Jem i chudnę, czyli wszystko o blogowej poezji jadła

         jedzenie

        Ludzkie życie jest globalną restauracją, wobec czego blogerzy rozpalają ogień pod postami i serwują potrawy,  od których same drożdże rosną w rękach. Tu jest tyle poezji, peanów, hymnów i ód do ud, że ani się obejrzysz, a już obejmujesz te ziarenka chia (hiszp.szałwia), przytulasz bezrybną zupę rybną, patrzysz pożądliwie na ptaki nadziewane niebiańskimi ptakami z niezapomnianą nutą amarantusa, wdychasz zniewalające zapachy owsianki z ryżowymi brejkami i rukwią wodną. Od razu rozpoznajesz ten odruch wgryzania się w temat, pochłaniania niepospolitych smaków, rozkoszowania się poezją słów i fotografią kaczych wdzięków. Oglądasz te przysmażone skórki duck bulgogi i pragniesz poczuć na swoich wargach owe kropelki champagne vinegar, więc pędzisz w podskokach do lodówki, a tam zwykły ocet z biedry, bo najtańszy. Jakby to rzec: czar Francji elegancji prysł. Sokrates też wiedział, że człowiek nie żyje, aby jeść, ale je, aby żyć.

         Minęły czasy, kiedy jadło się barszcz na zakwasie, mięsny gulasz, a potem sos wycierało kromką chleba, robiło twarożek, czy surówki z marchwi, selera i jabłka. NIe te czasy. Obecnie nie wypada pić nawet zwyczajnej gorącej czekolady, tylko hot chocolate, na torebce budyniu przeczytasz z angielska pudding, a na serku mozzarelli  produkowanej w Polsce - bianco latte. Sadzę fasolę nakrapianą, a dopiero blogi otworzyły mi oczy, że to borlotti. Faktycznie, nazwa ma brzmienie eksluzywne,  jakby bardziej światowe, borlotti powabniej uwodzi zmysły na stole niż jakaś tam fasola. Jak uczy przysłowie:  Można jeść byle co, ale nie byle jak zrobione.

          Siemanko, mówi do mnie vloger i uczy, jak zrobić apple fritters. Może ta nazwa i mnie dowartościuje? Po chwili orientuję się, że chodzi o smażone plasterki jabłka obtoczone w cieście, czyli danie, które każdy zna choćby z dzieciństwa. Smażę na przekór omdlałe krążki cebuli i pora, by podać z gniecioną soczewicą i smoothies. Te nazwy mają uszczęśliwiać, wynosić nad poziomy przeciętności oraz przynależności w stosunku do tych, którzy piją zwykły koktajl, a nie eleganckie smoothies, choć to także  koktajl. Rodzi się nowa elita kulinaries. Na salony jadła wybornego, smakowitego, wysublimowanego  (po seczuańsku male znaczy ostre,  usta drętwieją), wynoszą nazwy, by zalegania w żołądku nie było, ponadto lukrowane dodatkami typu „tego jeszcze nie jadłeś”.

           Moja większa ośmiorniczka otworzyła mi oczy na rozgrzewanie intelektu sokiem z granatu i czarnej rzodkwi, uzależniające danie pasterzy andaluzyjskich oraz na wyśmienity marynowany arbuz. I mnie dopadła duma z wytwornego jadła, albowiem dowiedziono uszczęśliwianie filozofią niezwykłego, choć zwykłego jadła, abyś na języku czuł nutę zadowolenia niebiańskim smakiem i nieziemską nazwą. Jeśli jadłeś jajko po wiedeńsku, to nie wrócisz do gotowanego na miękko. Nie ta klasa jajka, choć to samo jajo, a jaja w kuchni to debeściak kulinarny.

        Stylizowane perfekcyjnie jedzenie  zasłużyło na miano:  p r z e z  ż o ł ą d e k  do  o ś w i e c e n i a  k u c h e n n e g o.  O dietach nie mówię, ponieważ Monteskiusz napisał, że zdrowie utrzymane za pomocą restrykcyjnej diety, to przykra choroba.   A ja mu wierzę. Zamawiam więc na bogato: zupę z płetwy rekina, kalmary na gnieździe z chrupiącej sałaty w otoczeniu chrustu ziołowego, profiterolki z galaretą i masło maślane raz!  Liczy się kreatywność, więc proszę o repetę.

