Nadzwyczajni zwyczajni staruszkowie

kwiat kaktusakaktus T. zakwitł !

Zatem

         Zrobiłam sobie sama dzień ciekawości, skoro go jeszcze nie ma w kalendarzu. Siedzę w salonie, bo teraz przecież każdy ma salon, więc i mój blokowy pokój przemalowałam na salonowy living room, nie będę przecież odstawać od reszty świata, tylko brakuje kręconych schodów oraz sukienkowych kreacji, które rzucają męski świat na kolana, kiedy się z nich schodzi stopień po stopniu. Zasiadłam jak jakaś dawniejsza jaśnie pani przed sernikiem z cytrynową galaretką i kawą, mogłabym zostać baristą, zapach kawy wystarczy, by wrócić do życia;  moje rewiry – pomyślałam, więc sama się nagrodziłam za to, że wyjść nie można, bo leje, wieje i wcale nie jest to mój ulubiony Zefirek, a muszę pochwalić się, że  jest jeszcze ze mną osobisty psychoterapeuta, nazywa się A. Wedel, rzeczywiście niezawodny w trudniejszych sytuacjach. Wyczyściłam sobie wczorajszy życiorys i myślę, by zacząć myśleć na nowo.

Tymczasem

            Moje trzecie oko widzi po ciemnej stronie ulicy, jak ze starego bloku, przemalowanego na nowy, wychodzi starsze małżeństwo, więc te zęby mi zaszczękały: to oni po siedemdziesiątce idą na spacer, a ja mam siedzieć w domu, niedoczekanie. Zostawiłam stygnącą kawę, ubrałam beret bez antenki („Co wy wiecie o berecie”), płaszcz z kapuzą i szybko znajduję się za nimi. Słyszę:

– Starajmy się, staruszko. Jeszcze parę kroków, damy radę, jak się położysz, to koniec, a nie ma co się spieszyć na tamten świat, bo nie wiadomo, co  tam nas czeka i co tam jest.

– A zapewne nic nie ma, ale masz rację, ruszać się trzeba. Niech nie siedzi w nas ta konserwa. Ruch to życie, ale niechby przestało padać. Widać za mało bogom składamy ofiar, że tak zacina już trzeci dzień.

Jednakże

            Jej słowa  więzną na wargach, fiołkowy szal szaleje przy szyi, a mnie „konserwa” rozbroiła, czyli oni jeszcze grają w zielone, jeszcze spacerują – myślę sobie – choć większość jest przywiązana do miejsc biernych, zatem czas im ucieka przez nieszczelną uszczelkę, za miesiąc znów będą starsi o rok. Uwięzieni we własnej nieskończoności mają skłonność do gorzkich żali na tę ułomność, na te choroby… Zawrócili. Lubię tę parę, ponieważ cały czas rozmawiają tak, że innym czasoprzestrzeń się nie starzeje i nie widać zmarszczeń.

Nawiasem mówiąc

          Myślę sobie, że wczesne dzieciństwo też ma swój lepszy czas. Przeżyliśmy Mickiewicza, Wojaczka, Różewicza, nawet Szymborską, a nie wiemy, że nie wiemy, co utka przyszły dzień. Świat ma tyle do powiedzenia i tyle jest do zrobienia, że zwyczajnie czasu brakuje, ponieważ krojenie cebuli (tu puszczam oczko zza okularów) może być równie fascynujące, jak zjedzenie sushi (uśmiech po japońsku), czy magicznego okienka (mrugam do pana Wedla). F. Gumps przyrównał życie do pudełka czekoladek, bo nigdy nie wiemy, na co natrafimy. A nadzienia mogą być rozmaite, jak to bywa w życiu, raz miód, innym razem chili.

