Ty ćmoku, kłobuku, paskudniku i ćmuchu

       IMG_0012

           W pogańskich czasach wierzono, że w każdej chałupie mieszkał domowy duch. Uważano, że ludzie mają swoje gwiazdy, które spadają, gdy właściciel pożegna się z życiem. Każdy miał swojego anioła, który schodził z nieba jako posłaniec bez własnego ciała. Wyobraźnia ludziom podpowiadała, jak wyglądał angel:  urodziwy, ubrany na biało i uskrzydlony.

       Do tej pory wszyscy uważali, że bełt to podłej jakości alkohol. Tymczasem bełty zwane błędami to demony wodzące na pokuszenie po bezdrożach, bowiem powodowały brak orientacji w terenie. Kto myślał, że bełt zniknął z półek i życia, ten jest w błędzie, ponieważ wodzenie po bezdrożach, meandrach, mylenie dróg, mącenie, pomroczność i zagubienie znane w czasach współczesnych, czyli słowiański demon ma się dobrze niekoniecznie tylko na tych dawnych rozstajach dróg.

            Ćmok to demon występujący w czasach pogańskich w Wielkopolsce, ale jego skrzydła już dawno nie straszą  na nocnym niebie. Obecnie, jak podaje SJP „to człowiek prosty, mało inteligentny; ćwok”. Nazwać pogardliwie kogoś ćmokiem znaczy w slangu: jesteś ofermą, ciemniakiem, prymitywem. W „Zabawie” Sławomira Mrożka parobek mówi: „Na cośmy tu przyszli, ćwągu?!”  A jest jeszcze  przecież ćmuch. Tego stworka wielkości psa nikt  podobno do tej pory jeszcze nie widział. Wiadomo jedynie to, że straszył, ale straszył tylko leniwych ludzi. Kto się jednak przyzna, że go widział, kto zechce się oficjalnie przyznać, że jest obibokiem?

          Z kolei gnieciuch (na Podhalu hurbóz) był mały, podobny do kota, ale miał jedną wadę. Przyciągała go woń niestrawionego alkoholu. Jeśli wyczuł, zaczynał harce,  mocne  uciskanie, więc nazajutrz wydmikufle i opoje budzili się wyczerpani, niezdolni do pracy i życia. Wydaje się, że w obecnych czasach gnieciuchy mają się równie dobrze jak za czasów naszych przodków. Dosiadają przykładnie wszystkich zmęczonych życiem. A rano trudno niektórym ludziom  otworzyć oczy, więc wszystko jasne, w nocy były te wredne gnieciuchy. Kłobuki zaś to duchy niższego rzędu, przybierają postać czarnego ptaszyska, które kradną przedmioty jednym, by zanieść innym. Takie współczesne Janosiki. Tyle że przedmioty zanoszone dobrodziejom, zamieniały się po czasie w łajno. Z. Nienacki w powieści „Raz w w roku w Skiroławkach”  nawiązał również do legendarnej postaci tego demona, a w grze Wiedźmin 3 poronione dziecko pochowane pod progiem zamienia się w kłobuka, który pomaga wiedźminowi w odnalezieniu żony i córki Barona.

                  Paskudnik był wyjątkowo szkaradny, bo dusił, wysysał krew i zarażał  chorobami wszystkie zwierzęta. W. S. Reymont: „Nic to, ino paskudnik albo i co innego…trza było zaraz, kiej zachorzała…”, Z. Kossak-Szczucka: „Leczył zapalenie wymion, zołzy, paskudnika, nawet czarne wrzody, ochwat albo kolkę”.  Demonem był latawiec, który jako powietrzny demon uciekał przed piorunami, ale zachowywał się nieelegancko, a nawet rzec można paskudnie, ponieważ często wpadał do chłopskich chałup, a mieszkańcy wsi przecież wierzyli, że pożaru wznieconego przez błyskawicę nie należy gasić. Uważano bowiem, że piorun to kara boska za jakoweś przewinienia. Wąpierz z kolei był żywym trupem zw. upiorem lub wampirem. Całą siłę czerpał z krwi ofiar i jedynie ten osikowy kołek prosto w serce mógł zaradzić.  Mierniki uważane były za dusze urzędników, którzy za życia krzywdzili ludzi. Rzecz jasna, chodziło głównie o geometrów fałszujących pomiary pól. Oj, przydałoby się, by urzędnicy w naszych czasach wierzyli w istnienie mierników. Licho to złośliwa istota skłonna do psot i figli. Przede wszystkim licho wyprowadzało na bezdroża, człowiek błądził i mąciło mu się w głowie. Z realiów wynika, że licho nadal obecne, skoro zmąconych i wywiedzionych w pole coraz więcej. A niech to licho porwie!

