Zmarła z westchnień nadmiaru

           Bolesław Leśmian „Alcabon”

„Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!
O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.
Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!
— „Tere-fere!” — tak śpiewał,
Gdy się śmierci spodziewał.
Aż pokochał osiadłą na strychu Kurjannę.

Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!
We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,
Gdy, wspinając się ku niej, dawał baczny zór
Na czar, co się po cichu
Tak utrwalał na strychu,
Jakby miejsca zabrakło gdzie indziej na świecie.(…)

Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!
Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia…
Zdzierż szczęście!… Nie zdzierżyła!.. Ledwo kilka chwil!…
Nienawykła do czaru,
Zmarła z westchnień nadmiaru,
Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!
Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie, —
Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi — ścichł,
Pilnej śmierci cios tępy
Duszę rozpruł na strzępy,
Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!
Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona, —
Bochen chleba w gwiazd wieńcu — skrót pałacu w mgłach —
Rzęsa Boża — dwie pszczoły —
I trzy z wosku anioły.
Czego tylko nie było w duszy Alcabona!”

        Kto to jest Alcabon? Egzotyczne imię i równie niezwykła postać, która znana była w okolicach Pińczowa, śpiewano o Alcabonie na weselach, co udowodnił J.Trznadel, ale czy istniał w rzeczywistości, czy we wspomnieniach, za to już głowy nikt nie da. Czytamy tę balladę, wsłuchujemy się w jej rytmiczność i powtórzenia, ale zwróćmy uwagę, że niezwykłości są podmieniane, gdyż sceneria wprawdzie wzięta z codziennego życia („barłóg”, „strych”), ale nieustannie przekraczane są granice między światami: stąd, czyli z ziemi i stamtąd, z niebiesiech, a wszystko dzieje się na zaczarowanym strychu, gdzie miłość i śmierć to jedno, jak to w balladzie, bo w prawdziwym życiu tak dobrze nie jest, więc nikogo z zaświatów nie gościliśmy, by opowiedział, co u niego słychać.

        Zapytajmy, ile można wylać łez z powodu nieszczęśliwej miłości? Wiele, jednak są granice, w pewnym momencie oczy stają się suche, a czas leczy rany. Przygoda  Kurianny i Alcabona opowiedziana  jest balladowo w sposób niezwykły, bo groteskowy, przez to wcale nie jest ani łzawa, ani nieszczęśliwa. Jeżeli mielibyśmy wątpliwości, co do istnienia postaci tytułowej, to w świecie przedstawionym bohater ukazany jest tak: „Był na świecie Albacon. Był, na pewno był!”  To ośmiokrotne zapewnienie o tym, że bohater istnieje, już wzbudza czujność czytelnika, który zastanawia się, czy taki ktoś kiedykolwiek żył, budzi wątpliwości i zapowiada, że tu mogą dziać się rzeczy niezwyczajne, skoro „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił” i „duszę rozerwał na strzępy”.

         Sam Alcabon to z pewnością postać groteskowa, nawet podejrzewamy, że może być kukłą, elfem, gnomem, rzeźbą, chociażby z powodu składu niezwykłości osobliwych w  jego duszy: „dwie pszczoły”, „trzy z wosku anioły”, „piach”. Metafory i liczne szczegóły nie służą urzeczywistnieniu, odwrotnie, czynią fantazyjnymi nie tylko bohaterów („we łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie”), ale również przestrzeń („szedł do niej po ciemność”) i przedmioty („bochen chleba w gwiazd wieńcu”). Sama śmierć Kurianny ma niezwykły powód: „Zmarła z westchnień nadmiaru”. Nie ona jedna tak by chciała zejść niepostrzeżenie z tego świata. Podmiot liryczny nie nazywa niczego dosłownie, tworzy natomiast sugestie znaczeniowe, by zostawić pole do inwencji i domyślności czytelnika: „znój mu wargi przynaglił”, a spersonifikowany ”znój” zmusił niejako usta do mówienia, a to by znaczyło, że  groteskowy bohater działa i żyje również w groteskowym świecie, gdzie śmierć  z nadmiaru westchnień nie robi wrażenia, ponieważ nie bierzemy jej na poważnie.

            Groteskowy świat jest zawsze na opak, ponieważ ów przedstawiony świat nie odpowiada naszym wyobrażeniom reguł rządzących codziennością. Jakże to tak, rzeczy złożone niegdyś na strychu żyją? Ludzie zawsze widzą świat z wyraźnym podziałem na rzeczywistość i fantastykę, ale poeci mieszają te dwa światy, stąd czary – mary na strychu. A wszystko za sprawą tych subtelności językowych: „Piach się z duszy wysypał”, „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił”, o brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki”, zaśmiał się w samo niebo” oraz powtórzeń, które mają potwierdzać prawdę, ale w rzeczywistości poddają w wątpliwość  istnienie pokazanych sytuacji.

          Był Alcabon? „Był, na pewno był!” Ale czy żył? „Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!” Ale skąd miał taką nadzwyczajną siłę? Siłę? Groteska lubi poezję B. Leśmiana. Ta „rzęsa Boża” jest zwyczajnie nadzwyczajna, ale cóż, ludzie nienawykli do czaru, tego nie widzą, natomiast poeta zobaczy i podzieli się niezwykłymi wrażeniami. Jak dobrze, że poezja jest z nami w naszym zabieganym życiu.

Kto powiedział, że ma być listopad

       wilk i brzoa W. Got.Zdjęcie Wojciecha Gotkiewicza

               Dobrymi radami piekło już dawno zabrukowane, a ludzie wciąż dokładają swoje trzy grosze. Skoro jesień, czas wykorzystać wiatr, by przewietrzyć głowę, niech wywieje te osmętnice, desperacje, melancholię, jako że świat jest pełen dramatów, więc nie ma co dokładać nowych osowiałych i markotnych.

             Zatem zacznijmy od tego, że nie warto zdejmować butów, w każdej chwili może przestać padać, więc trzeba wyjść, póki nie leje. Żeby nie widzieć mżawki, należałoby znieść listopad, by pluchy nikt nie zobaczył. To, że jakiś desperat ten miesiąc wprowadził,  nie znaczy, że wszyscy muszą oglądać ospałość i smętki. Zakręciłam tym chomiczym kółkiem i okazało się, że w nadchodzącym miesiącu mogą być same niedziele, a w niedzielę – wiadomo – rosół, jabłecznik, kawa ze śmietanką, książka i luzik.

