Zajrzyj do tego sklepu, zachwyć się pomysłami

To sklep internetowytuv_nozyczki_ikonka_mala  zajrzyj, a nie pożałujesz:

                                  http://www.kobomarket.pl                            

                                 https://poczytajmi.com

        Szyje tam niezwykła osoba, która o sobie mówi tak: „Lubię szyć. Tworzę patchworki. Szyję pościel dla dzieci i maskotki.” Ale osoba pracująca w sklepie „MATYLDA” to nie jest zwyczajna szwaczka. To jest Czadowa Szwaczka, jak nazwał Ją jeden z blogerów, bo musicie wiedzieć, że to również blogerka znana w świecie blogerów od prawie szesnastu lat  jako  Tuv : 
http://tuv.blog.pl/
                Zobacz pasję, kreatywność, a przede wszystkim niezwykłą cierpliwość, jaką trzeba mieć, aby z maleńkich kawałków stworzyć dzieło sztuki:                                  
https://zachodniwiatr.blogspot.com/

              Swoje patchworkowe prace wystawia do konkursów i owacje otrzymuje na stojąco. W tym roku wystawiła dwie prace, obie nagrodzone na Wielkiej Gali Patchworkowej w Warszawie.

Liść

            Przypatrzmy się nagrodzonej pracy pt. „Liść”, inspiracją było zdjęcie Pani  Ewy:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1296610467084280&set=pb.100002060168816.-2207520000.1509221946.&type=3&theater
 jednak miejmy w pamięci, że trudno oddać fotografią artystyczny obraz trójwymiarowego patchworku. Na pierwszym planie obrazu widać gałązkę i ten liść w kolorze brązu. Tło stanowią koła tak odcieniami ustawione, by oddały efekt głębi, natomiast  koła w kolorze pomarańczowym rozjaśniają tło i nawiązują do koloru rdzawego listka. Liść w kroplach deszczu – mówią jedni, on symbolizuje samotność mówią drudzy, natomiast jeszcze inni odebrali całość jako nasz świat pełen obracających się trybów, a my stanowimy jeden z trybików większej całości. Przypatrzmy się uważnie: liść w rękach Czadowej Szwaczki przestał być zwyczajnym listkiem, skoro obdarowano go uczuciem, więc przemienił się w artystyczny obraz.

            Szczur z Loch Ness, który również był na konkursie pisze: „Patchwork w wydaniu artystycznym to wyższa szkoła jazdy. Przy czym nawet nie mając w tym wszystkim wielkiego rozeznania łatwo zauważyć, że niezależnie od hermetyczności samej dziedziny, konkurencja osób szyjących oraz poziom wystaw są wyśrubowane do niebotycznych granic”.

           Pamiętajmy, że technika szycia to nie wszystko, proszę dojrzeć artyzm w tych kapach, narzutach, pościelach, kołderkach, poduszkach. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię, by za każdym razem była to wyjątkowa i niepowtarzalna rzecz. Ja już zamówiłam imienne poduszki  oraz  narzutę patchwork – obraz na łóżko.  To niezwykłe, bo pełne artyzmu prezenty. Nie będzie nikt miał takiej drugiej rzeczy, jedynej zresztą w swoim rodzaju, z inicjałami, niebanalnej i niepowtarzalnej.

Podaję link do sklepu internetowego:                                                      
https://poczytajmi.com

A tu sklep z artykułami dziecięcymi:                                                http://www.kobomarket.pl                                      

        Bardzo proszę, zapoznajcie się z linkami do sklepu blogowej Koleżanki i  PRZEKAZUJCIE  DALEJ.   Zbliża się Mikołaj, Gwiazdka, więc pomysł na prezent być może znajdziecie w sklepie Matyldy?