             Bez wątpienia z niektórymi duszkami warto się zaprzyjaźnić. Niech nam nie będzie szkoda tego czasu na poznanie tychże ćmuchów, szkodników, paskudników, kłobuków choćby po to, by wiedzieć przed kim i jak się bronić. Jeśli powiesz do kogoś „ty ćmoku” powinieneś znać, co oznacza. Gdy usłyszysz: „A niech to licho”, musisz wiedzieć, co oznacza ten demon. Kiedyś łapiduchów nikt się nie bał, skoro łapały jedynie duchy, zjawy, obecnie łapiduchy, całe rzesze różnej maści medyków straszą nie tylko chorych. To nie przypadek, że się ich boimy, tak mi się wydaje. Zaś  znanym wilkołakom, bestiom w wilczej postaci powinniśmy jasno powiedzieć: ciao, ciao bambino, wasz czas już minął. Rzecz w świadomości, by próbować się bronić przed złem tego świata.

Ach, te słowiańskie baby

         IMG_0013

      Jeśli wiedza to potęga, to ta potęga powinna wzrastać wraz z poziomem wiedzy. Kto czyta, nie błądzi, ale im więcej czytasz, tym częściej myślisz: do czego ta wiedza się przydaje? Dochodzisz do wniosku, że wraz z czytaniem poszerza się zakres wyobraźni, skoro przenosisz się do magii, niesamowitości śladami przodków, poznajesz ciekawostki z tego i nie z tego świata. Dzięki „Bestiariuszowi słowiańskiemu” P. Zycha, W. Vargasa przenosisz się do zadymionych chałup, modrzewiowych dworków, gdzie koło kominków, na przyzbach, polepach, a także po polach, po lasach snuje się barwny świat słowiańskich wierzeń i tajemniczych historii. A wyobraźnię przodkowie mieli niekonwencjonalnie barwną. Pojawiają się duchy, strzygi, utopce, diabły, wąpierze i choćby te baby.         

             Baba według podań to perfidne stworzenie. Nie dość, że wiekowa, to zajmowała się urokami, zamawianiem i odczynianiem. Wówczas baby, znachorki,  miały zły PR (public relations). Obecnie nie miałyby źle, ponieważ współcześnie zło lepiej się sprzedaje, jest na niegodziwy występek popyt, a te maści, eliksiry  szłyby jak ciepłe bułeczki za bajeczne pieniądze, skoro odmładzanie i podtruwanie na tepecie. A lud wierzy ziołolecznictwu i czarom uroków, więc zamiast lęku magiczne zaklęcia budziłyby współcześnie podziw, szacunek i przynosiłyby dochody. Po czym poznać czarownicę? Daj jej kieliszek wódki. Jeśli zamiast pić małymi łyczkami po kropelce, wypije duszkiem, znakiem – wiedźma, więc wkrótce należało spodziewać się chorób, nieszczęść, gradowych chmur, odebrania krowom mleka. Poza tym kury wkrótce przestałyby nosić jaja, a morowe powietrze niechybnie zabiłoby trzodę chlewną. Na sabatach w noc spotkań na Łysej Górze dosiadały owe miotły, ożogi, czy chlebowe łopaty.  Albert Einstein powiedział, że „wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy. Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne. Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe”. Nasi przodkowie mieli doskonałą, która odkrywała ciekawszy świat i upiększała rzeczywistość.