116 Komentarze

  1. Był czas, kiedy na blogach kulinarnych były dobre przepisy. Nadal są, jak chociażby na http://www.mojewypieki.com/ które szczerze polecam, bo tam nie ma lipy.
    Jednak jakiś czas temu zauważyłem, że bardzo trudno znaleźć coś sensownego, a szanowne blogerki odpisują od siebie, razem z piramidalnymi bzdurami. Za to fotki są śliczności! Skąd one to biorą? Przecież na kilometr widać, że ani gotować nie umieją, ani to nie ich produkcja, bo i fotek robić też nie bardzo. :D :D :D

    • Kneziu,
      przeglądnęłam wiele kulinarnych blogów. Wiadomo, przepisy podobne, błędy są powielane, ale w gruncie rzeczy chodzi o zdjęcia, które mają przyciągać wzrok i urzekać słowami: wyśmienity, wyborny, doskonały. Znalazłam tytuł: nigdy tego nie jadłeś, wchodzę, a tam: kopytka.
      Serdecznie pozdrawiam

  2. Nie gotuję wśmienicie , ale dość dobrze.
    I raczej kuchnię polską preferuję. Lubię dania proste i smakowite.
    Można zjeść smacznie, syto i bez fanaberii.

    Pozdrawiam, smacznego :)

    • Izo z Kidowa,
      lubię polską kuchnię, ponieważ na tych smakach się wychowałam. Jestem otwarta na inne smaki, chińszczyzna też u mnie gości. Nawet zrobiłam kurs sushi, czemu nie, ale obowiązują proporcje. Przecież jeść sushi codziennie nie można, przynajmniej ja nie dam rady.
      Serdecznie pozdrawiam

  3. Nie mam zamiłowania do gotowania, a jeśli już to robię, to wolę potrawy mało pracochłonne i proste, nie używam wydumanych składników.
    Uważam na niektóre składniki, ale to raczej z powodu jelit. Moja babcia mawiała, że jak piec placek to dobry, a nie erzac, ja tez wolę dobrego czekoladowego cukierka, niż wyrób czekoladopodobny.
    Nowe przepisy oceniam po składzie i pracochłonności, jeśli coś mnie nie przekonuje, nie stosuję…
    Tak sobie myślę, że po pierwsze – my zachwycamy się dziwnymi nowinkami ze świata, a świat zachwyca się polską kuchnią. Po drugie, widziałam dwukrotnie panie propagujące zdrowy styl odżywiania i nie wyglądały jakoś szczególnie dobrze, wręcz przeciwnie, więc chyba nie działa…

    • Jotko,
      posty kulinarne prześcigają się w udziwnianiu nazw po to, aby zebrać więcej lajków. Zobaczyłam tytuł: fish pie, a kiedy weszłam na post, to przeczytałam, że chodzi o zapiekankę z ziemniaków, więc po co to nadymanie nazwą.
      Serdecznie pozdrawiam

  4. …ajajaj, bo zamiast bruschetty, caprese, carpaccio, pancetty, foie gras, gnocchi, tagliatelle, ratatouille, de volaille, gazpacho, enchiladas z dipem guacamole, quiche, kimchi, aglio olio peperoncino,
    rzeczywiście prościej zamówić (jednym tchem):
    polędwicę wieprzową nadziewaną łososiem w otoczce farszu z cielęciny z dodatkiem wątróbki i szparagów zawiniętą w szynkę parmezańską i kapustę włoską w sosie z groszku cukrowego, zapiekaną pod beszamelem udekorowaną krewetkami smażonymi w maśle czosnkowym posypanymi natką pietruszki na chmurce sałaty lodowej.
    I swojsko brzmi, i języka nie łamiesz! ;)

    (notabene można by pokusić się na wydanie poradnika „Jak wymawiać obcojęzyczne nazwy potraw, żeby nie wyjść na buraka?”
    Jak szpanować – to z klasą! :D )

    Smacznego, Ultro! :)

    • Małgosiu,
      sama czasem szpanuję, więc robię gaspacio, fokaczię, krem bruli, sos caciki, spagetti bolonieze, niokki, czy bruskettę. Lubię gotować, ale kiedy dodatki niedostępne lub dostępny erzac (zapach truflowy), to po diabła taki przepis z tą langustą, choćby była z nutą cytryny, czy wykwintne ciasto filo niedostępne z pozycji kieszeni podobnie jak ten kawior z jesiotra i prawdziwa trufla.
      Serdecznie pozdrawiam

