Przeniesienie blogu

       Kochani!

       To moja ostatnia notka na tym blogu Onetu. Następny post już będzie na nowym, podaję link do niego:

                                                 bezpukania.wordpress.com


http://bezpukania.eu/

          Wszelkie komentarze proszę zostawiać już w nowym miejscu. Przepraszam za trudności, kłopoty, niedogodności, bo takowe pewnie będą. Zapraszam Wszystkich Znajomych i nowych Gości na blog:

door6    bezpukania.eu

                                                                                  Ultra

Równowaga w tle

Dyniowy domek HexeZdjęcie pochodzi z blogu: https://wdrodzedonikad.blogspot.com/2017/11/raten-dreilanderstein-w-jesieni-kolory.html

              Myślę, że rozumiesz Czytelniku, jak zawiła i skomplikowana jest ludzka natura. Głównie skupiamy się na cielesności, a tymczasem najważniejsze jest wnętrze, czyli  mózg. Według Światowego Raportu Szczęścia najbardziej zadowoleni ludzie to Norwegowie, Duńczycy i Szwedzi. Polacy  zajmują dalekie miejsce czterdzieste  szóste, choć w tym roku proporcje już lepsze.

             Dlaczego kraje skandynawskie przodują?  Podobno dlatego, że  inwestują w pracowniczy Work Life Balance (WLB to „koncepcja zarządzania czasem, stawiająca za cel odnalezienie równowagi pomiędzy „pracą” (kariera i ambicja), a życiem prywatnym (zdrowie, rozrywka, rodzina, duchowość)”. Pracodawcy  skandynawscy troszczą się o zdrowe żywienie dla pracowników, zapewnienie opieki medycznej, dofinansowanie do fitness i nie robią tego z altruizmu, a wynika takie stanowisko z rachunku zysków i strat. Równowaga między życiem prywatnym a zawodowym procentuje wydajnością w zakładzie i dobrym samopoczuciem, co równie ważne w pracy, by nie było syndromu wypalenia zawodowego i stresu, który wcześniej, czy później odbije się na zdrowiu oraz wynikach w firmie. Polski pracodawca nie za bardzo się stara, bo albo sam wiąże koniec z końcem, albo nie musi, ponieważ jeszcze to bezrobocie zbyt wysokie.

            Poza pracą człowiek ma jeszcze firmę zwaną życiem osobistym. Pogoń za wynikami, czy deadline (ostateczny termin) nie może przesłonić obowiązków domowych i odpowiedzialności za rodzinę. Trzeba odpocząć, skorzystać z teatru, muzeów, czyli szeroko rozumianej kultury poszerzającej horyzonty i uwrażliwiającej na problemy tego świata. Wypada wreszcie zobaczyć tę jedyną w swoim rodzaju „Damę z gronostajem” Leonarda da Vinci, dla której przyjeżdżają  turyści zza Wielkiej Wody, z kolei dla niektórych naszych młodych malarstwo zaczyna się i kończy na Matejce, bo niby kiedy ma czas, by „Damę” obejrzeć? Trzeba w końcu kiedyś wyjrzeć przez okno, choćby po to, by filozoficznie się ponudzić oraz na podwórku zwyczajnie pobawić się z dziećmi, ponieważ  wypruwać żyły warto tylko dla siebie. Podobnie jest z umieraniem, żadna najpiękniejsza idea nie jest warta człowieczego życia.

          Korporacje – póki co – są najwyższą formą rozwoju (a i ten telefon, samochód, pakiety, uniform), więc oferują ciekawsze życie i samodzielność rozwoju. Młodzi szukają korpopracy, ale już nie chcą być trybikami, niewolnikami wysiadującymi godzinami to jajko w pracy i nie chcą wsadzać noża pod żebro koledze, by udowadniać swą wyższość nad zrównanymi i przyciętymi do równości kolegami. Nie chcą mieć appointmentu, ale polskie spotkanie, nie lubią deadline, tylko zwyczajny termin, nie chcą przyjmowania coraz większych obowiązków i nie dają wycisnąć z siebie wszystkich soków. Pragną elastycznego zatrudnienia i ograniczenia wyjazdów służbowych, przecież są telekonferencje. Resztę czasu chcą przeznaczyć dla siebie, by pokolorować życie i rozkwitać tymi kolorami przynajmniej metr powyżej przeciętnej. Dlaczego? Powszechnie znana mądrość głosi, że w życiu chodzi o to, by mieć przy boku osoby cenniejsze niż złoto, czyli rodzinę, a gdy przyjdzie podeszły wiek, otrzymać wzajemność. I nie dajmy sobie wmówić, że musimy jeszcze kupić czerwony samochód, bo jest szybszy od czarnego.