                Zaproś i Ty Czadową Szwaczkę do siebie, jak to zrobili inni, podaj link, niech każdy ma możliwość zapoznania się z artystycznym rękodziełem:


http://klarka.blog.onet.pl/

http://marchevka.blogspot.com/

http://szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl/

http://przeplatanka.blog.onet.pl/

http://leszek-moje-reflesje-blog-onet.blogspot.com/

http://poranek55.blogspot.com/

http://missjonash.blox.pl/

http://www.kneziowisko.pl/
,  
kartkazbrulionu.blog.pl/

 Anna Kruczkowska 

Zabieszczaduj jesienią razem z nami

 U:  -  Nie jest łatwo zaplanować weekendy jesienią, a tym bardziej listopadowy urlop. Wprawdzie są tacy, którzy szukają klimatu mgieł i siąpania, więc lądują na tych Wyspach Owczych, gdzie przez 209 dni w roku leje, wieje, a oni mimo tego wracają szczęśliwi, zachwyceni przestrzenią i pastwiskami.  Gdzie  w Polsce są podobne miejsca,  by czynnie, ciekawie spędzić czas i nie zwariować?

T:  -  Można na Wyspy Owcze, czemu nie, ale w kraju taniej (poza sezonem o połowę) i mniej deszczowo, jeśli wolny czas spędzimy w rodzimych Bieszczadach. Poranne mgły także zapewnione, urokliwe, więc zdjęcia będą miały swój charakter i klimat. Stare Dobre Małżeństwo śpiewa: „Zabieszczaduj razem z nami”, trzeba przyznać  im rację i zobaczyć na własne oczy konie huculskie w Polanie, żubry w  zagrodzie Muczne, a może trafi się  niedźwiedź w Stupocianach, kto to wie.

U:  -  Dlaczego w stronę Bieszczadu, a nie tak modnego Zakopca?

T:  -  Właśnie dlatego, że tu po sezonie każda wycieczka jest udana, ponieważ nie ma przeludnienia. Niskie góry zapewniają aktywność całej rodzinie, dzieci takie wędrówki również polubią. Jesienią na szlakach nie ma tłoku, zatem  można  się skupić na podziwianiu bukowych, klonowych i brzozowych przebarwień, wysłuchać ciszy oraz zobaczyć utkaną z mgieł tęczę, wyjątkowe zjawisko, także podziwiać jedyne w swoim rodzaju zachody słońca, a z wież widokowych patrzeć z góry na bieszczadzkie góry.

U:  -  Kto powinien się zabieszczadować? Kogo tak naprawdę  i jakim magnesem  przyciągną Bieszczady?

T:  - W Bieszczady powinny iść szacowne damy, zasiedziali mieszczanie, rycerskie chłopaki,  szlachetne panienki, milutkie szkraby, czyli wszyscy,  którzy lubią czyste powietrze, wodę, las, połoniny, ciszę i spokój. Hej, sokoły, przybywajcie, tu są misie, łosie, rysie, ostoje orła przedniego,  czy puchacza. Tu są ścieżki widokowe, a na Tarnicę po tych przeklętych schodach korki, jak na Zakopiance, ale tylko latem.

  U:  -  Od jakiej miejscowości zacząć zwiedzanie, jeśli są dzieci, by nie zaczęły od swego zaśpiewu: „nudy na pudy”.

T:  -  Myślę, że od Wetliny (Wetłyny), bazy wypadowej na połoniny, czyli na unikatowe pasma górskich łąk, o których E. Stachura pisał: „cudne manowce”.  Nad miejscowością góruje Smerek, Połonina Wetlińska, a dalej znajduje się jeszcze do tej pory nie całkiem zadeptany Bieszczadzki Park Narodowy. Trzeba zobaczyć te schody do nieba i to wcale nie w przenośni, tylko na Małą Rawkę, a także na Wielką Rawkę, przy czym schodzenie najtrudniejsze.