      • Puściłam oko do tej potrawy (polędwica wieprzowa…itd.), ponieważ ostatnio zauważyłam w polskich restauracjach modę na bardzo udziwnione nazwy potraw.
        Niektóre tak długie i wymyślne, że pochłonięcie zaserwowanych dań znacznie krócej trwa, niż odczytanie ich nazwy przy zamawianiu!
        Może ma to służyć jako bodziec do „uruchomienia” kubków smakowych?
        W każdym razie działa i jest zabawne! :)

        …a w kwestii szpanowania? no przecież musimy się wreszcie odreagować po siermiężnych latach PRL-u! ;)

        (znana już anegdota, kiedy to Towarzysz Wiesław bagatelizował brak cytryn w kraju:
        - Powinniście wiedzieć, że kapusta kiszona ma dokładnie tyle samo minerałów i wartości odżywczych co kapitalistyczne cytryny!
        -Tylko nieco ciężej wciska się ją do herbaty… – zripostował rozmówca

        To tyle w sprawie erzaców ! :D

        • Małgosiu,
          nie zamówiłabym żuru chłopów podhalańskich. Nie dość, że się kojarzy, to przedobrzona nazwa odstrasza, żurek marki żurek brzmi o niebo lepiej.
          Serdeczności

  5. Blogowe poradnictwo kuchenne jest przebogate. Może dlatego, że jednak lubimy dobrze jeść i to nie dlatego aby żyć, ale aby sobie robić przyjemność. Promocja tego typu tfuuuurczości bierze się z tego, że pisma dla pań i programy śniadaniowe trzeba czymś zapełniać aby biznes się kręcił.
    Starodawne opisy przyjęć u magnatów jak i same przepisy też są przebogate, tak jak oni sami. Samo czytanie dawało radość, choćby w swoim własnym garnku bulgotał barszcz biały, a do tego serwowana była radlanka ziemniaków

    • Tatulu,
      sama czytam te dawne opisy dań, często modyfikuję, ponieważ zwykle zawierają za dużo tłuszczu zwierzęcego. Natomiast na blogach króluje słownictwo, czyli poezja smaku, zdrowiutkie, bo bezglutenowe, wykwintne, wyborne, smakowite, a mnie od razu lampka w głowie się zapala.
      Serdecznie pozdrawiam

  6. Nie uległam.
    Żadnym anglojęzycznym cudom. Chemia, chemia, chemia. Chociaż mamy też rodzime cuda. Kwas buraczany, który nastawiłam parę dni temu, wczoraj był otulony kożuchem. Buraki ze sklepu, niestety. Ale trudno mi teraz znaleźć „mojego” chłopa na rynku :(
    Zakwas na żurek robię od jesieni do wczesnej wiosny. Mam pyszny żurek, bez polepszacza tzn. octu, domowy. Polska kuchnia jest wspaniała: te pierogi, krupniki, bigosy. Żeby jeszcze składniki zechciały być przyzwoite, mniej nafaszerowane. Wtedy upajam się tym bez granic. Pozdrawiam, Ultro ciepło :))

    • An-Ulu,
      z tą chemią, to masz rację. Na wsi nie kupisz jajka, gęsi, kaczki, jagnięcia, jak to było kiedyś. Zauważyłam, że coraz mniej warzyw rolnicy uprawiają. Kupuję raz w tygodniu zdrowe warzywa u znajomej, a ona kupuje w Biedronce, bo są czyte i kuchni jej nie zabrudzą.
      Serdecznie pozdrawiam

  7. A u mnie sama reprodukcja, czyli gotuję tak jak babcia i tata (bo mama gotować nie lubiła), jak teściowa, która trochę ten mój repertuar po przodkach wzbogaciła, i jeszcze tak, jak w mojej kochanej książce kucharskiej o staropolskiej kuchni. Moje zrazy po polsku, makowiec – to stamtąd. Cała reszta to sporadyczne eksperymenty. I cudzymi rękami warzone.

