Coś ty nam, pani Elizo, najlepszego uczyniła

            Już pierwsi kronikarze eksponowali szczególne posłannictwo władców i rządzących w naszym kraju. Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że dziejopisarze pisali swe kroniki nie w celi monastyrów, a w zamkach hierarchów sponsorujących ich wiedzę, a więc wdzięczność musiała być niemała, stąd pojawiały się cuda i niewytłumaczone zjawiska :



            A. Bruckner pisze, że na potrzeby chwili  ”ludy małe, których kultura od wczoraj się liczy, u których ten pokost kultury jeszcze nie obeschł należycie, te ludy puszą się i buńczuczą, przypisują sobie jakieś zasługi, znaczenie, powołują się na przeszłość, prawią o przyszłości, roją marzenia, a wszystko w rażącej sprzeczności z prawdą dziejową, z rolą ich skromniutką.”

           Kiedy brakło bohaterów i niezwykłych czynów, zaczęliśmy w końcu święcić klęski, nadawać im świąteczne oprawy i hołubić wymyślnymi ramkami. Współcześnie również całe grupy coraz śmielej  rekonstruują rozmaite bitwy, wszyscy się świetnie bawią,  zabitych wielu i tylko brak refleksji,  brak głębszych przemyśleń i brak wiedzy, czego nas to wydarzenie nauczyło. Powtórzmy za Cyceronem:  historia vitae magistra est. Historia jako świadek czasów, winna być nie tyle światłem żywej pamięci, co przede wszystkim nauczycielką życia. Nie każdy obrał sobie tego nauczyciela za mistrza, skoro nie próbujemy dotrzeć do prawdy.

          Warto sięgnąć po książkę  A. Zielińskiego pt. „Sarmaci, katolicy, zwycięzcy”, aby poczytać o preferencjach Polaków.  Ileż można się puszyć:  ”My, najlepsi ze Słowian”, „Polski my naród, polski ród”, „Prostak z Litwy”, „Polak Sarmata”, „Tarcza na przedmurzu”, „Za wolność Waszą”.

        Zaczęliśmy w końcu fetować nasze przegrane bitwy, nieudaczników, a nawet koszmarne decyzje złych wodzów.  Smoothoperator  również zwrócił uwagę na to zjawisko w komentarzu do poprzedniego postu: „Mnie z kolei złości to nasze, jakże polskie, oddawanie pokłonu wszystkim naszym narodowym klęskom i porażkom.” Nic dodać do tych słów prawdy.

         W historii funkcjonuje powiedzenie vae victis, biada zwyciężonym. Wiadomo, zwycięzcy dyktują warunki. Słowa władcy Galów, Brennusa,  Eliza Orzeszkowa sparafrazowała na okrzyk gloria victis, czyli chwała zwyciężonym,  aby uczcić pamięć powstańców.   I choć wielu noweli „Gloria victis ” nie czytało, to zaobrączkowanie w szponach victis zostało:  ”w czas pamięci w serca, w przyszłość świata triumfem dalekiej przyszłości rozbrzmiewający okrzyk: Gloria victis!”             Przyzwyczajeni do przegranych, czcimy rocznice klęsk narodowych i rocznice martyrologii przy równoczesnym pomijaniu udanych operacji wojskowych.

           A. Zieliński podaje przykład uroczystych obchodów wybuchu II wojny światowej, a  nie ma nas z okazji zdobycia Berlina, zakończenia wojny, w której tak bohatersko zapisali się Polacy Podobnie postępujemy z bohaterami. Józefa Poniatowskiego pamiętamy jako bawidamka  (książę Pepi) z przegranej pod Lipskiem oraz śmierci w nurtach rzeki Elstery. Nie znamy go z bitwy pod Raszynem, kiedy dowodził 14 tys. żołnierzami i zmusił  29 tys. armię Austriaków do pertraktacji, dzięki którym powiększone zostało Księstwo Warszawskie. Nie pamiętamy księcia  z bitwy pod Zieleńcami, kiedy pokonał rosyjskie wojska. Po tej bitwie król Stanisław August Poniatowski, doceniając żołnierskie bohaterstwo, ustanowił order Virtuti Militari, nadawany za szczególne zasługi na placu boju. Znamy  przegraną bitwę w 1620r. pod Cecorą, a tymczasem w 1595 r. pod Cecorą odnieśliśmy zwycięstwo. Ale kto o tej wygranej się uczył? Kto wie, że było zwycięskie  powstanie sejneńskie? U Szanownego Wachmistrza podczytuję m.in. o niedocenonych wodzach, zapomnianych frontach i refleksjach, np.:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2012/07/o-powcach-niedocenianych.html, 
 http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2012/07/o-przepomnianym-froncie-wojny.html

         Powstania kończyły się klęską, mimo to czcimy i to listopadowe, i to styczniowe.  Bez dogłębnej analizy, skąd ta przegrana. I tylko historycy piszą, oceniają, a pasjonaci śledzą…  (Dlaczego w ciągu jedenastu miesięcy powstania listopadowego było aż siedmiu naczelnych wodzów, w tym J. N. Umiński aż dwa dni)… Mit w literaturze nie powinien dominować nad prawdą historyczną. Powinniśmy też pytać, kto i dlaczego wysyła ludzi na pewną śmierć.  Tymczasem o sukcesie i modelowym prowadzeniu powstania wielkopolskiego niewiele wiemy, choć to na nim należałoby uczyć świadomości potomnych:  ”to powstanie, w odróżnieniu od poprzednich, miało pełne poparcie społeczeństwa. Nie było żadnych ubocznych celów, rywalizacji o władzę lub jej…unikania.” 

          Mit zawładnął mentalnością Polaków. Nie dotyczy tylko historii, ale wkracza w gospodarkę, szkolnictwo, a nawet ostatnio do sportu.

        „Polacy, nic się nie stało.”? Zamiast pokazywać, w jakich dziedzinach jesteśmy dobrzy i najlepsi, uczymy przyszłe pokolenia dumy z przegranych bitew i błędnych decyzji wodzów.

            Naprawdę nikogo nie razi to machanie  narodową flagą, potrząsanie szabelką miast wyciągania wniosków?  A na historii dalej wkuwamy daty i fakty, zamiast uczyć się od tej nauczycielki życia  ROZUMIENIA  procesów historycznych.

Ojczyznę pełną rozsądku, racz dać nam, Panie

          Od jakiegoś czasu klepię tę odę do rozumu, jak trzecią szansę. Sądzę, że nawet mumie egipskie odwracają oczy ze zdumienia od tych dobrych zmian. Tak czy śmak celowany rząd czasownika i przypadek rzeczownika muszą się uzupełniać. Tymczasem mity w odpowiedniej oprawie zmieniają punkt widzenia zależny jak wiadomo także od  punktu siedzenia. Celowo dobrane i podrasowane mity mają trafiać do powszechnej świadomości wraz z efektownymi nutami religijnymi i patriotycznymi. Powszechnie wiadomo, że bez ułańskiej fantazji i szumu husarskich skrzydeł  trudno się żyje Polakom. Przekonani o własnej wielkości, podporządkowują wszystkich swoim partykularnym celom i w zależności, skąd wiatr zawieje, machają politykierską chorągiewką, bogoojczyźnianą bitwą oraz  patriotycznymi sloganami. Cóż, że zmienia się klimat, kiedy moc sprawcza przekrętów zostaje. Zgrzytają w zębach niczym ziarenka piasku w ojczyźnianym torcie.