           Kto powiedział, że musi padać? Przecież można przestawić sobie pogodę na Dominikanę, Bahamy, Jamajkę i pod palmami zjeść langustę. Po tygodniu upałów znów zatęsknimy do chłodu i deszczu, bowiem odkąd wysłuchałam, że deszcz wygładza nam brwi, nic już takie samo nie będzie. Niech pada i wygładza, bo jak będziemy wyglądać niewygładzone? Przecież samo słońce w końcu można namalować sobie na ścianie, nakleić na monitor, wyszyć na jaśku, a Jaśka przytulić. Już kiedyś B. Pascal jako autorytet podpowiedział, że „kropla miłości znaczy więcej niż ocean rozumu”.

           Wojtek ma na ten miesiąc plan ucieczki z modystką do Ostrołęki. Marzenie piękne, zapaliłam się do niego i już miałam ruszać STOP! Tak po prawdzie, nie bardzo wiem, co ja bym z modystką robiła, chyba te kapelusze, ale czemu w Ostrołęce,  bardzo plan skomplikowany.  To może w Bieszczady, by zająć się fotoblogiem. Taki niedźwiedź, wilk na moim blogu robiłby wrażenie (mogą być również żołny, te kolory, smukła sylwetka, błękit podbrzusza i żółte gardło, czyli piękność). A ja po tych połoninach jak sarenka w deszczu i na bosaka. Proszę nie poprawiać: przecież nie ma listopada.        

              Skoro nie ma dni pochmurnych ani przygaszonych, to trzeba będzie wychodzić na spacery i brać pod depo te marzenia, mgiełkę, poranną szadź, co akurat wpadnie w ręce i nie ma co wybrzydzać, dobre już było. Nareszcie dojrzałam, więc może i ja wrzucę jakieś zdjęcia łydek, pęcin moczonych w sreberku. Klękajcie narody, co za widok, a ile lajków nazbieram, chociaż Marylą nie jestem. Jednakowoż należy mieć na względzie, by paskudnych ludzi omijać z daleka, niech nie przygnębiają, niech nie dołują, nie narzekają i nie obrzydzają innym tego świata.

              Ja też mam wisienkę na torcie, co ja mówię, całą wiśnię na blogu. Szczęście bierze się ze środka, więc wystarczy adopcja, by zaliściło się w głowie na żółto i na niebiesko tymi mimozami, którymi jesień się zaczyna. A wilk, jak się patrzy, jest i ozdabia.

                Uśmiecham się do Was po irlandzku (Ireland – kraina deszczowców), jak Brygida Celtycka obracam kołem czasu i pór roku, zaczynam od:  JAKI DOBRY TEN DZIEŃ.

Chwile naszego ziemskiego istnienia

Rzeźba koło cukinii

                                 „jesienną szarugę spróbować odmienić”          

          Mówią mi, że już przyszła do mnie ta jesień. Złota, pomarańczowa, czerwona, nasycona barwami. Cóż, kiedy przyprowadza z sobą chandrę, dołuje, wprowadza depresyjne klimaty aż słońce przestaje oddychać, chowa się za chmury, rzadko pokazuje uśmiechnięte promienie. I tak sobie myślę i myślę sobie tak: niech ten deszcz siąpi, czyli że nie pada, wytrzymać można, a kolorowe parasolki  przypominają te z Cherbourga, zatem nie czuję mżawki i chłodu, bo widzę młodziutką Catherine i słyszę, że będzie czekać na mnie czterysta lat. Przed oczami pląsają te liście niesione wiatrem, pomarszczone, brązowe, pachnące pleśnią, śniedzią, z plamami wątrobowymi, upadłe, zdeptane; podobno są piękne, nie będę zaprzeczać, bowiem najważniejsze jest to, że dziś jeszcze wstałem, więc dzień się toczy, a zegar bije. Czuję wprawdzie zmartwiałe czubki palców, ale skoro każdy ma prawo do orgazmu, jak to ogłosił P. Bukartyk,  zapewne jesieni to również dotyczy. Ej, głowo, czy to wypada w twoim wieku, kiedy włosów niewiele (może i niewiele, ale same ambitne). Uśmiecham się tymi falbankami ust, przecież jeszcze nie czas na noszenie żałoby po tym życiu.

                                     „umieć słuchać o czym wiatr śpiewa”

             -  Nie mów tak głośno wietrze, przecież jeszcze w miarę słyszę, więc widzę ten schodek, obiecuję, będę uważał. – Co to ja nie wiem, że liście są zdradliwe, można się na nich ślizgać. Nie widzisz, że jestem ostrożny, więc przestań gwizdać figlarzu jeden.

             – Ależ już zwalniam, nie pędzę, więc zadyszka mnie nie dopadnie, tylko ta laska nie musi o ten bruk tak stukać. Co ty sobie wyobrażasz, nic nie znaczyłeś wietrze za życia, to kiedy jesień przyszła, możesz sobie odpuścić i nie pouczaj, co mi wolno, a czego nie mogę.

              – Znów się potknąłem, wiem, nie musisz mi wypominać, to przez to żółwie tempo, takie jest męczące, więc nie wyj już, bo w końcu przestanę cię słuchać. Nie obrażaj się, żartowałem, oczywiście, słucham cię uważnie. 

             - Już przyspieszam,  teraz widzę, że się wlokę, za tydzień nie zajdziemy w takim tempie, nikt czekał nie będzie, po prostu chciałem posłuchać tego krakania. Patrzę na tę ptasią radość, na to wesele i nie zazdroszczę, zimą nie będzie im do śmiechu. Ale co ty o tym możesz wiedzieć, wietrze, kiedy łobuzujesz, że pal licho?