    • Ewo,
      gotuję różnorodne potrawy, także sama zmieniam i modyfikuję Nie wszystko perfekcyjnie się udaje, ale staram się. Ostatnio nawet wnuś mi mówił: Jak ci się chce tyle dań robić, nie może to być jedno.
      Serdecznie pozdrawiam

  8. Wśród blogerów kulinarnych tylko nieliczni są zawodowcami, a zawodowcy celebryci to straszni popaprańcy! Nauczony doświadczeniem podchodzę do wszystkich (z bardzo nielicznymi wyjątkami) z dużym dystansem.
    Kiedyś postanowiłem wykonać prosty i smaczny suflet wg przepisu Okrasy. Wszystko było jak trzeba, pilnowałem, żeby odstępstw nie było i wyszedł po prostu cudowny, tyle że moim zdaniem kompletnie niejadalny!!!!
    Innym eksperymentem było ciasto w typie tarty, z cudownie szklistym kremem cytrynowym. Tym razem od początku widziałem, że to jest lipa i tandeta, ale kto wie, może człowiek nie jest czegoś świadomy? Z koleżanką blogerką, specjalistką od języków wyszukiwaliśmy takie same przepisy, w różnych wersjach językowych i ze zdumieniem stwierdziliśmy że wszystkim blogerkom to ciasto się udawało, ma dowód czego każda miała doskonałe fotki!!! Nie jestem wybitnym specjalista od ciast, ale pomimo usilnych usiłowań mi nie wyszło takie jak trzeba. Mało tego – ono nie wyszło takie, pomimo różnych modyfikacji i dostosowań! Razem z koleżanką doszliśmy do wniosku, że wszystkie były bezczelnie odpisywane, a zdjęcia robił zawodowiec ciastkom z cukierni, które były robione zupełnie inaczej!!! :D :D :D

    • Kneziu,
      przyznam się, że rzadko korzystam z blogowych potraw. Jeśli już sprawdzam przepis, to z książek kucharskich, a kulinaria blogowe zostawiam innym. Co powiesz na wpis: wykwintna kapusta z grochem albo wyjątkowe ciastka z cukinii, czy bucatini z kawiorem z bakłażana?
      Serdecznie pozdrawiam

      • Nic nie powiem, bo nie przepadam za kapustą z grochem i nie uważam żeby to było coś wykwintnego. Ciastka z cukinii zapewne są wyjątkowe, bo ona się do tego po prostu nie nadaje. A bakłażan zdaniem mojej rodziny nie nadaje się do jedzenia, która to opinie podzielam w pełni. Wszystkie moje usilne próby uzdatnienia tego warzywa, tak żeby było jadalne, zakończyły się niepowodzeniem.
        Za to uważam, że zupa dyniowa w moim wykonaniu z całą pewnością jest wykwintna, podobnie jak warzywa (w tym cukinia) faszerowane. Za to ciasto dyniowe i owszem, jest bardzo smaczne, podobnie jak z cukinii, bo to wszak gatunkowo to samo. :)
        A, ten makaron z dziurką – kiedyś zrobiłem i już nigdy więcej, bo mnie dzieciaki przeklęły – jak taki wciągać do ust??? :D :D :D

        • Kneziu,
          jak patrzę na „Rumiany steak”, to dalej nie czytam. Nie można napisać stek, skoro pisze Polka? Po wtóre stek musi być rumiany, skoro smażony, a z malinową fantazją to już bajkowy świat, inny wymiar.
          Serdeczności

          • Kneziu, nie lubisz bakłażana? A to takie pyszne! Ja bardzo lubię, no ale ja mam dość dziwny gust.:)))
            A próbowałeś usmażyć na oleju (nie za dużo), na patelni z innymi warzywami (ziemniak, marchew, cebula)? Do tego trochę soli i ewentualnie majeranku. Pyszności!

          • Grażynko, to musi być rodzinne, bo nikt u nas nie lubi, pod żadną postacią!
            Ja już nawet doszedłem do wniosku, że to moje kuchenne nieudacznictwo powoduje, że nie umiem tego czegoś odpowiednio obrobić, ale spróbowaliśmy ze Starszą wersji wykonanej przez uznanego kucharza – niestety było to jeszcze podlejsze niż moje wyczyny! Tak więc bakłażan znika z mojej listy warzyw definitywnie i nieodwołalnie. Jest moim zdaniem po prostu niesmaczny!

          • Kneziu,
            cukinię jadam codziennie, kiedy rośnie w ogródku, a bakłażana nie mogę przełknąć, coś w tym jest.

          • Za to polecam Grażynko mój szpinak po syryjsku! Cudowny smak!!! Nielubiany niegdyś przeze mnie szpinak okazał się być naprawdę wykwintnym – ale to już inna historia.