         Hymn  A. Felińskiego  ”Boże, zachowaj nam króla”  i  pieśń  ”Boże, coś Polskę”, to ten sam tekst. Wiernopoddańczy carowi Aleksandrowi I utwór powstał na zamówienie, a zleceniodawca, wielki książę Konstanty musi nieźle rechotać, gdy słyszy swoją pieśń śpiewaną w kościele. Można zmienić adresata, przerobić refren i przystosować pieśń w zależności od rodzaju historycznego wiatru. Procesje nie orientują się przecież, że śpiewają  zmieniany wielokrotnie tekst w zależności od celu, jaki ktoś chce osiągnąć:

„Naszego Króla zachowaj nam, Panie”

„Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”

 ”Boże, coś wieki Izraela naród”

„Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”

          Musimy mieć świadomość, że celowo powtarzane mity przez podobno wolne media (hi, hi, hi),  utrwalą się w świadomości Kowalskich, a powielane w rozmaitych odsłonach, zadziałają niczym czary, cuda i mity razem wzięte. Słucham dwukrotnie powtórzoną wiadomość, że ponoć niejaki Jarosław wywodzi się od B. Chrobrego. [Czy Chrobry zechce się przyznać do tak sławionego potomka, oto jest pytanie].  Nie zapominajmy, że zakonserwowana głupota nie tak szybko zardzewieje. Ludzi praktykujących na pokaz coraz więcej. Pojawiają się niczym ten złoty pociąg w Wałbrzychu i obiecują patent na przemiany i narodowy dobrostan. Od zarania dziejów znane są przypadki, kiedy zmanipulowana historia zmienia osąd widzenia.

\         Oto wystarczyła potęga poezji A. Mickiewicza, abyśmy przyswoili sobie, że Ordon, ten patron szańców, wysadził siebie i redutę. Tymczasem  nie dość, że nie wysadził prochów, to jeszcze przeżył swą efektowną śmierć, by potem zmagać się z  własną legendą. Co biedak potem nie robił, gdzie nie walczył, by dopiero strzał w głowę uciszył tę mękę sławy. Z kolei obronę Częstochowy znamy z „Potopu” H. Sienkiewicza. Tymczasem wiadomo, że legendę o sobie wykreował głównie o sobie sam P. Kordecki. Zasługi związane z odstąpieniem Szwedów od oblężenia przypisał nie tylko sobie, ale i  NIEOBECNEMU  w czasie oblężenia cudownemu obrazowi. Wiadomo również, że Jasna Góra nieraz oddawała Sanktuarium,  a to protestanckiemu królowi, a to najjaśniejszej cesarskiej mości, a to z wielkimi honorami witano cara Aleksandra I.

           Konformizm i wiernopoddańcze hołdy znane są współcześnie i równie często spotykane. Z tego powodu obserwujemy również kurczenie się obwodu głowy u piekielników nasączonych trucizną i jadem. Nawet śmietanka wzajemnej adoracji  i nasłodzenia wydmuszek i paprotek niewiele pomoże na polski patent, jak kogoś oszukać, czym się podlizać, jak wyjść na swoje, jak drugiemu dokopać, jak się ustawić itd.

           ”Polska potrzebuje ołtarzy, kościołów i krzyży”, ponieważ polski katolicyzm polega na zewnętrzności.  W naszych sercach nienawiść, na językach jad, dusze bez miłosierdzia, powszechne jest deptanie bliźniego, naginanie słów i nauk. Rozbawiamy Boga do łez swymi życzeniowymi modłami, krzyżowaniem placów, media donoszą, że również  Błonia mają być ukrzyżowane.  W szczególne Polaków posłannictwo, męczeństwo, nieomylność i mesjanizm nadal chętnie wierzymy, gdyż czujemy się wybrańcami narodów. J. Słowacki przypomina:

„Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;”

             Od zatrutego powietrza, ziejącego jadem ognia, głodu wielkości, wojenek domowych, zamachów wyobraźni, komedii sejmowych i terroru słownego wybaw nas, Panie.

Tam, gdzie król piechotą chodził

       Na niebie pasą się baranki, ogórkowy gorset poluzowany, więc spokojnie można iść tam, gdzie i król piechotą także zwykł chadzać. Cóż, brudnemu to zawsze ten klozet na myśli.  Nie udawajmy jednak, że tam prawie nie chodzimy, skoro cywilizowani nie potrafią się bez tego przybytku obejść. Trochę jak zakonnicy, trochę jak rozpustnicy zaglądamy za te drzwi z kółeczkami i trójkącikami. Może coś zdołamy podpatrzeć, skoro współczesne toalety mogą patrzeć, mrugać, czy świecić. Przaśny czas zaprzeszły w tym temacie zostawiamy głęboko w tyle.

http://www.online.prezentacje.org/smieszne/toalety_swiata.htm

         Drewniany wychodek z serduszkiem to już przeszłość. Obecnie toaleta może być w kształcie fotelika, tronu, w stylu glamour  (błyszczy się niczym brokat na wieczorowej sukni) lub z wyposażeniem na bogato, czyli: faks, komputer i telefon. Posiedzenie powinno sprawiać przyjemność, ponieważ deska jest nie tylko wyściełana, podgrzewana, ale i naturalnie skórzana. Obok galerii Tate w Londynie stoi toaleta  z luster weneckich. Ta lustrzana kostka pozwala w trakcie wydalania obserwować ruchliwą ulicę i oglądać widoki miasta z różnych stron (ciekawe, czy to podziwianie okolicy ma swój limit czasowy).

        W Hong Kongu, ma się rozumieć, wychodek musi być ultranowoczesny, czyli na fotokomórki, przyciski, a dookoła roztacza się przyjemny morski widok, ponieważ ściany tworzą akwarium z pływającymi rybkami. W Las Vegas pisuar ma kształt otwartych ust, a  z kolei we Freiburgu oddajesz mocz w prawdziwe mosiężne trąby. W Niemczech można spotkać pisuary podpisane, więc podchodzisz i wybierasz w zależności, co wypiłeś: wein, wasser, champagner, limo, bier, a nie próbuj oszukiwać,  że ty tylko wodę…

         W Nowym Jorku na załatwienie sprawy masz kwadrans. Po tym czasie niestety, przybytek się otwiera i nie ma zmiłuj, rozpoczyna się dezynsekcja. W Portugalii możesz załatwić się w galerii wewnątrz manekinów, a w Chinach w egzotycznym smoku. W Księdze Quinessa zapisana jest najdłuższa, jeżdżąca ubikacja. Nie wiem, ile przyjemności z jazdy przeżyjesz, kiedy jedziesz ulicami i siedzisz na odkrytym sedesie. Przy okazji powinieneś też kupić papier toaletowy wytworzony  z kanadyjskiego drewna maczanego w krystalicznej wodzie z ręcznie malowanymi wzorami za 17 dolarów.  Kiedy  zaś znajdziesz się w Finlandii, musisz mieć przy sobie telefon i to naładowany, ponieważ przydrożne toalety otwierają się przez wysłanie sms-a do zarządcy drogi. Inaczej nie załatwisz sprawy. Co kraj, to inne wydalanie, wiedza jak najbardziej i w tym temacie wskazana.