               Baby były różne. Jedne były jagodowe, więc włóczyły się po lesie i straszyły co mniej rozgarniętych zbierających jagody i grzyby. Kto nie zauważył grzywy z ziół jagodowej, tego baba pogoniła albo i złapała za szyję. Baba grochowa wyglądała niezbyt apetycznie, bo w wysuszonych pękach grochowin nie wygląda się młodo, czy ponętnie. W dodatku nie lubiła leniów śpiących za dnia, więc ich gryzła, a niedopilnowane dzieci porywała. Taka wersja czarnej Wołgi. Cmentarne baby zaciągały do grobów, dlatego warto omijać nocą ten przybytek. Z kolei baby wodne to takie niby-rusałki baraszkujące w wodzie, tyle że stareńkie, pomarszczone, zgarbione. Ciekawe, ilu młodzieńców pięknych i młodych uwiodły w blasku tego magicznego Księżyca? (Tego się nie dowiemy, bo Księżyc dyskretny). Żytnia baba to prawdziwy Herod, południca atakująca w biały dzień. Tej szelmy można się było spodziewać, kiedy przechodziło się koło żyta. Mogła połamać ręce i nogi. Za taki kaprys można ją było tylko kochać, oczywiście inaczej. Bogunki wprawdzie nie umiały śpiewać jak syrenki, ale nadrabiały braki wokalne wyglądem. To piękne, jasnowłose babeczki wystrojone jedynie w korale i wianki. 

              Zaprośmy te baby, niektóre są do wzięcia. Zaprzyjaźnijmy się z tymi dziwnymi stworzeniami. Poznajmy ich intymny obraz życia. Niech zaprzeszłość oświeci współczesnych odbitym blaskiem, bo proszę państwa, wszak ta baba i ten pan… Babami trzeba się zająć tak, czy siak. Te z podań i legend urzekają kreatywnością, pomysłowością i fantazją. Wszak M. Aureliusz podpowiada: „Życie mężczyzny jest ufarbowane na kolor jego wyobraźni”. Bez wyobraźni ziemia zawsze byłaby nudna i płaska. I trudno byłoby znaleźć własną i niebanalną  szczelinę w tym  życia kanionie.

Malownicze piękno kanionów dookoła Las Vegas

                Luksus miasta hazardu Las Vegas jest tak zniewalający, że nogi nigdzie więcej nie chcą nosić, a szkoda, bo tak naprawdę nie samo miasto urzeka, a piękno  nieopodal znajdujących się kanionów. Niedaleko Las Vegas (24 km) znajduje się Red Rock Canyon, najpiękniejszy w tym czerwonym kolorze, raj dla fotografów: gigantyczne metry wysokości skał, wodospady, zjawiskowe światło słońca, niesamowite formacje rzeźbione w skałach. Nie zapomnijmy wziąć wodoodpornych butów i tego kija „mocy”, bowiem wcale nie jest łatwo chodzić po wodzie i głazach. Ale kiedy chodzi się brzegami tego księżycowego krajobrazu, trzeba znać jakieś słowa modlitewnej trwogi, gdyby ktoś chciał  niechcący zerknąć w dół i zobaczyć ten surrealistyczny kanion, siedlisko żółwia (o czym informują ostrzeżenia). Trasy wprawdzie niełatwe, ale widoki nie z tego świata, a agawy dwukrotnie wyższe od człowieka.

        Dolina Śmierci to przerażająca nazwa depresji na pustyni Mojave o najbardziej gorącym klimacie, gdzie masowo ginęli poszukiwacze złota bez kropli wody przy temperaturze plus 55 stopni. Racetrack Playa to dno wyschniętego, słonego jeziora z wędrującymi kamieniami. Rekordzistą jest kamień ważący 320 kg, który wędruje po tej spękanej ziemi wbrew prawom fizyki, ponieważ kamienie przesuwają je w jednym kierunku, więc zmienny wiatr ich nie popycha. Wprawdzie naukowcy wyjaśnili to ciekawe zjawisko, niemniej wędrowanie skał  budzi nadal zdziwienie turystów.

