg Apollo, oświadczam, że na Ziemi nie czuję zrozumienia. Chciałem poszukać  porady w Delfach, ale akurat tę wyrocznię niemądrze zlikwidowano. Posiadanie racji to dopiero prawdziwe brzemię. Przedni płat mózgu nieraz musiał wykonywać niezbyt bezpieczne salta, a skrzydełka miksera wwiercały się w mózg z powodu braku zasad i z powodu panującego CHAOSU. Podejrzewam, że nawet to picie  n e k t a r u   niewiele pomoże. Nie znają smaku prawdziwego nektaru, więc sok nie zadziała. Chciałbym stąd uciec. Ale gdzie, może ktoś przytomnie mi podpowie?  Zresztą za przeproszeniem, jakby to wyglądało, żeby bóg latał lotniczymi liniami rejsowymi?

      {  Moje przemyślenia na podstawie książki  Ricka Riordana pt. „Apollo i boskie próby” T.1 }.

Temu misiu oczko się nie odlepi

             Żyjemy w czasach, które preferuje młodość, sylwetkę o rozmiarze 0, pralkę na klacie, siłownię, sukces i pełną sprawność, znaczy dobre życie bez ograniczeń. Panuje taka kultura, w której jeśli ktoś ma słabość, to do  butów, mydełek, perfum, zegarków, czyli przedmiotów. Mówią nam, że skórę powinniśmy mieć z nutą marakui, a jeśli już coś kochamy, to zakupy, konie, koty, piłkę, kasyno, ale nie człowieka. (R. Biedroń mówi, że ludzie w nim widzą najpierw geja, a nie człowieka). Pani z telewizorni twierdzi, że ma osobną garderobę na swoje pięćset par słabości. I jakoś nie widzi obciachu w tym chwaleniu.

         Życie dla każdego zawsze stanowi wyzwanie, ponieważ niesie z sobą kłopoty, niespodzianki, stwarza problemy nawet dla zdrowego i pełnego sił człowieka. A co z tymi, którzy wskutek obniżenia sprawności funkcji fizycznych, psychicznych bądź umysłowych radzić muszą sobie jeszcze z brakiem akceptacji tych zdrowych, z bezdusznością urzędów, brakiem funduszy, gdyż matka nie  pracuje, w związku z tym muszą się liczyć z izolacją i spychaniem na margines, podobno z braku pieniędzy, przy czym dla partii i ich biur mamy. M. Balicki w Sejmie mówił: „Skoro budujemy stadion za 2 miliardy zł, to znaczy, że pieniądze nie stanowią dla budżetu państwa największego problemu. Jest nim ustalenie właściwych priorytetów. Zasilenie systemu taką kwotą zaspokoiłoby potrzeby milionów osób niepełnosprawnych przez kilka lat”.

         Musimy zdawać sobie sprawę z tego, jakie mamy priorytety i kogo finansujemy z niemałych przecież podatków. J. Twardowski, który uczył niepełnosprawne dzieci ujął to w wierszu tak: „nierówni potrzebują siebie / im najłatwiej zrozumieć / że każdy jest dla wszystkich / i odczytywać całość”.  A my – zdrowi i sprawni – nie umiemy odczytywać ani siebie,  ani społeczności, za to lubimy zewnętrzny blichtr.

koala-1259681_960_720

            Kneziostwo to ludzie posiadający serce otwarte dla potrzebujących, więc wspierają  tych, którym zawsze pod górkę.


http://www.kneziowisko.pl/rezerwat-niedzwiadkow-koala

         Niedźwiadek koala to jedyny niedźwiedź, który nie zabije człowieka i nie umie się obronić. Dlatego ludzie polowali na niego.  Aborygeni opowiadają, że kiedyś to był chłopiec, który po śmierci rodziców był katowany przez okrutnych ludzi. Podczas okładania kijami, skurczył się tak, że zamienił w misia. Koala przecież je i śpi, podobnie jak człowiek, ale nie zrobi nikomu krzywdy. Temu misiu warto pomóc, aby odmienić życie z niepełnosprawnością.

           Podaj dalej…  umieść link na swoim blogu. Być może ktoś zechce wpłacić parę groszy na Niedźwiadka Koala do  Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym.  Miś czeka na ludzki odruch,  bo jak mawiał prof. Bartoszewski: „WARTO BYĆ PRZYZWOITYM”.

    

Nie łudźmy się, że mamy wybór

           Rano pierwsza wstaje głowa. Już samo otworzenie oczu może być ciekawe, ponieważ widzimy mózgiem, więc każdy obudzony zobaczy co innego, mimo przebywania w tym samym pokoju. Podobnie dzieje się, gdy ktoś zapyta nas o drogę.  Jeden zobaczy markę zegarka, inny będzie szukał wieku na twarzy, a następny już na wstępie ma grzeszne myśli. Nie jest łatwo przyznać, że widzenie polega na patrzeniu, a w widzeniu mamy same luki. I nie jest to widzenie w 3D, niestety. A co robi mózg bez naszej zgody?

         Z  tego wynika, że nie widzimy świata, a jedynie to, na co każe zwracać nasz mózg. Tak jak w tej anegdotce o najlepszych sekserach w Nippon w Japonii. Cały świat zjeżdża, by nauczyć się techniki rozróżnienia kur od kogutów, a tymczasem należało oglądać kuper. Problem polega na tym, że wielogodzinne i przez kilka dni wpatrywanie się w kupry nic nie daje, bo przyjezdni różnic nie są w stanie zobaczyć, a to oznacza, że wyćwiczyć swój mózg nie jest łatwo, co tylko dowodzi, że to nie jest zabawa trafienia  palcem  w lampę lub nos.

jedzenie

            Historia tego  n a j g e n i a l n i e j s z e g o  urządzenia, jakim jest mózg (1300gramów galarety i to w dodatku różowej) uczy, że to nie tylko najważniejszy, ale i najbardziej niepokojący organ, co postaram się udowodnić, choć nie będzie to łatwe, choćby z racji kłamliwych złudzeń. Niby mamy to własne  oprogramowanie mózgowe, ale wiadomo, że ludzka świadomość to nie wszystko, bowiem zachowania ludzkie często motywowane są podświadomością, co zresztą dokumentują neurolodzy i psychiatrzy. I to by się zgadzało z wszelkimi wyborami nie tylko ostatnich lat, skoro za mało świadomości, a za dużo dokarmiania mózgu byle czym i bełtem także.