                                       „zobaczyć jesieni pogodne oblicze

            Coraz częściej patrzę przez okno, to taki trening przed rozstaniem, przed nicością. Już jesień? Dopiero było lato. Sam widziałem na transparencie ”Stare jest piękne”. Zgadzam się, bo tak jest z winami, z serami, dojrzałe lepiej smakują, jednakże ludzie po tej drugiej stronie tęczy  codziennie mają  swoje gorzkie żale,  zwykle brak dla nich dobrych wiadomości, przy czym staram się pamiętać, że starzenie może przytrafić się każdemu i nawet w każdym wieku. Jak ta rapsodia na zawał serca,  jak ten mazurek ze złamaniem nogi, jak ta symfonia na radioterapię, ten walc na neuropatie, tango z Hashimoto, jak to chemiczne SPA. I tak przyjdzie zardzewieć, chociaż niekiedy słyszę ten głos rozsądku, że z muzyką będzie łatwiej przez te wspomnienia.

                                   „poszukać uczucia co wszystko odmienia”

         Życzę ci stu lat – słyszę jesiennie. Dziękuję, ale kręgosłup sam się nie wyprostuje i kto mi zapewni zdrowie w tej długowieczności, o tym cisza. Golarki także nie znalazłem, choć wiem, że sam chowałem, okulary wiążę, a parasolki gubię. Lato w sukienkach już pochowane, tymczasem płaszcze i jesionki nic seksownego w sobie nie mają, jako że grobowy czarny kolor króluje na ulicach. Łaskawa jesieni, nie myśl, że ktoś czeka z utęsknieniem na ciebie, ponieważ w jesieni życia role się odwracają. Dziecinniejesz młody człowieku, robisz fikołki na chodniku, potykasz się o własne nogi, nie pamiętasz, po co wyszedłeś, co miałeś kupić w aptece, więc czekasz na tę ciepłą, przyjazną dłoń, która poprowadzi, by życie mniej sponiewierało, wiadomo – cudowne nietuzinkowe – ale ten jego ostatni akt jest wyjątkowo kiepski, jak ta ulica w Szczecinie, która nazywa się „Ku słońcu”, tyle że prowadzi na Cmentarz Centralny. (Pozostanie przypiąć ciężarki do nóg, bym nie odleciał). A kiedy przyjdzie ten znajomy pan Parkinson albo pan Alzheimer i tyle dobrze, że razem nie chodzą, przyjmę ze stoickim spokojem, bo to inni będą się męczyć najwięcej. Mnie będzie wtedy uwierał problem, czy mam ogrzewać ten koniak w dłoni, czy nie, ponieważ współczesne pomieszczenia są na tyle ciepłe, że podobno zbędne jest ogrzewanie. Co by nie pomyśleć, idzie jesień, a z nią ten  l e p s z y z m  życia, Małgosiu.

Tytuł i śródtytuły pochodzą z wiersza  TES przesłanego w komentarzu przez naszą, kochaną Małgosię.

I ty bądź szczęśliwy jesienną porą

Kozice2

         Człowiek rozmiłowany w zbytku i wygodzie całe życie dąży, by mieszkać w tym luksusie, ale kiedy go po jakimś czasie osiąga, wcale nie czuje się szczęśliwszy ani spełniony. Ciągnie  do niewygód, ponieważ zauważa brak tej witaminy N związanej z naturą. Buduje chatki  hej tam na górce, w szczerych polach obok  brzozowych lasków,  sadzi iglaki, w tym modrzewie i czarne sosny, by pachniało górami. Cieszy się, gdy zając pod chatę przykica lub sarenki zimą proszą o karmę i podchodzą pod dom. Raduje, gdy rano otworzy okno na taras, a ta zieleń sama w oczy wchodzi, z kolei  wieczorna kolacja ma inny smak, bo przy okazji można wreszcie zobaczyć zachód słońca.

          Tego blokowi w miastach nie uświadczą, za to mogą więcej czasu spędzać przed ogłupiającym telewizorem, choćby z tej racji, że nie odśnieżają, nie noszą drewna, nie przycinają, nie koszą i nie oglądają tych gwiazd na niebie.  Ale szczęśliwsi nie są, słupki depresji idą w górę. Żyją cudzym nieszczęściem, wojenkami na górze i kotem w oknie. Są i tacy, którzy rzucają wszystko, kupują dom w Bieszczadach, jednak w większości wypadków wracają, ponieważ życie w puszczy na stałe wymaga stałych poświęceń, więc nie każdy podoła. Popatrzmy, jak radzą sobie Norwegowie.

           Niemal każdy  Norweg ma swoją hyttę, czyli mały drewniany domek w lesie; im wyżej w górach, tym lepiej, a majętniejsi mają najwyżej, bo tam dojechać niczym  nie można, więc materiały trzeba zwieźć helikopterem oraz samemu przejść wiele kilometrów z tym prowiantem pod szczyt, gdzie ten wymarzony domek stoi. Trud rekompensują niesamowite widoki, zatem z reguły co weekend do niego pielgrzymują, by poczuć się lepiej, by mieć kontakt z naturą i widzieć te uspokajające krajobrazy bez telewizora, komórki, komputera. Niektórzy sami ciężko pracują przy budowie, nie dlatego, że ich nie stać na wynajęcie ekipy pracowników, tylko z powodu tej późniejszej satysfakcji, że to wszystko zbudowali  własnymi rękami.

            Natomiast kiedy patrzą, jak ich szef pędzi do wygódki (z serduszkiem?)  po śniegu czy błocie, czują się  na równi z nim szczęśliwi, bo on ma tyle samo, co oni i równie mu trudno w tym domku bez elektryczności, więc może dlatego w tym miejscu każdy czuje się dobrze. Wnętrze surowe,  przy kominku i świecach, gdzie piętrowe łóżka, meble z odzysku, w szufladach  każda szklanka, czy łyżka z innej parafii, a przy ścianie narty, kijki, wędki, siekiery, łopaty, bowiem tu się przyjeżdża po psychiczną równowagę oraz życie zgodne z naturą. Ten milioner także w czasie ulewy czy zamieci jest również odcięty od świata, a mimo to czuje się szczęśliwy egzystencjalnym bezpieczeństwem, pozbawiony złych emocji, bo chodzenie po lesie niezwykle wycisza i uspokaja, czyli ludziom potrzebny  jest taki wentyl bezpieczeństwa.