          • Wybieram oczywiście wersję bez chomika.:))) Na pewno przetestuję, ale gdzie teraz znaleźć porządny, świeży szpinak?
            Ale Kneziowe pieczarki są ciągle dla mnie numerem jeden.:)))

          • Grażynko,
            świeży szpinak widziałam w Lidlu.
            Lubimy Kneziowe jedzenie, napoje i wyroby, to fakt.
            Zasyłam serdeczności

  9. A ja tam lubię sushi, gnocchi, bruschettę, carpaccio i inne takie…, a już najbardziej to chciałabym umieć zrobić taki nasi goreng, jak tubylcy na Jawie czy Bali… a nie umiem, chociaż próbowałam. I mogłabym to nawet bez problemu nazwać smażonym ryżem.

    • Gdy nie ma polskiej nazwy, trzeba używać oryginalnej. Gdy potrawa jest podobna, ale ma niuanse, to również, dla odróżnienia. Ale gdy rzecz dotyczy czegoś, co znamy i stosujemy od dawna, pod naszą rodzimą nazwą, to nie ma sensu udziwniać.

  10. Faktycznie powstał swoisty język kulinarny, a wydawało by się że „kotlet pożarski”, który dawno temu był zagadką – dopóki nie okazał się zwykłym kotletem mielonym – to był już wymysł nad wymysły :)

    • Gabrysiu,
      wiesz, że ostatnio też się zastanawiałam nad nieziemskim smakiem mielonego, kiedy przeczytałam wpis: wykwintne kotlety mielone. Czysta poezja.
      Serdecznie pozdrawiam

  11. Gdyby nie tak elegancki lokal, blog znaczy, to napisałabym, że się ludziom w d… głowie poprzewracało. Jedzenie ma być zdrowe, smaczne i ma być go tyle, żeby głodnym nie chodzić. Zamiast wisieć nad stołem i kuchnią wolę książkę poczytać. Staromodna jestem. Albo leniwa ;)

    • Szarabajko,
      mam takie samo skojarzenie jak Ty. Danie z soliródem rozłożyło mnie (roślina z błotnistych wybrzeży podobna do skrzypu). W końcu, czy ja muszę go spróbować? A niech sobie rośnie i nawet, gdyby był w tym Tesco, nie kupię.
      Serdecznie pozdrawiam

  12. Nie obrażam się na nowości w kuchni, choć raczej nie czerpię wiedzy z blogów. Nie obrażam się, oznacza że jadam, ale nigdy, przenigdy nie zrezygnuję (gdy minie ta cholerna dieta) z polskich klasyków, czyli schabowego z kapustą, mielonego z buraczkami, kurczaka z mizeria i młodymi … przepraszam, ale muszę kończyć, gdyż nie chcę się udusić:)))

    • Wojtku,
      trafiłam na przepis ziemniaków truflowych z wężymordem. Ponieważ lubiłam sałatkę ze skorzonery, więc myślę, co z ziemniakami. Okazało się, że trzeba pokropić oliwką o zapachu truflowym. Ale czy to są wtedy ziemniaki truflowe, skoro nawet przy tych truflach nie stały.
      Serdecznie pozdrawiam

      • Znam tę oliwę bardzo dobrze, gdyż gŁoś stale jej nadużywa. Niestety zapach trufli jest dla mnie nie do zniesienia, więc raczej nie skorzystam. Co innego ziemniaki z zsiadłym mlekiem. O tak! Te uwielbiam!

  13. A co są te protiferolki, do diaska!
    Modę na udziwnianie lansują też popularne seriale. Zauważ co się tam jada na co dzień. Poniżej dzikiego łososia i bakłażanów nikt nie schodzi. Pije się wodę w wysokich szklankach i obowiązkowo latte. Zwykłej herbaty z cytryną i mielonych kotletów nie uświadczysz.
    Czy wiesz jak trudno jest teraz żywić dzieci w szkolnej stołówce? Wszystko jest „bleeee…” i żądają pizzy!

