Zaglądnąć w mrok duszy Krakowiaka

         Nastała moda na kraking, czyli na swoisty surfing po krakowskich meandrach życia. Krakowiak, jak wiadomo, to mieszkaniec nie tylko samego Krakowa, ale i okolicznych wsi. Zenon Dreptak zwrócił uwagę na ważność cijania („Krakowiaczek ci ja”). Jest to czynność polegająca na uświadamianiu światu – za pomocą słów, gestów i zachowań, że jest się z Krakowa. Cijaniem będzie wychodzenie na pole, choć wszyscy  inni wyjdą na dwór. No, tak, ale kto był na polu, to szedł na dwór, ale kto żył we dworze, to normalnie musiał wychodzić na pole. Jaasne, klaarnety boose?  Cijania nie można sie nauczyć. Ten zaśpiew należy usłyszeć. To rzecz podoobno wroodzona i nadprzyrooodzona. Taki o sobie śpiewa:

„Jeszczem roczku nie miał
Już do szkoły chodził!”

   Nic dziwnego, że spotkasz się z niezwykłą uniżonością,  uprzejmością i uszanowankiem. Tu pada się do nóżek i całuje rączusie. Napływowi już tego nie kultywują, a szkoda. Ino ten prawdziwy „Krakus zawdy chcioł być panem.” Co w tym poszanowaniu złego? Ale, ale cóż, kiedy te kaciały i łachudry nie rozumieją. Niektórzy to nawet pozwalają sobie na żarty, że ci najbardziej ucywilizowani mieszkańcy Krakowa mieszkają w Lasku Wolskim, a przecież wiadomo, że tam ZOO.

       K. Estreicher,  prof. UJ,  pisze: „Szczególne piętno nadaje psychologii Krakowa fakt, że w małem tem mieście koncentruje się nieproporcjonalnie wielka ilość wybitnych ludzi.” Problem w tym, że tak w tę wielkość uwierzyli, iż wszyscy uznali się za największych i najwybitniejszych (co i czasem w Sejmie słychać).

        Inicjatorem powstania „krakauerologii”, czyli nauki o wyższości Krakowa nad resztą świata jest M. Czuma wraz z L. Mazanem, którzy mówią, że na przykład żadne z miast na świecie nie może poszczycić się tak długą tradycją zadomowionego wciąż w tym samym miejscu muzycznego sygnału.

       Małopolska to sam środek Europy.  Aby się o tym przekonać, proszę wbić cyrkiel w miejsce wyznaczające na mapie centralny punkt, a jest nim Kraków.  Środek jak nic, więc tylko ślepy nic nie dostrzeże. Zresztą, przecież od dawien dawna wszyscy nazywają to miasto pępkiem świata, czym wykazują wyższość nad całą resztą.  Extra Cracovianon est vita, co potwierdzone jest i nie ma zmiłuj. Już w XV wieku na wsi krakowskiej można było spotkać ludzi tańczących krakowiaka, o czym w swoich kronikach pisał Mikołaj Rej.

        Te sto pytań to za mało, by opisać wyjątkowość grodu Kraka i poznać ten świat pawich piór:

Czy to prawda, że w Krakowie co godzina jest południe?
 -  Hejnał Mariacki grany jest wprawdzie co godzina, ale tylko raz na 24 wypadki w ciągu doby oznacza on nadejście południa. 
 Czy Adam Mickiewicz studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim?
 -  Nie. A szkoda, pisałby wtedy jeszcze lepiej. 
 Czy Kraków leżał kiedyś nad morzem?
 -  Zapewne, o czym świadczą olbrzymie złoża soli w Wieliczce.
          Język  też świadczy o cijaniu.  W dawnej stolicy jeżdżą  fiakry. Kto mówi na wóz z końmi po rosyjsku „dorożka”, naraża się na potępienie przez rodowitych krakowian. Konsekwentnie również wymawiają „cz” zamiast „trz”, więc słyszymy Czebinia zamiast Trzebinia [Tszebinia].

(Dodam jeszcze, że „W roku 2000 w restauracji Wierzynek odbył się Zjazd Byłych Stolic, na którym potwierdzono seniorat Krakowa. (…) Warszawa otrzymała status członka oczekującego”).

        Jacy są Krakowiacy, mieszkańcy K-wa i okolic oraz krakowiacy, czyli mieszkańcy samego Krakowa?  Błyskotliwi i uczciwi. Pracowici i przezorni. Zapobiegliwi i odważni. Szanujący pieniądz i oszczędni. Tacy są, a przynajmniej tak widzą ich autorzy książki „Jacy? Tacy”.

      Ponadto podobno prawdziwy krakowianin nigdy nie zamieszkałby w Nowej Hucie, a z kolei  prawdziwy nowohucianin nie chciałby mieszkać w tym Krakówku.

     Rywalizacja dwóch klubów  Cracovii i Wisły, utworzonych w 1906 r. jest legendarna. Oto przykłady miłych napisów na murach: ”Wisła Kraków myśli, że hejnał jest jodłowany”, „Wisła Kraków w sumie lubi Cracovię, ale nie wie, jak zagadać”, „Cracovia ma tępe maczety”. Podczas jazdy tramwajem trzeba bardzo uważnie patrzeć przez okna. Aby ujść z życiem należy zmieniać szaliki co przystanek (Wola Duchacka – Cracovia, Na Kozłówce – Cracovia, Prokocim Stary – Wisła, Prokocim Nowy – Cracovia, Bieżanów – Wisła.

         O cysorzu wypowiadają się dobrze. Jedzą te pięcioramienne cesarskie kajzerki (cesarz  też je jadał), obwarzanki i zawsze są w opozycji do reszty świata, bo to jest Kraków, paniusiu i żadne huncwoty ani ciućmoki nie będą tu nam mieszać.

CK ziemniak w roli głównej, czyli KARTOFLISKO

        Za pozwoleniem właścicieli siedliska w małopolskiej Wielkiej Wsi z okazyi Kartofliska  Roku Pańskiego 2016 prosiemy z całego serca szanowną i zacną kompaniję w połowie października od samego rana na rozpoczęcie igrców z ziemniakiem, grulem, pyrą, kartoflem, czyli na  ziemniaczany zawrót głowy, abo modną w ichnich czasach dietę kartoflową.

       Zapraszamy arcyuniżenie JWP lubo z wielkim ukontentowaniem Aśćki i Asanów, byście uświetnili kartofliskową uroczystość  i  łaskawym okiem obaczyli, co też się będzie działo. Prosię bardzo przywdziać  ino stosowne pludry, kaftany, tuniki, podwiki, szuby i sukmany, by degustacyja kartofla miała właściwą oprawę i staropolski akcent w probowaniu:

placków, kartoflaników, sałatki  hreczkosieja, kapusty z beczki, napoju sadowników, kopytek sołtysowej, barszczu na kościach upolowanych zwierząt, pierogów ziemniaczanych dobrodzieja, żeberek żniwiarza i inszych dobrości.

        Do picia będą herbatki ziołowe, zakwasy, mleko kozie, a kto lubuje się w inszej okowicie, prosiemy o BYOB, jako na gentlemanów przystało.