         Co myślał  o ludzkim umyśle G. Bruno, któremu na twarz założono żelazną maskę, by nie mógł mówić, że to nie Ziemia jest w centrum Wszechświata, kiedy ginął za swój talent na oczach rozbawionej gawiedzi żądnej mocnych wrażeń w dręczeniu i śmierci. Otóż, nie wiadomo. Kiedy patrzy się na strukturę połączeń, czyli synaps, widać, że jeden neuron ma ok. 10 000 połączeń, ale tych neuronów są miliardy, więc nie wiemy, co one mają w głowie…  Muzycy Pink Floyd ujęli to tak:  ”Ktoś siedzi w mojej głowie, ale to nie ja”.

          Mózg jest incognito. Jak u Mela Gibsona. „Jeśli pijany Mel Gibson jest antysemitą, a trzeźwy Mel Gibson szczerze za to przeprasza, czy istnieje jakiś prawdziwy Mel Gibson?”, „Dlaczego Ch. Whitman, były skaut, nagle postanowił zastrzelić kilkanaście osób?” Zrozumieć mózg nie jest łatwo, skoro rządzą nim jeszcze w dodatku dwie znane partie, czyli rozum i emocje, stąd raz wskakujemy do cukierni, a raz do rowu, ponieważ bezosobowy rydwan ciągnie sławny wódz, a innym razem swe wybory zawierzamy diabelnym paktom, bądź mydlanym bańkom. Na tej zasadzie można spokojnie manipulować emocjami. Wystarczy pokazać domek z ogródkiem wśród zieleni, by ludzie brali kredyty ponad stan lub pokazać emerytów na tej słonecznej Florydzie, choć jakie emerytury, każdy widzi, przecież sam może sobie obliczyć. Zjawisko to znane jest także z kampanii wyborczych. Im częściej pokazywana osoba, bez względu na ilość wypowiadanych głupstw, ma większe szanse na wybór na zasadzie podświadomego kojarzenia. Wiedzą o tym media, które zapraszają do studia tych samych ludzi od ponad dwudziestu lat aż w końcu któregoś wypromują, a ludzie wybiorą. Zjawisko znane pod nazwą efektu czystej ekspozycji. Nie łudźmy się zatem, że mamy świadomy wybór, bo żeby być wolnym, należałoby wszczepić blokadę, by podświadomość i ośrodki przyjemności nie ingerowały bez naszej zgody. Nie każdy ma tak silną motywację, jak Odys, by powstrzymać się od głupstw i nie ulec pokusie urodziwym syrenom. Przywiązał towarzyszy do masztów, a uszy zatkał im woskiem. (Miał świadomość ograniczeń i miał wybór). A na mój wybór wpływ miała książka Dawida Eaglemana pt. Mózg incognito”.

         Sienkiewiczowskie zawołanie: „Mózg wzięty” należy uzupełnić stwierdzeniem, że w dodatku sami swój naważniejszy organ wystawiamy na pokuszenie. Czym karmimy i na co narażamy? Na udar słoneczny, na przemrożenie, na przeciążenie, a faszerujemy chemią, lekami. W końcu jeszcze wypada uwzgłędnić to podnoszenie inteligencji narkotykami, alkoholem, dopalaczami. Jest się czego bać. Bezpieczniej  przełączyć notkę na gawędziarską stronę i zapisywać te szybko znikające sny lub patrzeć na dopaminowe hormony jedzenia, by  nie reagować na wzór instynktu zwierząt: „Złóż dużo jaj i licz na łut szczęścia”.

          I ten mózg  koniecznie należy przełączyć na autopilota, by zawierzyć stereotypom i lecytynie. Po najmniejszej linii oporu, czyli jak zwykle.

Przegęszczeni uciekają od siebie samych

     nocą m

          Wielke metropolie mają swoje gigantyczne problemy. Zatłoczne ponad miarę, zakorkowane ponad normę borykają się z przestępczością, bezdomnością, imigracją, narkotykami oraz degradacją, czyli smogiem, ściekami oraz zalewem śmieci. I nie mówimy tu o Kalkucie, a polskich miastach, które są  antyeuropejskie, bo nie uwzględniają standardów, antydemokratyczne, ponieważ nie konsultowane z lokalną społecznością, antyspołeczne, gdyż obciążają społeczeństwo, antyrozwojowe, czyli bez zintegrowania i zrównoważenia oraz antyekologiczne, co widać gołym okiem („Problemy Rozwoju Miast”, R.XIII, Z. 1, 2016).

        J. Corta’zar napisał, że „okna są oczami miasta (…) i wobec tego deformują, na co patrzą”, więc nie będzie łatwo przegęszczonym, zabetonowanym i wsłuchanym w „Jestem z miasta” zobaczyć  Człowieka Przebudzonego, który otwiera oczy i widzi, że „ziemia obiecana” daleka jest od euforii haseł Awangardy (Miasto. Masa. Maszyna) oraz własnych wyobrażeń, że w mieście łatwiej. Tymczasem w tym kłębowisku nie jest ciekawie, skoro mieszkasz na rozlanych obrzeżach, w Rynku widać chciwe banki, na murach manipulacje reklam, a kebabów więcej jak w Turcji. Ileż można wyszukiwać tym internetowym obrazkiem i memowym aforyzmem pozytywów stąpania po betonie?

          Jakby nie patrzeć, spoza i pomiędzy korek pogania zator, a zator powoduje korek, zostaje jazda w stresie i tylko ceny parkingów rosną. Sprawdza się też Kazikowe westchnienie : „Każdy to widzi w środku miasta / Statua z g… wyrasta”. Ambicją każdego posła, radnego jest postawienie cokołu na każdej resztce trawki, choć wiadomo, że nie ma takiej siły, by człowiek tam się zatrzymał, za to pieski chętnie tam przystankują, więc kontakt z bohaterem mają bardzo bliski. To tyle w temacie piesków w wielkim mieście.