          Równowaga między życiem zawodowym a osobistym jest najważniejsza, życie każdy ma jedno, więc jego jakość jest ważna, a nie dobijanie się ekranem, potem snu godzin pięć, przy czym rano zwlec się z łóżka nie można, chociaż wiadomo, że „nawyk spania po pięć godzin na dobę codziennie czyni nas nie tylko głupszymi i nudniejszymi, ale zwiększa szansę na zgon” (M. Brzeziński). Jeśli zaniedbasz równowagę między pracą, a swoim życiem, to czeka Cię platoniczne kochanie sypialni, uważne wysłuchiwanie na jednym z telewizyjnych kanałów samego Mistrza Uzdrawiania Duchowego (typu: „trzustka nie lubi nadopiekuńczości”, „dbaj o żołądek i duszę”, „karty pokazują, że…”) oraz korzystanie z Salonu Przytulania (79 zł!), ale bez seksu (za to znów płacisz w zależności od luksusu salonu), bądź zamawianie stolika w restauracji z pięćdziesięcioma świecami, aby poczuć w kościach odrobinę romantyzmu. Zatem, trawestując myśl Woltera, uprawiaj swój ogródek, łap powietrze i nie daj się podłączyć na cały dzień do tego kabla ze światłowodem, bo wszyscy mamy swoje granice, nawet ta okrągła Ziemia.

            Przypatrzmy się uważnie na zdjęcie zrobione przez Hexe. W końcu taki dyniowy domek każdy może zaprojektować, wybudować; ileż przyniesie radości i autentycznego szczęścia. A jeśli się nie uda? Jeśli nie wyjdzie, nie ma co się martwić, tylko trzeba przeżyć piękną, wielką dyniową katastrofę. I zatańczyć ten radosny taniec Greka Zorby. Przegrywanie może być równie inspirujące, bowiem znamy powiedzenie: Ja nie mam nic, ty nie masz nic, razem możemy wiele.

Senior uskrzydlony wiekiem

                  logo_uw

                   Nie łudźmy się, że cały czas długowieczni będą przeżywać złotą jesień, bo jak jedna ze znanych pań powiedziała: Polska nie jest krajem dobrym dla starych ludzi. Nie ma też co myśleć, że z roku na rok będzie coraz lepiej. Ażeby niewygodne myśli odsunąć i ten wiek osłodzić, nazywamy starszych seniorami,  nestorami, złotą, czy srebrną jesienią, co nie ma nic do rzeczy,  bowiem sama najbardziej urokliwa nazwa nie poprawia jakości życia, ani nie pomaga odpowiedzieć na pytanie: Co dalej?

            Starszy, często znaczy mniej sprawny, mało aktywny, bez pasji, marzeń, zwykle zamknięty ze swoimi problemami w czterech ścianach. Każde osiedle pełne jest zawstydzonych swoimi chorobami, niedołęstwem i samotnością. Po jakimś czasie dziwaczeją, stają się zgryźliwi i pełni nieustannych roszczeń, zamęczają bliskich problemami bez znaczenia. Tymczasem w każdym mieście działają kluby, Uniwersytety Trzeciego Wieku, instytucje, placówki, gdzie można aktywnie spędzić czas, dają energię do życia, odpowiedzą na wątpliwości, pomogą i podpowiedzą, gdzie szukać pomocy.

             Jeżeli mieszkasz w Krakowie lub okolicy, zajrzyj do jednego z takich miejsc, aby w słotne i chłodne dni nie siedzieć w domu i rozmyślać o swoich chorobach, samotności, rozpamiętywać o nieszczęściach. To miejsce da motywację do życia, do aktywności, by cieszyć się dobrym zdrowiem i poszukać nowych przyjaciół.

              Przyjrzyj się, jak działa takie Centrum Aktywności Seniora założone przez cztery empatyczne humanistki, które sens swego życia widzą w pomocy starszym ludziom. Chciało im się kończyć kursy dla opiekunów ludzi starszych i niepełnosprawnych, naukę technik pamięciowych, czy studiowanie geriatrii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poświęcają swój wolny czas na zapewnienie starszym ludziom lepszej jakości życia, pokazanie atrakcyjności mijanego czasu, dojście do równowagi psychicznej poprzez otworzenie się na świat i nowych przyjaciół, wspólne spędzenie czasu, zajęcia, wycieczki, uświadamianie, że ruch to najlepsze lekarstwo oraz załatwianie tysiąca spraw nie cierpiących zwłoki.  Chwała im za to!

          Proszę zajrzeć na stronę, przyjrzeć się zespołowi, warsztatom, wydarzeniom, projektom. Jeśli nie odpowiada ci harmonogram zajęć, to może zostaniesz wolontariuszem? Skoro potrafimy komuś pomóc, próbujemy podnieść czyjąś sprawność i przywrócić radość życia, to czemu nie?   Aniołowie są wśród nas! 

ZOBACZ:


http://uskrzydleniwiekiem.pl/

 

Nadzwyczajni zwyczajni staruszkowie

kwiat kaktusakaktus T. zakwitł !

Zatem

         Zrobiłam sobie sama dzień ciekawości, skoro go jeszcze nie ma w kalendarzu. Siedzę w salonie, bo teraz przecież każdy ma salon, więc i mój blokowy pokój przemalowałam na salonowy living room, nie będę przecież odstawać od reszty świata, tylko brakuje kręconych schodów oraz sukienkowych kreacji, które rzucają męski świat na kolana, kiedy się z nich schodzi stopień po stopniu. Zasiadłam jak jakaś dawniejsza jaśnie pani przed sernikiem z cytrynową galaretką i kawą, mogłabym zostać baristą, zapach kawy wystarczy, by wrócić do życia;  moje rewiry – pomyślałam, więc sama się nagrodziłam za to, że wyjść nie można, bo leje, wieje i wcale nie jest to mój ulubiony Zefirek, a muszę pochwalić się, że  jest jeszcze ze mną osobisty psychoterapeuta, nazywa się A. Wedel, rzeczywiście niezawodny w trudniejszych sytuacjach. Wyczyściłam sobie wczorajszy życiorys i myślę, by zacząć myśleć na nowo.