              E. O. Wilson z Harvardu uważa, że człowiek ma naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą i nawet nazwał to zjawisko „biofilią”. W hyttach Norweg wycisza się z reguły ok. 35 dni w roku. Prof. N. Witoszek sądzi, że kryją się za tym głębsze, choć nieuświadomione potrzeby. Okazuje się, że wtedy rodzina rozmawia z sobą, bo wreszcie się widzi, ponieważ nikt nie siedzi w swoich pokojach, skoro jest tu jedna izba, ponadto rozmów nie zagłusza żadna gra, czy  telewizornia. Polskie dzieci nie chcą podobno jeździć w góry, bo trzeba najpierw na nie wychodzić, a potem znowu schodzić. Nie wiem, jak z małymi Norwegami, myślę, że podobnie, ale przywykli do tych wyjazdów, więc potem będą wspominać nie to życie w mieście, tylko tę rybę, którą trzeba było samemu złapać w tym potoku, oprawić  i usmażyć. Mimo że  pachniała mułem, przesmażona,  była pyszna, każdy tak powie.

           Idzie jesień, a  z nią plucha,  chłód i wieczne narzekanie, wtedy przypomnij sobie, że ten Norweg musi przynieść sobie opał, zaświecić świeczkę, za swoją potrzebą wyjść do wygódki na zewnątrz i nieważne, ile milionów ma na koncie, sam musi odśnieżyć tę ścieżkę do niej, a latem też nie pośpi, bowiem ptaki już zwiedziały się o przyjeździe.

           Najciekawsze jest to, że wymarzone szczęście przychodzi w tych surowych warunkach, gdyż w trudzie człowiek uczy zmagać się z życiem, nie gnije w luksusie i nie narzeka. Z pozycji hytty  życie nabiera dystansu, innego wymiaru, a fizyczna praca oczyszcza złe emocje i przywraca właściwe proporcje wartościom, uczy zmagania z życiem i wygrywania z chaosem. Tam gubi się słotne chandry, gdyż – powtarzam za T. Gulbranssenem – „lasy wiecznie śpiewają”, uczą pokory, a chodzenie skutecznie i bez chemii leczy umysł.

Życie z zapachem ziół

Zioła na balkonie

           Obudził  mnie osiadający na policzku promyk słońca więc jedno oko lekko odkleiłam by zobaczyć tę życiodajną kulę co od razu zaowocowało  błogim ciepłem które ogarnęło resztę ciała  Myślę a co w końcu trzeba korzystać póki grzeje bowiem za ten miliard lat wypali się wtedy każdy promyczek będzie na wagę życia zatem mówię witaj ty moje słońce świeć nad mym balkonem gdzie zioła w donicach zapraszają do głaskania i rozcierania w palcach dopiero wówczas rozsiany zapach kręci w nozdrzach przy czym mój ulubiony to śródziemnomorskie oregano i bazylia Skoro wczoraj rzęsiście padało to rano wśród zieleni ożywienie póki żółte płomienie nie obejmą smutkiem te odświeżone lanolinowo liście  z kropelkami rosy które proszą o sesję dopóki jeszcze zieloność liści by nie zapomniały drżeć rozsiewać uroków póki życie w nich trwa i póki we mnie dlatego wchłaniam zapachy a w duszy niech gra aż po sam horyzont ta jesień pachnąca warzywami owocami i ziołami

         Sprzątam leżak niech nie marznie obrywam te zezłocone liście łososiowej pelargonii która  obrodziła pąkami czyli gdy przyjdzie ten ziąb znajdzie się na korytarzu a wtedy sąsiedzi będą brać zaszczepki więc również klatka załososiona wiosną będzie  nabierała na siebie kolorów  Patrzę w dół już miejski kurz zmyty zatem zapach odświeżonej kostki brukowej jakby  przyjemniejszy  i  już wiem że jutro również zacznę dzień od łapania słonecznych chwil nawet gdy będzie lało i wiało bo przecież nie ma złej pogody tylko my do niej źle się nastawiamy Kasztany przeciw orzechom stawiam że czasy zaprzeszłe czasem wracają w postaci rzęsistego deszczu w burych chmurach jak również w ciepłych odgłosach w muzycznych frazach w niezwykłych emocjach w jesiennych kolorach czy zbieranych po cichu zdziwieniach

           Nie skupiam się na jednej rzeczy ponieważ wtedy niewielka część do mnie dociera i nie ma tych pięter znaczeń oraz wielu przestrzeni  a do kieszeni serca myśli koniecznie trzeba włożyć najważniejsze sprawy  aby nie skupić się na sobie ale poobserwować te niedostępne detale godne uwagi oraz chmary ptaków w dzień i gwiazdy w nocy przecież światu nie brak poetyckości tylko źle jest zaobserwowany Niechże dalej mi rzępoli ten Jankiel na cymbałach i tak go lubiłam a ostatnio o zgrozo nawet często go brakuje

           I do teatru najwyższy czas ruszyć swój zezwłok aby nie skończyć jak w tej dykteryjce kiedy na pytanie co najbardziej podobało się dziadkowi w teatrze ten odrzekł że sam koniec bo wtedy można było z szatni brać płaszcze więc wziął trzy i wyszedł 

             Na koniec muszę to powiedzieć niech żyją znaki przestankowe trudno bez nich pisać Wprawdzie w naszych myślach także nie ma kropek czy przecinków a mimo to wiemy o czym myślimy jednak przyzwyczajenie to ta moja i twoja nadzieja na wyrazistość przemyśleń

Opowieść o Kartoflisku, czyli blogowej Ziemi Obiecanej

Ziemniak przemawia

                           Każdy ma swoją wizję Ziemi Obiecanej. Wprawdzie S. W. Reymont za swoją  nie dostał nagrody Nobla, ale Kartoflisko jako ta wyjątkowa ziemia słynna  z gruli, pyr, bulw i ziemniaków ma jeszcze szansę na tę nagrodę przez  w y j ą t k o w o ś ć   ludzi z Kartofliska, którzy tworzą tę sympatyczną imprezę.

          Nikomu nie przeszkadzało ołowiane niebo, wiatr i siąpanie jesiennego kapuśniaku ani  nawet spadzisty spadek ciśnienia. Blogowi z różnych części Polski ściągali, by przez te kilka – kilkanaście godzin pobyć z sobą; obcy, a jakże bliscy,  przez  co same ramiona wyciągały się do uścisków, do powitalnego przytulania i rozmów związanych z wymianą  doświadczeń życiowych, gdyż to właśnie czas, kiedy świat ma nam tyle do opowiedzenia, zatem czas się zatrzymać i posłuchać tego sensu życia zaklętego w rozmowach przy okazji próbowania potraw  oraz cytrynowych i malinowych napojów.