         Zabaw i uciech będzie pod dostatkiem, a to rzucanie kartoflem do celu, rozmaite zawody w probowaniu nalewek, a to przypiekanie żywcem boczków, czy wybór największego kartofla roku.  Inwencyja mile widziana. Godanie potem trza ino zapisać w blogowych kajetach. A komu spanie na śpiworowym sianie nie pasuje, adyć  we Dworze w Tomaszowicach pokojów pod dostatkiem i wygód w bród.

       Gospodarze Kartofliska to sam Imć Wielebny Kneź z Zacną, Sławetną Kneziową i Szlachetną  Watrą dadzą wszelkie namiary i wyjaśnienia. Przybywajcie, prosiemy.

 

O wyższości piwa nad różnymi herbatami.

       Zostałam poczęstowana Krasną Jędzą. Piwo jak piwo: rubinowe, smak ziołowo – chmielowo – orzechowy, aromat karmelowy, jędza na opakowaniu i ładny kapsel. Nazwa świetna, bo jędza też może być całkiem niezłym ziółkiem. Podobno życie jest za krótkie, aby pić kiepskiej jakości piwo. (Na Poznańskich Targach Piwnych za butelczynę piwa można było zapłacić nawet siedemdziesiąt zł). Uśmiech sfrunął z ust.

        Piwo z prasłowiańskiego oznacza napitek, napój. Już cztery tysiące lat p.n. e. w Mezopotamii wygrawerowano na glinianych tabliczkach opis warzenia dawnego piwa – sikaru.  Najstarsza polska wzmianka pochodzi z 1414 roku,  z kolei J. Długosz wspomina o piwie warzonym z pszenicy, jęczmienia, żyta i orkiszu, a piło się w karczmie, która dzwonieniem ogłaszała, że trunek jest już dostępny.   Tymi piwnymi dzwonami mogą pochwalić się między innymi Gdańsk i Toruń. Dzwonnicy uderzali w instrument również o 21:00 zwiastujący czas, kiedy należało w końcu iść do domu. Nie można uwierzyć, że ówcześni byli tacy grzeczni i razem z kurami szli spać. Nawarz sobie i ty piwa. Podobno aż ponad czterysta  rodzajów. Jest w czym wybierać. 

        Badanie piwa ma swoją nazwę – zitologia. Jego nazwa pochodzi od greckiego słowa „Zythos” (piwo) i „logos” (nauka). Między innymi opisują straszliwą fobię, czyli strach przed ujrzeniem pustej szklanki bez tego złocistego napoju. Ten paraliżujący lęk nosi nazwę cenosillicaphobia. Kiedy zobaczycie zamówione podwójne kufle, to znak, że ktoś właśnie walczy z tą fobią.

         Nie powinieneś duldać z butelki. Profanacja. Istnieje przecież specjalny  rytuał picia. Przede wszystkim należy chwycić szklenicę za jej dolną część, by nie ogrzać napoju. Piwo z butelki nalewamy w dwóch fazach. Najpierw wolno po ściance pochylonej szklanki napełniając 2/3 pojemności, następnie szklankę stawiamy pionowo i dopełniamy resztą piwa z butelki. Jeżeli na początku nalewania powstała piana, należy szklankę odstawić na krótki czas, aby piana osiadła i następnie ją dopełnić. (Nie wolno wybierać piany łyżką stołową!). Niestety kłopot jest z amatorami piwa posiadającymi brody. Naukowcy z Anglii obliczyli, że „spożywający piwo nieroztropni brodacze, którzy wlewają je nie tylko w swoje gardła, ale i brodę marnują rocznie ponad 93 tysiące litrów złotego trunku.”

 Jako ciekawostkę podam fakt, że najdroższe piwo na świecie to belgijska 12-litrowa butelka „Vielle Bon Secours”. Jego koszt to ok. 3 tys. zł

         W stanie Iowa istnieje przepis zabraniający mężczyźnie leżenia w łóżku z kobietą, jeśli wypił więcej niż trzy łyki piwa. Piwo niefiltrowane pito przez słomkę. Pamiętajmy o tym, że prawdziwi smakosze tych zupek piwnych używali słomek z czystego złota. W Babilonii istniał pewien ciekawy zwyczaj weselny. Teść przez cały miesiąc poił swojego świeżo upieczonego zięcia piwem. W jednym z barów japońskiego miasta Matsuszira obowiązuje nietypowa promocja. Przy trzęsieniu ziemi do trzech stopni w skali Richtera każdemu klientowi przysługuje kufel piwa na koszt firmy. W Azji z kolei  jest jeszcze piwo w woreczkach. Angielscy geolodzy twierdzą, że właściwości diamentów najlepiej bada się w piwie. Piwo się znajdzie, wystarczy tylko postarać się o diamenty.

         Pianka jest bardzo ważną częścią piwa. Mówi ona wiele o jakości napoju. Jeśli brakuje piany, może to oznaczać, że piwo jest nieświeże



         Jeżeli wyczuwamy posmak metaliczny, należy niewielką ilość piwa rozetrzeć na dłoni i powąchać (wyczujemy zapach metalu, gwoździ lub krwi). Takiego piwa nawet wrogowi nie funduj. Nie należy zazdrościć pracy testerom piwa, którzy oprócz smaków karmelowych czy słodowych muszą wyczuwać i te niedopuszczone smaki przypalenizny, fenolowe, mydlane, zjełczałe, oleiste, siarkowe, stęchłe, kocie, bądź  pleśniowe. 

           Warto wiedzieć, że chmiel jest dodawany do piwa w bardzo niewielkich dawkach. Jest to bardzo istotny składnik złocistego trunku, jednak ze względu na intensywność smaku i aromatu, wystarczy zaledwie czasem jedna szyszka chmielu, by uwarzyć półlitrową szklankę piwa. Chmiel w nim zawarty ma w sobie związek o nazwie lupulina, który podobnie jak niektóre zioła pobudza apetyt. (Chmiel jest w tej samej rodzinie kwiatowej co konopie).

          Snake Venom, czyli „Jad Żmii” – taką nazwę nosi piwo, które uchodzi za najmocniejsze na świecie. Stężenie alkoholu w tym trunku jest w granicach 67,5  %. Unikatowe piwo warzone jest w Szkocji. Trzeba wiedzieć, że na etykiecie piwa widnieje adnotacja, by konsumenci nie pili naraz więcej niż 35 ml trunku, ponieważ należy go pić  jak wytrawną whisky. Butelka o objętości 275 ml kosztuje około 50 funtów.

         Benjamin Franklin stwierdził: „Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, abyśmy byli szczęśliwi”. To by się sprawdziło w niektórych przypadkach,        np. jedyną rzeczą, o której mówi ci piwo to czas, kiedy musisz iść do WC,  chmielowi nie przeszkadza  chrapanie, nie każe wynosić śmieci ani nie narzeka na rozrzucone skarpety czy puszki.