            Dowiedziono, że życie w aglomeracjach zwiększa ryzyko zaburzeń lękowych o 21 procent. ”Naukowcy z University of Heidelberg, którzy zaobserwowali, że w sytuacji stresowej jądro migdałowate i kora mózgu, które u człowieka odpowiadają za reakcje lękowe, są aktywniejsze u osób wychowanych lub żyjących w miastach, niż u mieszkańców małych miejscowości”. Tu nabawią się stresu, rozmaitych zaburzeń związanych z hałasem, zmęczeniem, oddychaniem zanieczyszczonego powietrza, nie mniej gonitwa w miejskiej dżungli to nawyk, prestiż, który pociąga jak to egzotyczne kiwano spragnionych wyrwania się spod obrazu pól malowanych swojskimi malwami.

         Do 2050 roku miasta obrosną dodatkowymi ludźmi w ilości 2,5 mld, czyli będzie mieszkać 3/4 ludzkości i zajmą 60 % terenów zielonych.  Problemy będą pęcznieć niczym komórki rakowe, zagęszczeni muszą mieć dostęp do prądu, czystej wody i żywności. Niemcy już wprowadzają program Energiewende, nasi zajęci waśniami nic nie widzą, a jeszcze debety do spłaty, więc dalej miejskiemu pozostaje wsłuchiwać się w rytmiczny takt blokowiskowej ciasnoty i oglądać bilboardowe płody w krzyżówkach ulic. Jak widać, słychać i czuć, nie tak łatwo rozstać się z wielkim światem.

          Hallo, wielkomiejski samotniku, stawiaj trudne pytania, by nie dać się zabetonować, bo jak J. Pilch pisze „Jeden z ostatnich piekielnych kręgów, jest kręgiem pytań nie do zniesienia”. A jest o czym myśleć, ponieważ miastowi prawie nie wychodzą z zamurowanych ścian, skoro nawet żarówkę zamawiają w  sieci wraz z całym jej dobrodziejstwem, czyli inwiligacją zamontowaną w wielu przedmiotach, o czym już powszechnie donosi prasa.

       Masowy odbiorca uwięzionych pomiędzy blokami i obwarowanych kostką, musi dotrzeć do targetu mieszkańców samorzutnie się organizujących w stronę przyjazności oraz  z i e l o n e g o  ś w i a t ł a  aż do ostatniego tchnienia rury wydechowej i pieca węglowego. Zważyć należy, że moc Internetowych coraz większa, Kongres Ruchów Miejskich staje się już widzialny, samorzutnie zorganizowani na ulicach coraz bardziej słyszalni, więc w chorych miastach nie  musi zamieszkać sama samotność i czysta frustracja.

          Urodzeni z benzyną we krwi, olejem w głowie, nie jesteśmy przecież zerami w garniturach zatrzymanymi w tym międzywojniu na stałe. Umiemy myśleć i liczyć. Miejmy nadzieję, że umiemy.

Urok małych miast i miasteczek

   dzióbek

          Małe miasteczka to taka popękana ceramika retrospekcji prowincji, to takie  nasze mereżki refleksji, czyli  pamiątka przywołań i wspomnień, a wszystko zawarte w dzierganych serwetkach, bieżnikach, makatkach. Szukanie śladów po obserwacjach haftowanych obrusów przeszłości ma swój urok. To tymi ozdóbkami zakrywało się zwyczajną biedę, ponieważ życie w małych mieścinach pokera nigdy nie rozdawało. Brak zakładów pracy i płaca na pograniczu oznaczały przeżycie od pierwszego do ostatniego.  Małomiasteczkowi śnili swój „American dreams” i marzyli o wyjeździe z tej wąskopasmówki na upragnioną wielopasmówkę po wyśnione szerokie horyzonty.

          Słonimski swego czasu ubolewał:  „Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą, / Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem. / Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni / Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem”.  W moim miasteczku szewc malował, zegarmistrz był po studiach, (do dziś maluje, rzeźbi, oprowadza wycieczki), a z kolei fryzjerka pisała do szuflady. Jakżeby inaczej, skoro mieszkała tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

         Małe miasteczka to takie Pacanowy, gdzie kóz nie kują, ale czas biegnie całkiem niespiesznie, bowiem patrzysz w okna przycupnięte przy chodnikach czterech ulic na krzyż i widzisz  tę nić porozumienia międzypokoleniowego, czyli  r a z e m  i tylko kozy brak. Wszystkim znane są historie zegarmistrzów światła małomiasteczkowego, bowiem – proszę was – tu nie można być niezauważalnym, nie można się ukryć, bo każdy wie, who is who, więc skoro świt już miasteczko huczałoby ponad miarę, ponad przyzwoitość i dociekanie (Zabił kumpla laską kiełbasy? Jak to możliwe? Za co? Dlaczego kiełbasą? Może była mrożona? Itepe, itede). Mieszkanie w małej miejscowości  ma  również swoje dobre strony. Zawsze wiesz, kto idzie z przeciwka, więc albo witasz się uchachany od ucha do ucha, albo przechodzisz przezornie na drugą stronę ulicy, bo zombi naprzeciwko, a ty nie chcesz się z nim witać.

           Kobiety na prowincji są odporne niczym ten goreteks na wstrząsy i trzęsienia w kolejnych dobrych zmianach. Zakręcone w tych słoiczkach nie tęsknią do smaku homarów, bo przecież Biedronka ich nie sprowadza, więc tego smaku nie znają. Nie jedzą afrodyzjaków, więc z kolei nie mogą wiedzieć, z czym są lepsze: z sokiem z cytryny, a może  z meksykańskimi sosami na bazie pomidorów, czerwonej cebuli, z papryczką jalapeno czy dodatkami azjatyckimi, na bazie sake lub mirinu. I jeszcze z tym trzeba jakoś żyć.

          Zaplątane w świat „między pluszową kotarą, a kuchnią za kratą”  A. Bursy jadą z miasteczka A do miasta B, by w eksluzywnych galeriach zobaczyć najnowsze trendy i wielkomiejski glamour. Zadziwiające, że skóra z tego powodu ich nie boli, szaleństwa w oczach nie widać, spokojnie wracają do dbałości o domowe pielesze i krzątania wokół zwyczajnej prozy przeżycia.

