O nietrwałej miłości rzeczy świata tego, czyli rozterki człowieka nie tylko epoki baroku

       Leibnitz (G.W. Leibniz) udowadniał, że nasz świat jest jedynym możliwym i najdoskonalszym ze wszystkich światów do pomyślenia. Jeśli do pomyślenia, to pewnie i do zamieszkania. Tymczasem skomplikowanie widoczne gołym okiem  tego najpiękniejszego ze światów, powoduje pęknięcia pomiędzy konkretną rzeczywistością, a  wyobrażeniem o boskim uporządkowaniu. Skoro Kartezjusz uważał, że „Obcowanie z autorami wieków minionych jest tym samym prawie, co podróżowanie” –  zatem  p o d r ó ż u j m y.

              D. Naborowski, jak przystało na twórcę baroku, poszukiwał,  jak każdy człowiek, harmonii i sensu istnienia na tym świecie. Oczywiście, nie znalazł, ponieważ natura i przeznaczenie to dwie nie do pogodzenia skrajności. Człowiek został stworzony jako istota niedoskonała, stąd życie jego upływa między grzesznymi pragnieniami, a wymogami określonych zasad i to wymaga wiecznej pracy nad  samodoskonaleniem. Wiadomo, dobra tego świata mają określony czas przydatności, więc kuszą, nęcą i wabią, a człowiek wie, że czas między datą urodzin a śmierci nie imponuje nadmierną długością. „Między śmiercią, rodzeniem byt nasz ledwie może / Nazwan być czwartą częścią mgnienia”, zatem to mgnienie należy przemyśleć, aby znaleźć sens i jak najlepiej  wykorzystać dany mu czas.

              W wierszu „Marność” Naborowski nawiązuje do słynnego zdania z Księgi Koheleta – ”Marność nad marnościami i wszystko marność”. To życie jest krótkie, ulotne, kruche. Upływa niczym „błysk”, „głos”, „dżwięk”, „wiatr”, pełne obaw o los i pełne niepokoju o przyszłość i jutra los. Nic nie jest trwałe, stabilne, zapewnione, więc człowiek,  jak ta trzcina na wietrze...I cóż z tego, że myśli, skoro z lewa na prawo i w zależności, skąd wieje…

            Widoczne rozdwojenie człowieka wątłego, słabego, zagubionego w gąszczu przykazań, dylematów, sprzecznych idei powoduje to wołanie z owej puszczy bez nadziei usłyszenia i bez możliwości wyprostowania komplikacji świata w życiu tak krótkim niczym mrugnięcie okiem. W sonecie  M. Sępa Szarzyńskiego „O wojnie, którą wiedziemy z szatanem i ciałem” wołanie przybiera dramatyczny charakter. Człowiek ma  poukładane i spokojne życie? Ależ skąd!  Ludzki los to przecież „wojowanie”, „cierpienie” i „walka”. Urokliwy świat wystawia grzeszne ciało na pokusy „wątłego, niebacznego”. Rozdwojenie w sobie widoczne, jak odwieczny bój dobra ze złem. Zakręcony w ten  barokowy koncept, zafascynowany zaskakującym paradoksem, cny czytelniku, siądź po zachodzie słońca  z tomikiem mistrza maniery J. A. Morsztyna i przyjrzyj się tej wyszukanej formie bieli balabastru, koralom ust, łabędzim szyjom, oczom jaśnie świecącym jak słońca. A wszystko to marność?

            Jedno jest pewne, tenże ozdobny barok nie był nudny i zaskakiwał ludzi ciekawymi przemyśleniami oraz bogactwem wyobraźni. „Prędzej kto wiatr w wór zamknie” niż rozwikła, kto jest wygranym w tej walce: świat, niebo, szatan, czy ciało, a odpowiedź tkwi jak zwykle między wersami. Starsi i bogatsi o wieki wiemy, że przeciwieństwa się przyciągają, więc czasem i niezgodność może być harmonią. Przebóg!  Podstępne sidła rozumu i to „ja” liryczne skłąniają do refleksji nie tylko w baroku epoce. Nie ugasi się ognia łzami, „rozdwojony w sobie ”,  wątły człowieku.

Ta wytworność i kunszt baroku

     szez

           Prymitywne formy życia widzę codziennie, więc przydałoby się czasem zobaczyć coś wykwintniejszego. Siedzę na rzeźbionym szezlongu z wygiętymi nogami lwa, trzymam w ręce te delikatne, porcelanowe ucha i patrzę na złoconą ramę zdjęcia.  O mało co luksus. Toż te perełki o mało co baroccowe pełne wytworności i niepospolitych rzeźbień niewątpliwie sprawiają wrażenie dostatku i finezji. Człowiek w takim wnętrzu sam czuje się, jakby był w dworkowym salonie, a nie w blokowisku. W czasopiśmie „Czas na Wnętrze” znalazłam ciekawe artykuły na temat łączenia mebli z różnych epok. Doskonale się komponują w każdym nowoczesnym wnętrzu. Zachęcam do przejrzenia, aby uniknąć zbędnego przeładowania i przytłoczenia nadmiernym nagromadzeniem sprzętu.