            Dam Hoover to jedna z najwyższych i największych betonowych konstrukcji uznanych za Narodowy Pomnik Historyczny USA. Jeden z cudów inżynierii technicznej (wymagające zmiany biegu rzeki Colorado, wywiercenie czterech tuneli, wylanie 2, 5 mln m3 betonu pomiędzy rurami z zimną wodą), wywołuje niesamowite wrażenie. Spiętrzona woda tamy wydaje niesamowity ryk, a  widoki stamtąd niezwykłe godne uwiecznienia.

           Zion Nationale Park to kręty, malowniczy kanion ze skał piaskowca. Ciekawe formy przypominają zamki, iglice, wieże. Głęboki kanion onieśmiela rzeźbami  tworzonymi przez samą naturę. Podziw budzą naturalne łuki skalne. Sukulenty (w tym trzy rodzaje yucc), opuncje, trawy, daglezje, sosny, jałowce na tle czerwonawych skał tworzą niezapomniane wrażenie.  Ziemia Obiecana. Tak nazwali ten kraj pierwsi osadnicy.

       Monument Valley, Dolina Pomników z niesamowitymi widokami, samotnymi ostańcami, ciekawym krajobrazem (tu kręcą videoklipy, „Forest Gump”) i widoki jak z bajki zachęcają, aby przysiąść na kamieniu i podumać (ale uwaga na skorpiony i grzechotniki). Ten koniec świata na pustyni z dala od cywilizacji, wielkomiejskiego zabiegania i to bezludzie zmusza do refleksji. (Pani Wisława  patrzyła na kamień i pisała: „Nie mam drzwi”.  Magda Umer o kamieniach w kanionie: „Może właśnie niedostępność tej Potęgi jest najbardziej fascynująca. Ja także uważam, że nawet najpiękniejsza fotografia nie jest w stanie oddać Jego niezwykłości. Tam się obcuje z Absolutem”). 

             Bryce Canyon National Park w Utah to właściwie nie kanion,  skoro rzeka go nie wyżłobiła, ale nazwa została. Położony jest na wysokim wzniesieniu, więc tu jest zwykle chłodno. Konstrukcje skalne i koronkowe formy czerwonych, pomarańczowych i białych skał, iglic, kapturków, szczelin skalnych tworzą niezapomniane widoki.  Pajuci (Indianie Paiute) nazywają strzeliste hoodoos (kolumny skalne powstałe na skutek wahań temperatury i erozji skalnych) czerwonymi twarzami. Znana legenda głosi, że tą krainą niegdyś rządził Kojot. Był cierpliwy, ale kiedy zobaczył, że podwładni wykorzystują go, więc w przypływie gniewu pozamieniał ich w skały. Sceneria tej baśni o zaklętych mieszkańcach zamienionych w czerwone skały przetrwała i budzi podziw. Tu natura pokazała swe nieograniczone możliwości, kiedy spacerować przyjdzie wśród czerwonych, pomarańczowych, bursztynowych, brązowych, złotych iglic. I tylko pierwszy mieszkaniec, mormon Ebenezer Bryce nie był zadowolony z kolumn, gdy przyszło mu szukać zaginionej krowy. Niewiarygodne kolory skał, okna skalne, naturalne mosty i łuki przyciągają swym niesamowitym pięknem miliony turystów. Ed Abbey, eseista amerykański pisał: „Ten krajobraz trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć”.

             Piękno natury budzi podziw, onieśmiela, powoduje westchnienia, szacunek dla wielkości i niesamowitych widoków. Jakbyś stał przed najpiękniejszymi fototapetami świata. Jakbyś znalazł się na innej planecie. Są  na tej ziemi zjawiska nieopisywalne, gdyż nie da się słowami wyrazić odczuć, gdy stoisz nad tymi rozpadlinami. Czujesz respekt, powagę, bo mówią, ile osób straciło tu życie. Niemożliwe są te kilometry brązu przechodzącego w czerwień, beż, burgund, żółć.