       Małomiasteczkowi nie fascynują się tym modnym światłowodem dożylnym, nie przetaczają sobie krwi  sławnej peruwiańskiej kozy, nie stosują okładów ze sproszkowanych odchodów słowika… (Chyba nie chcą być młodzi, czy co?)  Pewnie słyszą z tych wielkim światem błyszczących okienek o ogrodzie nieplewionym mód, diet i fit. Zakrywają swoje zakłopotanie serwetkami, zapracowanie znaczącym uśmiechem.  Nie mają czasu na botoks, nie zarabiają na Seszele, więc umierać będą również na stojąco. Jak te jabłonie, jak te drzewa.

        Dawniej  uciekano od syndromu („daleko od szosy”),  pustyni bez kultury i obskurnych bram okupowanych przez „wczorajszych”, bo te bramy – proszę was – SAME WCIĄGAŁY panów trudnych w odbiorze. Oni, niestety, nie pachnieli tym czosnkiem dla bogaczy, czyli modną truflą.  Ale przebijmy kołkiem osikowym tamten czas, kiedy małe miasteczko kojarzono z małymi ambicjami.

           Wprawdzie tu się je obiady, a nie lunch, pije kompot zamiast wodę, nie odgina paluszka od ucha porcelany, wiesza lambrekiny w  oknach,  nie mniej życie w małym miasteczku to obecnie nie wyrok, a spokojna urokliwość. Może właśnie ta  dobra   n i e ś p i e s z n o ś ć  jest atutem? Wprawdzie do pracy trzeba dojechać, ale to nie problem, skoro co kilkanaście minut bus lub pociąg. W bibliotece można korzystać z darmowych komputerów, poczytać prasę, wypić herbatę, w Domu Kultury obejrzeć spektakle, film. I tylko do teatru trzeba dojechać, ale czy mieszkańcy wielkich miast nie dojeżdżają i to czasem dłużej niż z podmiejskich miasteczek. Fenomen tych przyjaznych miejscowości  polega na osobliwości, niespiesznej ciszy i ciepła na twarzy mieszkańców, bo każda ta małomiasteczkowa perełka  ma swoją dramaturgię, historię, tajemnice. (I tylko pozostał żal, że w mojej perle lochy zasypano).

       Obecnie małe miasteczka stały się sypialniami. Stąd dojeżdża się do pracy i wraca do ciszy, porzeczek, spokoju, by nie tylko wypocząć, ale i nabrać tego dystansu do naszego zabiegania o dobra tego świata. Należy się cieszyć, że w Lublinie w 2012 roku odbyła się Pierwsza Debata o Miasteczkach i ich problemach. W kolejnych latach przez polskie miasteczka przetoczyła się dyskusja, co zrobić, by nie kojarzyły się z sypialniami.

         Szkoda tylko, że salon centralny, czyli ów dawniejszy Rynek nie pachnie jak niegdyś  kołaczami, drogerią, garmażerką, mlecznymi barami. Obecnie dookoła Rynku rozsiadły się zimne banki, chore apteki i nachalni pożyczkodawcy, a tu dni nie płyną niespiesznie. Nowe zajrzało do małych, spokojnych miasteczek i nic już nie będzie takie samo.

Koniec wersalu, Europejczyku

        Nazwa Europy wywodzi się z greckiego słowa Εὐρώπη (Europe) i zwykle poprzez łacińską formę Europa weszła do niemal wszystkich języków świata. Europos, czyli „łagodnie wznoszący się”, „zachód”. Inne teorie wywodzą pochodzenia nazwy od semickiego słowa oznaczającego „ciemny”. I to wszystko ma swoje uzasadnienie.

      Europa z dawien dawna była kontynentem światowego dyktatu w dziedzinie kultury, wiedzy, sztuki. Młodzi, zdolni ciągnęli do Krakowa, do Paryża, do Padwy po nauki.  Sam Wersal to niezwykły pałac kojarzony z przepychem (jego utrzymanie kosztowało 1/10 wydatków rocznych budżetu Francji)  i elegancją. W czasach obecnych wersal oznacza dworność, etykietę, celebrę,  konwenans, wyższą sferę. Ale współczesnie ów wersal to – niestety – antyk, czas przebrzmiały. W Europie wersalu jakby coraz mniej, savoir – vivru nie widać, galanterii brak, co innego na topie, a grzeczności i dobrych manier ze świecą szukać na starym, dobrym kontynencie.

       Europejczyk kojarzony jest jako wykształcony, kulturalny, inteligentny człowiek nauki i wiedzy. Uważny obserwator zauważy jednak ewidentne zubożenie w nauki i sztuki obecnych lat, mimo że  Wersal nadal epatuje wytwornością stylu. Wiedza jest de’mode’, niepopularna jest nauka. Komu w naszej epoce potrzebna jest filozofia, sztuka, literatura piękna? Kto czyta poezję? Nieliczni, ponieważ to podobno czystej wody anachronizm. Inna epoka, to i trendy inne.  Jeśli ktoś jedzie do Włoch, to nie po nauki, a na narty; jeśli do Francji, to nie dla Luwru, a raczej dla dyktatu modnych ciuchów, bądź dla fotografii ze znaną wieżą. Jeżeli mieszkaniec Europy zechce czasem coś poznać, wystarczy wpisać w Google. Wiedza na skinienie klawisza.          

         Dawniej miał miejsce dokuczliwy analfabetyzm. Obecnie, chociaż wszyscy umiemy czytać, niechętnie sięgamy po książkę. Oczywiście, wymówką jest brak czasu. Cóż, takie czasy, że wszystko mamy podane na tacy, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że to jest nie tylko zmielone, ale i przeżute przez te morza bredni płynące z całego świata. Zapodane gotowce zagłuszają nieczyste sumienia, że refleksji brak. Bo też prawdę powiedziawszy, SZOK za SZOKIEM: „pokazała się dwa razy w tej samej sukni”, „Może nie mieć na chleb, ale na szampan musi”,  ”Bije ją…Ojciec Mateusz.” Obecnie takie fakty są wysoko notowane jako odkrywcze i na pierwszych stronach popularne, jako że tym się karmimy na co dzień.