                Epoka baroku (trwa od poł. XVI do XVIII w.) miała zamiłowanie do przepychu, bogatej ornamentyki, złoceń i fantazyjności celem olśnienia, zaskoczenia oraz zadziwienia człowieka. Barok z port. barocco znaczy „perła o nieregularnych kształtach”, a z wł. dziwność, nietypowość. Przerost formy nad treścią widoczny był w literaturze, sztuce, a nawet w codzienności. Trzeba bowiem wyobrazić sobie panów w żupanach i kontuszach ze zdobionymi pasami, z głową pełną pudrowanych loków w białych perukach. To było nie lada wyzwanie, żeby ten puder nie sypał się z głowy. Panie starały się inspirować modną Francją, więc te suknie na rusztowaniach ukazujące przepych, ważyły sporo. Miały obszerne dekolty, a na suknie narzucano  jubki. Gorset i stelaż sukni niewątpliwie utrudniały ruch. Fryzury pań osiągały niebotyczną wysokość,  stąd potrząsanie głową nie było wskazane. Większość peruk była z włosia końskiego. Ogromne kapelusze ze zwojami tiulu, sztucznych kwiatów i piór robiły wrażenie i onieśmielały tych nieśmiałych. Takiej damie nie zapodasz – jak to rzecz ma się współcześnie – tych  okoliczników czasu i miejsca spotkania. Nie uchodzi.



             Zafascynowani barokową muzyką A. Vivaldiego, J.F. Haendla, J. S. Bacha, musimy zauważyć miniaturyzację, lekkość, finezję i pełną uroku sielankowość (muzyka kojarzona ze stylem galant), owe figury retoryczne, jak wykrzyknienia, przerwy, zawieszenia, powtórzenia. Muzyka zw. fugą (ucieczka), to przechodzenie tematu przez wszystkie głosy. Barok niesie widoczne  także w muzyce przesłanie do człowieka. Charakterystyczną cechą jest kontrast między wysokim a niskim rejestrem realizowane na instrumentach takich, jak: klawesyn, organy, wiolonczela, fagot. Chciałabym przybliżyć charakterystyczny dla baroku instrument zw. viola da gamba. Proszę się zauroczyć:



Kto ciekaw kroku kontredansa i innych tańców, tu znajdzie wskazówki:



Proszę popatrzeć i posłuchać (naocznie i „nausznie)  Vivaldiego:



          Rene’ Descartes (Kartezjusz) uważał, że człowiek jest myślącym umysłem. Istotę bytu stanowi ratio, rozum, umysł. W „Rozprawie o metodzie” wypowiada znane „Cogito ergo sum” – myślę, wiec jestem. Z kolei Blaise Pascal dowodził, iż „Myśl stanowi wielkość człowieka”, ale „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna”. Najbardziej znane jego powiedzenia to: „Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą” oraz  „Opi­nia większości jest opi­nią naj­mniej zdolnych”. Na koniec przedstawić wypada wynalazcę teleskopu, Galileusza. Wprawdzie  przymuszony wyparł się swoich poglądów, że Ziemia krąży wokół Słońca, jednakże  legendarne słowa wypowiedziane szeptem przed sądem inkwizycji brzmiały: „A jednak się kręci” .

            Zatem barok to nie tylko dziwna perła, srebrny wiek, ale przede wszystkim ciekawa epoka ze swoją dekoracyjnością, przepychem, kunsztowną ornamentyką i dbałością o formę. Z pozycji tego rzeźbionego szezlongu, koronek i głaskania złoconych brzegów filiżanki rodzi się sentyment do staroci, czyli coś jest na perle rzeczy.

Szczęściem jest mieć swój świat, Leśmianie

    Bolesław Leśmian – Szczęście

„Coś srebrnego dzieje się w chmur dali.
Wicher do drzwi puka, jakby przyniósł list.
Myśmy długo na siebie czekali.
Jaki ruch w niebiosach! Słyszysz burzy świst?

Ty masz duszę gwiezdną i rozrzutną.
Czy pamiętasz pośpiech pomieszanych tchnień?
Szczęście przyszło. Czemuż nam tak smutno.
Że przed jego blaskiem uchodzimy w cień? …

Czemuż ono w mroku szuka treści
I rozgrzesza nicość i zatraca kres?
Jego bezmiar wszystko w sobie zmieści,
Oprócz mego lęku, oprócz twoich łez”.

         Nikt nie wie, co to jest to szczęście. Nawet prof. W. Tatarkiewicz, choć próbował go naukowo zdefiniować. Eudajmoni, dobry los, starożytni przypisywali różnym pojęciom i tak Demokryt – harmonii ducha, epikurejczycy – przyjemnościom, Arystoteles – wiedzy, a stoicy – cnocie. Czasy nowożytne definiują jako zadowolenie z życia, przy czym szczęśliwy nie oznacza, że musi być wesoły, jednak głębszy stopień szczęśliwości wymaga wysiłku, pracy, zabiegów, bo w życiu nic samo nie przychodzi, a tym bardziej szczęście Nie wystarczy zaklinanie „chwilo trwaj”, nie wystarczy czekanie, a tym bardziej liczenie płatków tej czterolistnej, obsypywanie tym ryżem, czy cukierkami przed kościołem. Ze szczęściem to jest trochę tak, że wszyscy o nim mówią, ale niewielu  tak po prawdzie  go doświadcza.