Na razie

           Deszcz się uspokoił, ale podświadomość zachowuje się, jak komputer, eksponuje niezdrowe wzorce myślenia intelektualnej łatwizny, więc zawracam, aby dopaść zostawionych słodkości, bo to niebo trzeba mieć także na ziemi. I już miałam wpaść w euforię, ale rychło narracja została przerwana. Kiedy wracałam, znowu usłyszałam stuk laseczki. Moi znajomi-nieznajomi tuptali naprzeciw, a kiedy mijali, usłyszałam wyraźne: – Nic się nie bój, nie upadniesz, jestem przy tobie.

Miłość po grób

            Małgosia od rana słabo przebudzalna, więc na wciąganie żółtka najlepsze są strofy o miłości, która potrafi zmienić człowieka, spowodować trzęsienie ziemi, góry przenieść w inne miejsce, a nawet starość odmłodzić, bo jak mawiał G. Holoubek, zakłada ona bezinteresowność i tylko bezinteresowność. Dobra na listopad, na chandrę, na westchnienia i płonie dłużej niż świeca. Podobno starsza od piasku na pustyni, przy tym ogrzewa, rozżarza, stwarza ciepło, pozytywną energię i grę na strunach serca. Te dwa światy widzą jedno jedno słońce, więc malują serduszka jedno po drugim, a potem ludzcy bogowie udowadniają, że to przecież zwykły mięsień, który może być zwyczajnie przeszczepiony. I cóż, że  wiem, skoro dalej twierdzę, iż w sercu pełnym drżeń mieszka miłość. Mimo wszystko:



             Zakochanie od pierwszego wejrzenia to oszczędność czasu, jak pisał J. Tuwim, a potem już jedynie trzeba ją wytęsknić, wymarzyć, wyśpiewać, by zobaczyć w oczach dom wschodzącego słońca, by pozostały wspomnienia pisane mimozami, bowiem kochać to tak łatwo powiedzieć, snuć te dumki na dwa serca i zapewnienia, że będziesz moją panią, bądź kocham cię jak Irlandię. Myslowivitz chciał umrzeć z miłości, a z kolei bez miłości umiera muzyka, bo o czym innym śpiewać?

             W holenderskim mieście Roermond stoi pomnik kochającej się pary. Pobrali się wbrew rodzinom, bowiem on był protestantem, a ona katoliczką. Kiedy on na zawsze zgasł, został pochowany pod murem na cmentarzu protestantów, ona po śmierci pochowana po drugiej stronie muru na cmentarzu dla katolików. Po jakimś czasie na cmentarzu wyrosły ręce, które połączyły parę i groby ponad podziałami na zawsze, nawet  po śmierci są razem. (Zob. http://madagaskar08.pl/blog/2017/11/02/zaduszki-po-holendersku/). Zdjęcie: Maradag.

para w Roermond

              Słowa Pawła z Tarsu zawsze będą aktualne: „iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”. Czekają na miłość Izoldy smutniejsze od łez, prześliczne wiolonczelistki i ta Ela, która straciła przyjaciela, i ta Beata z Albatrosa zabierana na fregaty, także Małgośka, której chłopak nie był wart jednej łzy, również  Małgocha, która musiała opuścić dom i ta pamiętająca Jolka, której dane było zobaczyć zaćmienie słońca. To przyspieszone bicie serca sprawia, że żyć się chce nawet wówczas, gdy odjazd niebieskim kabrioletem blisko:



 

Taka liryczna notatka z życia

Bolesław Leśmian: „Zwoływali się surmą…”

„Zwoływali się surmą na wrzawę-zabawę,
A jam gadał z mogiłą…
Wszyscy na koń już siedli, by jechać po sławę,
Lecz mnie z nimi nie było.

Sny moje zaniedbane marnieją w dolinie…
Weź pług w dłonie i oraj!
Płynie życie bez jutra, a w ślad za nim płynie
Moje życie – bez wczoraj!” 