           Nie sposób się nie zatracić, gdy zawieszony między lazurem nieboskłonu, a pomarańczowo – brązową przepaścią podziwiasz to dzieło przyrody. Trzeba też wiedzieć, że w Stanach uczą dzieci, że człowiek nie jest częścią przyrody, ale tylko jej gościem, więc gospodarzowi, czyli NATURZE należy się szacunek. Dlatego ochraniają  nawet tego wszechobecnego kaktusa.

Zdjęcia: Tomasz.

Proszę kliknąć w napis poniżej, aby je otworzyć.

Zdjęcia

W mieście grzechu i hazardu

          Las Vegas to stolica hazardu, symbol przepychu i luksusu. To tu znajduje 19 z 25 największych hoteli na świecie. Co roku przyjeżdża  około  40 milionów turystów i w 176 kasynach zostawiają miliardy dolarów. Tu zobaczysz cały świat w jednym miejscu: wieżę Eiffla, egipskie piramidy, Titanica, Łuk Triumfalny, Statuę Wolności, Buddę, a nawet można przejechać się gondolą niczym w europejskiej Wenecji. Tu weźmiesz najszybszy ślub (na polu golfowym, w kasynie, skacząc  na bungee, na statku pirackim), ale i rozwód (czasem już rano po wytrzeźwieniu). „National-Geographic” przytacza słowa jednego z turystów: „Lombardy, ulokowane w małych domkach na sąsiadujących z kasynami uliczkach, pełne są wartościowych dóbr zastawionych w przypływie szaleństwa. – Mam tylko nadzieję, że reguła: „Co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas”, naprawdę obowiązuje, inaczej żona mnie zabije”.

          O tym mieście można mówić z podziwem lub ironią. Nie zmienia to faktu, że najjaśniejsze na świecie ulice Las Vegas widać nawet z kosmosu.  A kto tu rządzi? Wiadomo, bóg pieniądz. Turystę Polaka szokują tłumy ludzi (w tym emerytów z wszystkich krajów), którym przycisk „bid” zjada kolejną pulę pieniędzy, a uzależnieni przegrywają oszczędności swojego życia. Jeśli  jednak wejdziesz do hotelu, nie musisz nigdzie wychodzić, bo tu jest wszystko: kasyna, ogrody, baseny, restauracje, butiki, malarskie galerie, muzea, luksusowe Spa, centra handlowe. A dodatkowo na suficie masz namalowane niebo. 

            Kiedyś Las Vegas miało opinię miasta niewyobrażalnego kiczu z różowymi Cadillacami, plastikiem i brzydotą. Obecnie dzięki milionowym dochodom z kasyn, powstają eleganckie, nowoczesne kompleksy zaprojektowane przez najlepszych światowej sławy projektantów, którzy burzą ten kicz i oferują luksus nie tylko w pokojach. Godzinami  możesz patrzeć na tysiące tańczących fontann, obrazy z żywych roślin, kaskady wody, spektakle dźwięku i świateł. Taki bajeczny luksus z górnej półki. Wszechobecne kolory świateł przenoszą w inny wymiar baśni niezwykłości ludzkich marzeń i pragnień.

           Statystyki pokazują, że do Las Vegas, miasta na pustyni, przyjeżdża się po to, by pozbywać się nadmiaru pieniędzy. Przeciętny międzynarodowy przybysz wydaje w kasynach ok. 1.011 dolarów, a krajowy około 645 $. Na jedzenie trzeba wydać przeciętnie 282 dolary. Jeżeli ktoś liczy, że podreperuje swój budżet, to lepiej niech ma dystans do swoich marzeń. Tu więcej się traci niż zyskuje, ale kto o tym pamięta? Około jedną dwudziestą w takiej ruletce zabiera krupier w kasynie. Jeśli jednak myślimy, że łatwiej będzie wygrać w Totolotka, to prawda może zaboleć, kiedy uświadomimy sobie, że Totek z kolei zabiera niemal połowę, czyli prawie pięćdziesiąt procent, więc może już lepiej zobaczyć to Las Vegas i przeznaczyć te parę dolarów na kasyno. A nuż szczęście dopisze? I w  końcu ta fortuna wreszcie się  uśmiechnie? Jeśli przegrasz, mówi się trudno, za to wspomnienia zostaną i smak luksusu pod powiekami.