  14. Gotować nie cierpię, więc tematyka opisanych przez Cię mnie nie fascynuje. Ale wdzięczna jestem za ten Twój wpis. Jakże byłabym uboga intelektualnie nie znając tych żętę nazw vłooola!
    I chyba dalej będę szamać te frytki. ;)
    Pozdrawiam :)

    • Wilmo,
      nazwy potraw to sama poezja: sos aksamitny, skoki królicze z nutą tymianku, wykwintne kopytka. Przepych nazewnictwa niekoniecznie uzasadniony, ale może się mylę.
      Serdecznie pozdrawiam

  15. Przez pewien czas jadałem inaczej niż zawsze. Nie najgorzej, ale w szpitalu. Nawet mi smakowało, czekałem na jakiekolwiek zupki. Spróbuję teraz po powrocie podobnie, może się uda? Mam przed sobą wiele do zrobienia. Nawet to mnie intryguje. Pozdrawiam. :)

    • Jędrku,
      frykasów tam nie dają, nie mniej nikt nie udaje, że podał wykwintą kapustę, czy kurczaka z nutą rozmarynową. A i tak wtrząchać trzeba, bo wyjścia nie ma.
      Serdecznie pozdrawiam

  16. Witaj, Ultro.

    Jeśli chodzi o nazewnictwo – podpisuję się pod komentarzem Knezia.
    A w gotowaniu tylko jedno mnie odstrasza – samotność w kuchni :)
    Mogę być szefem, albo podłapać etat „przynieś-wynieś-pozamiataj” – byle ktoś był obok.
    Lubię też eksperymenty, jeśli tylko nie wymagają one pastwienia się nad produktami (o czym już kiedyś pisałam).
    A korzystam z różnych źródeł, chociaż najbardziej lubię najpierw sobie popatrzeć na żywo (np.: u koleżanki), a potem wypróbować sama.

    Pozdrawiam :)

    • Leno,
      ale przyznasz, że zwykły rosół tak dobrze nie smakuje, jak „bursztynowy rosół uperfumowany szafranem z knelami cielęcymi”. A nazwy drinków to dopiero poematy. I tak zamawiasz „japoński papuć” i myślisz, czy oddaje smak i zapach nowego lub przydeptanego papucia.
      Samotności nikt nie lubi, nie tylko w kuchni.
      Serdecznie pozdrawiam

  17. „Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą, pod inną nazwą równie by pachniało.” Podobno. Ale te wykwintne nazwy kryjące zwykłą fasolę mają ubrać ją w egzotykę, uatrakcyjnić. Bo czyż borlotii nie brzmi piękniej niż „fasola”. To działanie przez wyobraźnię na smak. Choć ja, słysząc obcą, nie znaną mi nazwę sięgam natychmiast po słownik wyrazów obcych, ewentualnie google i… czar pryska ;) Zbyt dociekliwa jestem.
    Nie wypowiem się co do wartości blogów i vlogów kulinarnych, bo tam nie zaglądam. Gotuję, owszem, ale wolę swoje własne kulinarne eksperymenty i stałe żelazne potrawy dawno już na rodzinie wypróbowane. Ale to raczej makaron niż schabowy z kapustą.
    I z tego pisania o jedzeniu zrobiłam się głodna ;)
    Pozdrawiam :)

    • Parrafrazo,
      nazwy typu”wół na pastwisku”, „gnat chrzaniony” zamiast przyciągać, odstraszają, więc po co te udziwnienia. Lekarze mówią, by jedzenie było różnorodne i nieprzetworzone. Próbuję przypraw z różnych stron świata, także robię potrawy, czemu nie, ale gotuję to, co lubię.
      Serdecznie pozdrawiam

  18. Klik dobry:)
    Ja nie uległam tej modzie. W dalszym ciągu barszcz na zakwasie uważam za najlepszy. Jadam twarożek ze szczypiorkiem, ptysie – a nie profiterolocośtam itd… itp…

    Pozdrawiam serdecznie.

    • AllEllu,
      te „dzikie plaże”, „wydmy”, „wyspy”…
      a kiedy zamówisz „plażowe szaleństwo”, to podadzą grilowanego bakłażana.
      Serdecznie pozdrawiam

  19. Gotuję żurek na zakwasie i gulasz gęsty od mięsa i warzyw, smażę uczciwe powidła i kiszę ogórki,
    piekę niezbyt dobre ciasta i czasem wklejam ich zdjęcia na blog (zdjęcia równie niedobre)
    ale ja jestem ogólnie przesiąknięta blogiem więc nawet nie usiłuję tego zmieniać. Nie czuję też potrzeby nazywać od nowa raz nazwanego.