         Wiersz „Zwoływali się surmą” (surma to dawny instrument dęty) należy do miniaturek z tomiku „Mimochodem”. Leśmiana poetyckie rozmyślanie pisane było z myślą o sobie,  zwierza się w nim z intymnych przemyśleń dotyczących sensu życia, czyli zagadnienia trapiącego ludzkość wczoraj, dzisiaj, a pewnie i jutro. Jedni żyją przeszłością, drudzy pracują dla przyszłości, a jeszcze inni uważają, że trzeba żyć tu i teraz, dzisiejszym dniem bez oglądania się wstecz i bez zmartwień, co przyniesie los.

          Przyjrzyjmy się tej  liryce bezpośredniej, czyli takiej, gdzie podmiot liryczny mówi: „jam gadał”, „sny moje”, „mnie nie było”,  „moje życie”. Otóż bohater patrzy z jakiejś perspektywy na swoje życie i próbuje je ocenić. Nie opisuje, ale podsumuje w mini subiektywnej notatce. W tym celu przeciwstawia swoje przemyślenia postawom zaobserwowanym we własnym otoczeniu. Ja, poeta, bohater liryczny kontra inni, czyli ludzie wokoło, o czym świadczą przeciwstawne spójniki: „a”,” lecz”. Świat wczorajszy to ten wojskowy ton, zawołania „na koń”, „zwoływali się surmą”, to ten romantyzm i jazda po sławę  („jam gadał z mogiłą”).  Tradycja romantyczna to walka, wizja tych zmarniałych snów bohatera lirycznego w powstańczych zrywach”, ale w tym świecie bohatera nie było ze względu na  życie bez wczoraj, a wygląda na to,  że i  bez jutra. Dlaczego?

            Poeta podświadomie czuł niechęć do ludzi biernych, stereotypowych, leniwych i żyjących nieokreśloną przeszłością. Przecież istnieje zawsze jakieś  DZIŚ, stąd przesłanie Leśmiana: „weź pług i oraj”. To w czynnym życiu, codziennej pańszczyźnie, mitrężnej pracy „życie płynie” wczoraj i będzie płynęło jutro. Tak naprawdę liczy się tu i teraz, mrówcza praca, codzienne „oranie”, tyranie, harówka, ten kierat, mozół i codzienny znój w tym oraniu, ryciu i wylewaniu siódmych potów.

              Przejmuje po ludzku ta notatka, przecież  każdy  ma własne życie  i  doświadczenia. Życie bez jutra i bez wczoraj, z marniejącymi snami to obraz niewesoły, choć osobisty i pełen gorzkiej refleksji, jak u wszystkich, którzy będą podsumowywać swoje życie i też wesoło nie będzie, za to niewątpliwie przysporzy  każdemu dużo emocji. I wyjdzie jak B. Leśmianowi, że szare, pracowite, bez szalonych zrywów, bez domalowywania ideowych treści, bez romantycznych uniesień życie oraz przyziemna, nużąca praca dla powszedniego chleba jest przypisana człowiekowi. Zaniedyszałam. Normalność i proza? Jak żyć szarzyzną codzienności? Bez poetyckiego rozartyzmowania, niezwykłych uniesień, przenoszenia w odległe miejsca i czas, trzymania wyobraźni wysoko w obłokach? Jakby nie było, z  tymi pozaświatowymi „ludzieńkami”, „znikomkami”, „bajdałami” żyje się przyjemniej, co nie znaczy  p r a w d z i w i e j.

             Zatem od pracowitego rana, czytajmy Leśmiana i życzmy, by Mu surmy w niebie wiecznie grały i dla naszej chwały także.

Jutrointernauci, czyli sen młodych o potędze

             Siedzę w długim korytarzu w nowej przychodni, bowiem nowe tu dotarło, więc poczekalnia bez okien. Wszyscy patrzą w smartfony, a sztuczne światło im sprzyja; sama wiem, jak słońce przeszkadza w odczytywaniu godziny, skoro zegarka już od dawna nie noszę. Zresztą, nawet gdyby były te okna, to pewnie i  tak by nikt nie patrzył na te drzewa, zieleń, ptaki; na to współcześni nie mają  czasu i nie widzą potrzeby przypatrywania się makolągwie i bogatce.