           Koniec cywilizacji zdrowego rozsądku uwieszony za tym pasem. Stan hibernacji  europejskich społeczeństw widoczny przy udanych wyborach taniego populizmu. Bez cienia myśli choćby w oczach, że skoro rząd nic nie ma, więc komuś innemu musi zabrać. Hasła nie są odkrywcze, mechanizm znany, więc popularny długo będzie.

             Język jako pierwszy zszedł z piedestału. Kochani, dobry smak już na Starym Kontynencie nie obowiązuje. Wolno obrzucać się bulterierami, dyplomatołkami, łże-elitą, a i z tej świętej telewizyjnej estrady słychać na okrągło, jacy to jesteśmy zaj…ści, choć może nie doczytano się etymologii słowa, które z pewnością pochodzi od znanego wulgaryzmu związanego z seksem. Kiedyś było prościej, jeśli od czegoś trzeba było zacząć, zaczynało się od całowania w rękę, a dalej to już szło. Zresztą dyżurne tematy to film, książka. Obecnie przebrzmiały trend, passe’, bo ktoś coś przeczytał? (nawet zanikło w narodzie obdarowywanie się książkami). Król  Zygmunt z wysokości patrzy i pewnikiem puka się w czoło na  nasz brak oczytania, przy jednoczesnej wierze w cuda, bo kiedy w niedzielę zjemy wodorosty zdrowia, to już w poniedziałek czujemy przypływ sił witalnych. 

        Europejczyk ma – niestety – coraz więcej na tej twarzy zaciętości, ksenofobii, jadu, nienawiści. Nie zakryje tego, choćby nałożył te kilogramy pudru, różu i podkładu. Przezskórnie widać, a zmyć wodą  (nawet święconą)  nijak się nie da.

             I jakim trzeba być samotnym człowiekiem, by cały czas siedzieć w tablecie i oglądać tę literaturę pośladków, poezję rozwodów, sztukę zdrad, rzeźby torsów, a potem zamiast książkę zabrać na spacer, wziąć piwo. (Jakaż elegancja Francja to modne chodzenie z puszką). 

       Szanowny dwupaku, mierzenie popularności liczbą lubików jest może i fascynujące, ale jakimś nieszczęśliwym trafem  SZCZĘŚCIE  Tatarkiewicza omija wirtualnych. Mrowie żyjące 24 godziny on – line wie, że nic za darmo. Bloger Max trafnie zauważył: ” nawet struganie wariata też kosztuje.”

          Nie wszystko jest passe’ re’cent. Jedzenie  j e s z c z e  pozostało wysublimowane. Bez musu nic nie zjesz, bowiem to saute’ jest passe’. Zajrzyj do swojej lodówki pełnej śmieciowego dobra, gdy tymczasem w ramach najnowszego krzyku diety powinien grasować jeno ten pingwin, a dla głodomorów przeznaczono ślimacze wątróbki, kiszone ogryzki jabłkowe, jadalny mech, podsuszone skórki pomidorowe oraz rybia sperma. Inclusive widać rybim okiem na partach celebry. Exclusive, prawie Wersal.

http://lublin.wyborcza.pl/lublin/1,48724,16777243,Jadalny_mech_i_kora__Co_nam_funduja_lubelskie_restauracje.html

           Ludzka myśl – niczym  to pojęcie – przechodzi w mrowienie członków. Europejczyku, co ty bierzesz, że twój umysł zaćpany tym techno logic, więc nie zauważasz, że wyzbyłeś się swojej przestrzeni, media ci dyktują, podsuwają, prowadzą, a tak prawdę powiedziawszy, dziesiąta i jedenasta władza ma możliwość manipulowania gustami.  Tego mamy wybrać, tak się ubrać, w to wierzyć, tego nie jeść, albo takie choroby przechodzimy (jak ten straszak – gluten, zdiagnozowany dla wszystkich).  Z tego faktu niezbicie wynika, że recepta  wydaje się być potrzebna przy współcześnie niskiej odporności organizmów. Po takiej informacji znany skądinąd Johnnie Walker zamienił się w befsztyk w ramach tej znanej terapii wstrząsowej.

            

           .

Jak znaleźć ten filozoficzny kamień

          Każdej cywilizacji towarzyszyły katastrofy, większe lub mniejsze, ale żyć w świecie, który nierówno ma pod sufitem, to dopiero wyzwanie. Człowiek na rozdrożu żyjący współcześnie musi mieć wszystko albo twarde, albo duże: duże auto, twardy dysk, duże „ego”, twardy tyłek… Ze zbiorową psychozą (gonienie Pokemonów, robienie selfie z przodu i z tyłu, uciekające brzozy, lajkowania, modyfikowania) stres musi być wszechobecny, czyli jedynie między drugą a siódmą rano życie staje się znośne, choćby z racji mniej widocznej kopaniny politycznej.

          Świat o tabloidowym umyśle sam zwolnił się z myślenia i zlamusiały pędzi razem z idiologicznymi wyzwaniami  ku przepaści.  I niech mu się nie wydaje, że pomoże szukanie śladów po tym wielkim potopie. Wysypka atopowa i tak, i tak zapewniona.  W jednym z blogów czytam: „Większość woli umrzeć, niż myśleć, co ma tę zaletę, że chociaż raz w życiu się sprawdzi.”  W tonacji dell’arte idę o jedną myśl dalej, bo jak mówią piłkarze:  NAWET DO KIWANIA NOGĄ,  POTRZEBNA JEST GŁOWA.