  20. Co prawda gotowanie nie jest moją pasją, ale lubię czasem eksperymentować w kuchni by urozmaicić nam tą codzienność i proste monotonne potrawy, ale zdecydowanie wolę używać tych nazw bardziej zrozumiałych, bo czasem się zdarza, że w restauracji muszę pytać o tłumaczenie na język pospolity, bo z nazwy za nic nie da się wyczytać co to może być za danie. Ja rozumiem, że nasz kraj chce być bardziej europejski, ale bez przesady, polskie potrawy powinny mieć pozostawioną narodową nazwę :)

    Pozdrawiam serdecznie

    • Gabuniu,
      najtrudniej jest z wymową tych obcych nazw potraw, ponieważ kucharze też różnie wymawiają, wujek Google” gazpacho ”
      uczy wymowy tak:
      ‹gaspaczo›, IPA: [ɡasˈpaʧ̑ɔ], AS: [gaspačo]
      Polskie potrawy też powinny być modyfikowane, ale nazwa „śmietnik działkowca” raczej do mnie nie przemawia.
      Serdecznie pozdrawiam

  21. Jeśli chodzi o nazwy, to Kneź już to dobrze opisał.
    Ja lubię różne nowości, eksperymenty, specjały z różnych krajów, które teraz są u nas dostępne, a dawniej znałam je tylko z literatury. Trochę udało mi się pojeździć, to chętnie próbowałam smaków lokalnej kuchni.
    Lubię gotować, piec. Na szczęście rodzina to dobrze znosi.:) Jestem ciekawska, lubię poznawać nowe rzeczy.
    Ale znam osoby, które lubią szpanować nazwami, a nie za bardzo nawet wiedzą co jedzą.:)))

    • Grażynko,
      też tak uważam, a samo udziwnianie nazwami jest śmieszne i niczemu nie służy. A już „w towarzystwie oliwy balsamiczno – miodowej carpaccio…”
      Serdecznie pozdrawiam

  22. Nie wiem w którą stronę pójdzie reforma oświaty, ale zanosi się na to że adeptów stuki gotowania będziemy mieli pod dostatkiem. Oto informacja jaką znalazłem na „Belferblogu” w Polityce: http://chetkowski.blog.polityka.pl/2017/02/06/przedmioty-w-szkole-po-reformie/
    Dodajmy, że to się działo w LO, a co dopiero pokażą szkoły zawodowe?
    Ponieważ jest moda na konserwatyzm, to i w gotowaniu być może będziemy promować to, co polskie

  23. Lubię gotować i lubię dobrze zjeść. Nie ukrywam – często sięgam po nowe przepisy bo chcę wypróbować nowe smaki. I jak mi coś odpowiada wprowadzam do swojej kuchni. Ale czytając twój wpis, uśmiałam się nieźle. Własnie tak Ultro – nie o to chodzi co masz na talerzu, ale co lepiej brzmi, co przekonuje, że taka światowa jesteś i byle kładzionymi kluskami czy kopytkami się nie zachwycisz. Ale gnocchi – proszę bardzo, toż to nobilitacja. Nawiązując do popularnego kiedyś sloganu: musisz to zjeść! Myślę, że te kulinarne snobizmy – bo to snobizm moim zdaniem – to część ogólnego trendu – wszystko dobre, co nie nasze, inne, nieznane. I to w wielu dziedzinach. I niech sobie będzie. Tylko mi nie wmawiajcie, że jest lepsze od rosołu z makaronem

    • Iwonko,
      moje wnuki lubią kopytka, więc nie będę im wmawiać, że to gnocchi, choć podobnie jak we Włoszech przeciągam na widelcu i posypuję serem, a nie otulam gorgonzolą.
      Serdecznie pozdrawiam

        • Iwonko,
          jak zwykle przerysowuję, ale gdy widzę śmieszność, to sarkazm sam ciśnie się na usta. Przyznaj, że we wszystkim potrzebny umiar, nawet w tej jedzeniowej rozpuście.
          Serdeczności.