Tymczasem

            Moje trzecie oko widzi po ciemnej stronie ulicy, jak ze starego bloku, przemalowanego na nowy, wychodzi starsze małżeństwo, więc te zęby mi zaszczękały: to oni po siedemdziesiątce idą na spacer, a ja mam siedzieć w domu, niedoczekanie. Zostawiłam stygnącą kawę, ubrałam beret bez antenki („Co wy wiecie o berecie”), płaszcz z kapuzą i szybko znajduję się za nimi. Słyszę:

– Starajmy się, staruszko. Jeszcze parę kroków, damy radę, jak się położysz, to koniec, a nie ma co się spieszyć na tamten świat, bo nie wiadomo, co  tam nas czeka i co tam jest.

– A zapewne nic nie ma, ale masz rację, ruszać się trzeba. Niech nie siedzi w nas ta konserwa. Ruch to życie, ale niechby przestało padać. Widać za mało bogom składamy ofiar, że tak zacina już trzeci dzień.

Jednakże

            Jej słowa  więzną na wargach, fiołkowy szal szaleje przy szyi, a mnie „konserwa” rozbroiła, czyli oni jeszcze grają w zielone, jeszcze spacerują – myślę sobie – choć większość jest przywiązana do miejsc biernych, zatem czas im ucieka przez nieszczelną uszczelkę, za miesiąc znów będą starsi o rok. Uwięzieni we własnej nieskończoności mają skłonność do gorzkich żali na tę ułomność, na te choroby… Zawrócili. Lubię tę parę, ponieważ cały czas rozmawiają tak, że innym czasoprzestrzeń się nie starzeje i nie widać zmarszczeń.

Nawiasem mówiąc

          Myślę sobie, że wczesne dzieciństwo też ma swój lepszy czas. Przeżyliśmy Mickiewicza, Wojaczka, Różewicza, nawet Szymborską, a nie wiemy, że nie wiemy, co utka przyszły dzień. Świat ma tyle do powiedzenia i tyle jest do zrobienia, że zwyczajnie czasu brakuje, ponieważ krojenie cebuli (tu puszczam oczko zza okularów) może być równie fascynujące, jak zjedzenie sushi (uśmiech po japońsku), czy magicznego okienka (mrugam do pana Wedla). F. Gumps przyrównał życie do pudełka czekoladek, bo nigdy nie wiemy, na co natrafimy. A nadzienia mogą być rozmaite, jak to bywa w życiu, raz miód, innym razem chili.

Na razie

           Deszcz się uspokoił, ale podświadomość zachowuje się, jak komputer, eksponuje niezdrowe wzorce myślenia intelektualnej łatwizny, więc zawracam, aby dopaść zostawionych słodkości, bo to niebo trzeba mieć także na ziemi. I już miałam wpaść w euforię, ale rychło narracja została przerwana. Kiedy wracałam, znowu usłyszałam stuk laseczki. Moi znajomi-nieznajomi tuptali naprzeciw, a kiedy mijali, usłyszałam wyraźne: – Nic się nie bój, nie upadniesz, jestem przy tobie.

Miłość po grób

            Małgosia od rana słabo przebudzalna, więc na wciąganie żółtka najlepsze są strofy o miłości, która potrafi zmienić człowieka, spowodować trzęsienie ziemi, góry przenieść w inne miejsce, a nawet starość odmłodzić, bo jak mawiał G. Holoubek, zakłada ona bezinteresowność i tylko bezinteresowność. Dobra na listopad, na chandrę, na westchnienia i płonie dłużej niż świeca. Podobno starsza od piasku na pustyni, przy tym ogrzewa, rozżarza, stwarza ciepło, pozytywną energię i grę na strunach serca. Te dwa światy widzą jedno jedno słońce, więc malują serduszka jedno po drugim, a potem ludzcy bogowie udowadniają, że to przecież zwykły mięsień, który może być zwyczajnie przeszczepiony. I cóż, że  wiem, skoro dalej twierdzę, iż w sercu pełnym drżeń mieszka miłość. Mimo wszystko:



             Zakochanie od pierwszego wejrzenia to oszczędność czasu, jak pisał J. Tuwim, a potem już jedynie trzeba ją wytęsknić, wymarzyć, wyśpiewać, by zobaczyć w oczach dom wschodzącego słońca, by pozostały wspomnienia pisane mimozami, bowiem kochać to tak łatwo powiedzieć, snuć te dumki na dwa serca i zapewnienia, że będziesz moją panią, bądź kocham cię jak Irlandię. Myslowivitz chciał umrzeć z miłości, a z kolei bez miłości umiera muzyka, bo o czym innym śpiewać?

             W holenderskim mieście Roermond stoi pomnik kochającej się pary. Pobrali się wbrew rodzinom, bowiem on był protestantem, a ona katoliczką. Kiedy on na zawsze zgasł, został pochowany pod murem na cmentarzu protestantów, ona po śmierci pochowana po drugiej stronie muru na cmentarzu dla katolików. Po jakimś czasie na cmentarzu wyrosły ręce, które połączyły parę i groby ponad podziałami na zawsze, nawet  po śmierci są razem. (Zob. http://madagaskar08.pl/blog/2017/11/02/zaduszki-po-holendersku/). Zdjęcie: Maradag.

para w Roermond

              Słowa Pawła z Tarsu zawsze będą aktualne: „iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”. Czekają na miłość Izoldy smutniejsze od łez, prześliczne wiolonczelistki i ta Ela, która straciła przyjaciela, i ta Beata z Albatrosa zabierana na fregaty, także Małgośka, której chłopak nie był wart jednej łzy, również  Małgocha, która musiała opuścić dom i ta pamiętająca Jolka, której dane było zobaczyć zaćmienie słońca. To przyspieszone bicie serca sprawia, że żyć się chce nawet wówczas, gdy odjazd niebieskim kabrioletem blisko:



 

Taka liryczna notatka z życia

Bolesław Leśmian: „Zwoływali się surmą…”

„Zwoływali się surmą na wrzawę-zabawę,
A jam gadał z mogiłą…
Wszyscy na koń już siedli, by jechać po sławę,
Lecz mnie z nimi nie było.

Sny moje zaniedbane marnieją w dolinie…
Weź pług w dłonie i oraj!
Płynie życie bez jutra, a w ślad za nim płynie
Moje życie – bez wczoraj!” 

         Wiersz „Zwoływali się surmą” (surma to dawny instrument dęty) należy do miniaturek z tomiku „Mimochodem”. Leśmiana poetyckie rozmyślanie pisane było z myślą o sobie,  zwierza się w nim z intymnych przemyśleń dotyczących sensu życia, czyli zagadnienia trapiącego ludzkość wczoraj, dzisiaj, a pewnie i jutro. Jedni żyją przeszłością, drudzy pracują dla przyszłości, a jeszcze inni uważają, że trzeba żyć tu i teraz, dzisiejszym dniem bez oglądania się wstecz i bez zmartwień, co przyniesie los.

          Przyjrzyjmy się tej  liryce bezpośredniej, czyli takiej, gdzie podmiot liryczny mówi: „jam gadał”, „sny moje”, „mnie nie było”,  „moje życie”. Otóż bohater patrzy z jakiejś perspektywy na swoje życie i próbuje je ocenić. Nie opisuje, ale podsumuje w mini subiektywnej notatce. W tym celu przeciwstawia swoje przemyślenia postawom zaobserwowanym we własnym otoczeniu. Ja, poeta, bohater liryczny kontra inni, czyli ludzie wokoło, o czym świadczą przeciwstawne spójniki: „a”,” lecz”. Świat wczorajszy to ten wojskowy ton, zawołania „na koń”, „zwoływali się surmą”, to ten romantyzm i jazda po sławę  („jam gadał z mogiłą”).  Tradycja romantyczna to walka, wizja tych zmarniałych snów bohatera lirycznego w powstańczych zrywach”, ale w tym świecie bohatera nie było ze względu na  życie bez wczoraj, a wygląda na to,  że i  bez jutra. Dlaczego?

            Poeta podświadomie czuł niechęć do ludzi biernych, stereotypowych, leniwych i żyjących nieokreśloną przeszłością. Przecież istnieje zawsze jakieś  DZIŚ, stąd przesłanie Leśmiana: „weź pług i oraj”. To w czynnym życiu, codziennej pańszczyźnie, mitrężnej pracy „życie płynie” wczoraj i będzie płynęło jutro. Tak naprawdę liczy się tu i teraz, mrówcza praca, codzienne „oranie”, tyranie, harówka, ten kierat, mozół i codzienny znój w tym oraniu, ryciu i wylewaniu siódmych potów.

              Przejmuje po ludzku ta notatka, przecież  każdy  ma własne życie  i  doświadczenia. Życie bez jutra i bez wczoraj, z marniejącymi snami to obraz niewesoły, choć osobisty i pełen gorzkiej refleksji, jak u wszystkich, którzy będą podsumowywać swoje życie i też wesoło nie będzie, za to niewątpliwie przysporzy  każdemu dużo emocji. I wyjdzie jak B. Leśmianowi, że szare, pracowite, bez szalonych zrywów, bez domalowywania ideowych treści, bez romantycznych uniesień życie oraz przyziemna, nużąca praca dla powszedniego chleba jest przypisana człowiekowi. Zaniedyszałam. Normalność i proza? Jak żyć szarzyzną codzienności? Bez poetyckiego rozartyzmowania, niezwykłych uniesień, przenoszenia w odległe miejsca i czas, trzymania wyobraźni wysoko w obłokach? Jakby nie było, z  tymi pozaświatowymi „ludzieńkami”, „znikomkami”, „bajdałami” żyje się przyjemniej, co nie znaczy  p r a w d z i w i e j.

             Zatem od pracowitego rana, czytajmy Leśmiana i życzmy, by Mu surmy w niebie wiecznie grały i dla naszej chwały także.

Jutrointernauci, czyli sen młodych o potędze

             Siedzę w długim korytarzu w nowej przychodni, bowiem nowe tu dotarło, więc poczekalnia bez okien. Wszyscy patrzą w smartfony, a sztuczne światło im sprzyja; sama wiem, jak słońce przeszkadza w odczytywaniu godziny, skoro zegarka już od dawna nie noszę. Zresztą, nawet gdyby były te okna, to pewnie i  tak by nikt nie patrzył na te drzewa, zieleń, ptaki; na to współcześni nie mają  czasu i nie widzą potrzeby przypatrywania się makolągwie i bogatce.

              Co trafia prosto w mózgi młodych ludzi? Oczywiście szok, na „culture shock” przecież wychowani. Młode, pociągnięte cyfrowym pudrem twarze, żyją  „więc, póki czas, bo kto wie, bo kto zna”, ale nie jest to jednak wspólny śpiew przy ognisku i porozumienie dusz, jak niegdyś bywało. To wszystko zaczęło się od nastoletniego czarodziejskiego okularnika, który za dotknięciem różdżki zło zamieniał w dobro i przenosił w magiczny, zaczarowany świat. Wychowani na Harrym Potterze, będą szukać podobnych magicznych rozwiązań w wirtualnej rzeczywistości.

          Czas spędzony na autopilocie nie procentuje jednak równowagą, dystansem, wyciszeniem, więc neuroestetyka (zwróćmy uwagę na jądro ogoniaste istoty szarej) zabije duszę, a potem ciało. Nowi milenialsi tkwią w tych stronach podwieszonych do sufitu, studiują, uczą się języków, marzą o pracy, godziwych zarobkach, chociaż mają świadomość, że nie zawsze potem szef potrafi docenić zaangażowanie w pracę. Witajcie w realiach tego świata.

            Internauci  jutra to młodzi ludzie, nasza przyszłość, co nie znaczy, że nie mogą żyć ułudą w swoich mydlano-prywatnych bańkach Internetu, który karmi ich widokiem wesołego, ciekawego życia oraz kusi techniką, sztuczną inteligencją jako balsamem na łatwiejsze jutro. „Internet jest kulturą karnawaliczną, w której liczy się głównie prostota” – pisze bloger – i ma rację, bowiem jeśli ktoś kiedyś może zmienić świat, to z pewnością nie będzie to rozbawiony internauta, lecz ten mól książkowy z szeroką wiedzą i ten pracuś niekoniecznie dobrze opłacony.

              Kiedy Mark Zuckerberg (założyciel Fb) i Dan Brown (pisarz) wspominają szkołę, która uczyła myślenia i umiejętności logicznego myślenia, a samodzielnie opracowane zadania pisali na każdym przedmiocie, to trzeba im zazdrościć, bowiem polskie zakuć, zdać i zapomnieć nie sprzyja rozszerzaniu horyzontów. Nieprzyzwyczajeni do pracy zespołowej, otwartości umysłu i samodzielnych poszukiwań będą przeżywać frustracje, chyba że pracę zamieni się w grę, bo do grania przyzwyczajeni, więc skuteczniej wyłapią błędy w kodzie, a sam projekt skończą przed terminem, bowiem zacięcie w grze najważniejsze, przecież nikt nie wstanie, póki nie skończy i nie zwycięży. Już informatycy o tym myślą, aby projekty miały formę gry.

               Jako że trzeba mieć nadzieję, cała nadzieja w sztucznej inteligencji. Alpha Go Zero potrafi uczyć się sam, więc liczymy, że rozwiąże wiele problemów, z którymi ludzie nie dali rady. Trwają dyskusje za i przeciw, choć elementy inteligentnych rzeczy już mamy w domach, a nawet same domy już zawładnięte przez inteligencję, cóż, że sztuczną. To pokemony w przyszłości będą nas gonić, a nie odwrotnie! Genialne, ale co zrobimy, gdy maszyna nie pozwoli wejść do samochodu, bo uzna, że chodzenie zdrowsze, rozkaże wyrzucić zawartość lodówki, gdyż boczek ma za dużo tłuszczu, zablokuje windę, bo ruszać się trzeba, a nawet zabroni dostępu do Internetu, skoro  limit czasu wyczerpany, a wszystko dla naszego dobra, by w końcu w czarnej wersji uznać, że czas zaprowadzić porządek, ale w pierwszej kolejności należy pozbyć się człowieka. Dlaczego ludzi? Dlatego, że sztuczna inteligencja posługuje się logiką, a nie emocją.

           Co będzie, gdy uzna ludzi za nielogicznych? I co przyniesie przyszłość jutrointernautom? Kiedy założę gogle VR, by zobaczyć wirtualną przestrzeń trójwymiarową oraz MR (rzeczywistość mieszaną)? Pytania do gdybania. Dla wszystkich.

PS. Warto zobaczyć: https://www.youtube.com/watch?v=iCpbKWX4v3Y

I nie jest to zapowiedź raju

drzewa na Plantach

Mgła

             Dopinam te wersy do rzeczywistości, która otacza okutanych w szale i szale ludzi. Przyfrunęły te liście pod stopy i oblepiają podeszwy. Parasole tańczą we wszystkie strony, więc niektórzy składają, by ocalić druty. Dzień taki, rzekłabym, krakowski, czyli składa się z mgły i oparów smogu, zatem nie da się kontemplować wątpliwego piękna słoty za oknem.  Kubek z podwójną wkładką rozgrzewa ręce, przeglądam  prasę i wysoki obcas wbił się w samo serce.

Klątwa

              Cóż takiego może się zdarzyć, że szał ogarnia spokojnego, zdawałoby się, człowieka, by życzyć drugiemu, aby łatwo umrzeć nie mógł? Te dryfujące chmury mówią wieczny odpoczynek i łkają nad kondycją człowieczą. A do grającej w spektaklu „Klątwa”, J. Wyszyńskiej, ludzie piszą: „życzę ci, abyś miała raka, najlepiej złośliwego”. Imaginujecie to sobie, katolicy? Jaką potem osoba otrzymująca takie życzenia  musi  przejść rezyliencję, by wyrobić sobie cechy pozwalające dojść do równowagi i przekuć tę złą energię w coś dobrego? Fejsbukowi już zapoznali się z hejtowizną, uważają to zjawisko jako normę, zwyczaj, np. życzenia potrójnej choroby wenerycznej, przeszczep łba. A mnie po takich życzeniach życie smakuje jak płucka na kwaśno jedzone niegdyś w barze dworcowym, po którym niesmak pozostał do dziś, choć porcja słuszna i najeść się można było po sufit, a przypominało – według znajomych – kolce jeża w octowej zalewie.

Kiedyś

             Kiedyś, gdy jeszcze dinozaury nie miały anteny i Internetu, więc były niedouczone, bili się sztachetami na wiejskich zabawach. Współcześnie sztacheta zastąpiona została bójką na słowa, wiejskie porachunki przeniosły się na salony, by zadać ból, oczernić, unurzać w błocie, trafić prosto w serce i czerpać z tego przyjemność, stąd intrygi, szukanie haków, teorie spiskowe. Kiedyś też były haki? Malutką szpachelką napełniam te ubytki pamięci. Pewnie że były,  w sklepie mięsnym nawet same haki, ale mięsa jadłam więcej niż teraz, od razu kupowało się w porywach całego tucznika na połówkę, czy ćwiartkę ze znajomymi, a wędliny robił na niedzielę każdy pracowitszy gospodarz na wsi (hm, nawet pewna pani profesor opowiadała, jak u siebie robiła zakazane trunki). Szanowało się naturalne jedzenie i człowieka. Obecnie wędlin zatrzęsienie, jedzenia w bród, a brud na języku, nawet te wyczekiwane pomarańcze się przejadły. Wszystko jest, tylko szacunku do siebie wzajemnie brak. Nie przypominam sobie takiej pogardy i podziałów. Niektórzy twierdzą, że to pierwotniak Toxoplasma gondii zainfekował nasze mózgi. Przez grzeczność nie zaprzeczę.

Wiatr

           Jako że człowiek nie jest odporny na działanie nieżyczliwości, więc chłodne wiatry przynoszą zniechęcenie. Pamiętam, że dawniej wiatr był tylko od wschodu, obecnie zewsząd, dlatego kichanie zapewnione, a że katar leczony także trwa tyle, co nieleczony, więc pociąganie potrwa. Te ROBOTY mają dobrze, gdyż im z nosa nic na klawiaturę nie kapnie! Cóż z tego, że wiatr zmienił kierunek, kiedy nieprzyswajalność została, co widoczne jest chociażby w muzyce. Piszą, że Kukiz bełkoce, Muniek wygrzeczniał, punk spuścił z tonu, a niesmakiem nasączone Opole ukazało, że zaangażowanie jest, ale na plener za dobrą kasę. Młynarski, Niemen, Ciechowski, Kaczmarski w grobach się odwracają.  Sama piosenka może świata nie zbawi, jak powiedział Stevie Wonder, ale warto się starać, by manifestować chęć zmian. Współczesna muzyka dorównuje językowi, nie współgra z rytmem serca, stylem bycia, a z mamoną i tak dzieje się w wielu dziedzinach. To by było na tyle dobrych wiadomości.

Posłowie

            Posłowie, czyli podsumowanie, omówienie, wyjaśnienie. Zobacz, jak bieda spotyka się z dobrobytem, ujrzyj trud przeciętności. Jeden je sushi, ale inny go zrobił, a jeszcze inny dowiózł, podobnie było z sejmową sałatką, ktoś musiał ją zrobić, by posłowie mogli się nią delektować. Szacunek należy się każdemu, przypomnę: „Niech się zawstydzą i okryją hańbą ci, którzy czyhają na moją duszę; niech się cofną ze wstydem ci, którzy mi źle życzą” (Psalm 70.2).  A ten szary człowiek żyje jak niegdyś, czyli niezależnie od decyzji wodzów, głupstw, waśni, obelg rzucanych na innych i wstyd mu, choć nic złego nie zrobił.

           Nowe cyfrowe imię nienawiści boli analogowo, dlatego koniecznie trzeba znaleźć tę kropkę nad „i” dla dobra wszystkich, by nie sparszywieć na dobre.

Zajrzyj do tego sklepu, zachwyć się pomysłami

To sklep internetowytuv_nozyczki_ikonka_mala  zajrzyj, a nie pożałujesz:

                                  http://www.kobomarket.pl                            

                                 https://poczytajmi.com

        Szyje tam niezwykła osoba, która o sobie mówi tak: „Lubię szyć. Tworzę patchworki. Szyję pościel dla dzieci i maskotki.” Ale osoba pracująca w sklepie „MATYLDA” to nie jest zwyczajna szwaczka. To jest Czadowa Szwaczka, jak nazwał Ją jeden z blogerów, bo musicie wiedzieć, że to również blogerka znana w świecie blogerów od prawie szesnastu lat  jako  Tuv : 
http://tuv.blog.pl/
                Zobacz pasję, kreatywność, a przede wszystkim niezwykłą cierpliwość, jaką trzeba mieć, aby z maleńkich kawałków stworzyć dzieło sztuki:                                  
https://zachodniwiatr.blogspot.com/

              Swoje patchworkowe prace wystawia do konkursów i owacje otrzymuje na stojąco. W tym roku wystawiła dwie prace, obie nagrodzone na Wielkiej Gali Patchworkowej w Warszawie.

Liść

            Przypatrzmy się nagrodzonej pracy pt. „Liść”, inspiracją było zdjęcie Pani  Ewy:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1296610467084280&set=pb.100002060168816.-2207520000.1509221946.&type=3&theater
 jednak miejmy w pamięci, że trudno oddać fotografią artystyczny obraz trójwymiarowego patchworku. Na pierwszym planie obrazu widać gałązkę i ten liść w kolorze brązu. Tło stanowią koła tak odcieniami ustawione, by oddały efekt głębi, natomiast  koła w kolorze pomarańczowym rozjaśniają tło i nawiązują do koloru rdzawego listka. Liść w kroplach deszczu – mówią jedni, on symbolizuje samotność mówią drudzy, natomiast jeszcze inni odebrali całość jako nasz świat pełen obracających się trybów, a my stanowimy jeden z trybików większej całości. Przypatrzmy się uważnie: liść w rękach Czadowej Szwaczki przestał być zwyczajnym listkiem, skoro obdarowano go uczuciem, więc przemienił się w artystyczny obraz.

            Szczur z Loch Ness, który również był na konkursie pisze: „Patchwork w wydaniu artystycznym to wyższa szkoła jazdy. Przy czym nawet nie mając w tym wszystkim wielkiego rozeznania łatwo zauważyć, że niezależnie od hermetyczności samej dziedziny, konkurencja osób szyjących oraz poziom wystaw są wyśrubowane do niebotycznych granic”.

           Pamiętajmy, że technika szycia to nie wszystko, proszę dojrzeć artyzm w tych kapach, narzutach, pościelach, kołderkach, poduszkach. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię, by za każdym razem była to wyjątkowa i niepowtarzalna rzecz. Ja już zamówiłam imienne poduszki  oraz  narzutę patchwork – obraz na łóżko.  To niezwykłe, bo pełne artyzmu prezenty. Nie będzie nikt miał takiej drugiej rzeczy, jedynej zresztą w swoim rodzaju, z inicjałami, niebanalnej i niepowtarzalnej.

Podaję link do sklepu internetowego:                                                      
https://poczytajmi.com

A tu sklep z artykułami dziecięcymi:                                                http://www.kobomarket.pl                                      

        Bardzo proszę, zapoznajcie się z linkami do sklepu blogowej Koleżanki i  PRZEKAZUJCIE  DALEJ.   Zbliża się Mikołaj, Gwiazdka, więc pomysł na prezent być może znajdziecie w sklepie Matyldy?

                Zaproś i Ty Czadową Szwaczkę do siebie, jak to zrobili inni, podaj link, niech każdy ma możliwość zapoznania się z artystycznym rękodziełem:


http://klarka.blog.onet.pl/

http://marchevka.blogspot.com/

http://szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl/

http://przeplatanka.blog.onet.pl/

http://leszek-moje-reflesje-blog-onet.blogspot.com/

http://poranek55.blogspot.com/

http://missjonash.blox.pl/

http://www.kneziowisko.pl/
,  
kartkazbrulionu.blog.pl/

 Anna Kruczkowska 

Zabieszczaduj jesienią razem z nami

 U:  -  Nie jest łatwo zaplanować weekendy jesienią, a tym bardziej listopadowy urlop. Wprawdzie są tacy, którzy szukają klimatu mgieł i siąpania, więc lądują na tych Wyspach Owczych, gdzie przez 209 dni w roku leje, wieje, a oni mimo tego wracają szczęśliwi, zachwyceni przestrzenią i pastwiskami.  Gdzie  w Polsce są podobne miejsca,  by czynnie, ciekawie spędzić czas i nie zwariować?

T:  -  Można na Wyspy Owcze, czemu nie, ale w kraju taniej (poza sezonem o połowę) i mniej deszczowo, jeśli wolny czas spędzimy w rodzimych Bieszczadach. Poranne mgły także zapewnione, urokliwe, więc zdjęcia będą miały swój charakter i klimat. Stare Dobre Małżeństwo śpiewa: „Zabieszczaduj razem z nami”, trzeba przyznać  im rację i zobaczyć na własne oczy konie huculskie w Polanie, żubry w  zagrodzie Muczne, a może trafi się  niedźwiedź w Stupocianach, kto to wie.