         Laureat nagrody Nobla J. Stiglitz przestrzega przed światem, w którym „ogon merda psem”, a Światowe Forum Ekonomiczne przypomina wystawne przyjęcia w monarchii austro – węgierskiej, gdzie wszyscy tańczą walca, a po polsku inaczej – chocholi taniec. Pokoloryzowany sztucznie  toczy się chaotycznie ku miliardowym fortunom, wojnom, koncernom, międzynarodowym spekulacjom, dyktaturom, grabieży bogactw narodowych (czytałam, że cała Afryka już tak jest wyprzedana), zatruciom ziemi, powietrza i wody. W. Ziewiec w art. pt. „Interpretacja globalizacji” pisze: „O dalszym losie globalizacji zadecydować muszą ludzie – nie poszczególne jednostki, przedstawiciele krajowych rządów, reprezentanci międzynarodowych ugrupowań, lecz społeczeństwo obywatelskie.  Gdzie takie istnieje?

          Zacznijmy od symbolu tej króliczej wyspy w Japonii. Dwa tysiące lat temu było nas na Ziemi około 200 milionów, obecnie przeszło siedem miliardów. Co roku przybywa 80 milionów ludzi, czyli tyle, ile liczy Egipt. Tę ludzką masę trzeba ogrzać, wykarmić, odziać, zapewnić jej rozrywkę i dach nad głową. Przybywa samochodów i spalin zatruwających środowisko. Nasz gatunek od bieguna do bieguna zaśmiecił metalami ciężkimi, czy plastikami nie tylko ziemię, ale i wodę oceaniczną oraz powietrze. Stajemy się fabryką nawozów,  śmieci, przeławiamy oceany, a nawet zabieramy zwierzętom ich siedziby, bo musimy jeść, pić, wydalać i żyć w coraz większym dobrobycie. [Rocznie produkujemy 70 mld zwierząt na mięso i nie tylko Argentyna na potęgę wycina lasy na pastwiska]. Tyle spraw, które powinny unosić brwi, a przynajmniej obudzić ów gen niepokoju z powodu tego obłędu w oczach.

         Zwiększa się dystans między społecznościami: 147 prezesów trzyma lejce powozu zwanego światem. I tu nie chodzi o li tylko niemoralne zarobki, czyli o garstkę robiącą niebotyczną kasę, ale centralizowanie i mega władzę, wpływającą na politykę. Podobno bogactwo  najzamożniejszych 447 osób jest większe niż majątek uboższej połowy ludzkości. A przepaść ciągle się powiększa. Zwykłym śmiertelnikom prawa będą z pewnością ograniczane aż do wykluczenia włącznie. Niechże te łączące się firmy w coraz potężniejsze korporacje wiedzą, że pracują w tym uniformie dla rzeszy ludzi w podkoszulkach. Tsunami wcześniej czy później przyjdzie, a wraz z tą falą pójdą na dno i krawaty, i  t-shirty.

           Prof. Z. Bauman twierdzi, że kryzys świata napędza ludzkie nienasycenie (i głupota, powiedzmy to otwarcie). Miałkie umysły uzależniły się nie tylko od używek, ale i od konsumpcjonizmu coraz to nowszych gadżetów. W tyle głowy miejmy zakodowaną informację, że w wyniku niedożywienia i braku higieny umiera codziennie trzy wieże World Trade Center. Równolegle bombardowani jesteśmy wiadomościami o tym, jak ludzkość obdarowywuje swoich pupili wymyślnymi płaszczykami i obrożami wysadzanymi diamentami. Z jednej strony dobieramy psy i koty do wystroju domu i torebki, a z drugiej tworzymy getta, w których przymarzają do własnych klatek, bo uśpić nie wolno (Co innego taki kurczak na miliardy usypiany). W tej sytuacji spokój zapewne znaleźć można jedynie na fotelu dentysty…

           A co wiemy na pewno? NIC. W ekranowe zapewnienie złudzenia, że będzie coraz lepiej, pewnie wielu wylogowanych z realu uwierzy. Nie mniej, tylko szaleńcy mogą myśleć, że na Ziemi, która ma przecież ograniczone rozmiary, można w nieskończoność zwiększać konsumpcję, dokładać coraz więcej dopalaczy do żywności i rozmnażać się w nieskończoność. Zza reklam i ekranów tabletów nie widać tonącego Titanica. Tylko patrzeć, jak wyleje się karmiona złudzeniami i socjalem spadającym niczym manna z nieba (zamiast cyklem praca=zysk, a ten przekłada się na płace i inwestycje) przeludniona Afryka, a po niej Azja. Miejmy chociaż tego świadomość, jeśli skóra outsiderów nie powiadamia, że szaleństwem jest uciekanie od problemów w tematy zastępcze typu komu rzucić kromkę chleba… Jakbyśmy nie byli z tego świata. 

               W średniowieczu powszechnie obchodzono Święto Głupców. Podczas niego można było bezkarnie obrażać wszystkich, nawet króla. ”Święto było manifestacją niezależności, wyśmiewało nieudolność oraz nadużycia władzy (zarówno świeckiej jak i duchownej).”  Skoro jest Święto Wiatru Halnego, Dzień Masturbacji, Kozy, Naleśnika, Mleka, Ręcznika, Dzień Bez Stanika, Krawata, a nawet Bez Bielizny, to czemu nie może być Głupca? Widocznie za wcześnie uznano, że głupców brak. Może czas się zastanowić, dlaczego obecnie tyle świąt ku rozmaitych czci, a tak ważnego nie ma? Czas święto przywrócić dla pożytku naszego.

        

Niech młodopolskie opary będą z tobą

       Rozsiadłam się niczym ta dama  z obrazu J. Vermeera van Delfta w tym modernizmie. Cóż, są tacy, którym muzykanci na okrągło grają tę samą melodię, przy czym już S. Wyspiański zauważył, że  „Listopad, to dla Polaków niebezpieczna pora.” Skoro nasz świat składa się nie tylko z realiów, ale i ze złudzeń, z hipotez, z nieograniczonej wyobraźni oraz duchowości, to w tym miesiącu musi być niebezpiecznie.

         Uważam, że sztuka przez „S” jest wówczas, gdy mruga do człowieka, porusza jakieś struny, coś zmienia, nasuwa skojarzenia, przestawia półki w głowie – i co tu ukrywać – pobudza te końcówki komórek nerwowych. Pytanie retoryczne K. Przerwy – Tetmajera uświadomiło mi zasadność przemyśleń: „Bezduszna, ciemna, bezmyślna ludzkości, / czym byś ty była, gdyby nie geniusze,”. Pomyślmy, gdzie bylibyśmy i jaką dysponowalibyśmy wrażliwością. Młodopolskie wyziewy niech będą z wami.