              Co trafia prosto w mózgi młodych ludzi? Oczywiście szok, na „culture shock” przecież wychowani. Młode, pociągnięte cyfrowym pudrem twarze, żyją  „więc, póki czas, bo kto wie, bo kto zna”, ale nie jest to jednak wspólny śpiew przy ognisku i porozumienie dusz, jak niegdyś bywało. To wszystko zaczęło się od nastoletniego czarodziejskiego okularnika, który za dotknięciem różdżki zło zamieniał w dobro i przenosił w magiczny, zaczarowany świat. Wychowani na Harrym Potterze, będą szukać podobnych magicznych rozwiązań w wirtualnej rzeczywistości.

          Czas spędzony na autopilocie nie procentuje jednak równowagą, dystansem, wyciszeniem, więc neuroestetyka (zwróćmy uwagę na jądro ogoniaste istoty szarej) zabije duszę, a potem ciało. Nowi milenialsi tkwią w tych stronach podwieszonych do sufitu, studiują, uczą się języków, marzą o pracy, godziwych zarobkach, chociaż mają świadomość, że nie zawsze potem szef potrafi docenić zaangażowanie w pracę. Witajcie w realiach tego świata.

            Internauci  jutra to młodzi ludzie, nasza przyszłość, co nie znaczy, że nie mogą żyć ułudą w swoich mydlano-prywatnych bańkach Internetu, który karmi ich widokiem wesołego, ciekawego życia oraz kusi techniką, sztuczną inteligencją jako balsamem na łatwiejsze jutro. „Internet jest kulturą karnawaliczną, w której liczy się głównie prostota” – pisze bloger – i ma rację, bowiem jeśli ktoś kiedyś może zmienić świat, to z pewnością nie będzie to rozbawiony internauta, lecz ten mól książkowy z szeroką wiedzą i ten pracuś niekoniecznie dobrze opłacony.

              Kiedy Mark Zuckerberg (założyciel Fb) i Dan Brown (pisarz) wspominają szkołę, która uczyła myślenia i umiejętności logicznego myślenia, a samodzielnie opracowane zadania pisali na każdym przedmiocie, to trzeba im zazdrościć, bowiem polskie zakuć, zdać i zapomnieć nie sprzyja rozszerzaniu horyzontów. Nieprzyzwyczajeni do pracy zespołowej, otwartości umysłu i samodzielnych poszukiwań będą przeżywać frustracje, chyba że pracę zamieni się w grę, bo do grania przyzwyczajeni, więc skuteczniej wyłapią błędy w kodzie, a sam projekt skończą przed terminem, bowiem zacięcie w grze najważniejsze, przecież nikt nie wstanie, póki nie skończy i nie zwycięży. Już informatycy o tym myślą, aby projekty miały formę gry.

               Jako że trzeba mieć nadzieję, cała nadzieja w sztucznej inteligencji. Alpha Go Zero potrafi uczyć się sam, więc liczymy, że rozwiąże wiele problemów, z którymi ludzie nie dali rady. Trwają dyskusje za i przeciw, choć elementy inteligentnych rzeczy już mamy w domach, a nawet same domy już zawładnięte przez inteligencję, cóż, że sztuczną. To pokemony w przyszłości będą nas gonić, a nie odwrotnie! Genialne, ale co zrobimy, gdy maszyna nie pozwoli wejść do samochodu, bo uzna, że chodzenie zdrowsze, rozkaże wyrzucić zawartość lodówki, gdyż boczek ma za dużo tłuszczu, zablokuje windę, bo ruszać się trzeba, a nawet zabroni dostępu do Internetu, skoro  limit czasu wyczerpany, a wszystko dla naszego dobra, by w końcu w czarnej wersji uznać, że czas zaprowadzić porządek, ale w pierwszej kolejności należy pozbyć się człowieka. Dlaczego ludzi? Dlatego, że sztuczna inteligencja posługuje się logiką, a nie emocją.