             Jedna z najpiękniejszych tras to Wielka  Pętla Bieszczadzka, ale należy pamiętać o dobrym, nieprzemakalnym  obuwiu. Najpopularniejszy szczyt  to Tarnica,  latem panuje tu ruch jak na Marszałkowskiej ( 45 tys. wchodzi tylko od Wołosatego),  a jesienią spokojniej. Widoki jak w Szwajcarii, a dużo taniej i bliżej.

              Dorosłym należy polecić szlaki pisane historią, m.in.  w galerii w Czarnej usłyszymy nieprzekłamane krwawe opowieści przesiedleńcze, podobnie w Pracowni u Łysego, bieszczadzkiego zakapiora (bieszczadzki zawadiaka), poety, rzeźbiarza, Komańczę, nieformalną stolicę Łemków, czy ledwie widoczny Grób Hrabiny w Siankach, a w rzeczywistości  dwa groby kochających się ludzi. Wystarczy zobaczyć  ten ślad przemijania  skrywający się w trawie, zmówić „Wieczne odpoczywanie” i powiedzieć na głos imię osoby, aby ta zapałała dozgonną miłością, więc może  warto tu dotrzeć?

          Dzieci  z kolei będą miały radochę, gdy zajrzysz do „Chatki Wędrowca” na gigantyczny naleśnik z jagodami, do „Chatki Socjologa” na Otrycie, by zobaczyć  przy pogodnym niebie gwiazdy (7 tysięcy!) widziane przez  osiemset razy powiększający teleskop sfinansowany przez internautów, czy do „Chatki Puchatka” przyciągającego swą misiową nazwą oraz zafundować przejażdżkę „ciuchcią”, bowiem jest co podziwiać na tych trasach.

U:  -  O czym należy pamiętać, kiedy jedziemy w Bieszczady?

T : -  Bieszczady to niskie, ale wymagające góry. Nie można wstać od biurka i iść trudnymi szlakami. Trzeba wcześniej poćwiczyć, przygotować się, zaopatrzyć w buty do kostek, dobre skarpety, stuptuty (nieprzemakalne ochraniacze do kolan), a pod pachę wziąć dobry  nastrój. Na połoninach wyciszysz swoje ego, nabierzesz dystansu, więc żadnym bzdurom nie dasz się potem nabrać. A humor sam się będzie lał, jak woda z konewki. Nie zapomnij pozdrowić mijanych piechurów, dobry, miły zwyczaj. Po Bieszczadach nie chodzi pierwszy lepszy turysta w eleganckich półbutach ani turystka w szpilkach, tacy jadą do Zakopanego, bo tam na deptaku nie utopi obuwia w błocku. W Bieszczady jedzie się tylko raz, a potem już tylko wraca, by uwiecznić na kartach pamięci niezwykłe widoki.

U:   -  Do zobaczenia na niebieskich przestrzeniach  połonin.

 

Zmarła z westchnień nadmiaru

           Bolesław Leśmian „Alcabon”

„Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!
O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.
Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!
— „Tere-fere!” — tak śpiewał,
Gdy się śmierci spodziewał.
Aż pokochał osiadłą na strychu Kurjannę.

Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!
We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,
Gdy, wspinając się ku niej, dawał baczny zór
Na czar, co się po cichu
Tak utrwalał na strychu,
Jakby miejsca zabrakło gdzie indziej na świecie.(…)

Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!
Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia…
Zdzierż szczęście!… Nie zdzierżyła!.. Ledwo kilka chwil!…
Nienawykła do czaru,
Zmarła z westchnień nadmiaru,
Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!
Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie, —
Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi — ścichł,
Pilnej śmierci cios tępy
Duszę rozpruł na strzępy,
Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!
Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona, —
Bochen chleba w gwiazd wieńcu — skrót pałacu w mgłach —
Rzęsa Boża — dwie pszczoły —
I trzy z wosku anioły.
Czego tylko nie było w duszy Alcabona!”