        „Was, bracia artyści, uczyć tego nie potrzeba: w tym sztuka nigdy nie zawodzi: odbiera duszę, daje „rolę”.  Hertenstein (W. Berent „Próchno”) wczuwa się w tę niepowtarzalną rolę: „Me uczucia, pragnienia, myśli, otoczenia mego tchnienie, powietrze, jakim oddychałem, wszystko to mówiło: czerp i chłoń z życia jak najwięcej i przetrawiaj to w sobie jak najgłębiej, aby siebie zwielokrotnić. Wnikaj w siebie, nurzaj się myślą nawet w namiętnościach, rzucaj się w otchłań nąjciemniejszych uczuć, ale dobądź z siebie wszystko.”

        Przyjrzyjmy się takiemu obrazkowi: dzika przepaść, w dole szum potoku, noc, a na brzegu ta samotna, zawieszona w próżni limba, której silny wiatr śpiewa hymn zagłady. Tu akurat patos hymnu uzasadniony„Nie ona jedna toczy tę walkę bolesną:/ są ludzie i narody całe na przedwczesną / śmierć skazane, przez losów okrutne przekleństwo”  („Limba” – K. Przerwa – Tetmajer).

         Następny widok: pąsowa róża przytulona do zimnej skały, słychać siklawę, obok zwalone próchno górskiej limby (J.Kasprowicz: „Krzak dzikiej róży”) „Samotny, senny, zadumany, / Skronie do zimnej tuli ściany, / Jakby się lękał tchnienia burzy.” O czym myśli zalękniona? Realnie to o starości, chorobie i śmierci, a symbolicznie znaczy to słabość, kruchość i lęk urodzonych na rozdrożu. Oznacza też niepewność, czy aby znowu=znowu nie pojawi się jakiś Chochoł, który dysput niezmierną ilość i bezsensownych nie przysporzy, albo czy Złoty Róg nie zagra takim cytatem: „duza by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć.”

          Obrazek trzeci: moczary, trzęsawiska i rozłogi życiowe, a wśród nich pojawia się ona – Osmętnica załamująca ręce nad umęczeniem:  ”w którą się kolwiek zwróci stronę, / wszędzie gościniec jej wygnańczy -” (K. Przerwa – Tetmajer: „Na Anioł Pański”).

          Aktem  rozpaczy są również  ”Zamyślenia” Tetmajera:  ”Złamane skrzydła lecieć nie zdołają długo, /Myśl spada i pierś rani o głazów krawędzie, / I znów wlecze się, znacząc krwi czerwoną strugą / Ślady swej ziemskiej drogi – i tak zawsze będzie.”

        Po raz pierwszy nie upajamy się zapachem kwiatów, a ciałami odurzonymi  trupią wonią, krwią i nie my patrzymy na otchłań, tylko ona nas woła.  Wszechświat  B. Leśmiana rozpada się na cząstki bytów i wiele zaświatów. Jaźń się rozdwaja, cienie walą młotami w ten mur, za którym pustka, trwa taniec Świdrygi z Midrygą, a samopoczucie można mieć jako ten „koń dozgonnie ksobny”.

         Na pytanie, jakaż jest „przeciw włóczni złego twoja tarcza,” człowiecze z XXI wieku, odpowiedź jednoznaczną być nie może. T. Żeleński – Boy ujął  tę myśl swoiście:

  • „Życie ludzkie na pozór to zwykły kawał, lecz on nie jest tak prosty, jak by się zdawał.”

         A na koniec końców nieszczęśliwi, zmęczeni, rozczarowani zanosimy modlitewny ton zażaleń: „I przyjdź królestwo twoje na ziemi, jak i w niebie, /  Nirwano” (K. Przerwa – Tetmajer: „Hymn do Nirwany”).  Życie okazuje się bogatsze od naszych o nim wyobrażeń. I powoduje Sandauerowskie „zwątpienie metodyczne”.  I lęk o własną egzystencję,  o los wartości, o bezsiłę uwikłanego w paradoksy.  Wszystko to wywołuje w człowieku garbienie się na samo wspomnienie swoich stanów świadomości. W tym widzę pośmiertny tryumf Młodej Polski i chichot tych dekadenckich oparów.         

           A teraz oddajmy głos Boyowi, niech przemówi i pocieszy:

„A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyć / Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk; Umieć je cenić, to pierwsza zaleta / Nie żądać więcej, niż nam może dać”.

           Zauważmy w końcu, że te półtony  s z a r o ś c i   z a d u m a n i a   nie przepadają za ludźmi, którzy po przeczeniu nie używają tego przypadku wołacza. Odważmy się wreszcie napisać tego  e-maila do Koryntian, albowiem  ”...czy to świat, czy życie, czy śmierć, czy to rzeczy teraźniejsze, czy przyszłe, wszystko jest nasze.”   Nikt nie może powiedzieć, że nie zaznał niepokoju, burz i nie był targany wichrami namiętności czy bólu. Jednakowoż zasię pamiętajmy o przebiegłości naszej, by wytracić słabość, drżenie i bojaźń, a uświęcić spokój, równowagę i wszystko, co szlachetne. Przeto upominam was, bracia mniejsi, abyście byli dobrego ducha i jednej myśli.

             Kto zasię innego zdania, a ma do tego prawo, niech się wyloguje i powiesi kartkę, jak to zrobił Wyspiański, gdy mieszkał na Krowoderskiej 79:  ”Tu mieszka Stanisław Wyspiański i prosi, aby go nie odwiedzać.”

 

 

Listopadziejące logo młodopolskiego pisania

         Dziwna gorzkość wykrzywia wargi bohaterów młodopolskiej poezji i prozy. Jak wiemy, zgryzoty na zagrychę potrafią zagryźć na śmierć naznaczonych weną twórczą. Kebabem ani nawet tymi sławnymi ośmiorniczkami złych zawirowań nie da się zakąsić. Tęsknota pomazańców za nieosiągalnym stanem coraz wyższych wyżyn odczuwania i ten paniczny lęk przed pustką w sercu i duszy z powodu braku polotu, spowodowane były  strachem przed znaną dziejbą otchłani wciągającą te truchła i próchna tułaczej duszy modernisty. Przypomnę znane słowa K. Przerwy – Tetmajera: „…choć życie nasze splunięcia niewarte: eviva l’arte!   Niech nam żyje sztuka.

        Sztuki pisania – za przeproszeniem piszących - lubić się nie da. Choćby dlatego, że cały czas należy dbać o te słowa, ubierać i przyozdabiać, a także obserwować przez to szkło powiększające, by oglądać wyraźnie i z różnych stron, przy czym jak już się doszło do tych pól samego Grunwaldu, to łatwo było wpaść nie tylko w ślinotok uprzedzeń, ale i absynt absurdu. A żal na bal nie tak łatwo zamienić. Z tego procesu koszmarnej męczarni klepania, stukania, czy pisania rodzi się jednostka chorobowa zwana stuporem, a tu jeszcze nad ranem  trzeba usunąć niezgrabność myśli, coś poprawić albo przekreślić. Słowem – udręka udręki. Jak bowiem inaczej wyrazić dramaturgię dnia pierwszego i ostatniego między dwoma stanami, czyli między bezgranicznym smutkiem, a radością  inaczej? W dodatku bladym świtem następuje atak bezczułych mar, wtedy nie ma nadziei na żadną nadzieję. Tematami całonocnych rozmów (a wiadomo, że życie bohemy zaczynało się o zmierzchu, a kończyło nad ranem) była ONA – SZTUKA. Meteor Młodej Polski, twórca satanizmu intelektualnego – S. Przybyszewski – grzmiał, że sztuka stoi ponad życiem. Uważał bowiem, że „Zwlekać sztukę z jej piedestału, włóczyć ją po wszystkich rynkach i ulicach to rzecz świętokradcza.” Oj, Stachu, gdybyś się obecnie niechcący obudził… Stupor katatoniczny murowany.  (Inna rzecz, że książę ciemności bólu nie ukoił i stał się alkoholikiem).

           Powtórzmy za K. Irzykowskim, że poezja i proza to swoiste formy współżycia duchowego. I tu zaczyna się zmora każdego, kto wybrał profesję tego piszącego. Można być w stu procentach pewnym, że zaczną się łamańce – tańce z tymi pytajnikami: Jak żyć, by nie wyć? Jak uciec i na tym polu nie polec? Czy kolor czarny to widok marny? Co przemielić, a czym się zachwycić? Z tego jątrzącego gwaru, kłębowiska myśli, nieodporności nadwrażliwych i wewnętrznego z sobą bycia, wracało się do picia, aby uatrakcyjnić zdania imiesłowami z życia, bowiem „są myśli, słowa nawet, które trzeba koniecznie głośno wypowiedzieć, aby nas straszyć przestały” (W. Berent). Trzeba w końcu jakoś przeżyć ten ból istnienia. I ten głód, który choć jednym łykiem wypada dotknąć. „ Paradoksalnym faktem jest, że bardzo często im osobistszą jest liryka autora, tym lepiej trafia do serca czytelnikowi.” (Karol Irzykowski).

         Jednak odczuwanie naznaczone gwiazdami mgieł i zasnute ciężko oddychającymi  chmurami uwiera dniem i boli nocą. Nic dziwnego, że Jama Michalika pękała w szwach, a szklanki pełne trucizn wzywały ratunku. Pojawiała się zawoalowana ironia, bo jakże poradzić sobie z trującymi oparami półmroku skąpanego w otchłani odmętu. Ta podświadomość, że to „poeta organizuje chaos” (K. Irzykowski) i ta półświadomość, że „Nasze życie można uj­mo­wać ja­ko epi­zod, który niepot­rzeb­nie zakłócił błogi spokój ni­cości. W każdym ra­zie, na­wet ten, ko­mu się ja­ko ta­ko wiodło w życiu, im dłużej żyje, tym jaśniej zda­je so­bie sprawę, że życie ja­ko całość jest a di­sap­poin­tment, nay, a cheat [roz­cza­rowa­niem, nie, wręcz oszus­twem], czy­li, że mówiąc po nasze­mu, ma cha­rak­ter wiel­kiej mis­ty­fikac­ji, by nie rzec szalbierstwa.” ( A. Schopenhauer).  Nie starczy polemik, by przenieść góry na miejsce tych nizin. Ówcześni filozofowie, owi kapłani wyrafinowania intelektualnego modernizmu, mają trudności  z dogadaniem się z własną duszą. „Po­wiadam wam; trze­ba mieć chaos w so­bie, by na­rodzić tańczącą gwiazdę.” (F. Nietzsche). 

         Ta młodopolska jesień powoli sączona kroplami aż do zdrętwienia, otulona pląsawicą, tęsknicą, czy osmętnicą była kluczem do wejścia na wyższy poziom wrażliwości artystycznej, czyli w Sztukę przez wielkie S.  („Sztuka mu pokaże, że nie warto dbać o rzeczy tak zmienne, jak jutro, lecz trzeba dbać o rzeczy niezmienne, np. o śmierć lub inny ideał”).  A. Górski ubolewał w „Życiu”, iż „żyjemy w czasie wielkich bankructw idei”. Ciekawe, jak skomentowałby obecne czasy?  Wsłuchani w dekadencki chichot szamotania, powiedzmy sobie szczerze, tako rzecze też Zaratustra: „Lecz człowieko­wi sa­mego siebie tyl­ko dźwi­gać jest ciężko! Ja­ko że zbyt wiele ob­ce­go włado­wał na swe bar­ki. Ja­ko wielbłąd przyklęka on i poz­wa­la się dob­rze obładować.” Trudno nie pojąć. Somnambulicy, dekadenci, zmory, koszmary, próchna funkcjonują w każdej epoce, czy chcemy tego, czy nie. Wreszcie… jak tu nie zapukać we własną cholewkę buta, by nie karmić głowy tą złudą, tym śnieniem, bądź tym melancholicznym, listopadowym…  z  a  m  y  ś  l  e   n   i   e  m.