          Polacy muszą mieć świadomość, że za często do stolicy  hazardu nie przyjadą, nie te zarobki i nie ta emerytura, aby oszołomić się rozrywką, tłumem, hałasem,  światłem i poczuć dreszczyk emocji, kiedy zasiądą do ruletki, crapsa, czy mechanicznych wyścigów konnych z autentycznym  rżeniem koni. Jeśli w końcu zasiądą do stolika, przypatrzą się grze, poczują moc roznoszonych mocnych drinków, szybko stracą poczucie czasu, skoro nie ma tu okien, zegarów, za to kolory i brzęk żetonów wabi, kusi, nęci, czaruje i wodzi na pokuszenie. Nadzieja umiera ostatnia. Może tym razem szczęście dopisze? 

Zdjęcia Tomasza

Niech to jajo przemówi

   Z  okazji Wielkiej Nocy wiele nalewek i lampeczek  z najlepszymi życzeniami:

Bab pełnych miłości, lukru, słodyczy, szczęścia i tego, czego sobie życzysz.

Rasowych baranków z ludzkimi emocjami oraz zajęcy bogatych w wyobraźnię,

także  kurczaczków patrzących zawsze przyjaźnie, celem świata upiększania.

Te tony wody z uśmiechem do marzeń podlewania  i  bazi pełnych twórczej weny,

w tym trafionego kuponu oraz prawdziwych  jaj do trzymania intelektualnego pionu.

Wysokich lotów wieszcza i niech Was życie codziennie miłością dopieszcza.

Czas przewietrzyć wnętrze

            W naszej kulturze okres przedświąteczny to czas sprzątania, czyli porządkowania przestrzeni. Wzdychamy i zabieramy się do wybielania siebie, podmalowywania ubytków, szufladkowania wspomnień, pucowania przemyśleń po kolei na ten połysk, by przemieszczenia przybrały nową twarz. Ordering przestrzeni również konieczny, albowiem moje ulubione czasopismo „Czas na wnętrze” stawia na minimalizm, ale jak coś wyrzucić, skoro wszystko może się kiedyś przydać, także w oszczędność operowania kolorem, stąd biel, szarość, chłodne pastele. Za to poduszki i obicie fotela z nutą retro powinny  przełamać spokój i zachwycić tą soczystością zieleni na ten przykład tej wiosny. W dodatku kiedy dołożymy  misterne żyrandole rodem z baroku lub o secesyjnym charakterze – przewietrzenie przestrzeni mamy z głowy. Sprzątanie świata w celu znalezienia tego minimalizmu przedmiotów  przy wielofunkcyjności innych ma znaczenie podobne do porządkowania jednomianów, czy wprowadzaniu hierarchii wyrazów w zdaniach. Wszystko ma swój ukryty sens.

              Sokrates zauważył: „jeśli w domu porządek i ład panuje, dom będzie, jak należy, a jeśli nieporządek, to dom licha wart”. Zatem i w sobie należy znaleźć spokój, by móc cieszyć się i szczerze radować. Harmonię można osiągnąć przez ustalenie, co ważne, a co trzeba wymieść raz na zawsze skutecznie poza nawias. Są sprawy, które należy postawić na piedestał, ponieważ są uczucia, emocje i pragnienia. Jako przykład daję Sokratesa, niech imponuje wszystkim tym wylewaniem pierwszego wiadra na stopy, aby mieć kontrolę nad swym pragnieniem. Choć spragniony, dopiero gdy wyciągnął drugie wiadro wody ze studni, zaczynał pić. Imponuje siła woli i świadomość swego działania.