        Kto to jest Alcabon? Egzotyczne imię i równie niezwykła postać, która znana była w okolicach Pińczowa, śpiewano o Alcabonie na weselach, co udowodnił J.Trznadel, ale czy istniał w rzeczywistości, czy we wspomnieniach, za to już głowy nikt nie da. Czytamy tę balladę, wsłuchujemy się w jej rytmiczność i powtórzenia, ale zwróćmy uwagę, że niezwykłości są podmieniane, gdyż sceneria wprawdzie wzięta z codziennego życia („barłóg”, „strych”), ale nieustannie przekraczane są granice między światami: stąd, czyli z ziemi i stamtąd, z niebiesiech, a wszystko dzieje się na zaczarowanym strychu, gdzie miłość i śmierć to jedno, jak to w balladzie, bo w prawdziwym życiu tak dobrze nie jest, więc nikogo z zaświatów nie gościliśmy, by opowiedział, co u niego słychać.

        Zapytajmy, ile można wylać łez z powodu nieszczęśliwej miłości? Wiele, jednak są granice, w pewnym momencie oczy stają się suche, a czas leczy rany. Przygoda  Kurianny i Alcabona opowiedziana  jest balladowo w sposób niezwykły, bo groteskowy, przez to wcale nie jest ani łzawa, ani nieszczęśliwa. Jeżeli mielibyśmy wątpliwości, co do istnienia postaci tytułowej, to w świecie przedstawionym bohater ukazany jest tak: „Był na świecie Albacon. Był, na pewno był!”  To ośmiokrotne zapewnienie o tym, że bohater istnieje, już wzbudza czujność czytelnika, który zastanawia się, czy taki ktoś kiedykolwiek żył, budzi wątpliwości i zapowiada, że tu mogą dziać się rzeczy niezwyczajne, skoro „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił” i „duszę rozerwał na strzępy”.

         Sam Alcabon to z pewnością postać groteskowa, nawet podejrzewamy, że może być kukłą, elfem, gnomem, rzeźbą, chociażby z powodu składu niezwykłości osobliwych w  jego duszy: „dwie pszczoły”, „trzy z wosku anioły”, „piach”. Metafory i liczne szczegóły nie służą urzeczywistnieniu, odwrotnie, czynią fantazyjnymi nie tylko bohaterów („we łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie”), ale również przestrzeń („szedł do niej po ciemność”) i przedmioty („bochen chleba w gwiazd wieńcu”). Sama śmierć Kurianny ma niezwykły powód: „Zmarła z westchnień nadmiaru”. Nie ona jedna tak by chciała zejść niepostrzeżenie z tego świata. Podmiot liryczny nie nazywa niczego dosłownie, tworzy natomiast sugestie znaczeniowe, by zostawić pole do inwencji i domyślności czytelnika: „znój mu wargi przynaglił”, a spersonifikowany ”znój” zmusił niejako usta do mówienia, a to by znaczyło, że  groteskowy bohater działa i żyje również w groteskowym świecie, gdzie śmierć  z nadmiaru westchnień nie robi wrażenia, ponieważ nie bierzemy jej na poważnie.

            Groteskowy świat jest zawsze na opak, ponieważ ów przedstawiony świat nie odpowiada naszym wyobrażeniom reguł rządzących codziennością. Jakże to tak, rzeczy złożone niegdyś na strychu żyją? Ludzie zawsze widzą świat z wyraźnym podziałem na rzeczywistość i fantastykę, ale poeci mieszają te dwa światy, stąd czary – mary na strychu. A wszystko za sprawą tych subtelności językowych: „Piach się z duszy wysypał”, „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił”, o brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki”, zaśmiał się w samo niebo” oraz powtórzeń, które mają potwierdzać prawdę, ale w rzeczywistości poddają w wątpliwość  istnienie pokazanych sytuacji.

          Był Alcabon? „Był, na pewno był!” Ale czy żył? „Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!” Ale skąd miał taką nadzwyczajną siłę? Siłę? Groteska lubi poezję B. Leśmiana. Ta „rzęsa Boża” jest zwyczajnie nadzwyczajna, ale cóż, ludzie nienawykli do czaru, tego nie widzą, natomiast poeta zobaczy i podzieli się niezwykłymi wrażeniami. Jak dobrze, że poezja jest z nami w naszym zabieganym życiu.

Kto powiedział, że ma być listopad

       wilk i brzoa W. Got.Zdjęcie Wojciecha Gotkiewicza

               Dobrymi radami piekło już dawno zabrukowane, a ludzie wciąż dokładają swoje trzy grosze. Skoro jesień, czas wykorzystać wiatr, by przewietrzyć głowę, niech wywieje te osmętnice, desperacje, melancholię, jako że świat jest pełen dramatów, więc nie ma co dokładać nowych osowiałych i markotnych.

             Zatem zacznijmy od tego, że nie warto zdejmować butów, w każdej chwili może przestać padać, więc trzeba wyjść, póki nie leje. Żeby nie widzieć mżawki, należałoby znieść listopad, by pluchy nikt nie zobaczył. To, że jakiś desperat ten miesiąc wprowadził,  nie znaczy, że wszyscy muszą oglądać ospałość i smętki. Zakręciłam tym chomiczym kółkiem i okazało się, że w nadchodzącym miesiącu mogą być same niedziele, a w niedzielę – wiadomo – rosół, jabłecznik, kawa ze śmietanką, książka i luzik.

           Kto powiedział, że musi padać? Przecież można przestawić sobie pogodę na Dominikanę, Bahamy, Jamajkę i pod palmami zjeść langustę. Po tygodniu upałów znów zatęsknimy do chłodu i deszczu, bowiem odkąd wysłuchałam, że deszcz wygładza nam brwi, nic już takie samo nie będzie. Niech pada i wygładza, bo jak będziemy wyglądać niewygładzone? Przecież samo słońce w końcu można namalować sobie na ścianie, nakleić na monitor, wyszyć na jaśku, a Jaśka przytulić. Już kiedyś B. Pascal jako autorytet podpowiedział, że „kropla miłości znaczy więcej niż ocean rozumu”.

           Wojtek ma na ten miesiąc plan ucieczki z modystką do Ostrołęki. Marzenie piękne, zapaliłam się do niego i już miałam ruszać STOP! Tak po prawdzie, nie bardzo wiem, co ja bym z modystką robiła, chyba te kapelusze, ale czemu w Ostrołęce,  bardzo plan skomplikowany.  To może w Bieszczady, by zająć się fotoblogiem. Taki niedźwiedź, wilk na moim blogu robiłby wrażenie (mogą być również żołny, te kolory, smukła sylwetka, błękit podbrzusza i żółte gardło, czyli piękność). A ja po tych połoninach jak sarenka w deszczu i na bosaka. Proszę nie poprawiać: przecież nie ma listopada.        

              Skoro nie ma dni pochmurnych ani przygaszonych, to trzeba będzie wychodzić na spacery i brać pod depo te marzenia, mgiełkę, poranną szadź, co akurat wpadnie w ręce i nie ma co wybrzydzać, dobre już było. Nareszcie dojrzałam, więc może i ja wrzucę jakieś zdjęcia łydek, pęcin moczonych w sreberku. Klękajcie narody, co za widok, a ile lajków nazbieram, chociaż Marylą nie jestem. Jednakowoż należy mieć na względzie, by paskudnych ludzi omijać z daleka, niech nie przygnębiają, niech nie dołują, nie narzekają i nie obrzydzają innym tego świata.

              Ja też mam wisienkę na torcie, co ja mówię, całą wiśnię na blogu. Szczęście bierze się ze środka, więc wystarczy adopcja, by zaliściło się w głowie na żółto i na niebiesko tymi mimozami, którymi jesień się zaczyna. A wilk, jak się patrzy, jest i ozdabia.

                Uśmiecham się do Was po irlandzku (Ireland – kraina deszczowców), jak Brygida Celtycka obracam kołem czasu i pór roku, zaczynam od:  JAKI DOBRY TEN DZIEŃ.

Chwile naszego ziemskiego istnienia

Rzeźba koło cukinii

                                 „jesienną szarugę spróbować odmienić”          

          Mówią mi, że już przyszła do mnie ta jesień. Złota, pomarańczowa, czerwona, nasycona barwami. Cóż, kiedy przyprowadza z sobą chandrę, dołuje, wprowadza depresyjne klimaty aż słońce przestaje oddychać, chowa się za chmury, rzadko pokazuje uśmiechnięte promienie. I tak sobie myślę i myślę sobie tak: niech ten deszcz siąpi, czyli że nie pada, wytrzymać można, a kolorowe parasolki  przypominają te z Cherbourga, zatem nie czuję mżawki i chłodu, bo widzę młodziutką Catherine i słyszę, że będzie czekać na mnie czterysta lat. Przed oczami pląsają te liście niesione wiatrem, pomarszczone, brązowe, pachnące pleśnią, śniedzią, z plamami wątrobowymi, upadłe, zdeptane; podobno są piękne, nie będę zaprzeczać, bowiem najważniejsze jest to, że dziś jeszcze wstałem, więc dzień się toczy, a zegar bije. Czuję wprawdzie zmartwiałe czubki palców, ale skoro każdy ma prawo do orgazmu, jak to ogłosił P. Bukartyk,  zapewne jesieni to również dotyczy. Ej, głowo, czy to wypada w twoim wieku, kiedy włosów niewiele (może i niewiele, ale same ambitne). Uśmiecham się tymi falbankami ust, przecież jeszcze nie czas na noszenie żałoby po tym życiu.

                                     „umieć słuchać o czym wiatr śpiewa”

             -  Nie mów tak głośno wietrze, przecież jeszcze w miarę słyszę, więc widzę ten schodek, obiecuję, będę uważał. – Co to ja nie wiem, że liście są zdradliwe, można się na nich ślizgać. Nie widzisz, że jestem ostrożny, więc przestań gwizdać figlarzu jeden.

             – Ależ już zwalniam, nie pędzę, więc zadyszka mnie nie dopadnie, tylko ta laska nie musi o ten bruk tak stukać. Co ty sobie wyobrażasz, nic nie znaczyłeś wietrze za życia, to kiedy jesień przyszła, możesz sobie odpuścić i nie pouczaj, co mi wolno, a czego nie mogę.

              – Znów się potknąłem, wiem, nie musisz mi wypominać, to przez to żółwie tempo, takie jest męczące, więc nie wyj już, bo w końcu przestanę cię słuchać. Nie obrażaj się, żartowałem, oczywiście, słucham cię uważnie. 

             - Już przyspieszam,  teraz widzę, że się wlokę, za tydzień nie zajdziemy w takim tempie, nikt czekał nie będzie, po prostu chciałem posłuchać tego krakania. Patrzę na tę ptasią radość, na to wesele i nie zazdroszczę, zimą nie będzie im do śmiechu. Ale co ty o tym możesz wiedzieć, wietrze, kiedy łobuzujesz, że pal licho?

                                       „zobaczyć jesieni pogodne oblicze

            Coraz częściej patrzę przez okno, to taki trening przed rozstaniem, przed nicością. Już jesień? Dopiero było lato. Sam widziałem na transparencie ”Stare jest piękne”. Zgadzam się, bo tak jest z winami, z serami, dojrzałe lepiej smakują, jednakże ludzie po tej drugiej stronie tęczy  codziennie mają  swoje gorzkie żale,  zwykle brak dla nich dobrych wiadomości, przy czym staram się pamiętać, że starzenie może przytrafić się każdemu i nawet w każdym wieku. Jak ta rapsodia na zawał serca,  jak ten mazurek ze złamaniem nogi, jak ta symfonia na radioterapię, ten walc na neuropatie, tango z Hashimoto, jak to chemiczne SPA. I tak przyjdzie zardzewieć, chociaż niekiedy słyszę ten głos rozsądku, że z muzyką będzie łatwiej przez te wspomnienia.

                                   „poszukać uczucia co wszystko odmienia”

         Życzę ci stu lat – słyszę jesiennie. Dziękuję, ale kręgosłup sam się nie wyprostuje i kto mi zapewni zdrowie w tej długowieczności, o tym cisza. Golarki także nie znalazłem, choć wiem, że sam chowałem, okulary wiążę, a parasolki gubię. Lato w sukienkach już pochowane, tymczasem płaszcze i jesionki nic seksownego w sobie nie mają, jako że grobowy czarny kolor króluje na ulicach. Łaskawa jesieni, nie myśl, że ktoś czeka z utęsknieniem na ciebie, ponieważ w jesieni życia role się odwracają. Dziecinniejesz młody człowieku, robisz fikołki na chodniku, potykasz się o własne nogi, nie pamiętasz, po co wyszedłeś, co miałeś kupić w aptece, więc czekasz na tę ciepłą, przyjazną dłoń, która poprowadzi, by życie mniej sponiewierało, wiadomo – cudowne nietuzinkowe – ale ten jego ostatni akt jest wyjątkowo kiepski, jak ta ulica w Szczecinie, która nazywa się „Ku słońcu”, tyle że prowadzi na Cmentarz Centralny. (Pozostanie przypiąć ciężarki do nóg, bym nie odleciał). A kiedy przyjdzie ten znajomy pan Parkinson albo pan Alzheimer i tyle dobrze, że razem nie chodzą, przyjmę ze stoickim spokojem, bo to inni będą się męczyć najwięcej. Mnie będzie wtedy uwierał problem, czy mam ogrzewać ten koniak w dłoni, czy nie, ponieważ współczesne pomieszczenia są na tyle ciepłe, że podobno zbędne jest ogrzewanie. Co by nie pomyśleć, idzie jesień, a z nią ten  l e p s z y z m  życia, Małgosiu.

Tytuł i śródtytuły pochodzą z wiersza  TES przesłanego w komentarzu przez naszą, kochaną Małgosię.

I ty bądź szczęśliwy jesienną porą

Kozice2

         Człowiek rozmiłowany w zbytku i wygodzie całe życie dąży, by mieszkać w tym luksusie, ale kiedy go po jakimś czasie osiąga, wcale nie czuje się szczęśliwszy ani spełniony. Ciągnie  do niewygód, ponieważ zauważa brak tej witaminy N związanej z naturą. Buduje chatki  hej tam na górce, w szczerych polach obok  brzozowych lasków,  sadzi iglaki, w tym modrzewie i czarne sosny, by pachniało górami. Cieszy się, gdy zając pod chatę przykica lub sarenki zimą proszą o karmę i podchodzą pod dom. Raduje, gdy rano otworzy okno na taras, a ta zieleń sama w oczy wchodzi, z kolei  wieczorna kolacja ma inny smak, bo przy okazji można wreszcie zobaczyć zachód słońca.

          Tego blokowi w miastach nie uświadczą, za to mogą więcej czasu spędzać przed ogłupiającym telewizorem, choćby z tej racji, że nie odśnieżają, nie noszą drewna, nie przycinają, nie koszą i nie oglądają tych gwiazd na niebie.  Ale szczęśliwsi nie są, słupki depresji idą w górę. Żyją cudzym nieszczęściem, wojenkami na górze i kotem w oknie. Są i tacy, którzy rzucają wszystko, kupują dom w Bieszczadach, jednak w większości wypadków wracają, ponieważ życie w puszczy na stałe wymaga stałych poświęceń, więc nie każdy podoła. Popatrzmy, jak radzą sobie Norwegowie.

           Niemal każdy  Norweg ma swoją hyttę, czyli mały drewniany domek w lesie; im wyżej w górach, tym lepiej, a majętniejsi mają najwyżej, bo tam dojechać niczym  nie można, więc materiały trzeba zwieźć helikopterem oraz samemu przejść wiele kilometrów z tym prowiantem pod szczyt, gdzie ten wymarzony domek stoi. Trud rekompensują niesamowite widoki, zatem z reguły co weekend do niego pielgrzymują, by poczuć się lepiej, by mieć kontakt z naturą i widzieć te uspokajające krajobrazy bez telewizora, komórki, komputera. Niektórzy sami ciężko pracują przy budowie, nie dlatego, że ich nie stać na wynajęcie ekipy pracowników, tylko z powodu tej późniejszej satysfakcji, że to wszystko zbudowali  własnymi rękami.

            Natomiast kiedy patrzą, jak ich szef pędzi do wygódki (z serduszkiem?)  po śniegu czy błocie, czują się  na równi z nim szczęśliwi, bo on ma tyle samo, co oni i równie mu trudno w tym domku bez elektryczności, więc może dlatego w tym miejscu każdy czuje się dobrze. Wnętrze surowe,  przy kominku i świecach, gdzie piętrowe łóżka, meble z odzysku, w szufladach  każda szklanka, czy łyżka z innej parafii, a przy ścianie narty, kijki, wędki, siekiery, łopaty, bowiem tu się przyjeżdża po psychiczną równowagę oraz życie zgodne z naturą. Ten milioner także w czasie ulewy czy zamieci jest również odcięty od świata, a mimo to czuje się szczęśliwy egzystencjalnym bezpieczeństwem, pozbawiony złych emocji, bo chodzenie po lesie niezwykle wycisza i uspokaja, czyli ludziom potrzebny  jest taki wentyl bezpieczeństwa.

              E. O. Wilson z Harvardu uważa, że człowiek ma naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą i nawet nazwał to zjawisko „biofilią”. W hyttach Norweg wycisza się z reguły ok. 35 dni w roku. Prof. N. Witoszek sądzi, że kryją się za tym głębsze, choć nieuświadomione potrzeby. Okazuje się, że wtedy rodzina rozmawia z sobą, bo wreszcie się widzi, ponieważ nikt nie siedzi w swoich pokojach, skoro jest tu jedna izba, ponadto rozmów nie zagłusza żadna gra, czy  telewizornia. Polskie dzieci nie chcą podobno jeździć w góry, bo trzeba najpierw na nie wychodzić, a potem znowu schodzić. Nie wiem, jak z małymi Norwegami, myślę, że podobnie, ale przywykli do tych wyjazdów, więc potem będą wspominać nie to życie w mieście, tylko tę rybę, którą trzeba było samemu złapać w tym potoku, oprawić  i usmażyć. Mimo że  pachniała mułem, przesmażona,  była pyszna, każdy tak powie.

           Idzie jesień, a  z nią plucha,  chłód i wieczne narzekanie, wtedy przypomnij sobie, że ten Norweg musi przynieść sobie opał, zaświecić świeczkę, za swoją potrzebą wyjść do wygódki na zewnątrz i nieważne, ile milionów ma na koncie, sam musi odśnieżyć tę ścieżkę do niej, a latem też nie pośpi, bowiem ptaki już zwiedziały się o przyjeździe.

           Najciekawsze jest to, że wymarzone szczęście przychodzi w tych surowych warunkach, gdyż w trudzie człowiek uczy zmagać się z życiem, nie gnije w luksusie i nie narzeka. Z pozycji hytty  życie nabiera dystansu, innego wymiaru, a fizyczna praca oczyszcza złe emocje i przywraca właściwe proporcje wartościom, uczy zmagania z życiem i wygrywania z chaosem. Tam gubi się słotne chandry, gdyż – powtarzam za T. Gulbranssenem – „lasy wiecznie śpiewają”, uczą pokory, a chodzenie skutecznie i bez chemii leczy umysł.