          Podmiot liryczny w wierszu Leśmiana zauważył, że w końcu to wyczekiwane „szczęście przyszło”. Wiatr zapukał w okno, przyniósł list. Ma prawo być radosny i szczęśliwy. Spotkanie poprzez wiadomości obfituje również w nieziemskie wydarzenia, bowiem „coś srebrnego” uczyniłoruch w niebiosach” i przyniosło te dobre wieści. Zatem wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią o trwaniu zadowolenia. Tymczasem w chwili, gdy owo szczęście przyszło, zamiast cieszyć się tą wyjątkową chwilą blasku, podmiot liryczny chowa się w cieniu, a „w mroku szuka treści”. Zwraca się do adresata, „Czemuż nam tak smutno”, ponieważ życiowe doświadczenie podpowiada, że nic wiecznie trwać nie będzie. Tym bardziej, że nasza rozrzutność w uczuciach jest znana, stąd uzasadniony lęk. Miła pani, przystojny panie, a któż powiedział, że piękne chwile i ta radość ma trwać wiecznie, niezmiennie i w tej samej gwiezdnej postaci? Zakochani bohaterowie Leśmiana słusznie obawiają się, że to nie będzie stan trwały. Problem w tym, że gotowej recepty na szczęście nie ma i na szczęście nie zanosi się, by ktoś opracował tego typu suplement na śniadanie. 

              Skoro w naszym życiu dominuje ulotność, nietrwałość, wniosek prosty. Szczęśliwymi są ci, którzy umieją się wspólnie cieszyć małymi przyjemnościami, krótkimi chwilami, potrafią cieszyć się drobiazgami, a ból, cierpienia fizyczne i duchowe przekują na pozytywne zmiany. To oni mają szansę być zadowolonymi z życia. Pamiętajmy, że diabeł zawsze tkwi w tej odpowiedniej dla siebie  i n t e r p r e t a c j i.

Jest gdzieś kraina młodych tetryków

         most

 Dostałam ciekawy żarcik, który stał się inspiracją do napisania tego postu:

„Mała kwadratowa saszetka
z nadrukiem „Ultra”
( Żart)

Nie byłbym sobą,
Wyzuty z żartu,
Z chorą wątrobą,
Miałki ,bez hartu -
Gdybym przejść obok
Miał od niechcenia,
Nie wspomnieć nazwy
Z zauroczenia

Zatem, co ta saszetka mieściła w sobie?
Kto, z pośród tetryków ,przypomni sobie ?”

        Smak minionego czasu tetrycy nazywają  ’jakby to było wczoraj’.  Chwile pędzą do przodu, ale oni  wciąż zaglądają do tyłu, by złapać to ulotne piórko istnienia.  To Andrzej Waligórski wiedział, co wyeksponować i czego człowiekowi potrzeba, aby się chciało łapać powietrze w każdym momencie matuzalemowego wieku. Czego to tetryk nie zrobi, by przenieść się w ów „szczęsny czas” niedawnych lat, które choć trochę umilą wieczór życia i pozwolą wyjść na ten czerwony dywan, gdziekolwiek by on nie był:

„Dobrane grono starych zgredów…

Więc chichy-śmichy, gadu gadu:
– Pamiętasz Manię, Franię, Zosię?
I tak czas zleci do obiadu,
A dziś jest ozór w szarym sosie.
Cóż, portfel pełen masz gotówki,
A dla swych kumpli wiele serca,
Więc od żubrówki do wiśniówki,
A może być i vice versa.” (…)

         Taki paradoks, że dopiero w wieku dojrzałym, tetryku, masz czas na smakowanie życia i nigdzie ci się nie spieszy. Nie straciłeś swoich właściwości, przecież nie jesteś tą żółtą plamką w oku. Zaskocz się tym, że dostałeś BON na ten święty spokój z tym kotem w głowie oraz gotowaną marchewką na deser. A co ten kot robi z człowiekiem, to już inna bajka. Z łóżka już nie musisz się zrywać, wątroby też nie poczujesz, wiadomo, nie te oczy, nie przedawkujesz. To, że w krzyżu łupie, rwie w kolanach, a serce jak oszalałe bije, znaczy, że żyjesz. Teraz spokojnie możesz wybierać na skróty prostsze i twardsze podłoże. I niech tetryka  nie złości myślenie o tej starości. Może i życie nie wyszło, ale już nie jesteś naiwny, więc  świadomie wyrzucasz te pastylki na miłość, na sen, na jędrność, na samopoczucie, na młody wygląd. Przecież i tak jesteś w lepszej sytuacji niż ten młody, który co rano czuje się jak rozjechany co najmniej przez kilka tirów z powodu dylematów: praca czy odpoczynek, kariera czy dziecko, dodatkowa praca czy podszewka w kieszeni, wynajęty dach czy kredytowe uwiązanie do końca życia. Ich to dopiero głowa musi boleć.

              Chociaż serduszko zapikało, motyle się odezwały, kolanka zadrżały, przedstawiam obrazki:

Obrazek1*  Człapie po chlapie tetrycia do apteki. Zaraz, zaraz, a gdzie kartka? Została w domu? Cóż ci, babciu, z dyplomu, jak nie kupisz nawet Ibupromu

Obrazek2* Z czwartego piętra wolno stopień po stopniu tetryk schodzi. Już na ulicy. Stop. Stoi. Zszedł, ale się dziwi: wyszedłem, ale gdzie i po co?