  24. W epoce globalizmu jak widać nie tylko języki się mieszają. Myślę, że po zachłyśnięciu się tymi nowościami wrócimy jednak do pierogów i kopytek :)

    • Romanie,
      pretensjonalne nazwy śmieszą, więc i restauratorzy muszą spuścić z tonu i zmienić bzdurne menu na normalne i „jesieną bryzę” zamienią na sałatę z prażonymi nasionami słonecznika.
      Serdecznie pozdrawiam

  25. Lubię różnorodne jedzenie. Kiedy jadę do Helsinek, odwiedzam zawsze restaurację nepalską. Karmią pysznie i niedrogo, do tego jeden posiłek składa się z kilku dań serwowanych na jednej tacy, podzielonej przegródkami. Porcyjki są niewielkie, ale pysznie przyprawione, o różnych smakach. Do tego kawałek tradycyjnego nepalskiego placka. Pyszne. Właściciele, rodowici Nepalczycy, już nas znają. Witają zawsze z uśmiechem. Warto posmakować dań różnych kuchni. Żeby wiedzieć jakie miejsce, w tym bogactwie, ma nasza rodzima. A jest się czym szczycić, bo tradycyjna kuchnia polska jest bogata w smaki i niezwykle różnorodna. Choć nie zawsze zdrowa.
    Pozdrawiam Ultro serdecznie:)

  26. Elu,
    warto znać i warto popróbować potraw z różnych stron świata.
    Ale nazwa”sola solo w sosie śmietanowym” podobała mi się, więc zrobiłam także u siebie w domu. Natomiast ta nazwa już jest pretensjonalna:
    „Pierś kacza podwędzana na drewnie wiśniowym, podawana z gruszką marynowaną w starym winie i goździkach w towarzystwie purée z buraków i zapiekanki z jabłek w sosie różanym.”
    Zasyłam pozdrowienia

  27. Chyba się wreszcie drzewko komentarzy „wyłożyło”? :)
    Cieszę się gdy komuś smakuje i cieszę się, gdy ktoś skorzysta.
    Jak dotąd moim największym wyczynem był tort egipski, z pięcioma warstwami, kilkoma smakami kremu, z całą masą różnych orzechów i tłuczonym karmelem. Nigdy więcej tego wyczynu nie powtórzyłem, ale często korzystam z przekładek miodowych, które „puchną” po przełożeniu i dojrzewają stając się jak najdelikatniejszy biszkopt. :)

    • Kneziu,
      masz mój szacun. Aż wstyd się przyznać, że tyle lat, a tortu egipskiego nie wdziałam na oczy. Nawet w Internecie podają trzy warstwy, a nie pięć. Tylko podziwiać. A te przekładki to dopiero intrygują…
      Ja tam nadal zachęcam do dzielenia się tymi innowacyjnymi i sprawdzonymi przepisami, skoro póki co nie wymyślono pigułek zastępujących jedzenie.

  28. Lata temu w Węgorzewie zaszliśmy z córeczką do Karczmy Staropolskiej, i tam zaordynowaliśmy sobie – jakżeby inaczej – zupę staropolską, pierwszą pozycję z menu. Z niejakim zdziwieniem znaleźliśmy w niej … ryż!
    Zapytałem, czy pojawiły się jakieś materiały sugerujące, że przed Marc Polo jakiś Polonus ustalił stały kanał importowy z Chinami. Powiedziano mi, że nie – ale jakoś tę zupę trzeba było nazwać i ta nazwa szefowej spasowała. ;-)))

    • Tetryku,
      „Stek, zrazy, pierogi, kołduny,
      Wędzonych kiełbas dym…
      Ułani jak jasne pieruny
      Walczyli po wikcie tym!
      Nasz rodak popuszczał szelek
      (gdy nie stać go było na pas)
      I mawiał: – O, kuchnia Felek,
      To kuchnia w sam raz dla mas! ”
      Serdecznie pozdrawiam.

    • Z kolei ja w kraju ryżem stojącym napotkałam restaurację nazwaną KRAKOW. Na nazwie się jednak skończyło, nic w karcie dań ani nic w ogóle nie kojarzyło mi się tam swojsko ;). Moje ówczesne umiejętności komunikacyjne nie były wystarczające, by zapytać. Przypuszczam, że właściciele z ukontentowaniem obeszli kiedyś to miasto w czasie wycieczki do Polski. Cóż, ja obeszłam się smakiem :). Pozdrawiam.

  29. Trochę może i jest w tym przesady, ale nie sądzisz, że blogi nauczyły nas celebrować jedzenie?
    P.S. U mnie i tak znajdziesz polewkę i pierogi, bo sztuką jest także doceniać to, co doceniają w naszej kuchni inne nacje.

    • Królowo Karo,
      blogi o jedzeniu będą odwiedzane przez wszystkich, którzy lubią jeść. Dobre blogi, są i takie, które kopiują przepisy, często z błędami.
      Serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.