        Prawdziwy raj dla tych, którzy lubią delektować się tymi świątyniami dumania, czeka w Japonii. Tam jest wszystko, o czym może człowiek zamarzyć, czyli elektronika, konsole zarządzające zapachami, różne strumienie wody pod wszelkimi kątami, podgrzewane deski i stosowny wybór dźwięków zagłuszających odgłosy.

        Nie ma co zazdrościć, wystarczy kupić Neorest za 15 tys. Nie dość, że ma futurystyczny wygląd (kosz na bieliznę skrzyżowany z siedziskiem motocykla), automatyczne otwieranie i zamykanie, filtrowanie, samoczyszczenie, to  oczywiście bez pilota ani rusz. Sprawy nie załatwisz, bo jak siądzie bateria, pozostaje pukanie do życzliwego sąsiada. Jeśli kupisz Regio Satis Inox za 18 tys, masz możliwość odsłuchania swojej ulubionej muzyki, a kryształowy Inox z kryształkami Swarovskiego kosztuje około 135 tys. Ciekawe, czy w środku też kryształowo. Jeśli i to nie zadziwi, można oglądać ubikację złotą firmy Hang Fung Gold Technology Group. Wprawdzie jej nie poużywasz, ale pooglądasz i wprawisz się w zakłopotanie, gdy poznasz cenę.  Tylko 15 mln.

          A teraz wróć z dalekiej podróży i zajrzyj do rodzimych przybytków. Też wprawisz się w zakłopotanie, z kolei z innego powodu. Z reguły zamknięte. I nie otworzysz ani pilotem, ani wysłanym esemesem, ani za pomocą euro. Co kraj, to obyczaj.

Kanikuła jako nowoczesna forma wielkiego podróżowania po niezwykłym świecie

      Świat wzdłuż i wszerz przemierzają miliony ludzi. Sądzą, że odkryją niczym Kolumb rzeczy nieodkryte i niezwykłe. Zauważamy jednakże, że reportaże z podróży nie opisują urody danego kraju, czy kontaktów z tubylcami, by multi kulti zadziałało, lecz najczęściej szczegółowo opisywane jest jedzenie oraz historie zatruć pokarmowych np. „po zjedzeniu owczych oczu.” Próbowanie, smakowanie kulinarnych specjałów najważniejsze, jak u dzieci w wypracowaniach.

       M. Omilianowicz w „Się jedzie” zebrała opowieści znanych podróżników informujące, czym świat zaskoczył ich w podróży. Okazało się…, hmm, że człowiek może zjeść dosłownie wszystko. Tarantulę w Kambodży, baluta na Filipinach, żywą ośmiornicę w Japonii, w Ekwadorze świnkę morską, zresztą coraz częściej świnki widoczne są w restauracjach w USA. W Mongolii za to dostaniesz rozgrzewajacą herbatkę ze zsiadłym mlekiem i kawałkami żółtego tłuszczu. Spotkanie zaś ze stonogami z Vanuatu może być przykre. Mierzą 30 cm, mają  chyba ze trzysta odnóży jadowitych i straszliwie po uśmierceniu śmierdzą. W chińskim Fuczou w wonnym liściu i ryżowym cieście dostaniesz pyszną zapiekankę. Lepiej nie pytać z czego jest to wybornie smakujące mięso, ponieważ zaskoczony będziesz odpowiedzią, że to taki rodzaj…wielkiej żaby.

       W Ameryce Płd nie pij ayahuascy, czyli wywaru, który działa poszerzająco na podświadomość, choć podobno szamani lubią ten napój, bo po nim wszystko wygląda inaczej, jak to zazwyczaj po halucynogenie. W Maladze z kolei nie zamawiaj coli, gdyż tak tu nazywana jest koka. W delcie  Okawango w menażce znajdziesz więcej komarów niż wody, a innej wody, choćby z rzeki nie przyniesiesz, bo nie znasz zwyczajów krokodyli, więc może być krucho. W Indonezji k/ parku Bromo kawę dostaniesz w foliowym woreczku, a jakżeby inaczej – ze słomką i  już posłodzoną. W Amazonii z kolei nie powinieneś się skarżyć, że w pokoju hotelowym  pełno robactwa. Pani odpowie, że skoro jesteś w dżungli, to insekty być muszą, ponadto doradzi, iż w pokojach należy uważać na żmije, bo  są one jedne z jadowitszych.

http://travelingrockhopper.com/

       Kiedy znajdziesz się w tych egzotycznych Indiach, musisz pamiętać o zachowaniu czystości. Owoce należy myć szczoteczką i w wodzie ze specjalnym  płynem. Chodzi także o  zmycie nadmiaru pestycydów ze skórek owoców i warzyw. Do indyjskiego Hajdarabadu  razem z tysiącem Hindusów możesz wyruszyć, by połknąć żywą rybkę,  najczęściej  to są żmijogłowy otoczone ziołową pastą. Ta rybka wyleczy każdego z astmy. Pamiętać również wypada, że w  Emiratach obowiązuje zakaz picia, a w Hong Kongu za palenie w niedozwolonym miejscu zapłacisz aż pięć tys. dolarów.

         W Ameryce z kolei nie zobaczysz babek klozetowych, za to ubikacje będą czyste. Nie spotkasz również ludzi z wiecznie przylepionym skrzywionym uśmiechem. Taką aurę życzliwości w Polsce także możesz zobaczyć… w czasie składania życzeń wigilijnych.

       Ganbare, podróżnicy. W poprzednim wcieleniu musiałam być obieżyświatem, skoro uważam, że nie tylko o to jedzenie chodzi w tym podróżowaniu.

Na deprechę frustrata czarci pazur

          Patrzę na roztańczoną młodość z okazji ŚDM i myślę, jakie życie przed nimi. Może  czekają  na nich wszystkie skarby tego świata, a  może będą mięsem armatnim jakiejś ideologii lub w końcu poluzują oddech, aby szerzej odetchnąć i więcej zobaczyć. Nie mogą zmienić sytuacji w świecie, ale mogą zrozumieć siebie i zobaczyć, że nie wszystko białe jest czarne, a czarne jest białe.

         W rozwoju technologii nastąpił niebotyczny skok, a tuż, tuż puka sztuczna inteligencja zaplanowana na 2035 r. Trzeba tylko mieć cichą nadzieję, że ona ludzi nie wymiecie jako ów zbędny sort. Pracujący w USA informatyk A. Targowski mówi, że komputery myślą szybciej od człowieka i często pracują wydajniej  (choć to nie zawsze oznacza lepiej dla człowieka !). Wprawdzie tego symbolu skupienia potencjalnych zasobów intelektualnych, czyli Doliny Krzemowej długo u nas nie będzie, niemniej uczelnie muszą przestawić się na jakość nauczania, a nie ilość. Licha dydaktyka postawiła na indywidualny encyklopedyzm. I cóż z niego? Wprawdzie korporacje wyciągają co zdolniejszych, przystosują ich do swoich standardów, ale należy mieć na uwadze, że kiedy zmieni się technologia, zastąpią ich jeszcze młodszymi i chętniejszymi do pracy po godzinach. Wcześniej czy później czeka korporacyjny szklany sufit. Uczelnie nie przygotowały młodych ani do pracy zespołowej, ani do samodzielności rozwojowej. Nie stawiały na innowację, nie miały pieniędzy na doświadczenia, a rząd publiczne pieniądze rozmieniał na drobne; jak wiemy, tyle było niesamowicie pilnych potrzeb… A tymczasem co mądrzejsi wyjeżdżają.

        Dobra wiadomość to nie wiadomość. Zła wiadomość to DOPIERO WIADOMOŚĆ – informują media. Oto parę faktów i przemyśleń, czyli jak powiedział Franciszek na Franciszkańskiej : „Życie jest takie, kochani młodzi.”

           Zastany świat nie nastraja optymistycznie. Zacznijmy od pieniędzy. Wszyscy żyjemy na kredyt, nawet ci, którzy się jeszcze nie urodzili i jeszcze o tym nie wiedzą, że go mają. Poza tym gotowi jesteśmy niczym ta druga strona Internetu uwierzyć we wszystko, co ładnie podadzą i kolorowo zapakują. Wielka smuta i dekadencja. Choćby te wojny hybrydowe. Niby są, ale z widocznością krucho u przeciętnego Kowalskiego. Podobnie ze sztucznie wywołanymi aktami terroru. A jak mało widoczny jest efekt napuszczania jednych na drugich, czy podkręcania emocji na tle religijno – rasowym i fundamentalizm coraz powszechniejszy, także katolicki. Zniesmaczenie budzi produkowanie na naszych oczach nowej i ulepszonej historii. Mamy miliony na sport, a nie mamy na na nowe badania i technologie. Mamy pieniądze na zbrojenia, a nie mamy na zdrowie. Coraz liczniejsza grupa pacjentów nie będzie mogła korzystać z leków nowej generacji i innowacyjnych terapii. Rosną w zastraszającym tempie zastępy  biurokratów, a przyzwyczajeni do manipulacji, już nie regujemy na ewidentne przekłamania. Ze świecą też można szukać szczerego, otwartego, dobrego człowieka, który myśli  nie tylko o sobie. I bardzo wielki żal, że w starożytności była etyka, a w XXI w. już niekoniecznie potrzebna ludziom. Luksus etyczny szyty na miarę epoki.

          Samo mówienie nie wystarczy, by młody nie dał się zamulić. Przystawianie pijawek, by choć trochę krwi upuściła, wystarczy zaledwie na krótki dystans. Także uzależniające przebieranie nogami przy szukaniu Go Pokemonów pewnie również nie zlikwiduje niepewności czasu świata tego. Trzeba bowiem uświadomić sobie, że zmienić swój los to nie to samo, co przejście czternastu poziomów na lewelu, czy posiadanie kieszonki na selfie. Muniek na problemy ma swój kawałek podłogi, a mnie reumatolog przepisał tabletki „Diabelski pazur” – Devil’s Claw, środek ludów afrykańskich w stanach boleści oraz maść „Czarci pazur” na bazie korzenia afrykańskiego o podobno wyjątkowych właściwościach rozluźniających i relaksacyjnych kończyn i pleców. Korzenny wywar wilczego pazura (hakorośl rozesłana) pomaga na wątrobę, nerki, niedokwaśność, zakażenia itd. Skoro na wszystko pomaga, to pewnie i na bolące miejsca świata tego powinno pomóc albo przynajmniej coś choćby w zwojach rozluźnić. Konia z rzędem temu, kto wie, co naprawdę pomoże. 

Dowcipny znajomy podpowiada: a wystarczy wyłączyć młodym ten  p r ą d.

 

Współczesność obciągnięta podświadomością

        Do naszego dobrego samopoczucia –  jako że jesteśmy stale młodzi i piękni, o umysłach nie wspomnę – wrzucę ziarnko gorczycy, ” bo kto nie zazna goryczy ni razu”, tego życie przemiele, przetrawi i wypluje jak  przysłowiowe śliwki robaczywki. Karmieni od rana do wieczora  papką  bezsensownej sieczki, wodzeni przez wodzów niczym owce na manowce, namawiani do kalkulowania,  (dlaczego się to opłaci), zalewani potokiem rodzimych i światowych katastrof, uwodzeni przez reklamy (kup jeszcze i to), nie zauważamy ewidentnej manipulacji we współczesnym świecie, skoro na co dzień jesteśmy  przyzwyczajeni do łykania pigułek na wszystko. W „Wysokich Obcasach” babcia pisze, że na wakacje zdrowa wnuczka przyjechała do niej z woreczkiem suplementów, witamin i syropów, więc po staroświecku pyta „czy nastała moda na zdrowie, czy na leki i suplementy.”

        Dalej nie wiadomo, skąd tyle frustratów, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz samolubny mózg zwalnia się z myślenia i lubi tę  rączkę prowadzenia ku złotym plażom i luksusowemu samopoczuciu, a  bożek gorzelny prowadzi tych, „co przed sobą pchają smutek, zdarte płyty przez los, pęknięte serca, łzy, nieudane życie.”

             Podobno wiek XXI to „stulecie umysłu”. Jakiego? Perfekcyjnego syfu, totalnego zmanipulowania, życia zabarwionego iluzją? Otwórzmy oczy na media, sieć, prasę, to MOŻE zobaczymy, że żyjemy plotką, skandalami, poległymi pod Smoleńskiem, wyklętą historią, świętami nierówności, puczami, aktami przemocy. Zobaczmy te tłumy idące bezwiednie na rzeź za jednym,   czy drugim wodzem dobrych i lepszych zmian. Pokolenie ciem i motyli lecące za każdym światełkiem, ponieważ nie znalazło pilota do tego czwartego wymiaru rzeczywistości, a złe wiadomości codziennie lecą za nimi. I nie wierzą w te wolne media, bo jeśli byłyby wolne, to miałyby możliwość wyboru i głupców do studiów nie zapraszały. O, kuchnia! Skoro okazuje się, że najważniejsza w rozmowie jest długość szpilki i jad w zębach, znaczy jedno: wciskanie kitu w  naszą podświadomość.

       Niestety, za naszym pozwoleniem leją współczesnym na głowę tony brudnej wody, wmawiają, że to wina deszczu i nawet nie zauważamy, że mamy te dziury w świadomości, więc umoczeni w tych aferach bezradnie rozkładamy ręce. Spece od marketingu doskonale wykorzystują te schematy myślowe. Zauważamy to już w momencie wejścia do marketu, gdzie ceny i sposób ułożenia towaru nie są przypadkowe. Cała porcja codziennej litanii reklam też zrobi pranie mózgu, bo przecież wolno  nas oszukiwać, a my to zaakceptowaliśmy bez mrugnięcia okiem. Mnogość mnogości też, a mnogość pomnożona przez ilość wyborów tych samych jogurtów, leków różniących się tylko ceną. Nic, tylko wybierać. Masz wybór, więc wybierasz między chemią a chemią, bo to akurat tańsze.

         Możesz śledzić całe życie te tabelki Excelu, możesz kalkulować na każdym kroku, co ci się opłaca, analizować, ale w końcu dojdziesz do tych schodów. Dostaniesz zadyszki, przystaniesz, zaczekasz. Może te schody kiedyś zamienią się w ruchome, a może stanie się nowy cud i sama winda podjedzie? G. Orwell podpowie: „Dopóki nie połączy ich świadomość, mądrzy się nie zbuntują.” A przeszlifowanie świadomości nie takie proste, nawet przy powtarzanej mantrze, że będzie lepiej i coraz lepiej.