          A w szopie biesiadnej nie było zmitrężonych godzin:  szatkowanie, smarowanie, krojenie, rozlewanie, siekanie, mieszanie i wstrząsanie. Dania pieczołowicie przygotowane z miłością, miały niezapomniany smak, zapach, kształt. Po raz pierwszy jadłam kugel (kugiel), czyli zapiekaną babkę ziemniaczaną  z cebuli i jajek.  Widelce same się otwierały na widok wędzonej kury o czterech nogach ( nie ukrywam, że zaimponowała mi  ta niespotykana gdzie indziej kura), wędzonki z własnej wędzarni, kapusty kim chi (jedna z pięciu najzdrowszych potraw świata i najlepszy lek na przeziębienie, Koreańczycy zjadają ponad tonę rocznie), a słój  kiszonych warzyw: brokułów, papryk, rzodkiewek, brukselek, pomidorów, ogórków, czosnku  robił wrażenie. Od jutra kiszę, niepotrzebne będą suplementy.

        Zapewniam, że nikt nie potrafi rozjaśnić przyciemnionego nieba, jak Watra swoim melodyjnym głosem i dowcipnymi neologizmami. A Starsza, choć młodsza, miała serce na dłoni i każdego  potrafiła dobrym słowem obdarować. Z kolei  Kneź, nasz orędownik od spraw wędzonek, kiszonek, chleba powszedniego i naturalnego jadła,  wspierał na duchu, udzielał rad i podawał przepisy. Nie było naszej kochanej Klarki, ale właśnie została  młodziutką babcią, więc przyjmij od nas, Klarko,  GRATULACJE.

           Ustawki  i ścianki były, ale jakże różne od tej dywanowej celebry. Tu nikt nie napinał się, by wypaść okazale, by pokazać  lepszą stronę profilu, nikt nie ukrywał bruzd naznaczonych pracowitym życiem. Retuszu także nie było, ani wyszczuplania, wygładzania, a  bezcenne miny  i  gesty, które pokazujemy dla wesołości, nie muszą się nikomu podobać, jako że nie chodzi o fizyczną piękność, a piękno wnętrza. 

            Cieszę się, że mogłam spotkać się z dobrymi, serdecznymi ludźmi.  Nic dziwnego, że przy wyjeździe było migotanie przedsionków, współodczuwanie i emocje dziergane uśmiechem, miłymi słowami i konkretnymi rzeczami:  wędlinami, kiszonkami,  śledziami, przepisami, krokodylkami, czy sreberkiem. Przez cały czas mam w pamięci zwyczajne – niezwyczajne umysły, przy czym wiek nie ma znaczenia, więc  i mój wnuk zapamięta tę lekcję solidarności, bezinteresowności ludzi, których widział po raz pierwszy, a także daru serca, który otrzymał od Watry. Dziękujemy. Kocham Was, blogowi  Kneziowiczanie, ponieważ jesteście   W S Z Y S C Y  wyjątkowi, fenomenalni i w swej dobroci niezrównani.

Humor, satyra prawdę ci powie

     radiomag

              Mimo że od Horacego wiele się zmieniło, przybyło choćby te kilka miliardów ludzi do ogarnięcia i wykarmienia, to pogląd na podkasaną muzę nie zmienił się, więc myślimy, że co zabawne, to błahe, a co naukowe, to nudne.

            Słownik wiedzy o literaturze podaje, że satyra to nauka i krytyczna refleksja nad światem oraz człowiekiem, ale także walka z wrogiem, środowiskiem, grupą społeczną, partią polityczną, ideologią to dwie podstawowe funkcje wypowiedzi satyrycznej. Trzecia – to zabawa pojmowana zgodnie z zasadą, aby „bawiąc uczyć”. Co jest warunkiem  literackiej satyry? Krytyczny stosunek do świata, wyrażony poprzez jedną z postaci komizmu od patetycznego sarkazmu po subtelną ironię i pure nonsense.

        A wszystko zaczęło się od Jana Kochanowskiego:  „Ziemia deszcz pije, ziemię drzewa  piją, / Z rzek morze, z morza wszytki gwiazdy żyją. /  Na nas nie wiem, co ludzie upatrzyli, / Dziwno im, żeśmy trochę się napili”. Potem biskup I. Krasicki: „Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka:/ Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka”.  Z kolei  A. Kuryłowicz  parafrazuje „Satyrę na leniwych chłopów” (czytaj: uczniów):  ”W głowie im tylko zbytek / Przewagarować dzień wszytek. / Nie ma słuchu u tej młodzi, / Że się tak czynić nie godzi”.

              To za sprawą  T. Boy’a- Żeleńskiego w 1905 roku powstał polski kabaret o nazwie „Zielony Balonik”. Od tego momentu popularność grup satyrycznych cały czas wzrastała, aby w okresie komunizmu osiągnąć swoje wyżyny. Wynikało to z faktu, że w dobie PRL-u kabarety stanowiły jedną z niewielu ucieczek przed szarą i beznamiętną rzeczywistością. Za pomocą różnego rodzaju metafor i symbolicznych nawiązań krytykowały komunizm i to, co się działo w Polsce.

Humor w PRLu:  https://www.youtube.com/watch?v=zkM_CrShSVI

            Również współczesne kabarety przedstawiają współczesny świat za pomocą humoru, dowcipu i satyry.  Kabaret Olgi Lipińskiej to satyra na płytkich, ograniczonych, pseudopatriotów, hipokrytów, bigotów. Kabareciarze tworzyli show na telewizyjnej scenie takie, że ludzie siedzieli przed telewizorem zadowoleni – niestety – tylko do maja 2005 r. Teraz pytanie, kto ocali blask tej lampy od zapomnienia, skoro losy Polaków, jak to trafnie zauważa L. Wierzchowski  nie są ciekawe: „Raz – kamienie na szaniec, / Raz – na gębę kaganiec !..”  oraz A. Waligórski: „A późnym wnukom się zwiduje / Parlament, w kółko ustawiony, / Tak, żeby każdy, kto całuje, / Był całowany z drugiej strony”.

           Literacka satyra zostanie w pamięci na dłużej, a każdy zapamięta, co go śmieszyło i kto jest autorem. Z pewnością zapamiętamy teksty M. Hemara, A. Poniedzielskiego, A. Andrusa, A. Waligórskiego i wielu innych, a któż nie słuchał „Sześćdziesiąt minut na godzinę”, „Z pamiętnika młodej lekarki”.

Pozwolę sobie przedstawić:

B. Maj „Pani Lola”: https://www.youtube.com/watch?v=0yrq7_xq5-k

          Obecne telewizyjne występy  kabareciarzy są miałkie, nijakie, a polityczna nikogo nie chce urazić, więc nie śmieszy, bo też owi kabareciarze chcą w tej telewizji zostać jak najdłużej dłużej, co tu kryć, tam się zarabia i reklamuje. Tylko co? Nic, więc wyłączamy telewizornię. Gdyby tak „Kupić wszystkie charaktery za tyle, ile są naprawdę warte, a sprzedać za tyle ile się cenią”. Toż by to była fortuna!  

           Komizm to najlepszy środek wychowawczy. Pod chęcią rozbawienia ukazuje drugie dno, a jako krzywe zwierciadło może być interesującą metodą naprawy świata. Pamiętajmy jednak, że kiedy śmiejemy się, to śmiejemy z siebie. A niech to kopytko weźmie!

Z okazji dziesięciolecia stosowny punk widzenia

 Wiśnie w dłoniach

                                  Większym kalectwem od ślepoty jest zaślepienie

             ”Dawno, dawno, temu na tej szerokości geograficznej oraz na styku klimatu lądowego z morskim było sześć pór roku. Gościło u nas lato, zima, przedwiośnie i wiosna, była złota jesień i ta zwykła. I komu to przeszkadzało, pytam się?  Wychodząc z powyższych przesłanek, zamierzam włóczyć się po drogach z lusterkiem, aby rzecz wyjaśnić. Pozostała ogólna teoria bezwzględności. W całym tym obrzydliwie perfekcyjnym świecie brakuje powietrza. Jasnowidzenie, telepatia, prekognicja, pirokineza, wzmocniona empatia, teleportacja, psychokineza, spirytyzm i wiele innych fenomenów, powoduje, że nic w tej sferze nie jest pewne, trudno wskazać jakieś związki przyczynowo skutkowe, a jeszcze trudniej cokolwiek udokumentować. Może powodował to upał zmieszany z nudą i kurzem, a może samo miejsce położone gdzieś na krańcach cywilizacji.

                                         Tak nam dopomóż Ułomności

              Jak wiadomo, pierwsze wrażenie robi się raz, co przy okazji wiernie oddaje odczucia przechodnia oglądającego wystawy w księgarniach. A nośnikiem całej tej ekwilibrystyki pokrętnie powiązanej z moralnością i kierowanej do ludzi jest nowomowa – bełkot. Wiadomo, wszyscy siedzą. Siedzą i piją piwo albo w skrajnych przypadkach kawę. Otóż nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani z czego wynika, że jak to jest być zdrowym nie wie nikt. Oczywiście bycie młodym, zdrowym i bogatym, a na dodatek pięknym specjalnie nie wadzi, jednak gdyby się bliżej temu przyjrzeć, to widoki na przyszłość determinuje przede wszystkim nasz wiek, płeć i miejsce, w którym przyszło nam żyć. Zwykle los nas nie rozpieszcza, nie kupuje nam w chwili urodzin Mercedesa Benz’a. Nie rozkłada czerwonych dywanów na drogach.

                                              A czas płynie

              Znamiona gorączki słonecznej ukierunkujemy na to co jest pod ręką, czyli upływ czasu. Ilu ludzi, tyle poglądów, zatem podejdziemy do zagadnienia wzorem Lorda Jima, o którym pisał Joseph Conrad, tzn. niczego nie przesądzając, a jednocześnie nie wnikając w szczegóły. Moja sąsiadka gotowa jest przysiąc, że jej kota porwało UFO. Jedni szukają Boga, inni kosmitów, a znakomita większość z niejakim powodzeniem dziury w całym. Szczęśliwie dla ogółu neuroza, w przeciwieństwie do psychoz nie należy do chorób zakaźnych La donna è mobile, czyli kobieta zmienną jest, a cóż dopiero aura. Jak się okazuje, problem wszystkiego ze wszystkim, zasadza się w tym, że żyjąc nie mamy możliwości obserwowania równoległej grupy porównawczej. Innymi słowy, nie dane nam jest analizować co by było, gdyby.                                                    

                                                     Chłód pereł 

            Zakładając, że Josephson miał rację, najlepszym rozwiązaniem w dążeniu do samodoskonalenia jest zaniechanie działań i spokojne oczekiwanie aż świat zmieni nas na lepsze. Dla każdego coś miłego i każdemu jego raj, rzec by można. A teraz to, do czego rzecz cała zmierza, czyli to co mnie kręci i kręci ciebie, a przy okazji anioły w niebie, a zatem trwanie w czasie i przestrzeni. Poruszanie się formą przez biegnące lata, gdzie nośnik jest sprawą drugorzędną.  Każdy znajduje się pośrodku czegoś, a tam obowiązuje pisownia łączna. Dziś ograniczę się do stwierdzenia Bertranda Russella, że obyć się bez pewnych rzeczy, których się pragnie, to nieodzowny warunek szczęścia.  o wiele bardziej szczęśliwi wydają się ci, którzy zegarka nie posiadają w ogóle, bo nie jest im do niczego potrzebny.

                                Umieszczać siebie w przestrzeni czasu

            Bo niby wszystko jest w porządku, a nie jest. Wydaje się, że dużo bardziej szczęśliwi są ci, którzy mają jakiś powód do lamentów. Będąc czynny biernie, jestem bierny czynnie.  Najprostszym z nich jest noszenie szczęścia zawsze przy sobie, nie pozostawianie go w szatniach, przedziałach kolejowych, pokojach hotelowych i przechowalni. Tolerancję definiować można w ujęciu negatywnym, co prezentowali m.in. Voltaire oraz J. Locke stwierdzając, że chociaż uważamy, iż inne poglądy, w przeciwieństwie do naszych, nie wyrażają prawdy, należy je mimo wszystko, czy też dla świętego spokoju dopuścić. Życie jest podobno piękne, o ile oczywiście prawidłowo dobierze się środki antydepresyjne. Reszta choruje na cywilizacyjno – duchowy syfilis.  Czas jest podobno jedynym, który nigdy nas nie zawiedzie.  Szkoda, że koleje losów nie mają biletów powrotnych.

                                        Esy-floresy kawy i chmur za oknem

           Ja czytam Kanta. Krytyka czystego rozumu nikomu jeszcze nie zaszkodziła, nie pomogła również, ale lepsze to od netu. Ciągle zwlekał z wybiciem zgłosek informacji osobie na nieśmiertelnikach, do czasu aż nabierze dystansu.  Filiżanki z kofeiną inspirowały pióra do pisania, a umysły do wytężonego myślenia. Szczęśliwie to wolny kraj i każdy pisze tak jak uważa za stosowne, czyli podsumowując ten wątek w języku sąsiadów – mne to ne vadi. Wróćmy do bawełny. W zeszłym tygodniu piątek przypadł w czwartek.

                                     Wpisuję literki dobrych myśli

            Cały ten świat to jedno wielkie oszustwo, jednym słowem, tylko że kasa nie zwraca za bilety. Nadchodzi nowa, zaskakująca i nieoczekiwana przyszłość. Czyli aż strach się bać, co będzie dalej. Obraz świata i poglądów, odbijany w krzywych lustrach mediów, wspierany przez własne fantazje, a także spiskowe teorie oraz powszechne wręcz mitologizowanie faktów zrobiły swoje. Nie masz pomysłu na zrozumienie świata? Nikt normalny za tym wszystkim nie trafi, realność miesza się z fikcją, a fikcja z rzeczywistością. Magia Chaosu rządzi, innymi słowy i nic nie jest proste.

Punk musi być:  

           W tej notce nie ma ani jednego zdania przeze mnie napisanego. Śródtytuły pochodzą z wierszy, a wybrane zdania z tych dziesięciu lat blogowania Szczura z Loch Ness Dalszych dziesięciu lat weny twórczej i inspirowania innych swoim blogiem:  szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl

 

 

 

Te zwykłe smaki codzienności, rzecz o pożądaniu

Serce z ziemniaka       

        Książki są jak towarzystwo, które człowiek sobie dobiera według własnego gustu. Przeglądanie książek kucharskich z powodu kartoflowego święta jest jak przypominanie, co ludzie jedli, kiedy mieli dwadzieścia lat, a że w duszy też suszy, więc zaczynam od tych dawnych przepisów, gdzie ziemniaki miały swoją rangę, brylowały na stołach w przeróżnych postaciach i z różnymi dodatkami.

        Przeglądanie współczesnych książek o gotowaniu nie jest moją przyjemnością, ponieważ nie karmią kubków smakowych, gdyż królują paskudztwa, które nie ustępują opisowym obrzydliwościom, ale za to są poobrastane legendą i poważnymi zaleceniami typu: musisz tego spróbować, koniecznie zrobić, poznaj nowy smak, a jak tego nie zjesz…  A jak nie? To nie powiększą się twoje moce w sypialni, nie oczyścisz organizmu, źle będą pracowały podroby, cera się sfilcuje, celluloid pewny, paznokcie wypadną, a niektóre kruche organy nawet powoli mogą zanikać.  Jak nie jeść ? Strach i przerażenie większe, jak od tego, że nie masz butów i koszuli dobranych do  koloru samochodu. Zatem wróćmy do okropności: ślimaki, ośmiorniczki, ostrygi, dżdżownice kalifornijskie zapiekane z serem, żabusie, rekiny. Niektóre je się na żywo, przy czym małe ośmiorniczki mogą mackami  wpić się w gardło; nie pytajcie też, jak zabić dżdżownicę, a rekin, który nie posiada dróg moczowych, może spowodować paraliż, więc pół roku trwa usunięcie toksyn z jego organizmu czyli, jak mówią, musi zgnić, aby nie truł. To lepiej kup płetwę rekina, wysusz, a po pół roku zrobisz tę pobudzającą zmysły zupę. Smacznego i na zdrowie.

           Wymyślne potrawy, jak steki z rekina, smażone macki ośmiornicy, gołąbki nadziewane kalmarami,  zapiekane kałamarnice, kotlety z selera, burger z fasoli,  czy kopytka z batatów nie zrobiły większego wrażenia, poza kawą z…  bekonową posypką. Może dania zdrowsze, ale jeść codziennie? Spróbować i zapomnieć. (Może kiedyś, gdy  będę starsza, przełknę bez problemu zmiksowane z ziemniakami). Trufle również mają niezaprzeczalną sławę, ponieważ przywracają potencję. Siostrzeniec mi przywiózł, stwierdzam: zwyczajnie przereklamowany produkt. Podejrzewam u tych grzybów niezwykłą inteligencję. Gdyby rosły wszędzie jak podgrzybki, to nikt by pewnie nie posądzał ich o niezwykłość. A langustę zostawię sobie do spróbowania na koniec. Może warto będzie na nią tyle lat czekać. Tak jak  guinnessa picie, też nie zamieni ci w bajkę to szare życie. 

              Zmiksowane breje, muliste, w kolorze ziemi, papryki, czy maślakowego brązu  z wystającym odwłokiem krewetki również nie zachęcają do zrobienia. Czy komuś przyszłoby do głowy miksować kartoflankę, choć to bardzo dobra zupa nawet dla tych, którzy się nie ruszają, więc muszą liczyć te kalorie. Babaganusz to pasta z wędzonego bakłażana z tahiną, sama radość.  Ulegasz tej patologicznej presji jedzenia różnych odcieni zieloności, co niezmiernie inspiruje, jako że trawie w tym kolorze jest nadzwyczajnie dobrze. Zachwycają posypanymi kiełkami  i granatami sałatki. Nie będę się sprzeczać, może komuś to wystarczy i lepiej smakuje niż dawna warzywna sałatka. Ale co młode pokolenie wie o smaku pieczonek,  kartoflanek, zapiekanego kartofla przewiązanego boczkiem, skoro nic nie je w tonacji tłuszczu, a z kolei  wit. A,D, E,K rozpuszczają się w tym tłuszczu, więc należy jeszcze raz rozebrać na czynniki pierwsze zdrowe jedzenie.

                Skoro tort może być warzywny, czekolada może być gorzka, a sękate ciasto pieczone na rożnie, to wszystko staje się możliwe. Zważywszy na przydatność, to takie lody rosołowe i brokułowe do kupienia w USA załatwiają sprawę obiadu. Pozostaje tylko do lodów ugotować kartofle. Zatem zamiast gołąbków nadziewanych kalmarami, będą te z ziemniakami.

P.S. Na zdjęciu lokowanie produktu, moje kartofle.

 

Witaj w świecie cyfryzacji

Zajęcze ucho W. GotkiewiczZdjęcie W. Gotkiewicza (http://wojciechgotkiewicz.blogspot.com/)

                                                    Cyberchoroby

           Korzystanie z cyfryzacji może ułatwić życie pod warunkiem rozsądnego korzystania i pewnej wiedzy o zasadach korzystania, manipulacji i istnieniu lobby technicznego, które wykaże same korzyści, natomiast o niekorzystnych zjawiskach przemilczy. Znane są całemu światu cyfrowe depresje z powodu przeciążenia negatywnymi informacjami, czy cyberchondrie podszyte lękami, kiedy klikasz ból głowy, a wyskakuje, że może to być guz mózgu, więc panika zapewniona. Bezsenność także może być cyfrowa, a przewlekły  niedobór snu i sztuczne światło prowadzi do zmiany w przemianie materii, zakłóca wydzielanie insuliny, prowadzi do nadciśnienia i chorób naczyniowych, choćby z powodu braku ruchu. Oczywiście, nie ominęła też sfery łóżka, nasiliło się oglądanie pornografii, przemocy, ale także niemocy seksualnej. Rośnie liczba uzależnień oraz niekorzystnego cyberstresu, o czym piszą  Spitzer i H. Welzer.

                                                 Zawsze zostawiasz ślad

              Jeśli bierzesz do ręki co jakiś czas smartfon, by sprawdzić informacje, to nie tylko przerywasz inne czynności, ale zostawiasz po sobie ślady, które są wykorzystywane przez rozmaite służby, koncerny, pracodawców, handel, przestępców, pracodawców. Piotr Szostak pisze: „Sapience Buddy to oprogramowanie działające w tle pracy komputera i śledzące produktywność pracowników. Zbiera informacje m.in. o tym, jakich aplikacji używa pracownik, jakie strony odwiedza, ile czasu spędza online”. Minuta po minucie kto i na co poświęca czas. „Start-up Humanize produkuje dla pracowników korporacji identyfikatory z sensorami, m.in. z Bluetoothem, podczerwienią, czujnikami ruchu i mikrofonami. Karty identyfikacyjne analizują przede wszystkim gdzie, z kim i jak długo pracownik rozmawia”. Przypomnę jeszcze za autorem, że HyGreen rejestruje  w ubikacji mycie rąk i zużycie mydła, spróbuj nie umyć,  identyfikator wibruje, da znać komu trzeba. Opaski Motoroli wprowadzone przez Tesco mierzą, jak szybko pracownicy rozładowują towar, skanują i jak często robią przerwy. Podobne dane zbiera Amazon. Czarne skrzynki w służbowych samochodach pozwalają pracodawcom przeglądać historię tras, monitorować prędkość i czas postojów.

                                               Gumowe ucho i  internetowe oko

          Dawniej gumowe ucho miał sąsiad, obecnie tę rolę przejął internet. Służbowe smartfony sprawdzają dane: kto, gdzie, z kim, DARMOWY SMARTON PATRZY I WIDZI. Szefowie ze swych biur „skontrolują, czy macie skłonność do nadużywania alkoholu, czy dobrze i ile śpisz, kiedy się gniewacie”, czyli w jakim jesteś nastroju. Dawniej H. Ford zatrudniał w swojej fabryce socjologów, którzy czuwali, kontrolowali, rozmawiali i sprawdzali, czy nie dzieje się nic złego z pracownikiem. Obecnie sprawdzi to dokładnie służbowy  smartfon, laptop, samochód. Zrobi to tak dyskretnie, że o tym się nie dowiesz. Prof.Scott R. Peppet z Colorado twierdzi, że dane, jak ktoś się porusza, (napięcie czy relaks?), jakim głosem mówi (spokojnym czy zniecierpliwionym?), jak płynnie pisze sms-y, mogą świadczyć o uzależnieniach, jak niegdyś fakt, że ręka się trzęsie. Niedobory snu, które śledzą różne aplikacje, mogą świadczyć o problemach zdrowotnych, depresji i negatywnych emocjach. Tak więc własne hormony zdradzą cię i odkryją twoje słabe strony. 

                                               Wylogowanie nie jest możliwe    

             Niektóre firmy już wszczepiły  (na razie) ochotnikom  inteligentne mikrochipy pod skórę, by nie musieli nosić identyfikatorów. Po co człowiek ma szukać karty po kieszeniach, więc chętnych nie brakuje. A jakie jeszcze informacje zbiera chip, nigdy się nie dowiesz. Pracownicy Ubera muszą być cały czas podłączeni do sieci. P.Szostak pisze: „Niezależnych pracowników, na kontrakcie, pracujących w domu, monitoruje się zatem, robiąc zrzuty ekranu, rejestrując wciskane klawisze i ruch myszki albo robiąc zdjęcia”. Pamiętajmy o prostej zasadzie: nikt nie daje nic za darmo, nawet jak masz piękne oczy. Jeśli ci coś dał zakład pracy, to miał w tym cel.

             Pytanie, czy zdajesz sobie sprawę z niewidocznego ucha i oka,  które w pracy  i poza nią obserwuje cię, podsłuchuje  i sprawdza. Starsi zapewne wiedzą, ale młodszych należy koniecznie przed darmochą przestrzec. Czytam radosne wypowiedzi młodych ludzi, ponieważ nie muszą już nosić karty. Taka ciężka była, czy co? Trzeba upaść chyba na kaczy kuper, by dać się oczipować dla  takiej wygody.