Obrazek3* Znajomy zaprosił, pewnie ma coś do przemyślenia, ale w drogi połowie:  A żelazko? Zamknąłem drzwi? Wyłączyłem  gaz? Cały czas to samo zamulenie w głowie.

Obrazek 4* Idziesz spacerkiem, ptaszki świergolą, wiosna wokoło, nie dokucza gastryka,  ktoś ci się kłania. Myślisz, skąd znam tego tetryka? A w świadomości:  czas iść na kozetkę do psychoanalityka.

 Obrazek 5* Trzeba wziąć tabletki. Ale gdzie schowane? Głęboko, starsza epoko.  Wziąć miałem połówkę myszobiałej, czy brązowożółtej, całą ziemistoceglaną, czy jasnozieloną, ćwiartkę szarej, czy mętnoburej? O, tragigrotesko, a co z niebieską?

              Studium, co widać na załączonych obrazkach, brzmi optymistycznie. Tetryk nie musi być wcale  taki perfekcyjny…

„Dobra rada dla tych, którzy się starzeją: / Niech zacisną zęby i z życia się śmieją. / Kiedy wstaną rano, „części” pozbierają, / Niech rubrykę zgonów w prasie przeczytają. / Jeśli ich nazwiska tam nie figurują, / To znaczy, że zdrowi i się dobrze czują”.

             W.Szymborska w wierszu pt. „Jak się czuję” daje dobrą radę, ale tak naprawdę recepty na tetryczenie nie ma. Każdy sam ją sobie napisze. Kiedy kończy swój „Proces”  F. Kafka, już sam jest skazany wyrokiem bez orzeczenia winy, bo chorobą. Także tytułowy  p r o c e s  naszego życia również nie zawsze jesteśmy w stanie wygrać. Dodam jeszcze to swoje perwersyjne „r”, czyli taki sposób punku widzenia: 

„Wszyscy jedziemy na tym samym wózku / Od strachu ratuje nas tylko defekt mózgu.”

           ”Róbmy swoje” – śpiewał mistrz Wojciech – wszak „Jest jeszcze panna Hela” i niezapomniany śledź w śmietanie.

        …Jest gdzieś niezwykle oryginalna kraina stetryczałych ludzików, nigdzie się nie afiszują…Wszyscy zdrowi i dobrze się czują…

[PS. Skąd mój nick? Skrócony. Pierwotnie miał brzmieć "non plus ultra", parafraza "nec plus ultra" z Ks. Hioba (38, 11)...dalej nie postąpisz; ani kroku dalej; poza tym zasięgiem; nic ponad to; tylko dotąd, nie dalej].

 

Piwnica Pod Baranami trwa na przekór szarym, smętnym dniom

           Minęły kolejne dekady, świat się zmieniał, a Piwnica pod Baranami śpiewała: „Na naszej wyspie / żyjemy wszyscy / śliczni i czyści…” Jedyny w swoim rodzaju taki kabaret, oaza wolności, azyl niezależności i swobody. S. Mrożek wspominał: „Piwnica w tym naszym dość jałowym życiu krakowskim świeciła jak jutrzenka.” Klub był elitarny, skupiał inteligencję, przyciągał studentów, prawników, lekarzy, dziennikarzy, gdyż tu można było mówić bez ogródek, nikt nie przejmował się cenzurą. Iluż artystów   karmiło publiczność absurdem, polityką, sztuką. Artyści przychodzili, odchodzili, ale jakość była najważniejsza od zawsze. „Ja minę, ty miniesz, on minie, mijamy…”

          Trzeba i to zaznaczyć, że dawniej większa była niezależność i większa wspólnota ludzi. To są radosne, aczkolwiek biedne czasy, gdyż nie mieć pieniędzy nie oznaczało wstyd, ale raczej był to powód do normy. Początkowo za występ zapłata wynosiła równowartość 50 g wódki. Kto ze współczesnych zaśpiewa choćby i za całą flaszkę? Był ten patos, ale także drwina, błazenada i dobra zabawa. Piotr Skrzynecki wspominał, że pamięta improwizację, kiedy występowały cztery osoby, bo reszta nie mogła, pamięta rzucanie krzesłami, więc pogotowie musiało do rannych przyjechać. Obecnie nie do pomyślenia, jak i to, że każdy robił to, co lubił w tym nocnym szaleństwie muzyki, poezji, wszak hasło Piwnicy brzmiało: Jak się sami nie zabawimy, to nikt nas nie zabawi (powtórzone przez Skrzyneckiego za Montaigne’em). Zostają wspomnienia, jak choćby tego rautu w Wierzynku, gdzie rozdawano prezenty, zatem Grechuta dostał kredki, Warchał skarpetki, a Turowicz marcepan. Zgrzebność owych czasów nie do powtórzenia, choćby trud załatwienia materiałów, świec, strojów. A kto wam dziś usprawiedliwi nieobecność nietrzeźwością? Nikt. Gdyby rzucano w publiczność płaszczami, wieszakami i innym sprzętem, czy budzono żeński akademik o czwartej nad ranem okrzykami: mamy rzodkiewkę, przyszliśmy na śniadanie, to pewnie bulwarówka miałaby o czym pisać nie tylko jeden tydzień.