            Wiadomo, koń musi być zawsze dobry, z piwem tak prosto nie jest. Nie każdy gustuje w smaku wodorostów, więc piwo Kelpie nie wszystkim będzie smakować. Podobnie z piwem o smaku dyni z browaru Dog Fish. Piwo Cerveze Con Chili ma smak zwykłych papryczek, a Chipotle z kolei smakuje  już wędzonymi papryczkami. Watermelon Wheat Beer niby pszeniczne, a jest różowe o smaku arbuza. Koneserzy mają do wyboru musztardowe z browaru Wostyntje, ostrygowe z browaru Harpoon, albo i te zupy owocowo – piwne ze stajni Kormoran: wiśnie w piwie, jabłko w piwie, śliwki w piwie. Piwo zamiast śniadania? Proszę bardzo: Voodoo Doughnut Maple Bacon Ale. Książęce Jasne Ryżowe to nawet ponoć lepsze od sake.

        Bowser Beer to japońskie piwo dla twojego pupila. Duże ma powodzenie, choć nie wiadomo, kto ma większą satysfakcję pies, czy właściciel pojący browarem swego ulubieńca. Zresztą panu można zaproponować piwo recyklingowe Wasted lub Northern Monk zrobione z odpadków jedzenia przeznaczonych na wysypisko. Prawdziwe śmieciowe picie i pasuje jak ulał do śmieciowego jedzenia.



         Gdybyśmy nie mieli piwa, to czym popijalibyśmy wódeczkę? Jak znieślibyśmy porażki podczas transmisji sportowych? Pewien zespół (Pivo)  także przestałby istnieć. Jak żyć, kiedy opowieści piwne straciłyby sens? Jak panowie wyglądaliby, gdyby nie wykształcił się jeden z ważniejszych mięśni brzucha? W pubach dziewczyny na pewno nie byłyby tak powabne…A czym popijalibyśmy golonkę? Co byłoby na kacenjamer? A wiadomo, że nie ma nic gorszego niż uciekające rankiem piwo. Świtem ilość piwa w piwie zupełnie się nie liczy, tylko tęsknota za złocistością i pianką. 

          Miłość do piwa przychodzi wraz z wiekiem. Trzeba też wiedzieć, że ten leczniczy napój może zdrowo utytłać, spowodować chorobliwą bladość, a także rozsiewanie nieprzyjemnych bodźców  zapachowych. No, cóż, niezawodne lustro prawdę wyśpiewa, że przesadnie ładnie to się po tym chmielu nie wygląda, a i ta  nieszczęsna dykcja lekko się zmienia. Nazajutrz  jeszcze gorzej, ponieważ dopada ów dokuczliwy syndrom dnia drugiego. Kosztowna to wiedza, na którą i osławiony Alka Prim z dodatkiem Alka Seltzer nie pomogą, kiedy lubi się ten stan, a równowagi brak.

          Jak nie zakochać się w genealogii drzewa piwnego „o smaku szerokim jak rów mariański”? Same nazwy już pobudzają do zacierania, warzenia, fermentacji:  Czacha Dymi,  Wyszło Kwaśne,  Bździągwa, Duby Smalone, Jasny Grom, Jak w Dym, Bałwan, Delirium Tremens. Ja polecam zacne i pyszne nazwy: Jesień Średniowiecza, Rokokoko, Zacne Mocne, Świat Boży, W Malinowym Chruśniaku i Kurpiowskie Piwo (Psiwo) Kozicowe. 

          Niech nam  przygrzeje miesiąc wrzesień i chmielowe zupy.

Traktat o zespołach napięcia prowokacyjnego

Notatka na marginesie

        Zespół napięcia może dotknąć każdego. Dr Sarno doszedł do wniosku, że napięta tkanka mięśniowa ma lekki deficyt tlenu przez ograniczenie krążenia i jest to główna przyczyna bólu. Wegetatywny układ nerwowy kontroluje krążenie krwi, a informacja o pobudzeniu płynie z mózgu. Hiperaktywność wegetatywnej gałązki nerwowej powoduje ograniczony dopływ krwi do mięśnia lub grupy mięśni i powstanie objawu bólowego. Nadaktywność tej samej gałązki może spowodować wrzody żołądka, bóle głowy czy zespół jelita wrażliwego. Przyczyną zawsze jest stres.

          Wikipedia podaje, że napięcie to różnica potencjałów elektrycznych między dwoma punktami obwodu elektrycznego lub pola elektrycznego. Symbolem napięcia jest UZespół Marfana (ang. Marfan syndrome, MFS) to choroba genetyczna tkanki łącznej, charakteryzująca się dużą zmiennością fenotypową. Przyczyną zespołu jest mutacja w genie fibryliny. Zespół napięcia przedmiesiączkowegoZNP (ang. premenstrual syndrome, PMS) to z kolei zespół objawów fizycznych, emocjonalnych i psychicznych występujący od kilku do kilkunastu dni przed menstruacją.

        „Napięcie mięśni pojawia się najczęściej jako reakcja obronna przeciwko bólowi. Stres, nieprawidłowa postawa ciała, uraz również wpływa na mięśnie i powoduje ich nadmierne napięcie. U osób, które mają problem z nadmiernym napięciem mięśniowym, pomocny może być masaż. Odpowiednio wykonany masaż zmniejszy napięcie mięśniowe, rozluźni mięśnie i jeśli występuje ból – zmniejszy go. Zadziała rozgrzewająco i poprawi ukrwienie tkanek.”

         A teraz proszę się przyjrzeć, jak wygląda człowiek po zjedzeniu żaby z zespołem napięcia:

rozdrażnienie, huśtawka nastrojów, dysforiaagresjadepresja, płaczliwość, problemy z koncentracją i zapamiętywaniem, zmniejszona aktywność życiowa, uczucie zmęczenia, zmiana apetytu, bóle głowy, bóle pleców, bolesność piersi, zaparcia i wzdęcia, uczucie ciężkości,  puchnięcia (głównie nóg i twarzy), wzrost masy ciała od 2 do 4 kg, zaostrzenie alergii, wzmożone pocenie, uczucie gorąca, pogorszenie koordynacji ruchów, problemy ze wzrokiem, smutek, przygnębienie, rozczarowanie.

        Z twórczego napięcia mogą również zrodzić się rzeczy niezwykłe, ponieważ człowiek ma w sobie naturalną ciekawość. Dodają energii, pikanterii, twórczego szaleństwa przekraczania granic.  Ale jak ma się czuć współczesne pokolenie nieskalane przemyśleniami, kiedy na plecach kredyt, pilnowanie pracy, manna nie leci z nieba,  a tu jeszcze tysiące plotkarskich i badziewnych newsów do przejrzenia… Czekają z utęsknieniem  tego piątunia i tego piąteczku, bo wtedy zaczyna się weekend. A już w niedzielę zaczyna się… To zespół napięcia daje znak, bo jutro właśnie straszny poniedziałek, więc należy zapomnieć  o zdrowieniu. Zespół napięcia pourlopowego dotyka wielu prawie co roku, wszak wypoczywanie na plaży parawan w parawan nie sprzyja wypoczynkowi. Starsi mają zespół napięcia przed pracą, a młodzi mają z kolei zespół napięcia powakacyjnego.  To przez wrzesień. Pójście do szkoły to  obecnie nie norma, a  niezła trauma charakteryzująca się powakacyjnym wracaniem do szkoły. 

        Dobry dzień wszystkim przerobionym na chemiczny zespół modnego napięcia.  Przebodźcowani tym napięciem, zastanawiamy się, jak i czym zniwelować owo nasilenie uwagi. Jak złapać ten napięciowy balans zespołów psychodelicznych? A może iść na promocję z tym niewidzialnym, a wszechobecnym napięciem? A może kupić ten  ostatnio  reklamowany wegański lakier  prosto z Los Angeles? Istnieje taka potrzeba nabijania mózgu odkrywaniem nowych napięciowych zespołów, w tym już  pewnie niedługo będziemy mieć mistrzostwo świata. (Ostatnio czytałam o zespole napięcia poweselnego. Przedweselne rozumiałam, ale poweselne?).

         Masz napięcie? No to spadasz lewel niżej. Są różne światy i wiele napięć.  Robimy sobie pompowanie mózgu, nie widzimy sterowania i wkręcamy się w zespoły napięciowe. Zespoły napięć rock’ n’ roll przetaczają się przez różne dziedziny jak walec, by zaklinać rozmaite sfery rzeczywistości. A w polityce napięcie już rośnie. Niedługo zespoły niespokojnych nóg przeżywać będą gorączkę przedwyborczą. I to od razu stany ostre, w tym – niestety – nie zawsze uleczalne.

           A tu napięciowy ból głowy jak złapał, tak trzyma i trzyma. Nie ma szans, aby apap mógł pomóc. Dawniej oczekiwano w napięciu na nową książkę, a obecnie… na nowe  zespoły napięciowe.

Coś ty nam, pani Elizo, najlepszego uczyniła

            Już pierwsi kronikarze eksponowali szczególne posłannictwo władców i rządzących w naszym kraju. Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że dziejopisarze pisali swe kroniki nie w celi monastyrów, a w zamkach hierarchów sponsorujących ich wiedzę, a więc wdzięczność musiała być niemała, stąd pojawiały się cuda i niewytłumaczone zjawiska :



            A. Bruckner pisze, że na potrzeby chwili  ”ludy małe, których kultura od wczoraj się liczy, u których ten pokost kultury jeszcze nie obeschł należycie, te ludy puszą się i buńczuczą, przypisują sobie jakieś zasługi, znaczenie, powołują się na przeszłość, prawią o przyszłości, roją marzenia, a wszystko w rażącej sprzeczności z prawdą dziejową, z rolą ich skromniutką.”

           Kiedy brakło bohaterów i niezwykłych czynów, zaczęliśmy w końcu święcić klęski, nadawać im świąteczne oprawy i hołubić wymyślnymi ramkami. Współcześnie również całe grupy coraz śmielej  rekonstruują rozmaite bitwy, wszyscy się świetnie bawią,  zabitych wielu i tylko brak refleksji,  brak głębszych przemyśleń i brak wiedzy, czego nas to wydarzenie nauczyło. Powtórzmy za Cyceronem:  historia vitae magistra est. Historia jako świadek czasów, winna być nie tyle światłem żywej pamięci, co przede wszystkim nauczycielką życia. Nie każdy obrał sobie tego nauczyciela za mistrza, skoro nie próbujemy dotrzeć do prawdy.

          Warto sięgnąć po książkę  A. Zielińskiego pt. „Sarmaci, katolicy, zwycięzcy”, aby poczytać o preferencjach Polaków.  Ileż można się puszyć:  ”My, najlepsi ze Słowian”, „Polski my naród, polski ród”, „Prostak z Litwy”, „Polak Sarmata”, „Tarcza na przedmurzu”, „Za wolność Waszą”.

        Zaczęliśmy w końcu fetować nasze przegrane bitwy, nieudaczników, a nawet koszmarne decyzje złych wodzów.  Smoothoperator  również zwrócił uwagę na to zjawisko w komentarzu do poprzedniego postu: „Mnie z kolei złości to nasze, jakże polskie, oddawanie pokłonu wszystkim naszym narodowym klęskom i porażkom.” Nic dodać do tych słów prawdy.

         W historii funkcjonuje powiedzenie vae victis, biada zwyciężonym. Wiadomo, zwycięzcy dyktują warunki. Słowa władcy Galów, Brennusa,  Eliza Orzeszkowa sparafrazowała na okrzyk gloria victis, czyli chwała zwyciężonym,  aby uczcić pamięć powstańców.   I choć wielu noweli „Gloria victis ” nie czytało, to zaobrączkowanie w szponach victis zostało:  ”w czas pamięci w serca, w przyszłość świata triumfem dalekiej przyszłości rozbrzmiewający okrzyk: Gloria victis!”             Przyzwyczajeni do przegranych, czcimy rocznice klęsk narodowych i rocznice martyrologii przy równoczesnym pomijaniu udanych operacji wojskowych.

           A. Zieliński podaje przykład uroczystych obchodów wybuchu II wojny światowej, a  nie ma nas z okazji zdobycia Berlina, zakończenia wojny, w której tak bohatersko zapisali się Polacy Podobnie postępujemy z bohaterami. Józefa Poniatowskiego pamiętamy jako bawidamka  (książę Pepi) z przegranej pod Lipskiem oraz śmierci w nurtach rzeki Elstery. Nie znamy go z bitwy pod Raszynem, kiedy dowodził 14 tys. żołnierzami i zmusił  29 tys. armię Austriaków do pertraktacji, dzięki którym powiększone zostało Księstwo Warszawskie. Nie pamiętamy księcia  z bitwy pod Zieleńcami, kiedy pokonał rosyjskie wojska. Po tej bitwie król Stanisław August Poniatowski, doceniając żołnierskie bohaterstwo, ustanowił order Virtuti Militari, nadawany za szczególne zasługi na placu boju. Znamy  przegraną bitwę w 1620r. pod Cecorą, a tymczasem w 1595 r. pod Cecorą odnieśliśmy zwycięstwo. Ale kto o tej wygranej się uczył? Kto wie, że było zwycięskie  powstanie sejneńskie? U Szanownego Wachmistrza podczytuję m.in. o niedocenonych wodzach, zapomnianych frontach i refleksjach, np.:
http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2012/07/o-powcach-niedocenianych.html, 
 http://pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2012/07/o-przepomnianym-froncie-wojny.html

         Powstania kończyły się klęską, mimo to czcimy i to listopadowe, i to styczniowe.  Bez dogłębnej analizy, skąd ta przegrana. I tylko historycy piszą, oceniają, a pasjonaci śledzą…  (Dlaczego w ciągu jedenastu miesięcy powstania listopadowego było aż siedmiu naczelnych wodzów, w tym J. N. Umiński aż dwa dni)… Mit w literaturze nie powinien dominować nad prawdą historyczną. Powinniśmy też pytać, kto i dlaczego wysyła ludzi na pewną śmierć.  Tymczasem o sukcesie i modelowym prowadzeniu powstania wielkopolskiego niewiele wiemy, choć to na nim należałoby uczyć świadomości potomnych:  ”to powstanie, w odróżnieniu od poprzednich, miało pełne poparcie społeczeństwa. Nie było żadnych ubocznych celów, rywalizacji o władzę lub jej…unikania.” 

          Mit zawładnął mentalnością Polaków. Nie dotyczy tylko historii, ale wkracza w gospodarkę, szkolnictwo, a nawet ostatnio do sportu.

        „Polacy, nic się nie stało.”? Zamiast pokazywać, w jakich dziedzinach jesteśmy dobrzy i najlepsi, uczymy przyszłe pokolenia dumy z przegranych bitew i błędnych decyzji wodzów.

            Naprawdę nikogo nie razi to machanie  narodową flagą, potrząsanie szabelką miast wyciągania wniosków?  A na historii dalej wkuwamy daty i fakty, zamiast uczyć się od tej nauczycielki życia  ROZUMIENIA  procesów historycznych.

Ojczyznę pełną rozsądku, racz dać nam, Panie

          Od jakiegoś czasu klepię tę odę do rozumu, jak trzecią szansę. Sądzę, że nawet mumie egipskie odwracają oczy ze zdumienia od tych dobrych zmian. Tak czy śmak celowany rząd czasownika i przypadek rzeczownika muszą się uzupełniać. Tymczasem mity w odpowiedniej oprawie zmieniają punkt widzenia zależny jak wiadomo także od  punktu siedzenia. Celowo dobrane i podrasowane mity mają trafiać do powszechnej świadomości wraz z efektownymi nutami religijnymi i patriotycznymi. Powszechnie wiadomo, że bez ułańskiej fantazji i szumu husarskich skrzydeł  trudno się żyje Polakom. Przekonani o własnej wielkości, podporządkowują wszystkich swoim partykularnym celom i w zależności, skąd wiatr zawieje, machają politykierską chorągiewką, bogoojczyźnianą bitwą oraz  patriotycznymi sloganami. Cóż, że zmienia się klimat, kiedy moc sprawcza przekrętów zostaje. Zgrzytają w zębach niczym ziarenka piasku w ojczyźnianym torcie.

         Hymn  A. Felińskiego  ”Boże, zachowaj nam króla”  i  pieśń  ”Boże, coś Polskę”, to ten sam tekst. Wiernopoddańczy carowi Aleksandrowi I utwór powstał na zamówienie, a zleceniodawca, wielki książę Konstanty musi nieźle rechotać, gdy słyszy swoją pieśń śpiewaną w kościele. Można zmienić adresata, przerobić refren i przystosować pieśń w zależności od rodzaju historycznego wiatru. Procesje nie orientują się przecież, że śpiewają  zmieniany wielokrotnie tekst w zależności od celu, jaki ktoś chce osiągnąć:

„Naszego Króla zachowaj nam, Panie”

„Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”

 ”Boże, coś wieki Izraela naród”

„Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”

          Musimy mieć świadomość, że celowo powtarzane mity przez podobno wolne media (hi, hi, hi),  utrwalą się w świadomości Kowalskich, a powielane w rozmaitych odsłonach, zadziałają niczym czary, cuda i mity razem wzięte. Słucham dwukrotnie powtórzoną wiadomość, że ponoć niejaki Jarosław wywodzi się od B. Chrobrego. [Czy Chrobry zechce się przyznać do tak sławionego potomka, oto jest pytanie].  Nie zapominajmy, że zakonserwowana głupota nie tak szybko zardzewieje. Ludzi praktykujących na pokaz coraz więcej. Pojawiają się niczym ten złoty pociąg w Wałbrzychu i obiecują patent na przemiany i narodowy dobrostan. Od zarania dziejów znane są przypadki, kiedy zmanipulowana historia zmienia osąd widzenia.

\         Oto wystarczyła potęga poezji A. Mickiewicza, abyśmy przyswoili sobie, że Ordon, ten patron szańców, wysadził siebie i redutę. Tymczasem  nie dość, że nie wysadził prochów, to jeszcze przeżył swą efektowną śmierć, by potem zmagać się z  własną legendą. Co biedak potem nie robił, gdzie nie walczył, by dopiero strzał w głowę uciszył tę mękę sławy. Z kolei obronę Częstochowy znamy z „Potopu” H. Sienkiewicza. Tymczasem wiadomo, że legendę o sobie wykreował głównie o sobie sam P. Kordecki. Zasługi związane z odstąpieniem Szwedów od oblężenia przypisał nie tylko sobie, ale i  NIEOBECNEMU  w czasie oblężenia cudownemu obrazowi. Wiadomo również, że Jasna Góra nieraz oddawała Sanktuarium,  a to protestanckiemu królowi, a to najjaśniejszej cesarskiej mości, a to z wielkimi honorami witano cara Aleksandra I.

           Konformizm i wiernopoddańcze hołdy znane są współcześnie i równie często spotykane. Z tego powodu obserwujemy również kurczenie się obwodu głowy u piekielników nasączonych trucizną i jadem. Nawet śmietanka wzajemnej adoracji  i nasłodzenia wydmuszek i paprotek niewiele pomoże na polski patent, jak kogoś oszukać, czym się podlizać, jak wyjść na swoje, jak drugiemu dokopać, jak się ustawić itd.

           ”Polska potrzebuje ołtarzy, kościołów i krzyży”, ponieważ polski katolicyzm polega na zewnętrzności.  W naszych sercach nienawiść, na językach jad, dusze bez miłosierdzia, powszechne jest deptanie bliźniego, naginanie słów i nauk. Rozbawiamy Boga do łez swymi życzeniowymi modłami, krzyżowaniem placów, media donoszą, że również  Błonia mają być ukrzyżowane.  W szczególne Polaków posłannictwo, męczeństwo, nieomylność i mesjanizm nadal chętnie wierzymy, gdyż czujemy się wybrańcami narodów. J. Słowacki przypomina:

„Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;”

             Od zatrutego powietrza, ziejącego jadem ognia, głodu wielkości, wojenek domowych, zamachów wyobraźni, komedii sejmowych i terroru słownego wybaw nas, Panie.

Tam, gdzie król piechotą chodził

       Na niebie pasą się baranki, ogórkowy gorset poluzowany, więc spokojnie można iść tam, gdzie i król piechotą także zwykł chadzać. Cóż, brudnemu to zawsze ten klozet na myśli.  Nie udawajmy jednak, że tam prawie nie chodzimy, skoro cywilizowani nie potrafią się bez tego przybytku obejść. Trochę jak zakonnicy, trochę jak rozpustnicy zaglądamy za te drzwi z kółeczkami i trójkącikami. Może coś zdołamy podpatrzeć, skoro współczesne toalety mogą patrzeć, mrugać, czy świecić. Przaśny czas zaprzeszły w tym temacie zostawiamy głęboko w tyle.

http://www.online.prezentacje.org/smieszne/toalety_swiata.htm

         Drewniany wychodek z serduszkiem to już przeszłość. Obecnie toaleta może być w kształcie fotelika, tronu, w stylu glamour  (błyszczy się niczym brokat na wieczorowej sukni) lub z wyposażeniem na bogato, czyli: faks, komputer i telefon. Posiedzenie powinno sprawiać przyjemność, ponieważ deska jest nie tylko wyściełana, podgrzewana, ale i naturalnie skórzana. Obok galerii Tate w Londynie stoi toaleta  z luster weneckich. Ta lustrzana kostka pozwala w trakcie wydalania obserwować ruchliwą ulicę i oglądać widoki miasta z różnych stron (ciekawe, czy to podziwianie okolicy ma swój limit czasowy).

        W Hong Kongu, ma się rozumieć, wychodek musi być ultranowoczesny, czyli na fotokomórki, przyciski, a dookoła roztacza się przyjemny morski widok, ponieważ ściany tworzą akwarium z pływającymi rybkami. W Las Vegas pisuar ma kształt otwartych ust, a  z kolei we Freiburgu oddajesz mocz w prawdziwe mosiężne trąby. W Niemczech można spotkać pisuary podpisane, więc podchodzisz i wybierasz w zależności, co wypiłeś: wein, wasser, champagner, limo, bier, a nie próbuj oszukiwać,  że ty tylko wodę…

         W Nowym Jorku na załatwienie sprawy masz kwadrans. Po tym czasie niestety, przybytek się otwiera i nie ma zmiłuj, rozpoczyna się dezynsekcja. W Portugalii możesz załatwić się w galerii wewnątrz manekinów, a w Chinach w egzotycznym smoku. W Księdze Quinessa zapisana jest najdłuższa, jeżdżąca ubikacja. Nie wiem, ile przyjemności z jazdy przeżyjesz, kiedy jedziesz ulicami i siedzisz na odkrytym sedesie. Przy okazji powinieneś też kupić papier toaletowy wytworzony  z kanadyjskiego drewna maczanego w krystalicznej wodzie z ręcznie malowanymi wzorami za 17 dolarów.  Kiedy  zaś znajdziesz się w Finlandii, musisz mieć przy sobie telefon i to naładowany, ponieważ przydrożne toalety otwierają się przez wysłanie sms-a do zarządcy drogi. Inaczej nie załatwisz sprawy. Co kraj, to inne wydalanie, wiedza jak najbardziej i w tym temacie wskazana.

        Prawdziwy raj dla tych, którzy lubią delektować się tymi świątyniami dumania, czeka w Japonii. Tam jest wszystko, o czym może człowiek zamarzyć, czyli elektronika, konsole zarządzające zapachami, różne strumienie wody pod wszelkimi kątami, podgrzewane deski i stosowny wybór dźwięków zagłuszających odgłosy.

        Nie ma co zazdrościć, wystarczy kupić Neorest za 15 tys. Nie dość, że ma futurystyczny wygląd (kosz na bieliznę skrzyżowany z siedziskiem motocykla), automatyczne otwieranie i zamykanie, filtrowanie, samoczyszczenie, to  oczywiście bez pilota ani rusz. Sprawy nie załatwisz, bo jak siądzie bateria, pozostaje pukanie do życzliwego sąsiada. Jeśli kupisz Regio Satis Inox za 18 tys, masz możliwość odsłuchania swojej ulubionej muzyki, a kryształowy Inox z kryształkami Swarovskiego kosztuje około 135 tys. Ciekawe, czy w środku też kryształowo. Jeśli i to nie zadziwi, można oglądać ubikację złotą firmy Hang Fung Gold Technology Group. Wprawdzie jej nie poużywasz, ale pooglądasz i wprawisz się w zakłopotanie, gdy poznasz cenę.  Tylko 15 mln.

          A teraz wróć z dalekiej podróży i zajrzyj do rodzimych przybytków. Też wprawisz się w zakłopotanie, z kolei z innego powodu. Z reguły zamknięte. I nie otworzysz ani pilotem, ani wysłanym esemesem, ani za pomocą euro. Co kraj, to obyczaj.

Kanikuła jako nowoczesna forma wielkiego podróżowania po niezwykłym świecie

      Świat wzdłuż i wszerz przemierzają miliony ludzi. Sądzą, że odkryją niczym Kolumb rzeczy nieodkryte i niezwykłe. Zauważamy jednakże, że reportaże z podróży nie opisują urody danego kraju, czy kontaktów z tubylcami, by multi kulti zadziałało, lecz najczęściej szczegółowo opisywane jest jedzenie oraz historie zatruć pokarmowych np. „po zjedzeniu owczych oczu.” Próbowanie, smakowanie kulinarnych specjałów najważniejsze, jak u dzieci w wypracowaniach.

       M. Omilianowicz w „Się jedzie” zebrała opowieści znanych podróżników informujące, czym świat zaskoczył ich w podróży. Okazało się…, hmm, że człowiek może zjeść dosłownie wszystko. Tarantulę w Kambodży, baluta na Filipinach, żywą ośmiornicę w Japonii, w Ekwadorze świnkę morską, zresztą coraz częściej świnki widoczne są w restauracjach w USA. W Mongolii za to dostaniesz rozgrzewajacą herbatkę ze zsiadłym mlekiem i kawałkami żółtego tłuszczu. Spotkanie zaś ze stonogami z Vanuatu może być przykre. Mierzą 30 cm, mają  chyba ze trzysta odnóży jadowitych i straszliwie po uśmierceniu śmierdzą. W chińskim Fuczou w wonnym liściu i ryżowym cieście dostaniesz pyszną zapiekankę. Lepiej nie pytać z czego jest to wybornie smakujące mięso, ponieważ zaskoczony będziesz odpowiedzią, że to taki rodzaj…wielkiej żaby.

       W Ameryce Płd nie pij ayahuascy, czyli wywaru, który działa poszerzająco na podświadomość, choć podobno szamani lubią ten napój, bo po nim wszystko wygląda inaczej, jak to zazwyczaj po halucynogenie. W Maladze z kolei nie zamawiaj coli, gdyż tak tu nazywana jest koka. W delcie  Okawango w menażce znajdziesz więcej komarów niż wody, a innej wody, choćby z rzeki nie przyniesiesz, bo nie znasz zwyczajów krokodyli, więc może być krucho. W Indonezji k/ parku Bromo kawę dostaniesz w foliowym woreczku, a jakżeby inaczej – ze słomką i  już posłodzoną. W Amazonii z kolei nie powinieneś się skarżyć, że w pokoju hotelowym  pełno robactwa. Pani odpowie, że skoro jesteś w dżungli, to insekty być muszą, ponadto doradzi, iż w pokojach należy uważać na żmije, bo  są one jedne z jadowitszych.

http://travelingrockhopper.com/

       Kiedy znajdziesz się w tych egzotycznych Indiach, musisz pamiętać o zachowaniu czystości. Owoce należy myć szczoteczką i w wodzie ze specjalnym  płynem. Chodzi także o  zmycie nadmiaru pestycydów ze skórek owoców i warzyw. Do indyjskiego Hajdarabadu  razem z tysiącem Hindusów możesz wyruszyć, by połknąć żywą rybkę,  najczęściej  to są żmijogłowy otoczone ziołową pastą. Ta rybka wyleczy każdego z astmy. Pamiętać również wypada, że w  Emiratach obowiązuje zakaz picia, a w Hong Kongu za palenie w niedozwolonym miejscu zapłacisz aż pięć tys. dolarów.

         W Ameryce z kolei nie zobaczysz babek klozetowych, za to ubikacje będą czyste. Nie spotkasz również ludzi z wiecznie przylepionym skrzywionym uśmiechem. Taką aurę życzliwości w Polsce także możesz zobaczyć… w czasie składania życzeń wigilijnych.

       Ganbare, podróżnicy. W poprzednim wcieleniu musiałam być obieżyświatem, skoro uważam, że nie tylko o to jedzenie chodzi w tym podróżowaniu.

Na deprechę frustrata czarci pazur

          Patrzę na roztańczoną młodość z okazji ŚDM i myślę, jakie życie przed nimi. Może  czekają  na nich wszystkie skarby tego świata, a  może będą mięsem armatnim jakiejś ideologii lub w końcu poluzują oddech, aby szerzej odetchnąć i więcej zobaczyć. Nie mogą zmienić sytuacji w świecie, ale mogą zrozumieć siebie i zobaczyć, że nie wszystko białe jest czarne, a czarne jest białe.

         W rozwoju technologii nastąpił niebotyczny skok, a tuż, tuż puka sztuczna inteligencja zaplanowana na 2035 r. Trzeba tylko mieć cichą nadzieję, że ona ludzi nie wymiecie jako ów zbędny sort. Pracujący w USA informatyk A. Targowski mówi, że komputery myślą szybciej od człowieka i często pracują wydajniej  (choć to nie zawsze oznacza lepiej dla człowieka !). Wprawdzie tego symbolu skupienia potencjalnych zasobów intelektualnych, czyli Doliny Krzemowej długo u nas nie będzie, niemniej uczelnie muszą przestawić się na jakość nauczania, a nie ilość. Licha dydaktyka postawiła na indywidualny encyklopedyzm. I cóż z niego? Wprawdzie korporacje wyciągają co zdolniejszych, przystosują ich do swoich standardów, ale należy mieć na uwadze, że kiedy zmieni się technologia, zastąpią ich jeszcze młodszymi i chętniejszymi do pracy po godzinach. Wcześniej czy później czeka korporacyjny szklany sufit. Uczelnie nie przygotowały młodych ani do pracy zespołowej, ani do samodzielności rozwojowej. Nie stawiały na innowację, nie miały pieniędzy na doświadczenia, a rząd publiczne pieniądze rozmieniał na drobne; jak wiemy, tyle było niesamowicie pilnych potrzeb… A tymczasem co mądrzejsi wyjeżdżają.

        Dobra wiadomość to nie wiadomość. Zła wiadomość to DOPIERO WIADOMOŚĆ – informują media. Oto parę faktów i przemyśleń, czyli jak powiedział Franciszek na Franciszkańskiej : „Życie jest takie, kochani młodzi.”

           Zastany świat nie nastraja optymistycznie. Zacznijmy od pieniędzy. Wszyscy żyjemy na kredyt, nawet ci, którzy się jeszcze nie urodzili i jeszcze o tym nie wiedzą, że go mają. Poza tym gotowi jesteśmy niczym ta druga strona Internetu uwierzyć we wszystko, co ładnie podadzą i kolorowo zapakują. Wielka smuta i dekadencja. Choćby te wojny hybrydowe. Niby są, ale z widocznością krucho u przeciętnego Kowalskiego. Podobnie ze sztucznie wywołanymi aktami terroru. A jak mało widoczny jest efekt napuszczania jednych na drugich, czy podkręcania emocji na tle religijno – rasowym i fundamentalizm coraz powszechniejszy, także katolicki. Zniesmaczenie budzi produkowanie na naszych oczach nowej i ulepszonej historii. Mamy miliony na sport, a nie mamy na na nowe badania i technologie. Mamy pieniądze na zbrojenia, a nie mamy na zdrowie. Coraz liczniejsza grupa pacjentów nie będzie mogła korzystać z leków nowej generacji i innowacyjnych terapii. Rosną w zastraszającym tempie zastępy  biurokratów, a przyzwyczajeni do manipulacji, już nie regujemy na ewidentne przekłamania. Ze świecą też można szukać szczerego, otwartego, dobrego człowieka, który myśli  nie tylko o sobie. I bardzo wielki żal, że w starożytności była etyka, a w XXI w. już niekoniecznie potrzebna ludziom. Luksus etyczny szyty na miarę epoki.

          Samo mówienie nie wystarczy, by młody nie dał się zamulić. Przystawianie pijawek, by choć trochę krwi upuściła, wystarczy zaledwie na krótki dystans. Także uzależniające przebieranie nogami przy szukaniu Go Pokemonów pewnie również nie zlikwiduje niepewności czasu świata tego. Trzeba bowiem uświadomić sobie, że zmienić swój los to nie to samo, co przejście czternastu poziomów na lewelu, czy posiadanie kieszonki na selfie. Muniek na problemy ma swój kawałek podłogi, a mnie reumatolog przepisał tabletki „Diabelski pazur” – Devil’s Claw, środek ludów afrykańskich w stanach boleści oraz maść „Czarci pazur” na bazie korzenia afrykańskiego o podobno wyjątkowych właściwościach rozluźniających i relaksacyjnych kończyn i pleców. Korzenny wywar wilczego pazura (hakorośl rozesłana) pomaga na wątrobę, nerki, niedokwaśność, zakażenia itd. Skoro na wszystko pomaga, to pewnie i na bolące miejsca świata tego powinno pomóc albo przynajmniej coś choćby w zwojach rozluźnić. Konia z rzędem temu, kto wie, co naprawdę pomoże. 

Dowcipny znajomy podpowiada: a wystarczy wyłączyć młodym ten  p r ą d.

 

Współczesność obciągnięta podświadomością

        Do naszego dobrego samopoczucia –  jako że jesteśmy stale młodzi i piękni, o umysłach nie wspomnę – wrzucę ziarnko gorczycy, ” bo kto nie zazna goryczy ni razu”, tego życie przemiele, przetrawi i wypluje jak  przysłowiowe śliwki robaczywki. Karmieni od rana do wieczora  papką  bezsensownej sieczki, wodzeni przez wodzów niczym owce na manowce, namawiani do kalkulowania,  (dlaczego się to opłaci), zalewani potokiem rodzimych i światowych katastrof, uwodzeni przez reklamy (kup jeszcze i to), nie zauważamy ewidentnej manipulacji we współczesnym świecie, skoro na co dzień jesteśmy  przyzwyczajeni do łykania pigułek na wszystko. W „Wysokich Obcasach” babcia pisze, że na wakacje zdrowa wnuczka przyjechała do niej z woreczkiem suplementów, witamin i syropów, więc po staroświecku pyta „czy nastała moda na zdrowie, czy na leki i suplementy.”

        Dalej nie wiadomo, skąd tyle frustratów, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że nasz samolubny mózg zwalnia się z myślenia i lubi tę  rączkę prowadzenia ku złotym plażom i luksusowemu samopoczuciu, a  bożek gorzelny prowadzi tych, „co przed sobą pchają smutek, zdarte płyty przez los, pęknięte serca, łzy, nieudane życie.”

             Podobno wiek XXI to „stulecie umysłu”. Jakiego? Perfekcyjnego syfu, totalnego zmanipulowania, życia zabarwionego iluzją? Otwórzmy oczy na media, sieć, prasę, to MOŻE zobaczymy, że żyjemy plotką, skandalami, poległymi pod Smoleńskiem, wyklętą historią, świętami nierówności, puczami, aktami przemocy. Zobaczmy te tłumy idące bezwiednie na rzeź za jednym,   czy drugim wodzem dobrych i lepszych zmian. Pokolenie ciem i motyli lecące za każdym światełkiem, ponieważ nie znalazło pilota do tego czwartego wymiaru rzeczywistości, a złe wiadomości codziennie lecą za nimi. I nie wierzą w te wolne media, bo jeśli byłyby wolne, to miałyby możliwość wyboru i głupców do studiów nie zapraszały. O, kuchnia! Skoro okazuje się, że najważniejsza w rozmowie jest długość szpilki i jad w zębach, znaczy jedno: wciskanie kitu w  naszą podświadomość.

       Niestety, za naszym pozwoleniem leją współczesnym na głowę tony brudnej wody, wmawiają, że to wina deszczu i nawet nie zauważamy, że mamy te dziury w świadomości, więc umoczeni w tych aferach bezradnie rozkładamy ręce. Spece od marketingu doskonale wykorzystują te schematy myślowe. Zauważamy to już w momencie wejścia do marketu, gdzie ceny i sposób ułożenia towaru nie są przypadkowe. Cała porcja codziennej litanii reklam też zrobi pranie mózgu, bo przecież wolno  nas oszukiwać, a my to zaakceptowaliśmy bez mrugnięcia okiem. Mnogość mnogości też, a mnogość pomnożona przez ilość wyborów tych samych jogurtów, leków różniących się tylko ceną. Nic, tylko wybierać. Masz wybór, więc wybierasz między chemią a chemią, bo to akurat tańsze.

         Możesz śledzić całe życie te tabelki Excelu, możesz kalkulować na każdym kroku, co ci się opłaca, analizować, ale w końcu dojdziesz do tych schodów. Dostaniesz zadyszki, przystaniesz, zaczekasz. Może te schody kiedyś zamienią się w ruchome, a może stanie się nowy cud i sama winda podjedzie? G. Orwell podpowie: „Dopóki nie połączy ich świadomość, mądrzy się nie zbuntują.” A przeszlifowanie świadomości nie takie proste, nawet przy powtarzanej mantrze, że będzie lepiej i coraz lepiej.

         Człowiek uczy się na błędach, kiedy wie, że je robi, ale zmanipulowany, nie ma zielonego pojęcia, jak wygląda naga prawda.  Einstein zauważył: „Jedynym dowodem na to, że istnieje jakaś pozaziemska inteligencja jest to, że się z nami nie kontaktują.”  Bo i po co? Wyraźnie nie życzą sobie zmanipulowania. Widać nie lubują się w skandalach, uzależniających programach, tego całego biznesu robionego na ludzkim strachu i lękach.   Nie wszystko na sprzedaż.

          Jakie opaski na oczach nie pozwalają dostrzec, że na nas cały czas można bezkarnie robić BIZNES. Farmaceuci od dawna zacierają ręce i wmawiają choroby także i te, których   n i e   mamy.  Kosmetologia potwierdza, że kiedy kupimy jakiś specyfik, staniemy się od razu piękni i młodzi. Dietetyk zapewnia, że jego dieta pozwala na 500% schudnąć. Korporacje wmawiają, że jak posiedzisz cały dzień w pracy, to będziesz szczęśliwy, no bo jedynie pieniądze dają radość, skoro możesz za nie kupić następny gadżet. Pracodawcy widzą zdeterminowanie, więc na maksa wykorzystują strach przed zwolnieniem. Lekarze z kolei nie zawsze robią badania, za to chętnie zapisują tony specyfików. Na naszych strachach zarabiają osobiści kołczowie, na naszej naiwności doradcy bankowi i lichwiarze, wszak prawo rozciągane jest przez obrotnych adwokatów we wszystkie możliwe strony. Na naszych fascynacjach niemoralne pieniądze zarabiają piłkarze, piosenkarze, celebra. Kasa wyjada też mózg dziennikarzom. (Kiedyś K. Mroziewicz czego innego uczył swoich słuchaczy). Działa ta potęga podświadomości. Prawda? Zmysłowy frazes rządzi!  Ale wiedz, że tego nie da się  zwyczajnie wygumkować…

        Pod płaszczykiem znieczulającej kraju obronności – zbrojenia i detonacje. O sytuacji radiacyjnej np. w Japonii informują linki podane na stronie   https://www.facebook.com/Kiedy-kot-op%C5%82akuje-mysz-nie-bierz-tego-na-powa%C5%BCnie-178153162256019/info/?tab=page_info  O polskich skażeniach wiemy  z 1992 r.: „Zjedzenie 400 g suszu podgrzybków z okolic Olesna wyczerpywało dopuszczalną dawkę roczną, a jedzone grzyby to tylko cząstka tego, co przyjęliśmy, spożywając skażone warzywa, owoce, mięso i wodę. ” Obecnie to nie temat, nikogo nie przerazi. Jak i pytanie, dlaczego stać nas na organizowanie rozmaitych igrzysk, a nie stać na leki i rehabilitację chorych dzieci. I jak tu zjeść ten kawałk depresji po wiadomości, że uczeni  również nabierają nas i produkują fałszywe informacje do spraw nabierania,  ponieważ kasa płacona przez koncerny znieczula uczone sumienia. Jeszcze trochę i my zapętlimy się w ten kaftan bezpieczeństwa. Chyba że znajdziemy jakieś UPDATE, gdzie cisza, czas, spokój, rozsądek, dystans będą większym luksusem niż mieszkanie w hotelu Atlantis The Palm w Dubaju oraz jajecznica  za 1000 dolarów z kawiorem i złotem na środku.   Inna rzecz, czy my wogóle umiemy żyć, kiedy kryzys wieku średniego dopada już po trzydziestce i nie umiemy życiu przywrócić właściwych witamin przyjaźni, tolerancji, uśmiechu, czy spokoju.

         J. Murphy twierdzi, że poziomem świadomości możemy sami zarządzać, więc spróbujmy zrobić wizualizację, znaleźć w sobie sensei, czyli tego, który uczy, a nie tylko przyjmuje do wiadomości. Psychologowie twierdzą, iż „można nauczyć podświadomość tego wszystkiego, co świadomie wybieramy.” Oczywiście pod warunkiem, że wiemy, gdzie manipulowanie.  Brawo ty, świadomości. Wszyscy żyjemy w tym Matrixie , ale  n i e  zwalniajmy się z odpowiedzialności i bezwolnego poddawania się.  (Było 500+, ma być 5000+, czas na 50000+). Już Seneka wiedział:  „Gdy nie wiesz, do którego portu płyniesz, żaden wiatr nie jest dobry.” 

         Włączam to swoje chłodne trzy czwarte i myślę,  jaką trzeba warstwą teflonu pokryć siebie, by stać się odpornym na mnożenie problemów,  zamiast ich rozwiązywanie. Nie tylko dostrzec, ale i wyczuć  z ma n i p u l o w a n i e. Wali przecież z daleka francuskim serem po nozdrzach. Nie chciałabym dożyć czasów, kiedy zobaczę chocholi taniec i usłyszę chichot błazna, że moje siermiężne czasy być może nazwane będą najlepszymi czasami.

          Świadomości,  może podpowiesz podświadomości…