         Człowiek uczy się na błędach, kiedy wie, że je robi, ale zmanipulowany, nie ma zielonego pojęcia, jak wygląda naga prawda.  Einstein zauważył: „Jedynym dowodem na to, że istnieje jakaś pozaziemska inteligencja jest to, że się z nami nie kontaktują.”  Bo i po co? Wyraźnie nie życzą sobie zmanipulowania. Widać nie lubują się w skandalach, uzależniających programach, tego całego biznesu robionego na ludzkim strachu i lękach.   Nie wszystko na sprzedaż.

          Jakie opaski na oczach nie pozwalają dostrzec, że na nas cały czas można bezkarnie robić BIZNES. Farmaceuci od dawna zacierają ręce i wmawiają choroby także i te, których   n i e   mamy.  Kosmetologia potwierdza, że kiedy kupimy jakiś specyfik, staniemy się od razu piękni i młodzi. Dietetyk zapewnia, że jego dieta pozwala na 500% schudnąć. Korporacje wmawiają, że jak posiedzisz cały dzień w pracy, to będziesz szczęśliwy, no bo jedynie pieniądze dają radość, skoro możesz za nie kupić następny gadżet. Pracodawcy widzą zdeterminowanie, więc na maksa wykorzystują strach przed zwolnieniem. Lekarze z kolei nie zawsze robią badania, za to chętnie zapisują tony specyfików. Na naszych strachach zarabiają osobiści kołczowie, na naszej naiwności doradcy bankowi i lichwiarze, wszak prawo rozciągane jest przez obrotnych adwokatów we wszystkie możliwe strony. Na naszych fascynacjach niemoralne pieniądze zarabiają piłkarze, piosenkarze, celebra. Kasa wyjada też mózg dziennikarzom. (Kiedyś K. Mroziewicz czego innego uczył swoich słuchaczy). Działa ta potęga podświadomości. Prawda? Zmysłowy frazes rządzi!  Ale wiedz, że tego nie da się  zwyczajnie wygumkować…

        Pod płaszczykiem znieczulającej kraju obronności – zbrojenia i detonacje. O sytuacji radiacyjnej np. w Japonii informują linki podane na stronie   https://www.facebook.com/Kiedy-kot-op%C5%82akuje-mysz-nie-bierz-tego-na-powa%C5%BCnie-178153162256019/info/?tab=page_info  O polskich skażeniach wiemy  z 1992 r.: „Zjedzenie 400 g suszu podgrzybków z okolic Olesna wyczerpywało dopuszczalną dawkę roczną, a jedzone grzyby to tylko cząstka tego, co przyjęliśmy, spożywając skażone warzywa, owoce, mięso i wodę. ” Obecnie to nie temat, nikogo nie przerazi. Jak i pytanie, dlaczego stać nas na organizowanie rozmaitych igrzysk, a nie stać na leki i rehabilitację chorych dzieci. I jak tu zjeść ten kawałk depresji po wiadomości, że uczeni  również nabierają nas i produkują fałszywe informacje do spraw nabierania,  ponieważ kasa płacona przez koncerny znieczula uczone sumienia. Jeszcze trochę i my zapętlimy się w ten kaftan bezpieczeństwa. Chyba że znajdziemy jakieś UPDATE, gdzie cisza, czas, spokój, rozsądek, dystans będą większym luksusem niż mieszkanie w hotelu Atlantis The Palm w Dubaju oraz jajecznica  za 1000 dolarów z kawiorem i złotem na środku.   Inna rzecz, czy my wogóle umiemy żyć, kiedy kryzys wieku średniego dopada już po trzydziestce i nie umiemy życiu przywrócić właściwych witamin przyjaźni, tolerancji, uśmiechu, czy spokoju.

         J. Murphy twierdzi, że poziomem świadomości możemy sami zarządzać, więc spróbujmy zrobić wizualizację, znaleźć w sobie sensei, czyli tego, który uczy, a nie tylko przyjmuje do wiadomości. Psychologowie twierdzą, iż „można nauczyć podświadomość tego wszystkiego, co świadomie wybieramy.” Oczywiście pod warunkiem, że wiemy, gdzie manipulowanie.  Brawo ty, świadomości. Wszyscy żyjemy w tym Matrixie , ale  n i e  zwalniajmy się z odpowiedzialności i bezwolnego poddawania się.  (Było 500+, ma być 5000+, czas na 50000+). Już Seneka wiedział:  „Gdy nie wiesz, do którego portu płyniesz, żaden wiatr nie jest dobry.” 

         Włączam to swoje chłodne trzy czwarte i myślę,  jaką trzeba warstwą teflonu pokryć siebie, by stać się odpornym na mnożenie problemów,  zamiast ich rozwiązywanie. Nie tylko dostrzec, ale i wyczuć  z ma n i p u l o w a n i e. Wali przecież z daleka francuskim serem po nozdrzach. Nie chciałabym dożyć czasów, kiedy zobaczę chocholi taniec i usłyszę chichot błazna, że moje siermiężne czasy być może nazwane będą najlepszymi czasami.

          Świadomości,  może podpowiesz podświadomości…

Galicyjski centuś i lajkonik

               Gołębiami brukowany Kraków stał się duchową stolicą Polski dla zniewolonych przez zaborców mieszkańców kraju nad Wisłą. To tu krzewiono śródziemnomorskie obyczaje, tu tworzyło się szkolnictwo, odnawiano historyczne budowle, wspierano kulturę. W Krakowie mieszkali owi sławni centusie, którzy mieli zmysł praktycznego, aczkolwiek czasem przesadnego oszczędzania. Taki swoisty komplement dla ludzi szanujących nawet te marne grosze. Kiedy jeden krakowianin dla chleba sprzedał swe ciało mające służyć studentom, a długo nie umierał, magistrat w końcu przysłał mu … urzędowe ponaglenie. A jak, porządek musi być. Warszawiacy poważali oszczędzanie, szanowali centy, więc na krakowian mówili inaczej, choć niewątpliwie pogardliwie „lajkoniki”. Jak wiadomo, co roku w oktawę Bożego Ciała na znak uczczenia zabicia chana tatarskiego Konik Zwierzyniecki ma prawo harcowania, co przyciąga tłumy gapiów.

         Krakowianin to specyficzny typ człowieka. Zauważył to K. Estreicher: „Odznacza go kultura intelektualna, polegająca na krytycznej powściągliwości, na braku skłonności do wybuchów i emocji. (…) Ma wysokie wymagania i niełatwo czasem się raduje.” Niewątpliwie wyróżnia go lubowanie się w tytułach arystokratycznych, akademickich, magistrackich, najlepiej tych nadanych przez Najjaśniejszego. Przy czym należy pamiętać, że w towarzystwie posługiwano się tytulaturą o stopień wyższą od rzeczywistej! W całej Galicji roiło się od hrabiów, radców, profesorów, doktorów.  Nadradców był taki nadmiar, że ponoć rosły  jak grzyby po każdym deszczu. Pani doktorowa to nie lekarz, a żona doktora.  Całowanie rączek każdej paniusi  i padanie do nóżek pani dziedzicowej było w dobrym tonie. Obecnie tę całą uniżoność i zginanie wpół obserwowałam w szpitalu uniwersyteckim, gdzie młodzi tak reagowali na widok sław profesorskich.

         Galicjanie kochali się w kopcach (obecnie kochamy się w pomnikach). Sypanie ku czci  Wandy, Krakusa, Piłsudskiego, Esterki (obecnie WKS Wawel), Kościuszki (ziemia wożona z Racławic),  a ostatnio Jana Pawła II na Dębnikach.  Z językiem to insza inszość. Galicjoki  stoli w tych ogonkach (znakiem tego tu nie było kolejek), kapoty wieszali na ramiączkach, zakładali elektrykę, jedli kiszkę, pili kwaśne mleko, wychodzili na to słynne pole i szli na nogach, zamiast pieszo. Jan Mikołajczyk (Jasiek z „Wesela”) tłumaczyć się musiał społeczności, że pędził rzeczywiście nocą na koniu, „ale nie z jakimiś wiciami, tylko po wódkę.”  Przy okazji podpowiem, że Legia to klub założony przez Galicjan, a i obecnie podbiera z K-wa co lepszych zawodników. Stolyca, wiadomo. 

         Jako ciekawostkę podam fakt, że Kraków miał swój Madagaskar, czyli wysepkę na Wiśle naprzeciw Wawelu. Po powodzi w 1903 r. wyspę musiano zlikwidować, zatrzymywała wodę niczym tama. Każdy musi również przyznać, że Krakowa nie ma bez hejnału. Prus, zapytany, czy wyspał się, żartobliwie odpowiedział, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wariat, który co godzina grał na trąbce. Ale też najdziwniejszym miejscem, gdzie grano hejnał, był fotel dentystyczny, kiedy hejnalista przymierzał ustnik trąbki do nowo zrobionego garnituru zębów. Odnotujmy także i to, że w Hawełce, w  legendarnym lokalu spotkań profesury, dziennikarzy prof. Creizenach podpowiedział Sienkiewiczowi  tytuł powieści podając cygaro wraz ze scyzorykiem do obcięcia końca cygara:  ”Panie Sienkiewicz, ogniem i mieczem.” Galicjanie wolny czas spędzali w kawiarniach, gdzie pachniało kawą, tortem Sachera, serowcem i chrustem. Tu toczyły się dysputy wielkiej wagi,  tu szukano natchnienia, ale i plotkowano o romansach, a primabaleriny oraz insze baletniczki przyjmowały hołdy i odbierały prezenty. A szczęśliwi  - wiadomo – kufli nie liczą.

         Galicyjska bieda była znana wszem i wobec.  80 % mieszkańców żyło z rolnictwa, z tym  że połowa gospodarstw miała mniej niż dwa ha. Chłopskie jadło to nie knajpa z baranim udźcem, a mąka gotowana na wodzie zabielanej mlekiem lub serwatką. Gotowana na gęsto nazywała się maleszka. Do tego kasza, marchew, rzepa, brukiew. Mówiono, że chłopi na tych zagonach byli podobni do żniwnych powróseł: słabi, giętcy, wiotcy. Litery CK (znaczą Cesarz i Król – oficjalny tytuł FJ I po r. 1867) zobowiązywały. Najjaśniejszy pon cysorz obecny w pieśniach w oczach swojego ludu był sprawiedliwy, sypiał na twardym, żelaznym łóżku i jadał jeno żołnierskie potrawy.  Pozwolę sobie zacytować odpowiedź Franciszka Józefa na wieść o kradzieży chleba:  ”No, no. Jak się jest głodnym, to się nie kradnie, tylko siada do stołu i je!”  ( Nadarza się okazja, by podać przepis na omlet cesarski: pięć żółtek utrzeć z cukrem, dodać pół szklanki mleka, 125 g mąki i delikatnie połączyć z pianą). Nadmienię, że L. Mazan napisał książkę pt. „Zdarzenia z życia Naszego Monarchy”, ponoć zakładki do książki wykonane zostały na wzór i podobieństwo tasiemek bielizny cesarza.

           Wypada wspomnieć, o czym mówią pieski co roku w Wielkim Pochodzie Jamników: „Nie będziemy gryżć się jak ludzie.”  Przepraszam, niechcący wyszła tu krakowska szopka. To może krakowskim targiem,  ”Gaudeamus”:



  „Hej,Radujmy się więc, dopókiśmy młodzi!  
Po przyjemnej młodości,
po kłopotliwej starości,
posiędzie nas ziemia,”

I tak jak mówi krakauerolog Leszek Mazan: „Poza Krakowem życia nie ma.

A jeśli jest, to co to za życie!”

Korzenny instant językowy

        Mam parę tych lat, więc wyrosły mi już te językowe zęby. Nie jestem purystą, nie mniej dziś o mało co nie potknęłam się o własny język, kiedy pięciolatka zapytała mnie:

- Wycaiłam ptasie mlecko. Kupis? A mas peeny? Ja nie mam hajsu…  Kumas, ciocia?

        To „kumas” było po pewnym czasie, widać nietęgą miałam minę. Zresztą, co miałam nie kumać, chodziło o słodkości, a słodkości to również moja specjalność, nie mniej jednak po słowach malucha obudziłam się niczym Etna, aby zrozumieć, że obecnie język niekoniecznie może służyć porozumieniu, skoro przedszkolaka nie do końca zrozumiesz. Znajoma pani z przedszkola twierdzi, że dzieci posługują się językiem dorosłych    r o d z i c ó w,    w tym także słownictwem powszechnie uznawanym za brzydkie. Maluchy nie uważają jednak, że są to wyrazy, których trzeba się wstydzić. Słownictwo na „k” i „ch” jest na tyle atrakcyjne, że cieszy się coraz większym powodzeniem.  Dzieci dopiero w przedszkolu dowiadują się, że te formy mogą budzić niechęć innych ludzi, więc w przedszkolu uczą się  świadomego  używania słów i poprawności językowej. Nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd, ale wnuki nie mówią nagminnie lokalnym kolorytem, choć przecież kontaktowały się z rówieśnikami na podwórzu i w szkole.

          Przysłuchujemy się tym nowym słowom typu zdeletowany, odjechany, spoks, lasencja, bezczaj, a wszystko – jak twierdzą fachowcy – przez to, że ludzie mają coraz mniej chęci do sięgania po pachnące farbą wielostronicowe książki oraz muszą mówić coraz szybciej, skoro czasu na nic nie mają. Na Incie przeczytałam, że” facet BMW” oznacza mężczyznę, który ma Bardzo Mało Włosów. Trzeba obczajać, by nie odstawać.

            Świat współczesny opisany jest za pomocą przedrostków. Zacznę od postu, wszak post- znaczy tyle samo, co „po”, „kolejny” (postfeminizm). Użycie post- świadczy o bezradności współczesnych w opisie rzeczywistości. Podobnie z przedrostkami pseudo- , czyli taki nieprawdziwy (pseudo-Polak), czy quasi-, czyli jakby, niemal, prawie (quasi- postępowy) albo para-, czyli niby, prawie  (paranormalny). Co wczoraj było trendi, obecnie już passe’.