            Polityka też była zawsze w kabarecie: władze Półtuska ogłosiły, że zmieniają nazwę na Półtoratuska, przy czym nazwa „nie jest perfidnym nabijaniem się z J. Kaczyńskiego”. Ewidentnie widoczny był także wśród PIWNICZAN powszechny brak szacunku do cnoty abstynencji, podobno z powodu … nieschematycznego myślenia. Kiedy wódki nie można było kupić, wystarczyło iść na melinę, by potem przy bułce ze śledziem dyskutować do tego białego dnia. Jak ja lubię skandale – wzdychała H.Wyrodek – „Cóż poradzę, że gdy się napiję wódeczki, to nie wszystkich lubię.” Trzeba było mieć piwniczny charakter, by przetrwać w zdrowiu owe Zaproszenia na Piotrowiny (wykwintne bicie świni, przymierzanie trumien), szalone bale (w Pieskowej Skale, prywatnych mieszkaniach), bal w Feniksie „Komuno wróć”, Noc paryską na Floriańskiej itepe. Sławne były striptizy z rozbieraniem z napisów przyczepionych do ortalionowego płaszcza  („stopa życiowa”, „mąka”), czy roznegliżowywanie globusu.

        Nie byłoby świętych sobót legendarnego kabaretu bez: S. Mrożka, G.Turnau, W. Dymnego, Z. Koniecznego, H. Wyrodek, Z. Preisnera, A. Szałapak, J. K. Pawluśkiewicza, G. Turnau, T. Kwinty, B. Nawratowicz, M. Święcickiego, A. Warchała, L. Długosza, P. Ferstera, E. Wnukowej, B. Micka, L. Wójtowicza, J. Wójcickiego, B. Rybotyckiej, O. Maurer, K. Madeja, Z. Raja i oczywiście P. Skrzyneckiego: „Niech żyje śmiech, / Niech żyje szał”. Piwnica zamierała, gdy na scenę wkraczał Czarny Anioł, niezwykła E. Demarczyk ze swymi przebojami, a Z. Konieczny nie doczekałby się opinii, że jego „muzyka zgwałciła tekst M. Białoszewskiego „Karuzela z Madonnami”, śpiewany przez E. Demarczyk. Kto pamiętałby niezaprzeczalny urok pszeniczno – jęczmiennego łanu, gdyby nie słyszał piosenki M. Święcickiego oraz wspomnień L. Długosza  - „Pod Baranami też już inny czas”. Biały  Anioł, czyli A Szałapak, nazwana tak przez A. Osiecką, rozsławiła Piwnicę wykonaniem  piosenki „Grajmy Panu”, słynne „Konie Apokalipsy” interpretował J. Wójcicki, a kiedy H. Wyrodek śpiewała „Naszą młodość”, wzruszenie wszystkim odbierało mowę i dławiło w gardle.

            „A wszystko przecież miało trwać/ najwyżej pięć lat.”  Najsławniejsza w Polsce Piwnica Pod Baranami  z 1956 roku omijała dziejowe zakręty  i mimo śmierci Piotra jej geniusz  nadal trwa. W czasach obecnych otwierana jest także w ciągu dnia, młodzi czytają, słuchają, grają w szachy. Ale to już inny kabaret (patrz:Zakaz palenia). Obecnie każdy ma swoje sprawy, pilnuje interesów, żyjemy  przecież w epoce konsumpcyjnej. Ech, Piotrze, widzisz to i po policzku spływa ta czterdziestoprocentowa łza…

Chłód intelektu z egzystencjalną ciekawością

         małpa

           Matka sławnego Z. Freuda chciała synowi objaśnić słowo „świat”. Potarła spracowaną dłoń o drugą rękę i mówiła, by przypatrzył się temu brudowi, drobinkom skóry, prochom i potowi ludzkiemu. Taki jest świat. Niby nasz świat, ale jakże rozciągnięty przez współczesnych. Jem tę rzodkiewkę od spodu z powodu chemii, wgryzam się w tych myślicieli, którzy próbowali wyjść poza obiegowe, utarte:  SIĘ ŻYJE.  Wprawdzie nie ma co kwestionować sposobu życia według odwiecznych, sztampowych,  naturalnych schematów, ale w końcu  wypadałoby nam wreszcie uszyć garnitur rozwoju według sensowniejszego programu niż pakiet socjalny i odwieczny szablon. Umberto Eco podpowiada: „Żyć tak, jakby istniał Plan – oto kamień filozofów.”

            Karl Jaspers w latach pięćdziesiątych ub. wieku pisał, że kiedy człowiek ubiera się dość dziwnie, pozwala sobie na swobody erotyczne, spędza czas w kawiarni, wygłasza osobliwe frazesy znaczy, że jest egzystencjalistą. Współcześni wpasowani są  idealnie w te słowa (z małym wyjątkiem preferowania pubów), szyją te garnitury egzystencji według przyciętego przez siebie szablonu i ucieczki od trudnych pytań w stronę kanapki z majonezem i chemicznym hamburgerem (proszę zauważyć, że nawet milion wygrasz nie za wiedzę, a za internetowe wiadomości typu Eksluzywny Menel).

            Genialne umysły filozofów od wieków próbowały opisać życie i los  ludzkiej egzystencji skierowanej na siebie i na zewnątrz oraz starali się zadawać trudne pytania, których unikamy w swojej codzienności ze względu na własne lęki i ograniczenia wiedzy.

             Martin Heidegger przedstawiał życie jako ciągłą próbę ucieczki od oczywistej prawdy, że człowiek jest zostawiony sobie, porzucony, samotny, bo trudno żyć z wiedzą, że każdy musi ten świat kiedyś opuścić, a jeszcze po drodze dopadają go tragedie, jak śmierć bliskich, choroby, nieszczęścia, konflikty. Życie to pozorny spokój zawieszony w „nie – bycie”, a człowiek odnajduje jako „Siebie – Się”. Jak włączyć samoświadomość i to cogito, nie zawsze można spokojnie zasnąć.

           J. P. Sartre skłaniał się bardziej ku etyce. Metaforyczne stwierdzenie, że człowiek jest nicością miało na celu podkreślenie tej ogromnej różnicy, przepaści, jaka zachodzi między bytem świadomym, a nieświadomym: „Człowiek jest bytem możliwym, wybiera siebie i tworzy, ponieważ jest wolny”. Najważniejsze wreszcie to zdanie kluczowe:  „W istocie każdy nasz czyn, poprzez który stwarzamy w sobie człowieka według własnej woli, pociąga jednocześnie stworzenie wzoru człowieka takiego, jaki według nas być powinien”. Zatem – zdaniem Sartre’a – spada na nasze barki ogromna odpowiedzialność za nasze dokonania i nasze czyny, skoro mamy  w o l n o ś ć  w y b o r u.

         A. Camus szuka z kolei sensownych perspektyw na uratowanie człowieczeństwa, kiedy widać zewsząd klęskę wszelkich wartości i braku ludzkich odruchów. Ludzie nie tylko kłamią, oszukują, donoszą, zdradzają, ale dla przyjemności torturują, poniżają, czy mordują. Camus buduje wizję ludzkości poprzez konfrontację ludzkiego rozumu z bezsensem świata i haniebnymi uczynkami człowieka.  Kiedy jedni ludzie w widzeniu rzeczywistości odwołują się do rozumu, drudzy szukają ucieczki w religię, jeszcze  inni podejmują rękawicę i próbują walczyć. Człowiek widzący jasno „zgadza się na życie w takim świecie, z niego czerpiąc siły, odrzucając nadzieję i świadcząc uparcie, że można żyć bez pociechy”. Pozostaje pytanie, jak walczyć z owym bezsensem, z absurdem tego skomplikowanego świata. Otóż niezgoda oznacza bunt i według Camusa „ten bunt nadaje cenę życiu”. Obejmuje całą egzystencję ludzką i przywraca jej wielkość. „Dla człowieka bez klap na oczach nie ma piękniejszego widoku niż widok inteligencji walczącej z realnością, która ją przekracza”. Przesłaniem Camusa jest życie w tej prawdzie, że bitwy staczane między ludzkim rozumem a rzeczywistością, w wyniku których rodzi się nasza egzystencja, gdzie „nie ma już boskiej bajki, która raduje i zaślepia, ale ziemski wygląd, gest i dramat, w których streszcza się trudna mądrość i pasja”.

            Egzystecjalistom wypada oddać szacunek za odkrycie, że zawsze już mi „jakoś jest”, za „troskę o kogoś” i „o coś”, za zanurzenie w świat niełatwych, ontologicznych pytań, za „to, co jest”, za wyjście poza przyziemność,  za to nadzwyczajne  ”się żyje” i za te myślniki:  „nie – bytu”, „wydobywanie – na – jaw” „rzeczywistości – ludzkiej”.  F. Nietzsche trafnie podsumował: „Cały świat w to wierzy; lecz w cóż nie wierzy  świat cały”. I w cóż nie uwierzą ludzie – filozoficznie rzecz ujmijmy.

             Popkożerco (określenie Wojtka), niechże twój laptop będzie odważniejszy w stawianiu pytań i diagnoz, skoro jesteśmy na ziemi po to, by mówić swoim głosem na wieki wieków, porządkować chwile i słuchać trybunału wewnętrznego, jakim jest sumienie. Popkożerco, „mój piękny panie, raz zobaczony w technicolorze”, Hamlet nie umarł, gdyż nadal słychać:  ”Kawior dla ludu”.

Ta nasza Mania o genialnym umyśle

            wieza eifla

            Czytasz, że to podwójna noblistka, mąż prawie ideał, dwie wspaniałe córki, wykłady na Sorbonie, dom w Paryżu i od razu myślisz: ta to miała szczęście. Tymczasem jej życie – jak życie każdego z nas – nie rozpieszczało, nie było usłane różami, a nawet trzeba to mocno wreszcie wyraźnie powiedzieć: rzucało kłody pod nogi. Jak to życie…  Maria Salomea Skłodowska zwana przez wszystkich Manią w wieku jedenastu lat straciła matkę, więc zatracała się w książkach i co rusz miewała depresje.

             Po ukończeniu Żeńskiego Gimnazjum Rządowego chciała się uczyć dalej, ale – jak wiemy – w Polsce dziewczętom wstęp  na studia był wzbroniony, zatem została guwernantką. Poznała swoją pierwszą miłość, Kazimierza Żórawskiego, ale jego rodzice nie zgodzili się, by ich syn ożenił się z jakąś tam guwernantką. Znów wróciła „czarna melancholia”.  Kiedy siostra zaproponowała przyjazd do siebie i studia w  Paryżu, skorzystała i była jedną z dwudziestu trzech kobiet, które studiują na Sorbonie. Pochłonięta nauką, zapominała o jedzeniu, a kiedy dostała stypendium, już nie głodowała. Sytuacja powtórzy się po poznaniu Pierre Curie. Zaabsorbowani doświadczeniami, nie potrafili powiedzieć, czy i co jedli na obiad. Stany depresyjne wracały.

         Po ślubie (a w ramach podróży poślubnej pojechali na rowerach do przyjaciół), kiedy na świat przyszła Irena, trzeba było nauczyć się gotować, studiować przepisy o karmieniu niemowląt, opiekować się córką, przechodzić koklusze, szkarlatyny i cały czas prowadzić badania w laboratorium. Biografowie jakoś nie pokazują tej codziennej prozy życia, a trzeba było wyjść, by nakarmić dziecko, ugotować, sprzątnąć, łatać ubrania. Wówczas nie kupowało się co sezon nowych. Tak długo cerowała swoje suknie, że nie nadawały się do noszenia. To czasy, gdy półfabrykatów ani gotowców nie było, więc ubrania przy fizycznej pracy niszczyły się szybko. Dołączyły się ataki paniki, czy opiekunka dobrze zajmuje się dzieckiem. To codzienne gotowanie (nie było lodówek), robienie dżemów (a wyborne robiła z agrestu), dbanie o dom, o dzieci musiała pogodzić z precyzyjnymi pomiarami, wyliczeniami, weryfikowaniem wyników, powtarzaniem po wielekroć eksperymentów, studiowaniem, czytaniem i pisaniem prac naukowych. I we wszystkim chciała  być perfekcyjna.  Etapy przetwarzania ton rudy wymagały siły fizycznej, a mieszanie godzinami tym prętem większym od niej samej, nie należało do przyjemności dla młodej dziewczyny. To obsesyjna harówka, tym bardziej, że romans z radem trwał całe jej życie. Laboratorium, czy szopa raczej,  była zimna zimą, a gorąca latem, a przecież godzinami tu pracowała w samotności. Palce miała całkiem spalone od radu, twarde jak cement, z nawracającymi bolesnymi spękaniami. Widać było, że  zawarła swoisty faustowski pakt, ale zapomniała, że jest tylko kobietą, czyli jak słyszeliśmy niedawno osobą słabszą i mniej inteligentną.  Zacofanie wraca i nie udajmy, że go nie widać. 

            Pani Curie i pan Curie pracują cały czas razem, ale nie ma co udawać, że doceniano ich jednakowo. Mimo że otrzymała tytuł profesora, ten zarezerwowany był tylko dla mężczyzn, jej przysługiwał tytuł „madam Curie”. Podczas wręczania Nagrody Nobla dla nich dwojga, Piotr miał miejsce na podium, ona wśród publiczności. Po śmierci męża, kiedy znów zaczęła walczyć z depresją, męska część naukowców zaczęła pisać, że teraz to już nic nie osiągnie, bo to mąż za nią pracował. W chwili śmierci Piotra młodsza córka, Eve, ma czternaście miesięcy, więc siłą rzeczy musiała zająć się małym dzieckiem i starszą córką. Zaimponowała mi, ponieważ postawiła na rozwój kompleksowy ciała, ducha i umysłu swoich dzieci. Starsza poszła w ślady matki, także noblistka, a młodsza  została dziennikarką i pianistką.  Po opublikowaniu dwutomowej „Rozprawy o promieniotwórczości”,  zadrość kazała kolegom wzdychać, że : „Ta biedna kobieta napracowała się bardzo ciężko, ale niezyt przydatna” praca, ma się rozumieć, a jej wykład o „pozytwnych wynikach leczenia raka radem”, wybuczeli. Kiedy kandydowała do objęcia katedry fizyki, dowodzono, że byłoby to zagrożeniem jej kobiecości, wszak „nauka jest dla kobiet bezużyteczna”. (Ten dziewiętnastowieczny pogląd obecnie jest szerzony w Polsce przez europosła, który wbrew nauce twierdzi, że kobiety są mniej inteligentne. Zamiast wybuczeć posła, wszystkie stacje utrwalają jego lans kobietami).

           Kiedy zdarzyło się jej zakochać, wylano na nią tony hejtu i odsądzono od czci: „Jest dokładnie tym, za kogo ją zawsze uważałem – skończoną idiotką” – pisał w szmatławcu Boldtwood. Domagano się opuszczenia kraju. Żadna z tych rzeczy nie miałaby miejsca, gdyby Maria była mężczyzną. Ale nie była, więc oskarżano o rozbijanie związku, choć w rzeczywistości go już nie było, nazywano rozwiązłą,  a przecież nią nie była, wypominano, że była – o, zgrozo – cztery lata starsza, a jakby i tego było mało – podobno była Żydówką, choć wiadomo, że rodzina nawet w zamierzchłej przeszłości żydowskich korzeni nie miała. Ale cóż szkodzi posądzić, zanim się dojdzie do prawdy, coś na rzeczy zostaje. 

           Romans panu Langevinowi nie zaszkodził, a nawet wywindował go w górę, Maria przypłaciła ostracyzmem środowiska naukowego, depresją, zdrowiem, ważyła czterdzieści sześć kg. Ludzie  wciąż potykają się o tę moralność, choć prawdę powiedziawszy, co kogo powinno obchodzić z kim kto idzie pod rękę przez życie, a także co robi pod kołdrą. (Ironia losu, bo wnuk Langevina ożenił się z Helene Joliot, wnuczką Skłodowskiej – Curie). Szczęście znów Maria ulokowała w pracy.

             Pracowała bez zabezpieczenia, więc choroba popromienna dała znać bólami, osłabieniem, szumem w uszach i niedowidzeniem. Kiedy w poł. lat dziewięćdziesiątych rodzina postanowiła przekazać dzienniki, pamiętniki Bibliotece Narodowej w Paryżu, trzeba było widzieć miny obdarowanych, gdy licznik Geigera szalał i dopiero zwolnił po dwóch latach intensywnego odkażania!

        Nasza Maria mówiła: „Ja zaś myślę, że w każdej epoce można mieć życie interesujące i użyteczne, a o to głównie chodzi, aby go nie zmarnować”.  I w tym się mieści oczywisty geniusz w jej nieoczywistej odsłonie. Sama się potem dziwiła, że tyle przeszła. Uważała, że „niczego w życiu nie należy się bać”, a nawet lepiej, gdy nie mamy pieniędzy, ponieważ nie jesteśmy wystawieni na pokusy i rozrzutność. O, Mario, kto tak dziś myśli. Jej wystarczyły szklane fiolki  z małymi cząstkami bromku radu, nam już zapewne nie wystarczą. Trzeba przypomnieć, że to o Pani Marii powiedział A. Einstein: „Pani Curie jest – z wszystkich ludzi na świecie – jedynym nie zepsutym przez sławę człowiekiem”. 

Panie Bolesławie, na wiosnę dzieją się niestworzone rzeczy

Bolesław Leśmian  - „Wiosna”

„Młode jeszcze gałęzie tężą się pokrótce
W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwódce.

Kwiaty, kształt swój półsennie zgadując zawczasu,
Nikłym pąkiem wkraczają w nieznaną głąb lasu.

W dali – postrach na wróble przesadnie rękaty
Z zeszłorocznym rozpędem chyli się we światy,
Jakby chciał paść w ramiona pobliskiej cierpiałki,
Co naprzeciw cień w skrócie rzuca w piasek miałki.

W obłoku – obłok drugi napuszyście płonie.
Wróbel łeb zaprzepaszcza w swych skrzydeł osłonie,
jak gdyby nasłuchiwał, co mu dzwoni w sercuś
świat, zda się, dziś nam nastał, a na pola szczercu,
Gdzie zieleń swym wyrojem omgliła rozłogi,
Bocian, pod prostym kątem załamując nogi
I dziób dzierżąc wzdłuż piersi dogodnie, jak cybuch,
Kroczy donikąd, w słońca zapatrzony wybuch,
Co skrzy się, że go okiem zgarnąć niepodobna,
We wszystkich rosach naraz i w każdej z osobna”.

          A to było tak. Promyk słońca zbudził ziemię, która ruszyła z rozmachem do pączkowania, zakwitania i wzrostu. Zapachniało zielonością jaśniejszą od zieleni, bo wzmocnioną zapachami w tej droższej wersji świeżości na wiosnę. B. Leśmian nie mógł przeoczyć takiego zdarzenia, zatem dzieli się poetyckością tej pory roku w wielu wierszach. 

           Wiosnę otwierają pączki przydając uroku i radości. To są te pączki, które nie tuczą, a dają nadzieję na właściwy rozwój.  Zieleń swym wyrojem ociepliła las i puste, czyli „szczerce” pola. Po błękicie płynie jeden za drugim biały obłok („w obłoku – obłok drugi”), a wróbelek skrywając łebek pod skrzydłem nasłuchuje tych sercowych dzwonów. Wiadomo, cała wiosna zawsze w ptactwie, w rosie i w miłości. 

            W innym wierszu o tym samym tytule Leśmian wiosnę każe oglądać Jędrkowi Wysmółce poprzez otwarte drzwi karczmy. Dlaczego karczmy? Tam jest  alkohol, który odurza. Tak po prawdzie nie wiadomo, co  p i j e m y  o tej porze roku, że chodzimy jak we śnie, uśmiechnięci, zadowoleni, weselsi i upojeni siłą trudną do wyobrażenia i zrozumienia zapewne także. A jakże, wiosna wszakże.

          Panie Leśmianie,

          po co człowiekowi ta wiosna, kiedy świat wywraca do góry nogami, a rzeczy dzieją się prawie niestworzone? Pojawiają się tysiące nóg, żarzenie płomieni, furkoczące spódnice, pożary uczuć, te obłoki i „omglone rozłogi”.  Jedynie  r a c j o n a l n o ś c i  w tym  wszystkim brak aż do ostatniego pierwiosnka i żonkila.

baner