           ”Harmonia – pisał Filolaos – jest zjednoczeniem rzeczy różnorodnych i zmieszanych, zestrojeniem różnie nastrojonych”. Dociśnij ten świąteczny patos do ziemi, by syndrom Wielkiej Nocy nie śnił się po nocach i dniach. Miej także na względzie przysłowie japońskie: „Bez sake nawet kwiat wiśni wygląda bardzo zwyczajnie”. Mów swoim głosem, bo w końcu kto, jak nie my sami… Bądź w związku z tą kaczką, gęsią, jajkiem jesiotra i grzesz tym wyborem myśli ludzkiej z tej zaprzeszłości. I niech to kurczę się święci i niech ten zając swobodnie hasa, a hektolitry wody niechaj oczyszczą każde wnętrze.

Tupot białych mew w nieciekawych czasach

           Ach, te słodkie wykopaliska. Oglądam ciekawą czekoladę „Lata 70-te”, „Lata 80-te”,  ”Lata 90-te” (o nazwach pisanych z tym dywizem jak dawniej), więc siłą rzeczy wrócił klimat rodem z dawnego PRL-u. Trzeba wcześniej urodzić się, by widzieć pod powiekami te dymiące kominy hut, kufajki i robotniczy znój. Można mówić wszystko o tamtych latach, można kpić, szydzić, ale w tym jądrze ciemnoty dopiero teraz widać, że to był świadomy sort. Nie żyli wciskanym kitem, waśniami, mieli odwagę przewidywać, myśleć  i  bawić się, o czym śpiewał W. Młynarski w piosence „Światowe życie” („Światowe życie, przygód sto, Sweter z CDT-u, metka z PKO!”).  Nie do uwierzenia, ale były czasy, kiedy zewnętrznym wyglądem nikt się nie przejmował. I nie słyszano powszechnego dzisiaj: Nie mam co na siebie włożyć, bo też telewizja, czyli „radio z okienkiem” (określenie Wiecheckiego Wiecha) nie wskazywała, co trendy i co w Paryżu na wybiegach.

            W latach  60 – 90 ubiegłego wieku wbrew szarzyźnie życie towarzyskie kwitło kolorami. Rauty działaczy, bale spółdzielców, prywatki, imieniny z kanapkami i warzywną sałatką, a wokoło wesoło. Zapach „Przemysławki”, czy „Brutala” wymieszany z „Panią Walewską i „Być może” dodawał splendoru i szyku paryskiego, a jakże. Noblisse oblige, więc godnie należało prezentować się w małej czarnej, panowie w dżinsach i koszulach non-iron lub białym golfie, a pytanie  ”W co się bawić” od lat nurtowało szare komórki. Zacznijmy od słodkiego retro:



     A. Klim w książce „Seks, sztuka i alkohol” rejestruje życie towarzyskie lat peerelowskich, głównie w stolicy. Miejscem  spotykań artystów był SPATIF.  Miejsce, które nie grzeszyło zbytnio czystością, ale atmosfera i sławy, które tam bywały, przyciągały tłumy. Ośrodkami życia były konkretne stoliki. I tak J. Prutkowski został zapamiętany z „loży generalskiej”, W.Komar z „koktajlu” zrobionego z rosołu z wódką. Oj, niełatwo się było dostać na Parnas. Kiedy pewnego razu do stolika A. Osieckiej dosiadł się nieproszony gość z Tatr (a rzecz dotyczyła niuansów fleksji bułgarskiej), zanim zaczął mówić, J. Minkiewcz zgasił przeciwnika: „Z tematyki alpejskiej interesuje mnie wyłącznie yeti”.

            W Krakowie takim ośrodkiem był Klub Dziennikarzy pod Gruszką. Już od jedenastej stawiali się satyrycy, pisarze, redaktorzy. A młodość szumiała w Rotundzie, Pod Przewiązką, w Jaszczurach, Hybrydach, Stodole, Medyku… Stopień rozbawienia zależał od ilości czystej, wina marki Wino i eleganckiego calvadosu. (Ówczesny calvados robiło się w garnku, czyli mieszało wódkę z sokiem jabłkowym). Kiedy na kopcu Kościuszki swego czasu urządzono P. Skrzyneckiemu imieniny, atrakcją było szukanie wina pochowanego w różnych miejscach. Tym sposobem zeszła noc, a większości skrzynek nie odnaleziono.