            Język polityczny też nie może być śliczny. Tu rozgardiasz niczym w stolicy z okazji szczytowania NATO. W ostatnim nocnym przedstawieniu sejmowym mówiło się o kneblu konstytucyjnym. Podobno „chamstwo może być wykształcone również” i niczym ten Żywiec bezalkoholowy zmieniać ludzką świadomość. Owo przebieranie i sortowanie ziemniaków w czasie nocnym spowodowało, że wielu posłów połknęło wreszcie publicznie własny język o konstrukcji cepa wyborczego. Czas na podsumowanie.  Oto język jako świadek epoki widzi również DOBRE ZMIANY: „Saska przeprasza za Kempę”, „Moje jajniki – wasze klęczniki”, No women, no kraj”, „Rodźcie sami. Księża ładni są z brzuchami”. No bez przesady. Transparent oburzenia widoczny, tak jak widoczna jest brutalizacja i język potępienny wszystkiego, co się w gardle rusza.

         Zawiesiłam się jak ten mój komputer. Przez ten znak czasu, gdzie wszystko rozchwiane i względne od wartości po język. A język jak ten pamiętnik zanotuje nawet najdrobniejszy szczegół. Myślę, jak tu spokojnie zasnąć z tym wywalonym jęzorem na własnych piersiach. Nie ma innego wyjścia, należy wypić z ozorkiem  tę beczkę soli, aby ZROZUMIEĆ, PRZYSWOIĆ i  w końcu nadążyć za tym nadzwyczaj ciekawym ludzkim organem wyróżnienia wśród wszystkich znanych ssaków.

Zapraszam na jednego do Małej Ziemiańskiej

      Zanurzam się w ten kurz przeszłości za sprawą Z. Uniłowskiego. Przy okazji tego  odkurzania zostałam w tym wspólnym pokoju razem z pięciorgiem lokatorów (w tym jeden prątkujący), głównie literatów z artystowskimi nadziejami i chorych na „przedwczesny uwiąd”, by pooddychać dawnym, choć przecież nie tak odległym klimatem przedwojennej Polski. To świat podwórek oddzielonych od ulicy żelaznymi bramami, na których wrzało dziś nam nieznane życie. Na podwórzu kupowało się, prało, załatwiało sprawy, przekazywało porady, np. „na suchoty najlepszy psi szmalec. To te pęknięte płuco zarośnie tłuszczem.” Przy bramach stały kobiety z koszami sprzedające ciasta, owoce, warzywa, chusteczki do nosa, obok Żyd sprzedający grzebienie po 5 groszy, cukiernik sprzedający 4 cukierki za 10 groszy. Utarg wynosił najwyżej złotówkę, ale za to można było kupić chleb, do chleba już brakło, przy czym – dla porównania – dobry obiad w Ziemiańskiej kosztował pięć złotych.

        Odgłosy tamtego świata też jakby inne: uderzenia podków  końskich o bruk, pohukiwania stróżów, trąbki taksówek, dzwony, wrzask targujących i kupujących, szwargot, granie na harmoszce, kłótnie, bójki, wyzwiska (szlajo, flądro, małpo, gudłaju). Zapachy niezbyt przyjemne: w nozdrza walił smród papierosów, odór alko i nieświeży zapach ciał i odzieży. Stara matka musiała  dorosłemu synowi przypominać: „Dwa tygodnie kulasów nie myłeś (…) Skarpetki się przez to niszczą.” Jedna miska i wiadro z zimną wodą sprawy nie ułatwiały.  Czasem trzeba było wziąć tego pogrzebacza i ubić spacerującego karalucha. „Wszyscy klepiemy biedę w większym lub mniejszym stopniu, a jednocześnie sprawiamy wrażenie kapitalistów” – zauważa narrator powieści pt. „Wspólny pokój”.  A te ichnie przekręty też miały lżejszy kaliber: jeden zapomniał zapłacić za kawę, inny zaś pożyczył  od kogoś gramofon, by sprzedać go, bo pić się chciało lub nieźle suszyło, to wieczne pożyczanie na wieczne nieoddanie i pytanie do każdego napotkanego: „Czy nie masz wolnej złotówki ?” No, cóż, skoro do żadnej pracy się nie nadajesz, pozostaje ci pisanie… Ale za to grosza też nie było… „Co komu przyjdzie z tych bazgrot, szkoda tylko papieru.”

        Cieniutkie paletka na grzbiecie, frustracje, pustka, jałowizna  wypychały także następców Skamandra do Małej Ziemiańskiej, przy Mazowieckiej 12, kultowej m i e j s c ó w c e wielkiej piątki: J.Tuwima (H. Ordonówna śpiewała jego wiersz „Miłość ci wszystko wybaczy”), J. Iwaszkiewicza, A.Słonimskiego, K. Wierzyńskiego i J. Lechonia. Tu przy słynnym stoliku na półpięterku siedział ów PARNAS przyciągający znamienitych, m.in. B. Wieniawę – Długoszewskiego  („Dzwoniąc szablą od progu idzie piękny Bolek. / Ulubieniec Cezara i bożyszcze kobiet.”), Fiszera („Właściwie kobiety dzielą się na dwie kategorie: damy i nie damy.”). Bywał tu Dymsza, Żeromski, Bodo, Gombrowicz, Gałczyński, T. Boy – Żeleński… Zamawiano ulubioną kawę po warszawsku i tego nieśmiertelnego śledzia. To tu żartowano, czytano, pisano na bibule,  dyskutowano, prawiono złośliwości. Nie na darmo Ziemiańska miała określenia: „loża szyderców”, „literacka mafia”, „dintojra literacka”.  ”Żelaźni goście” przyciągali tłumy tych, którzy chcieli „zbić bólu wrzask”, pooddychać „szatami dostojeństwa”. Tu nad głowami unosiły się tony fantazji i sina bladość oparów alko i dymu. K. I. Gałczyński w wierszu „Śmierć poety” uwiecznił ten czas:



„Zna go dobrze Warszawa:

Pożyczał – nie oddawał,

nasienie drańskie;

a „poetyczne dale”

to były te skandale

w Małej Ziemiańskiej.”

          Tu kręcili się również agenci.  Można było posiedzieć za Norwida, kiedy recytowało się jego utwory. Od razu zjawiał się tajniak. Tłumaczono, że to wiersz Norwida. Tajniak na to: – Proszę o adres tego Norwida - Nie żyje. - My to sprawdzimy, czy nie żyje. Zatrzymany do wyjaśnienia sprawy.

          Nie wiem też,  jak ówcześni znosili wieczne cierpienie na kacenjamer po mieszaniu trunków, skoro jedynym lekarstwem na kaca właściwie była ta woda z kranu i sodówka.

„- Widzę… widzę armię olbrzymią. Najpierw jedzie butelka szampańskiego… potem adiutanci… sześć butelek Martela… potem czwórkami jarzębiak…wiśniówka… starka… i inne gatunkowe… Potem przerwa i znowuż… czysta… spirytus… winka różne.”

         Jeśli obecnie czegoś brakuje, to z pewnością tych kawiarń artystycznych, anegdot związanych z życiem świata literackiego, ducha poetyckiego, genialnych ludzi, których życie już było samym poematem. Cóż, inna dziś  cyganeria oraz elyta:  zwykła, korporacyjna, senatowa, skandalowa oraz sejmowa. Przytoczmy tu słowa gospodyni wspólnego domu: „Nic, tylko mietłom…”

Mężczyzno, włącz sterownik pamięci podręcznej.