U:  -  Dlaczego w stronę Bieszczadu, a nie tak modnego Zakopca?

T:  -  Właśnie dlatego, że tu po sezonie każda wycieczka jest udana, ponieważ nie ma przeludnienia. Niskie góry zapewniają aktywność całej rodzinie, dzieci takie wędrówki również polubią. Jesienią na szlakach nie ma tłoku, zatem  można  się skupić na podziwianiu bukowych, klonowych i brzozowych przebarwień, wysłuchać ciszy oraz zobaczyć utkaną z mgieł tęczę, wyjątkowe zjawisko, także podziwiać jedyne w swoim rodzaju zachody słońca, a z wież widokowych patrzeć z góry na bieszczadzkie góry.

U:  -  Kto powinien się zabieszczadować? Kogo tak naprawdę  i jakim magnesem  przyciągną Bieszczady?

T:  - W Bieszczady powinny iść szacowne damy, zasiedziali mieszczanie, rycerskie chłopaki,  szlachetne panienki, milutkie szkraby, czyli wszyscy,  którzy lubią czyste powietrze, wodę, las, połoniny, ciszę i spokój. Hej, sokoły, przybywajcie, tu są misie, łosie, rysie, ostoje orła przedniego,  czy puchacza. Tu są ścieżki widokowe, a na Tarnicę po tych przeklętych schodach korki, jak na Zakopiance, ale tylko latem.

  U:  -  Od jakiej miejscowości zacząć zwiedzanie, jeśli są dzieci, by nie zaczęły od swego zaśpiewu: „nudy na pudy”.

T:  -  Myślę, że od Wetliny (Wetłyny), bazy wypadowej na połoniny, czyli na unikatowe pasma górskich łąk, o których E. Stachura pisał: „cudne manowce”.  Nad miejscowością góruje Smerek, Połonina Wetlińska, a dalej znajduje się jeszcze do tej pory nie całkiem zadeptany Bieszczadzki Park Narodowy. Trzeba zobaczyć te schody do nieba i to wcale nie w przenośni, tylko na Małą Rawkę, a także na Wielką Rawkę, przy czym schodzenie najtrudniejsze.

             Jedna z najpiękniejszych tras to Wielka  Pętla Bieszczadzka, ale należy pamiętać o dobrym, nieprzemakalnym  obuwiu. Najpopularniejszy szczyt  to Tarnica,  latem panuje tu ruch jak na Marszałkowskiej ( 45 tys. wchodzi tylko od Wołosatego),  a jesienią spokojniej. Widoki jak w Szwajcarii, a dużo taniej i bliżej.

              Dorosłym należy polecić szlaki pisane historią, m.in.  w galerii w Czarnej usłyszymy nieprzekłamane krwawe opowieści przesiedleńcze, podobnie w Pracowni u Łysego, bieszczadzkiego zakapiora (bieszczadzki zawadiaka), poety, rzeźbiarza, Komańczę, nieformalną stolicę Łemków, czy ledwie widoczny Grób Hrabiny w Siankach, a w rzeczywistości  dwa groby kochających się ludzi. Wystarczy zobaczyć  ten ślad przemijania  skrywający się w trawie, zmówić „Wieczne odpoczywanie” i powiedzieć na głos imię osoby, aby ta zapałała dozgonną miłością, więc może  warto tu dotrzeć?

          Dzieci  z kolei będą miały radochę, gdy zajrzysz do „Chatki Wędrowca” na gigantyczny naleśnik z jagodami, do „Chatki Socjologa” na Otrycie, by zobaczyć  przy pogodnym niebie gwiazdy (7 tysięcy!) widziane przez  osiemset razy powiększający teleskop sfinansowany przez internautów, czy do „Chatki Puchatka” przyciągającego swą misiową nazwą oraz zafundować przejażdżkę „ciuchcią”, bowiem jest co podziwiać na tych trasach.

U:  -  O czym należy pamiętać, kiedy jedziemy w Bieszczady?

T : -  Bieszczady to niskie, ale wymagające góry. Nie można wstać od biurka i iść trudnymi szlakami. Trzeba wcześniej poćwiczyć, przygotować się, zaopatrzyć w buty do kostek, dobre skarpety, stuptuty (nieprzemakalne ochraniacze do kolan), a pod pachę wziąć dobry  nastrój. Na połoninach wyciszysz swoje ego, nabierzesz dystansu, więc żadnym bzdurom nie dasz się potem nabrać. A humor sam się będzie lał, jak woda z konewki. Nie zapomnij pozdrowić mijanych piechurów, dobry, miły zwyczaj. Po Bieszczadach nie chodzi pierwszy lepszy turysta w eleganckich półbutach ani turystka w szpilkach, tacy jadą do Zakopanego, bo tam na deptaku nie utopi obuwia w błocku. W Bieszczady jedzie się tylko raz, a potem już tylko wraca, by uwiecznić na kartach pamięci niezwykłe widoki.

U:   -  Do zobaczenia na niebieskich przestrzeniach  połonin.