         Pretekstem do spotkań było wszystko, także kupno sprzętu AGD. Znana tancerka opowiadała, że została zaproszona na wypróbowanie sokowirówki, więc ubrana w modną biel poszła na eleganckie party sokowe, wszyscy odświętni, każdy trzyma w ręku swoją szklaneczkę, a pisarz już przygotował marchewkę, buraki i jabłka. Nacisnął guzik, ale nie zamknął otworu, więc soczek z tej – jak ją nazwano – „wyżymałki” wylądował na toalecie trzymających szklaneczki.

           W 1969 r. władze urządziły jubileusz z okazji urodzin J. Iwaszkiewicza, podobny chciano zrobić A. Słonimskiemu, ale fety nie było jako że ten poeta zawsze był w niełasce, więc poetę ominęło „Szampanskoje Igristoje” (biały, winopodobny gazowany napój, kwasem nie jedzie, w Biedronie za 6,50). Ale od czego jest ta Polaków własna ułańska fantazja, która nie opuszcza w trudnych sytuacjach.



         Ówczesna bohema, awangarda bawiły się w klubach, kawiarniach, domach pracy twórczej. Ciasnota własnych „M” nie pozwalała na urządzanie głośnych imprez.  Wówczas śpiewała cała sala, a piosenki zadziwiały melodią, słowami i miały swoją niepowtarzalną atmosferę, o czym śpiewał W. Młynarski:  ”Ach, to był szał, gdy Duduś grał”, a „W razie czego przypomnij sobie Zdzisia”. I ten hotel, „Hotel Europa” trzeciej kategorii, natomiast ryzyko kategorii „S”. Rano w głowie tupot był, a jakże, skoro „Jesteśmy na wczasach”:



             Trójkąty się zdarzały („Mewa latała z Heniem. Ale miała męża Jasia. Mieszkali we troje.”), ploty były, mezalianse także, bo jakże to Z. Cybulski i M. Dietrich? Kisielewski i Mazurówna ? (pani  Kisielewska „upuściła z wrażenia półmisek”, gdy dowiedziała się, że jej syn z „tą” Mazurówną), związki homo także, podobno J. Iwaszkiewicz, M. Hłasko, J. Andrzejewski, H. Bereza, M. Białoszewski, J. Waldorff,  M. Jankowski, E. Fetting. A co działo się w mieszkaniu  małżeństwa Dygatów nazywanego „księstwem warszawskim”:  ”Tłum kłębił się w przedpokoju. Kalina leżała w łóżku. Była goła (…) goście siadali na tym łóżku”.  Parasolki też szły w ruch, ale oceniano ludzi po owocach, a nie po: kto z kim i dlaczego tak. „Szajba” odbijała, jak śpiewał nieodżałowany W. Młynarski, ale „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”.

             J. Głowacki wspomina: „Nigdzie chyba nie marnowało się talentów z tak piękną bezinteresownością jak nad Wisłą (…)Stryjkowski wykrzywiał się tu na Singera, Słonimski mówił dobrze o Wieniawie, Bereza o Drzeżdżonie, płk Załuski o bitwie pod Lenino. Andrzejewski walczył z Lisiecką o duszę młodziutkiego Mętraka, tajniacy wychwalali wysoką jakość japońskiej aparatury podsłuchowej, a Paweł Hertz milczał wieloznacznie. Po północy rozmowy rozpoczęte w moralnej tonacji bohaterów Corneille’a z wolna ewoluowały w stronę Dostojewskiego, ze szczególnym uwzględnieniem postaci radcy tytularnego Marmieładowa, specjalizującego się w alkoholowym masochizmie”. Woda sodowa używana była na drugi dzień i tylko do picia. Przemieszanie warstw, klas i sfer widoczne było nie tylko na trzepaku. Wraz z W. Młynarskim nastąpiło pożegnanie pewnego stylu, niespotykanej wrażliwości i tej klasy, której próżno szukać…

             Póki „Jeszcze w zielone gramy”, może troszkę moglibyśmy pobyć wspomnieniami  w tych nieciekawych czasach, Panie Wojciechu: