Niepowszednie słowo rozpuścić na języku

       

grafiti

                  Najstarsze potwierdzone dociekania lingwistyczne pochodzą z Indii z okresu wedyjskiego (od ok. 1500 p.n.e.). Na Zachodzie refleksja nad mową rozpoczyna się w V wieku p.n.e. wraz z nauczaniem Sokratesa, Platona, Arystotelesa i Stoików. G. Berkeley proponuje wyobrazić sobie przeprowadzenie rozumowania bez użycia języka, bo słowa wprowadzają w błąd. Oczywiście,  że są zwodnicze, kłamliwe, mylące, niezrozumiałe, a także perfidne i podstępne. I co z tego wynika? Logika nakazuje powiedzieć ten banał, że bez języka nie byłoby ani rozważań, ani rzecz jasna – samej filozofii.  J.W. Goethe zalecał, aby „każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni, przeczytać dobry wiersz, zobaczyć wspaniały obraz i – jeśli byłoby to możliwe – wypowiedzieć kilka rozsądnych słów”. Spróbujmy, jednakże bez pana języka nie można wyprowadzić słów z ust na zewnątrz, zatem sensownych zdań także by nie było.

             Język rozsądku obecny?  Obecny, ale niech mnie nikt nie ciągnie za język,  czy odpowiedni, rozważny, rzeczowy, światły, ponieważ od czasu, kiedy człowiek został obdarowany mową po to, by  u k r y ć  swoje myśli, wkłada między wierszami, więc i kona  ta  ikona. Jak ta „łza z moich oczu” Schuberta podąża za słowami z obsesyjną precyzją, skoro widzą cię ciężarówki  -  widzą ciężarówki. Tako rzecze Zaratustra: „Zaprawdę, brudnym stworzeniem jest człowiek. Trzeba być morzem, aby brudne strumienie w siebie przyjmować i samemu się nie zakalać”.

             Sam język, jak wiemy, może być niezwykle lekkomyślny.  Nie rzucaj słów na wiatr, jeśli nie wiesz, gdzie poleci i do czyich uszu wpadnie. Poszczególne słowa mają czasem skłonności do wysilania się niczym ten szczypiorek na wiosnę, np. Lukrecjusza aurea dicta, złote słowa.  Również  słowo na niepogodę się znajdzie, a nawet dwa w jednym: parasol (para,sol). A. Huxley, kiedy pisał, że „słowa mogą być, jak promienie Roentgena”, miał pewnie na myśli owo rozszerzanie źrenic w przypadku nowonarodzonych słów, by „niebylejaczyć” i „zaniepatrzyć się”. Warto także przyskrzypnąć jęzor, aby ocieplić go, jak zrobił S. Lem w liście do S. Mrożka: „Mrogi Drożku! kartka Twoja, którą w sepecie, aby ją pod całun wziąć, zachowam – doszła, burzę uczuć przychylnych wznieciła i dowodem list niniejszy, którym pozwól, że Cię w krąg (wąski!) epistolantów włączę, z którymi myśli wymieniam, przerzucając tym samym po 60 gr most między samotnościami trwającymi w tym bezludnym jakże świecie”. W epoce języka pozarozumowego S. Lem czuł się jak ryba w wodzie.

           W XX wieku zauważono choroby języka, a nawet mówiło się o patologii, więc zwrócono uwagę w kierunku kognitywistyki, by wyjaśniła owe zawiłe procesy językowo-myślowe.  O  e-języku  wiemy sporo, to nasze czasy, czyli  THX [thanks] – dzięki, WTH [what the hell?] – co się dzieje? Część osób nawet zasypia z tym telefonem w garści, aby nie przespać tego ostatniego słowa, gdyby przyszedł jakiś SMS. Graffiti na murach stało się nazwą nowego nurtu we współczesnej sztuce (spray art, sztuka ulicy): „Celibat wrogiem dziecka”, „Żeby Polska w siłę rosła, trzeba wodza nam nie osła”. Automateusz Lema mógłby dołączyć ze swoim przekleństwem „A bodajeś szczezł”.

           Które ze słów pingwinem, a które orłem? Oto jest pytanie godne Hamleta. „Opór” to nie tylko słowo, ale i pojęcie fizyczne. Ten świat wypowiadanego słowa mamy nie gdzie indziej, tylko w głowie. Nie taki wilk straszny, jak go malują. Bo jak mówią: natura w las wilka prowadzi, z natury ludzie grzeszyć radzi. Papuasi w Nowej Gwinei mają dwa określenia na kolory: ciemny i jasny; z kolei Eskimosi rozróżniają kilkanaście, a niektórzy doliczają się kilkudziesięciu odcieni samej bieli. Zależy, co komu do szczęścia potrzebne. Zastanawiać się można jeszcze nad wieloznacznością słowa, ale ta potrzebna jest w limerykach.

W. Szymborska:

„Tu Czesław Miłosz – chmurna twarz.
Klęknij i odmów „Ojcze nasz”.                                                                                         Szymborska – gips. Łaskawy los

obtłukł ją trochę, zwłaszcza nos.
Tu Pilch z kieliszkiem pustym w ręce.
Malarz dał wyraz jego męce.

Krynicki. Żona. Książki. Koty.
Malarz miał dużo do roboty.

Lipska od tyłu. Jej część przednia
nie dojechała jeszcze z Wiednia.

Joanna Olczak – druga Nike.
Luwr na wieść o tym wpadł w panikę.

              Ale jeszcze nikt nie odkrył, ile jest języka w języku, o nieprzewidywalności mowy nie ma z kolei co wspominać. Niemniej, nie zanosi się na to, że ludzkość będzie mówiła jednym językiem, czyli dalej będzie „barwno”, „piórno” i „durno”. Czesław Miłosz spytany czym jest poezja, odpowiedział, że gdyby znał odpowiedź, pewnie dostałby drugiego Nobla. Co jednak by nie powiedzieć o „uczasawieniu czasu”, to „NIE MIECZ, NIE TARCZ – BRONIĄ JĘZYKA, LECZ ARCYDZIEŁA”. To Norwidowskie przesłanie w naszej epoce aktualne.

Parafrazując Waligórskiego, ach, znowu przyjdzie ta wiosna

   

wiosna

             Wreszcie promyk zajrzał do okna. Zaprosiłam go do siebie, dość tego zalegania na szezlongu. Najpierw zrobiłam o mało co szpagat, potem zeskrobałam z talerza okruchy jajecznego rozpasania. Jako ofiara świata tego naszego, nie zauważyłam z tego przekrzywiania oka i głowy, że za rogiem już widać przedwiośnie, a niebawem ONA zawita do serc i umysłów. Naiwny prymitywizm podpowiada mi, że zacznie się to szlajanie po ścieżkach i parkach,  maszerowanie, a w porywach i my, ludzie,  będziemy rosnąć w czasie i przestrzeni. Przedwiośnie zdejmuje nam ten bagaż futra z ramion. Idzie ku wiośnie, a ona lubi się opalać, wylegiwać na leżakach i bywać w ogródkach,  a tam dopiero dylematy i rozterki będą rosnąć,  że aż strach. Marzenia pęcznieją, mężczyźni zaczynają podejmować wiążące decyzje, budzą się niezdrowe emocję, słychać ćwierkanie dookolne, a te zasady porzucone znowu będą chlipać po kątach, skoro różańce wypadają z drżących rąk.  Wreszcie te zajączki z norek na światło powychodzą, a wkrótce będą  jak co roku świąteczne.  Andrzej Waligórski dał przykład, jak świętować tę porę roku, która niebawem przyjdzie:

Patrz, jak furkoczą liczne mini, wokoło tyle zgrabnych pup,

dziewczyny składające się z trzy czwarte nóg, abyś rozmyślać mógł.

A wiatr te swoje harce czyni i chód się sprężysty ma

jakby właśnie minęło ci lat  te trzydzieści  i  dwa.

Chociaż przeszły te lata i wiosny, czas młodości radosny,

został uśmiech lekko ironiczny w wirze tych tłumów ulicznych:

Chłopiec o lasce, dziewczyna o parasolu. Jeszcze idą. Idą jeszcze.

Podejrzanie wspaniali studiują: ”mała orgia wzmacnia organizm”.

Taki paradoks, bo kiedy można już  wszystko, w tym tłumie

słyszysz pytanie ironiczno drwiące: kto te antyki zrozumie?

           Nieujarzmienie  wiosny widoczne nie tylko w przyrodzie, jej potęgę widać w zaburzonym widzeniu, wibracjach nerwowych, braku rozsądku i wszechobecnych zachwytach przy wtórze tych metafor i aluzji. Skoro pojawiła się ta jaskółka, sezon wiosenny uważam za otwarty.  ” Kocham świat, Fryderyku, jak i ty (…) niech się spełnią”.

I cóż, że palma zimą odbija

         

               Hola! (ola), buenos dias – dzień dobry.  

          Uśmiechnięta od rana po same koronki zębów oglądam zdjęcia bliskich, którzy wyjechali na zimowe ferie na te narty pod tymi palmami i zajadali się kozą z mojo (mocho, moho, bo „j” czytamy jak „ch”). Młodszy dzwonił, że w zasadzie wszystko jadł albo z mojo rojo, albo z mojo verde, więc wokoło słychać było moho werde lub moho roho. Sos podawany jest z ziemniakami, grzankami, mięsem, rybami, chlebem, praktycznie z wszystkim.

            Mojo picón (bravo, red, rojo) = moho roho to sos czerwony, ostry sporządzony na bazie czerwonych papryk, a mojo verde na bazie pietruszki i kolendry. Najpopularniejsze danie to papas arrugades, czyli małe ziemniaczki gotowane w skórce do jej pomarszczenia i podane z sosem mojo.

               Kanary zwane siedmioma Wyspami Wiecznej Wiosny albo Wyspami Szczęśliwymi są nadzwyczaj pogodne ze swymi plażami, gajami, parkami i słońcem. To wyspy wulkaniczne o średniej zimą 18 stopni Celsjusza. Największą wyspą – choć objeżdża się ją spokojnie w jeden dzień – jest Teneryfa.  Jeśli ktoś myśli, że tu jest nudno, bo się leży na plaży, to się myli. Jest co robić i co zwiedzać.

          Co warto na niej zobaczyć? Zacząć należy od Punta de Teno, tego końca świata, najdalej wysuniętego na zachód punktu o księżycowym,  wulkanicznym krajobrazie z wulkanem Pico el Teide (3718 m n.p.m.), zimą ośnieżony, więc nie zawsze dojedziesz kolejką. Santa Cruz de Tenerife to port i stolica Teneryfy. Jest też wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich. Miasto ma nowoczesny charakter, jednak bez większych problemów można spotkać tu ślady przeszłości, czyli zabytkowe uliczki. 

       Candelaria to miejsce piegrzymowania emerytów Europy do ośrodka kultu maryjnego. Przy  bazylice na placu znajduje się dziewięć wykonanych z brązu posągów przedstawiających muskularne postaci dawnych wodzów tzw. Menceyes. Przypominają o czasach, kiedy wyspą władali jej rdzenni mieszkańcy – Guanozowie. Candelaria to malownicze miasto z plażami i promenadami. Warto zobaczyć La Lagunę, dawną stolicę słynącą z zabudowań sakralnych, z misternie rzeźbionych balkonów, pełną zabytkowych pereł architektury oraz tę słynną Playa de las Teresitas ze złotym piaskiem przywiezionym z Sahary.

          Połowę wyspy zajmują liczne tematyczne parki, np. Siam Park oferującą wodne szaleństwo, czy Loro Park z delfinami, pingwinami i kolorowymi papugami. W wiosce Guimar znajduje się sześć piramid schodkowych zbudowanych ze skał wulkanicznych noszących ślady obróbki przez człowieka. Los Gigantes to nadmorskie miasteczko, które wzięło nazwę od atrakcyjnych klifów osiągających wysokość do 600 metrów. Mnóstwo punktów widokowych zapierających dech, więc wiele godzin atrakcji zapewnione. Potem trzeba koniecznie przejechać ok. stu kilometrów malowniczymi serpentynami trasy widokowej wśród gór i wąwozów. Robi wrażenie. Widoki warte zawrotu głowy z powodu tysiąca zakrętów i trzymania kurczowo rączek. Wiem, co mówię po obejrzeniu ponad pięciuset zdjęć. Ciekawostką jest wioska Masca. To miejsce było przez wiele lat ukryte pośród gór Teno i można było się do niej dostać tylko pieszo! Droga, którą obecnie się dojedzie, została zbudowana dopiero kilkanaście lat temu. Sama Masca jest małą i urokliwą wioską, a w jej centrum jest mały kościół, wiele restauracji i lokalnych sklepów.  

            Do wyjątkowych drzew należą draceny smocze, nazywane po prostu drzewami smoczymi lub smokowcami. Jest to gatunek bardzo rzadki, dlatego będąc w Los Realejos warto dokładnie przyjrzeć się drzewu, które czcili  Guanczowie.  Lud ten cenił jego niezwykłe właściwości i z wielką czcią dbał o smocze drzewa. Przypisywanie temu gatunkowi takich właściwości spowodowane jest prawdopodobnie częściowo faktem, że po nacięciu kory lub liści smoczego drzewa, wypływa z niego żywica, która utleniając się, przyjmuje czerwonawy kolor nazywany smoczą krwią.

              Góry Anaga to geologicznie najstarszy obszar wyspy, masyw górski ze spiczastymi, wąskimi wąwozami pokrytymi lasem wawrzynowym. Same zachwyty, ale wprawę w chodzeniu trzeba mieć z powodu wąskich, stromych, krętych ścieżek nad przepaściami, wąwozami, także pewnie jedna z lepszych atrakcji wywołujących dużo adrenaliny.       

Spolszczony przepis na roho moho:

             Papryczkę chili (suszoną namoczyć) i paprykę czerwoną bez gniazd nasiennych pokroić (można przelać wrzątkiem), dodać 3-5 ząbków czosnku i utrzeć w moździerzu lub zblendować z przyprawami kuminem – 1 łyżeczka, 1 łyżeczka papryki wędzonej,  szczypta soli. Potem wlewać powoli 3-5 łyżek oliwy extra vergine, 2 łyżki octu z czerwonego wina (winny) i na koniec 2-3 łyżki bułki tartej do zagęszczenia. Sos najlepszy na drugi dzień. Przechowujemy w zamkniętym słoiczku w lodówce. Jeśli ktoś lubi ostrzejszy sos, to dodaje jeszcze więcej papryczek chili lub daje same chili. W lżejszej wersji – dolewamy  więcej oliwy lub wody. Można także dodać cayenne, oregano, sproszkowaną paprykę, bo to nam ma smakować.

 Sos moho verde :

          Jedną paprykę zieloną pokroić, szklankę liści pietruszki z kolendrą (może być z torebki i tylko do smaku, jeśli nie lubimy kolendry) z 3-5 ząbkami czosnku utrzeć lub zblendować, dodać kumin i paprykę w proszku po 1 łyżeczce, 3-5 łyżek oliwy, 2 łyżki octu z czerwonego wina i 2-3 łyżki bułki tartej.

        A jak ugotować papas arrugadas (vrinkly), najsłynniejsze ziemniaczki? Wyszorować małe ziemniaki, których nie obieramy, zalewamy małą ilością wody, dodajemy filiżankę soli morskiej i ćwiartkę cytryny. Po ugotowaniu odcedzamy, ale pozostawiamy resztkę wody, ponieważ jeszcze przez 5-8 minut wstawiamy na mały ogień i co chwilę potrząsamy do pomarszczenia skórek i osadzenia się skorupek soli. Potem zestawiamy z ognia, przykrywamy ściereczką na dziesięć minut i dopiero polewamy sosami moho.

              Nie, nie żałuję, że tam nie byłam. Wyspy obejrzeć można na Youtubie, sos samemu  zrobić, z tych tapas ser kozi i u nas dostanę, paellę (ll=jj, paejję) też można na upartego zrobić. Niczego nie żałuję, ale zobaczyć ten błękit i promyki, usłyszeć szum fal…

         Pozostanie nadzieja, że może spełni się powiedzenie, iż najciekawsze ballady rodzą się z tego cierpienia i tęsknoty. Adiós!

               Najpiękniejsze miejsca na Teneryfie. Zdjęcia wykonał Tomasz Z.

Teide

:

Sierra de Anaga (Góry Anaga)

Candelaria

Piramidy w Güímarze

Księżycowy Krajobraz Corona Forestal

Los Gigantes

Okolice wioski Masca

Skomplikowane życie na blogu

            Wszyscy wiemy, że musimy się rozwijać, ale próby nie kończą się dobrze, bo przeciętny   b l o g e r   ma zakodowane, że tekst jest najważniejszy.  I tak – póki co – jest.  Piszący uważa, że ten cały świat stoi otworem przed nim, a z kolei wideobloger pokazuje  innym ten świata otwór, więc przyzwyczajonego do czytania i myślenia musi boleć. Nie każdy bloger ma ochotę na małżeński trójkąt z Youtubkiem, Instangramkiem po to, żeby się pośmiać i iść dalej. Co dalej z wyczerpanymi życiem? Piszę już na ten temat kolejny post, więc swoje wiem: wystarczy wideoblogerowi zabrać obraz, trąby, kadzidła i e-gębę, a co wówczas zostanie? Zatem – prawdziwie zaangażowani blogerzy nie zginą. Będą z powodzeniem przez całe lata działać w tych swoich zamkniętych społecznościach, gromadząc lojalnych czytelników, najczęściej innych blogerów, którzy nie lubią zestawów głośnomówiących. Spokojnie, bez paniki, koniec nie nastąpi tak szybko, zdążymy te kredyty pospłacać.

            Blogi to takie przypominajki – dzień kota, chłopaka, budyniu, zagrychy, musztardy, jeża, grzyba, toalet,  bez kierownicy i bez bielizny, czy pouczajki typu – zrób tak, by było dobrze, określ, w jakim punkcie życia jesteś. Jaki bloger przetrwa bez blogu? Żaden. Blogi ujawniają charaktery, stany ducha, nawyki, usposobienie, temperament, emocje, a nawet złośliwe mikroby i to trzecie dno.

Pojęcie ludzkie, co ten blog robi z człowiekiem!  ( Wiadomo, że nawet tej pigułki PO nie weźmiesz, przecież jest na receptę). Bo jeśli nie na blogu, to gdzie:

@  Wyjawisz światu mroczne sekrety własnych dewiacji, wydumanych marzeń, browarnianych wybryków, słabych finansów, nieudanych wypieków?

@ Jak wykorzystać zwyczajną sytuację,  by znaleźć swoją religię i te francuskie salony nadchodzącej  świetlanej przyszłości?

@ Komu opowiemy to swoje nieciekawe życie pod zdechłym Azorkiem, aby potem podnieść głowę i zobaczyć ów drugi brzeg i się nim pochwalić?

@ Gdzie moglibyśmy trzymać swoją przeszłość i marzyć o lepszych dniach niż wczorajszy wieczór?

 @  Komu poskarżyć się na swój  c o r a z   b a r d z i e j   s k o m p l i k o w a n y  w i e k  i  to serce w rozterce?

  @ Gdzie wylać stany duszy, jeśli do księdza nie masz zaufania,  terapeuta za daleko, a demony za blisko?

 @ Komu pokażemy i przekażemy wspomnienia z młodości, które traktujemy jak podatkowe raje?

 @ Gdzie, jak nie na blogu możesz wreszcie SOBIE przyznać bezwarunkową rację?        Nie da się tego przeoczyć, że na blogu można mieć lepszą wersję samego  siebie.

      Uważam, że dla każdego z nas miejsce się znajdzie. Niech podwórko blogowe zostanie oblepione tą zielono – niebieską, leczniczą glinką kambryjską znaną od milionów lat, by na nich dalej bywać, czytać i komentować. Niechże blogosfera zyska miano kreatywnych erudytów. Dobry bloger już to dawno zauważył:   ”Trudno bowiem zakładać, że atrakcyjność blogowego świata polega na zamianie jednej rzeczywistości na drugą, a na dodatek taką samą”.  Wiadomo bowiem, że w teorii języków formalnych „słowo” to skończony ciąg symboli z alfabetu, a to oznacza, że tę kulę u nogi ciągnąć nam przyjdzie jeszcze długo.

         Znawcy, czyli najbardziej znani blogerzy prorokują, że za  jakiś czas kierunki blogosfery będą wyznaczać profesjonaliści.  Podejrzewają, że za parę lat bloger musi podpisać jakiś kontrakt, a nawet wyłożyć pieniądze, ponieważ topowi blogerzy utworzą własne profesjonalne wytwórnie skupiające osobistości. A. Kurasiński pisze: „Najlepsi blogerzy będą mieli własne płatne kanały tv na YouTubie, własne radio, a sam blog będzie dodatkiem i SEO „mięsem” dla Google”. Ale nie ma co się łudzić, to będą nieliczni, czyli  pojawi się nowa blogowa celebra. Blogi parentingowe będą informowały o rodzinie, modowe – co i gdzie warto zobaczyć, jakie nowości w szafie warto mieć, co kupić, czytelnicze, jaką książkę przeczytać, a podróżnicze, gdzie pojechać i co  w danym kraju zobaczyć. Pożyjemy, zobaczymy, za ile lat co się sprawdzi i która silna grupa pod wezwaniem zostanie.

        Skoro ta rzeczywistość, jak to ona, jest trywialna, dlatego nie ma co się łudzić, że  przestaniemy ją uwznioślać za życia. (Od kiedy i ta J. Lopez ciuchy reklamuje, czujemy się rozgrzeszeni pokazywaniem ubrań). O swoich blogach możemy wszystko mówić, między innymi to, że są najlepsze, ponieważ nie ma znaczenia, czy są dobre, czy nie, Internet przyjmuje wszystkich i wszystko. Tak jak nieważne kim jesteś naprawdę, ważne, co o sobie napiszesz, a nawet nałgasz. Niestety, albo i stety, retoryczne manipulacje też mogą być w cenie.

       Zadajmy na zakończenie to koło ratunkowe, czyli pytanie do publiczności: Jak tych blogów nie będzie, to gdzie mamy klepać banały? A tak przetarte myśli zakręcamy w słoiki, stawiamy na schodki pięterka, powinny być razem z nami. Nie zapominajmy słów P. Sartre’a: „Zwięzłość słowa rodzi szerokość myśli”. Sama zakładam worek jutowy na głowę i pokutę odprawię. Love blogerki i blogerzy.  Jak to łatwo powiedzieć. Bo miłość – proszę blogerów – jest wszędzie. Także wśród nas. W każdym razie lepsze to niż bilobil, lecytyna, kwas ascorbinowy i rutyna razem wzięte na poprawę tego i owego humoru.

W blogowym ogródku ma być kolorowo

drogowsk

                W 1997 r. Jorn Barger po raz pierwszy użył terminu „weblog”, a w pierwszej połowie 1999 roku Peter Merholz skrócił to słowo do „blog”. Ze względu na treść dzielą się na publicystyczne, specjalistyczne, pamiętnikarskie itp., a ze względu na środki wyrazu mamy weblogi (ograniczony zakres treści), fotoblogi i podcasty, czyli nagrywanie z muzyką w tle.

            Nie trzeba mieć już swojego bloga, żeby świat odnotował Twoje istnienie. Wystarczy popularny profil na Instagramie albo na Twitterze, żeby być cytowanym w mediach analogowych, a treść przebiła się przez wąski krąg znajomych. Ponieważ chcemy, by blogi były śliczne, więc pokazujemy dzióbki, mordki, żarełko, szafę, choć to może dla innych nie jest jednakowoż bardzo zabawne, ale też  - co nie jest bez znaczenia – nad takim wpisem myśleć nie trzeba. Znawcy przyszłości prorokują, że czas typowych blogów mija. Z tego punktu widzenia mają rację.

           Trzeba w końcu uczciwie powiedzieć, że czas notatek mija. I niech mnie spalą na stosie inni za te słowa, ale nadchodzą czasy „magazine”, „the coffee”, „lajfstajl”, „trendi”, „street fashion”, „modowe diy” i „parentingowe” (Pojęcia nie mam, dlaczego sami blogerzy piszą blog parentingowy zamiast rodzicielski, czy blog o rodzinie). Prześledźmy zatem, co dalej z blogami.

         Kant, zresztą Immanuel, napisał: „Zaletą literatury jest to, że pozwala ludziom postawić się na miejscu innych”. Wyprzedził czas i przewidział, że w dobie Internetu ludzie masowo  będą zaznaczać swoją obecność. Stawiają się i to od lat. Tym sposobem blogosfera zaczęła wchodzić w dojrzałość. Przycupnęła i zastanawia się, co dalej. Już na wdechu szuka odpowiednich fraz, które  wyznaczą kierunki, drogowskazy, latarnie.  Roztrząsa, jak wyciąć w pień nijakość, by Szczur z Loch Ness nie mógł zasygnalizować:  „Każdy blog niewłaściwie stosowany może stanowić zagrożenie dla życia lub zdrowia.”

          Nadal będzie wzrastać znaczenie blogów zbalansowanych, tych między prywatnymi a eksperckimi w pewnym konkretnym polu tematycznym. „Biada każdemu blogerowi, który wierzy, że przyszłością jest słowo pisane. Przyszłość to małe „reality show”: bliski, stały, najlepiej codzienny kontakt z odbiorcami”. Z wszystkich narzędzi, jakie wymyślono – blog jest najmniej odpowiedni do spieszącego czasu i zapracowanych ludzi. Niestety.

          Coraz większe znaczenie  ma bycie na żywo – począwszy od Snapchata po Periscope, czyli własne transmisje na żywo. Wiązać się to będzie z faktem, że nasi odbiorcy będą od nas oczekiwać niemal bezpośredniego kontaktu. Niesamowicie istotne jest wideo – jeśli nie wejdziemy w tę kategorię, to za parę lat odstawieni na boczny tor, będziemy płakać, że nikt nas nie czyta. Wideoblogi to taki rodzaj telewizorni, gdzie nagrywamy swoje czynności, pokazujemy sprzęty, oceniamy  ku  tej rozrywce,   u c i e s z e   widzów. (Przy czym zapominamy, że pokazujemy siebie, swoją osobowość, czy wulgarny język, a po latach rodzina będzie się rumienić).

          Dobrze skonstruowane newslettery – czy chcemy tego, czy nie –  również będą odgrywały coraz większą rolę. I bez krótkich komentarzy się nie obejdzie, wszak trzeba wiedzieć, za co polubiłeś tego kota, skoro każda Ala go kiedyś miała. Ale refleksji w tym żadnej zapewne nie będzie.

            Znawcy prorokują, że w ciągu najbliższych kilku, kilkunastu lat blogi zmienią się w strony-wizytówki, ponieważ sprzedaż ma być przejmowana przez Internetowe wyszukiwarki. ”Biada każdemu blogerowi, który wierzy, że przyszłością jest słowo pisane” – twierdzą znawcy. Przyszłość widzą w  małym „reality show”, czyli bliskim, stałym, najlepiej codziennym kontaktem z odbiorcami. Coś w tym musi być na rzeczy, kiedy obecnie coraz więcej ludzi dzień zaczyna od przeglądarki Internetowej. Wśród wszystkich narzędzi, jakie wymyślono – blog jest najmniej odpowiedni. Zauważmy: Kto rano lubi rozważać? Kto potrafi się spierać?  Odpowiadać na pytania, czyja teoria lepsza? Wreszcie musisz się opowiedzieć, czy wolisz kolor butelkowy, czy ołówkowy? Pamiętać należy, że i pytania mogą być niedyskretne. Choć sam ze sobą nie umiesz się zgodzić, to  musisz zaakceptować zdanie niedawno przeczytane: „Smakuje, jak sperma z waflem ryżowym”, by pozostać pod nieustannym wrażeniem.

         Wypada za Sartrem powtórzyć „Trzeba jednak dokonać wyboru: żyć czy opowiadać”. Mnie wychodzi:  i żyć, i opowiadać aż do ostatniego spłukania i upustynnienia.

Jaki jest twój stajl, blogerze?

ozd (2) Wiadomo, że świat jest jednym wielkim modowym wybiegiem, ale już samo życie konkursem piękności nie jest. Epiktet, jak to filozof, radzi: „Najpierw dowiedz się kim jesteś, a potem odpowiednio się ozdabiaj”. Mody zmieniają się co sezon, ale styl zostaje. To twój PR (ten PR podobno już widać było na kamiennych tabliczkach dwieście lat p.n.e w Mezopotamii). Kiedy oprzesz się o klawiaturę dress code’u, rozruch intelektualny nastąpi od razu, ponieważ nie ma to jak inspiracja szpileczkami, krawatami, paseczkami, kaszkietami. Przyda się także modowy prysznic, ponieważ dzięki tym torebkom, szaliczkom i marynarkom świat nabierze rumieńców i otworzy nowe połączenia mózgowych zwojów. A na upartego i z seksem może  się kojarzyć.  Kochani, dobrze ubrany umysł to jest to, co najważniejsze, więc może maneki neko, ten japoński kot szczęścia  na twojej półce nie będzie już potrzebny?

         Ludzie nie pojmują prostej rzeczy, że taka SPINKA jest ważna, bowiem może zmienić język porozumienia i wyeksponować mowę ciała. Życie przez to staje się ciekawsze i roztoczy wokół świetlisty krąg, podobnie jak to się dzieje z klejnotami, których niby nie lubisz jako  tych błyskotek, ale kochasz ich   b l a s k,  s k r z e n i e,  b ł y s k   i   ż a r z e n i e.   Nic nie poradzisz, że odświeżają ci charakter,  stwarzają  iluzję przepychu, ponadto odmładzają niewątpliwie i niezmiennie od lat. W sytuacji, kiedy chłopcy z twojego puebla po kolei odchodzą, przyda się ta nowa sylwetka odziana w trendy i dająca poczucie lekkości przez co garb się prostuje, drugi podbródek cofa, skóra wygładza, a boczki zwężają jak na modelce.  Profesor mniemanologii stosowanej miałby stosowny temat o wyższości salonów fashion nad umysłem.

          Ta nasza pani Krysia nie od dzisiaj wie, że kiedy rozmemłana staje przed lustrem, nie zobaczy błękitu nieba, słońca, subtelności swojego humoru, dobrego samopoczucia, lecz bliska będzie tej Bergsonowskiej intuicji, która ją popycha w stronę niecnych romansów z tym aksamitem, kaszmirem, stretchem. Wprawdzie  sławna Coco Chanel  twierdziła, że „Moda nie istnieje wyłącznie w ubiorach. Moda jest na niebie, na ulicy, moda to idee, sposób życia, wszystko to, co się dzieje”, ale kiedy to było.

Przypomnieć należy złotą myśl  F. Giroud’a,  iż jeden z uroków mody polega na tym,  że niczemu nie służy. 

       Niemniej te prążki w poprzek zwracają  rzęsy wzroku ku stójkom, żabotom, falbankom podkręconym długością, szerokością i luzem. Dodać należy retro trendy w stylu buduar prababci, szuflada mamy, szafa babci, czy tani Armani z second haendu, więc zaglądanie do szafiarek wskazane. Ikony mód wszystko podpowiedzą, odzieją, wytkną błędy, np. niewłaściwej długości nogawek.  Potrafią zaprojektować też udane życie, a jak zapiszesz się do Tajemnej Listy, to dostaniesz pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów.

           Same nazwy już oszałamiająco nucą, wabią i przenoszą w wyśniony luksus przepychu: bluzka Greenpoint, buty slip on (czyli wsuwane), sukienka Madelle, pierścionek Magic Moments. Do tego luksusu warto dokupić poduszkę w kształcie męskiego ramienia na Allegro od 55 zł,  niemniej już ta z  wytwornym mankietem i spinką dwa razy drożej. Myślę, że wtedy ta zima nie będzie taka zła i łatwiej przyjmiemy złośliwość K. Lagerfelda: „‚Trendy’ to ostatni stopień przed ‚tandetny’.

poduszka

Jem i chudnę, czyli wszystko o blogowej poezji jadła

         jedzenie

        Ludzkie życie jest globalną restauracją, wobec czego blogerzy rozpalają ogień pod postami i serwują potrawy,  od których same drożdże rosną w rękach. Tu jest tyle poezji, peanów, hymnów i ód do ud, że ani się obejrzysz, a już obejmujesz te ziarenka chia (hiszp.szałwia), przytulasz bezrybną zupę rybną, patrzysz pożądliwie na ptaki nadziewane niebiańskimi ptakami z niezapomnianą nutą amarantusa, wdychasz zniewalające zapachy owsianki z ryżowymi brejkami i rukwią wodną. Od razu rozpoznajesz ten odruch wgryzania się w temat, pochłaniania niepospolitych smaków, rozkoszowania się poezją słów i fotografią kaczych wdzięków. Oglądasz te przysmażone skórki duck bulgogi i pragniesz poczuć na swoich wargach owe kropelki champagne vinegar, więc pędzisz w podskokach do lodówki, a tam zwykły ocet z biedry, bo najtańszy. Jakby to rzec: czar Francji elegancji prysł. Sokrates też wiedział, że człowiek nie żyje, aby jeść, ale je, aby żyć.

         Minęły czasy, kiedy jadło się barszcz na zakwasie, mięsny gulasz, a potem sos wycierało kromką chleba, robiło twarożek, czy surówki z marchwi, selera i jabłka. NIe te czasy. Obecnie nie wypada pić nawet zwyczajnej gorącej czekolady, tylko hot chocolate, na torebce budyniu przeczytasz z angielska pudding, a na serku mozzarelli  produkowanej w Polsce - bianco latte. Sadzę fasolę nakrapianą, a dopiero blogi otworzyły mi oczy, że to borlotti. Faktycznie, nazwa ma brzmienie eksluzywne,  jakby bardziej światowe, borlotti powabniej uwodzi zmysły na stole niż jakaś tam fasola. Jak uczy przysłowie:  Można jeść byle co, ale nie byle jak zrobione.

          Siemanko, mówi do mnie vloger i uczy, jak zrobić apple fritters. Może ta nazwa i mnie dowartościuje? Po chwili orientuję się, że chodzi o smażone plasterki jabłka obtoczone w cieście, czyli danie, które każdy zna choćby z dzieciństwa. Smażę na przekór omdlałe krążki cebuli i pora, by podać z gniecioną soczewicą i smoothies. Te nazwy mają uszczęśliwiać, wynosić nad poziomy przeciętności oraz przynależności w stosunku do tych, którzy piją zwykły koktajl, a nie eleganckie smoothies, choć to także  koktajl. Rodzi się nowa elita kulinaries. Na salony jadła wybornego, smakowitego, wysublimowanego  (po seczuańsku male znaczy ostre,  usta drętwieją), wynoszą nazwy, by zalegania w żołądku nie było, ponadto lukrowane dodatkami typu „tego jeszcze nie jadłeś”.

           Moja większa ośmiorniczka otworzyła mi oczy na rozgrzewanie intelektu sokiem z granatu i czarnej rzodkwi, uzależniające danie pasterzy andaluzyjskich oraz na wyśmienity marynowany arbuz. I mnie dopadła duma z wytwornego jadła, albowiem dowiedziono uszczęśliwianie filozofią niezwykłego, choć zwykłego jadła, abyś na języku czuł nutę zadowolenia niebiańskim smakiem i nieziemską nazwą. Jeśli jadłeś jajko po wiedeńsku, to nie wrócisz do gotowanego na miękko. Nie ta klasa jajka, choć to samo jajo, a jaja w kuchni to debeściak kulinarny.

        Stylizowane perfekcyjnie jedzenie  zasłużyło na miano:  p r z e z  ż o ł ą d e k  do  o ś w i e c e n i a  k u c h e n n e g o.  O dietach nie mówię, ponieważ Monteskiusz napisał, że zdrowie utrzymane za pomocą restrykcyjnej diety, to przykra choroba.   A ja mu wierzę. Zamawiam więc na bogato: zupę z płetwy rekina, kalmary na gnieździe z chrupiącej sałaty w otoczeniu chrustu ziołowego, profiterolki z galaretą i masło maślane raz!  Liczy się kreatywność, więc proszę o repetę.

Przywrócić godność słowu człowiek

Antoni Słonimski: TEN  JEST  Z  OJCZYZNY MOJEJ

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłowianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad podbite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraincami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem-
Gdy naród grecki z głodu umiera,
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem. (1943)

           Staff napisał słowa godne zapamiętania:  ”Od dawna zwiastowano, że bardziej niż chleba / Poezji trzeba w czasach, gdy wcale jej nie trzeba”.  Chleb na szczęście mamy, o wierszach także staramy się nie zapominać. Chociaż  nastały czasy, gdy rozmawiamy za pomocą memów, obrazów, skrótów z tą wybraną jedną osobą  (a i tak słyszy cały świat!), to uciekamy również w stronę poezji, ponieważ ona  wymaga niezwykłego skupienia, ciszy i refleksji. Poezja bowiem jest sztuką wypowiadania poglądów, czy mówienia do drugiego człowieka w warstwie figur stylistycznych, sposobów, zestawień słów i układu wersów.

          Wiersz A. Słonimskiego  ”Ten jest z ojczyzny mojej” to aforyzm propagujący hasło niesienia pomocy pokrzywdzonym przez działania wojenne aż do pointy określającej człowieczeństwo. Podmiot liryczny solidaryzuje się z uciemiężonymi, potrzebującymi, cierpiącymi, zagrożonymi śmiercią, głodem. Takie pojmowanie patriotyzmu otwiera możliwość przynależności do wspólnoty i rodziny ludzkiej. W świecie poety nie ma podziałów na wyznanie, kolor skóry, przekonanie, jedynie są ludzie, którzy potrzebują pomocy. W wierszu widoczna jest żarliwość poety płynąca z bolesnego własnego doświadczenia i obserwacji podczas lat wojny. Gdyby Słonimski jakimś cudem się obudził, pewnie zapytałby rodaków: kto jest dziś z ojczyzny mojej?

        Poezja Słonimskiego sięga po uniwersalne wartości.  Dobre słowa, jak: dobroduszność, chęć niesienia pomocy, wspaniałomyślność, altruizm, ofiarność, altruizm, bezinteresowność zostały w części zapomniane, zużyte, odrzucone, odsunięte na dalszy plan. Jak przywrócić godność człowiekowi, aby człowieczeństwo było najbardziej widoczne.  Na to pytanie retoryczne każdy sam musi odpowiedzieć w czasach, kiedy zbroimy się na potęgę, nadajemy coraz to nowe mianowania, więc kwestią czasu będzie, kiedy to mianowani muszą się wykazać, by zasłużyć na te wężyki i belki na ramionach.

           I tak, jak kiedyś młodzi martwili się, by „nieznani sprawcy” nie zaatakowali „zakazanego” poety,  więc wyznaczyli dyżury, aby chronić człowieka, tak współcześni docenią znaczenie pełnej człowieczeństwa poezji.  Nic dziwnego, że W. Bartoszewski pożyczył tytuł wiersza „Ten jest z ojczyzny mojej”  do swego dzieła opowiadającego historię ratowania istnień ludzkich skazanych na zagładę. Cenzura zażądała od Bartoszewskiego zmiany tytułu zaczerpniętego od zakazanego poety Słonimskiego. W. Bartoszewski jako człowiek przyzwoity, nie zgodził się, a cały wiersz Słonimskiego posłużył jako motto rozważań pisarza o kondycji ludzkiej doświadczonych wojną.

             T. Konwicki napisał:  ”Kochamy Antoniego za całokształt. (…) Kochamy go za postawę, zawsze wyprostowaną, pełną godności postawę rozumnego pisarza i szlachetnego człowieka, obdarzonego zresztą gustownymi słabostkami. Kochamy Antoniego za ciągle świeży, stale nowatorski dowcip i za wytworny, z lekka staroświecki tok prozy. Jest za co kochać Antoniego.”  Przypomnieć należy troskę poety o to, co wyrośnie z dziecka, któremu wbijamy do głowy umoralniające czytanki, a tymczasem głośno mówimy z pogardą o Żydach, zachęcamy  do napaści na kolegów innych wyznań. „Żyjemy w czasach prania po mordzie i krajania żyletkami – pisał w styczniu 1938 roku. Sam doświadczył tego, gdy opublikował wiersz pt. „Dwie ojczyzny”:

    „W twojej ojczyźnie karki się zgina/ Przed każdą władzą,/ Dla zwyciężonych – wzgarda i ślina,/ Gdy ich na kaźń prowadzą. / W twojej ojczyźnie, gdyś hołdy składał -/ Przed obce trony. / W ojczyźnie mojej, jeśli kto padał,/ To krwią zbroczony.”  

           Za te słowa został spoliczkowany w Ziemiańskiej. Podobno wiersz był obelgą rzuconą w twarz narodowi polskiemu.  Krążył wówczas dowcip, że są w Polsce trzy siły polityczne: partia komunistyczna, Kościół katolicki i Antoni Słonimski…”. Ciekawe, czy podobałaby się poecie nasza zjednoczona Europa i wypowiedzi współczesnych  na temat c z ł o w i e k a.

 

I my mamy swoją belle e’poque, czyli o rozmowie bez satysfakcji

       

                Natenczas odwiedziła mnie znajoma zmęczona podróżą i minusami w przyrodzie. Dostała herbatę z rozgrzewającym imbirem i wciśniętym berberysowym syropem. Lubię się dzielić, więc ukroiłam kawałek lubelskiej pyszności, czyli kiełbasy. Niech na zdrowie wyjdzie. Uszko tej niebieskości granatu filiżanki z Bolesławca potrzebuje niezwykłej uwagi, czułości, więc smakujemy razem ten egzystencjalny żywot powszedniego naszego zresztą. Barokowy nastrój, stąd słyszę chrzęst  załamywanych rąk w stawach.

           - Opowiadaj, wyrzuć z siebie w końcu swoje gorzkie żale. Słyszę przecież to ciężko oddychające płuco, widzę chmurę na czole i pytajnik w twoim głosie.

          – Wyobraź sobie, że misternie budowana przez lata wizja dobrego świata legła dziś w gruzach. I w autobusie. Wyobraź sobie. Byłam świadkiem… Świadkiem sceny, gdy młodzi rozmawiali o pięćdziesięcioletnim panu jakby go nie było: patrz, jak się ten stary dziad guzdrze, zamiast siedzieć w domu, powietrze innym zabiera. Gdybyś widziała, gdybyś widziała, jak ten człowiek w tym jednym momencie skurczył się i poszarzał. Stulił uszy jak ten pies. Patrz, jak podsłuchuje, widać rozumie, choć to tylko zwierzę, psia mordka jedna. Może przeczuł, że to ostatnie lata (jak dobrze pójdzie). Dobrze, żeby jeszcze nie patrzył za siebie, chyba że są to lusterka wsteczne w samochodzie. Po prostu musisz uwierzyć, że cała jestem niczym struna poruszona, gdy patrzę, widzę i słyszę, więc rozdrapywanie ran wskazane. 

         - Cóż się dziwisz, pogarda i urągające słownictwo płynie z góry. Zaraża jak ten zarazek dżumy. Już kiedyś A. Camus przestrzegał, by uważać i nie tchnąć go w twarz drugiemu człowiekowi, bo  ZARAZEK ZŁA  nigdy nie ginie. (Może w takim razie spróbuję  wozić powietrze w słoiku, by dać tym na gwałt potrzebującym).  Są granice, których przekraczać nie wolno. Jest kultura – nie da się bardziej uprościć tego zdania, ponieważ przestanie być zdaniem, a w moim wieku nie tylko orientacja się wyostrza.

        – Popatrz. Mam zaledwie podwójną trzydziestkę, czyli niewiele, więc mogę skakać po życie aż do kresu. To dlatego się oburzyłam. Jak wiadomo, w życiu nudno nigdy nie jest, więc w autobusie powiedziałam głośno tak, by do wszystkich dotarło: – „mówi się przepraszam”, na co usłyszałam warknięcie: „nie ucz mnie, stara”. Zepchnięta na margines marginesu, mogłam tylko jak ten hrabia z  dawnej Rumcajsowej „Wieczorynki” odpowiedzieć z właściwą sobie elegancją: –  Sacrebleu!  Współczuję waszym rodzicom.


http://film.onet.pl/recenzje/grand-budapest-hotel-pysznosci-recenzja/9ee93

           - Cóż, przecież to już wiesz, że nie przy każdym słowie się ogrzejesz. Wiadomo nie od dziś, że jest taki świat, który niesie do tyłu i są tacy ludzie, jacy są, a nawet wyjątkowo zadziwiający, że o to zadziwienie się przewrócisz. Nijaka jakość myślenia zerowych jest tak wielka, że czyszczenie szczoteczką oraz filtrowanie przez maseczkę smogową nie pomoże.  I nie mów do mnie takich historii na wdechu, bo nie znam żadnej terapii wstrząsowej, by temu zaradzić. Prędzej byś doszła o lasce do Jakubowego Camino de Santiago, niż ogarniesz tę kulturę wstydu. Słuchaj, a  może oni po prostu nie wiedzą, że też będą starzy?

         - Czas odkurzyć zapomnianą „Odę do młodości” (Patrz na dół – kędy wieczna  mgła zaciemia / Obszar gnuśności zalany odmętem;To ziemia!). Młodości, wylatuj nad te poziomy. Jest co poprawiać. Podwójne dna, potrójne widzenie, poczwórne wychowanie. Ja podobnie jak Staś (nikt nie mówił do niego Stanisław) Dygat nie wyobrażam sobie siebie kiedyś dorosłą. Zapewne dlatego, aby nie przewracać się o te zdziwienia i zadziwiania, aby nie patrzyć, jak Stańczyk puka się w czoło, gdy zadumę mu przerwie hipsterski garnitur słów: weź, stary, wyluzuj.

           - Mam nadzieję, że i ja nie dorosnę  do tych sekretów naszej pięknej epoki z mało znanym, niezbyt ciekawym drugim obliczem, znakiem tego wypada powiedzieć w końcu coś optymistycznego, czyli jakby nie było, to wszystko najlepsze jeszcze przede mną jak w Grand Budapest Hotel Anderesona.  Musisz wiedzieć, bo ja też w to uwierzyłam, że wszyscy jesteśmy z tego Wajdy,  że z nauk papieża, którym tak się szczycimy, nie zostaną słowa w tychże ramkach oprawione, że tyle godzin religii… Uff. Wreszcie te przecinki w  tym dłuższym zdaniu postawiłam. I tylko tej ambitnej pointy brak. Pies także posmutniał, wieku nie ukryje. Staś zaczął „Jezioro Bodeńskie” tym słowem, ale ja nim zakończę:  t y m c z a s e m.