     Podobno są sprawy, które nie ulegają przeterminowaniu, czyli: wojna, miłość, polityka, alkohol i męskość. Niedługo i to powoli się zmieni. Weźmy choćby męskość. Nie tak łatwo ją  znaleźć w obecnych czasach. Billboardy pokazują  photoshop  młodzieńca z Ferrari w tle. A ty bez photoshopu nie wyglądasz na  tego przystojniaka, nie masz ani dziarów, ani sześciopaka, a jedynie z męskości ostał się ten twój kot na punkcie chmielu… Katon Starszy tak długo wmawiał wszystkim w rzymskim senacie, że Kartagina powinna być zburzona, aż w końcu ją zburzono. Tak długo też wmawiano naszym panom, że są istotami kruchymi, delikatnymi aż w to uwierzyli. Niektórzy to nawet pokochali ten botoks, puder, glanc, cekiny, kosmetyczki. Sprawozdawcy telewizyjni stwierdzili, że na ostatnim pokazie mody męskiej było więcej botoksu niż wina. To miało być to męskie wysokie C?

        Chciałaś mieć księcia z bajki, to masz zagrożony wyginięciem  męski gatunek. Wydelikacony, bo  bez ciepłej wody się nie obejdzie, zwierza nie upoluje, w buszu umarłby z głodu, odporności nie ma, bo i w wojsku nie był, nawet gdyby ten zając, czy kurak sam wpadł do sieci, to jak go wypatroszyć, oskórować, czy pozbawić koguta piór?  Mężczyzna o tak przyziemnych sprawach zwyczajnie pojęcia nie ma, przecież stworzony do wyższych celów. (Zwykle widzą gotowe dania na talerzu). Ani matki, ani później żony nie dają się im wykazać pracą w kuchni i obejściu. Zauważcie jednocześnie, że męskie kompetencje z powodzeniem przejmują panie choćby w policji, wojsku, straży, marynarce i dobrze sobie radzą. A rodzice na syna chuchają, dmuchają, by sobie rączek nie ubrudził, potu nie zaznał, nie pracował fizycznie, z w-f zwolniony, wożony do i ze szkoły, ma jedynie uczyć się, czytaj: siedzieć w tym Internecie. I siedzi. Szkoła sfeminizowana nie hartuje, nie uczy samodzielności, zresztą rodzice by na to nie pozwolili. Na wakacjach luksus pięciogwiazdkowy też musi być. No przecież nie w szałasie i nie w Bieszczadach, nie na żaglowcu, nie na łodzi, a w tureckim, czy egipskim hotelu, wiadomo. Zresztą o męski wzorzec w obecnych czasach trudno.  Prof. P. Zimbardo („Gdzie ci mężczyźni”) uważa, że współczesny chłop od razu poddaje się i ucieka w wirtualny świat. Innych  motywatorów ewidentnie brak. W szarej codzienności mężczyźni obniżają wciąż loty, ale za to codziennie potrzebują fanfar, wsparcia,  doceniania, współczucia i silnych bodźców. Ponieważ mają poczucie nietrwałości, więc wołają o ten tron, obniżenie poprzeczki i pytają: co na obiad (przecież od tego ma żonę).  A ona z kolei chciała mieć swego rycerza, no to go nie ma, bo nikt go nie nauczył, jak być mężczyzną, a  przecież nie po spodniach prawdziwych facetów  poznacie.

            Nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria, która krąży jak te elektrony w sieci. Czytam fachowe rady  E. Kempisty – Jeznach  w  ”Książce tylko dla mężczyzn”. Pani doktor bije na alarm: mężczyźni tracą testosteron. „TO ZATRWAŻAJĄCE, ALE MAM WRAŻENIE, ŻE GATUNEK MĘSKI JEST NA WYGINIĘCIU”. Rzucam te wielkie litery na ekran waszej wyobraźni, aby zaznaczyć wagę tych słów. Osoba mająca niski poziom tego hormonu posiada więcej tkanki tłuszczowej, łatwiej wpada w depresję, bywa stale zmęczona i ma słabsze libido. A dzieje się tak za sprawą specyficznego trybu życia. Najważniejszym jest wszechobecny stres, którego w przaśnym czasie było mniej, choćby dlatego, że zawsze była praca, dach nad głową, wszyscy mieli po równo, a nawet ubrania i meble te same, więc nikt nikomu nic nie zazdrościł. Kolejnym czynnikiem wpływającym na poziom testosteronu jest powszechna obecność estrogenów w środowisku. Niektóre rośliny, jak np.soja podobnie działają jak estrogeny. Mężczyźni jedzą za dużo mięsa, a jak wiadomo, do paszy dodaje się estron, który powoduje szybszy przyrost masy zwierząt. Do tego dochodzą tetracykliny i penicyliny stosowane powszechnie, choć niezgodnie z prawem. Min. Rolnictwa podaje, że w 2013 r. zużyto na wsiach aż 562 tony antybiotyków, choć podobno… zwierzętom się ich prawie nie podaje. Ściema grubymi nićmi szyta. Bisfenol A, składnik tworzyw sztucznych, także obniża poziom testosteronu. Niski poziom LDL (dobry cholesterol) koreluje z niskim poziomem testosteronu, więc coraz więcej świadomych ludzi przestaje brać zalecane statyny, które wprawdzie książkowo obniżą cholesterol, ale przyniosą i ewidentne szkody. „A prawda jest taka, że testosteron wręcz zapobiega udarom mózgowym oraz chorobie wieńcowej i jej następstwom, czyli zawałom serca.”

            Jak zwiększyć poziom testosteronu? Najprościej poprzez eliminację stresu,  zwiększenie codziennej porcji ruchu, codzienne jedzenie warzyw (kapusta, kalafior, brokuł, brukselka). A jeśli mieć jakiś nałóg, to raczej czytania. Z wiekiem poziom testosteronu naturalnie spada, więc należy go uzupełniać w formie depot, czyli leku o przedłużonym działaniu. Na świecie stosuje się powszechnie w formie plastrów, maści, wszywek, a ostatnio w formie sprayu pod pachy. A u nas? Kto ma taki spray?

           Dr n. med. E. Kempisty – Jeznach jest jedynym w Polsce lekarzem medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem Lekarza Zdrowia Mężczyzn, więc może warto przystanąć, pomyśleć, włączyć ten cache controller, zdrapać tę politurę z dumy, włączyć tego GPSa do nawigacji satelitarnej, który wskaże właściwą drogę do zwiększenia testosteronu. Weź przykład z dawniejszego Józka pachnącego Przemysławką i noszącego buty na słoninie: więcej się ruszał, bo nie był na smyczy łączności bezprzewodowej,  jadł mniej wędlin i mięsa, mniej się stresował, miał w sobie więcej luzu, skoro sąsiad miał to samo, co on, a ówczesne reklamy nie ukazywały wydepilowanych kreatorów wymuskanego męskiego piękna z roleksem na ręce, a w dodatku żył w większej niż obecnie zgodzie z naturą.  A miało być weselej…  niestety, znów nie wyszło. Pozostało oczyszczanie umysłu przez oddzielanie ziarnka ryżu białego od brązowego.