           Co będzie, gdy uzna ludzi za nielogicznych? I co przyniesie przyszłość jutrointernautom? Kiedy założę gogle VR, by zobaczyć wirtualną przestrzeń trójwymiarową oraz MR (rzeczywistość mieszaną)? Pytania do gdybania. Dla wszystkich.

PS. Warto zobaczyć: https://www.youtube.com/watch?v=iCpbKWX4v3Y

I nie jest to zapowiedź raju

drzewa na Plantach

Mgła

             Dopinam te wersy do rzeczywistości, która otacza okutanych w szale i szale ludzi. Przyfrunęły te liście pod stopy i oblepiają podeszwy. Parasole tańczą we wszystkie strony, więc niektórzy składają, by ocalić druty. Dzień taki, rzekłabym, krakowski, czyli składa się z mgły i oparów smogu, zatem nie da się kontemplować wątpliwego piękna słoty za oknem.  Kubek z podwójną wkładką rozgrzewa ręce, przeglądam  prasę i wysoki obcas wbił się w samo serce.

Klątwa

              Cóż takiego może się zdarzyć, że szał ogarnia spokojnego, zdawałoby się, człowieka, by życzyć drugiemu, aby łatwo umrzeć nie mógł? Te dryfujące chmury mówią wieczny odpoczynek i łkają nad kondycją człowieczą. A do grającej w spektaklu „Klątwa”, J. Wyszyńskiej, ludzie piszą: „życzę ci, abyś miała raka, najlepiej złośliwego”. Imaginujecie to sobie, katolicy? Jaką potem osoba otrzymująca takie życzenia  musi  przejść rezyliencję, by wyrobić sobie cechy pozwalające dojść do równowagi i przekuć tę złą energię w coś dobrego? Fejsbukowi już zapoznali się z hejtowizną, uważają to zjawisko jako normę, zwyczaj, np. życzenia potrójnej choroby wenerycznej, przeszczep łba. A mnie po takich życzeniach życie smakuje jak płucka na kwaśno jedzone niegdyś w barze dworcowym, po którym niesmak pozostał do dziś, choć porcja słuszna i najeść się można było po sufit, a przypominało – według znajomych – kolce jeża w octowej zalewie.

Kiedyś

             Kiedyś, gdy jeszcze dinozaury nie miały anteny i Internetu, więc były niedouczone, bili się sztachetami na wiejskich zabawach. Współcześnie sztacheta zastąpiona została bójką na słowa, wiejskie porachunki przeniosły się na salony, by zadać ból, oczernić, unurzać w błocie, trafić prosto w serce i czerpać z tego przyjemność, stąd intrygi, szukanie haków, teorie spiskowe. Kiedyś też były haki? Malutką szpachelką napełniam te ubytki pamięci. Pewnie że były,  w sklepie mięsnym nawet same haki, ale mięsa jadłam więcej niż teraz, od razu kupowało się w porywach całego tucznika na połówkę, czy ćwiartkę ze znajomymi, a wędliny robił na niedzielę każdy pracowitszy gospodarz na wsi (hm, nawet pewna pani profesor opowiadała, jak u siebie robiła zakazane trunki). Szanowało się naturalne jedzenie i człowieka. Obecnie wędlin zatrzęsienie, jedzenia w bród, a brud na języku, nawet te wyczekiwane pomarańcze się przejadły. Wszystko jest, tylko szacunku do siebie wzajemnie brak. Nie przypominam sobie takiej pogardy i podziałów. Niektórzy twierdzą, że to pierwotniak Toxoplasma gondii zainfekował nasze mózgi. Przez grzeczność nie zaprzeczę.

Wiatr

           Jako że człowiek nie jest odporny na działanie nieżyczliwości, więc chłodne wiatry przynoszą zniechęcenie. Pamiętam, że dawniej wiatr był tylko od wschodu, obecnie zewsząd, dlatego kichanie zapewnione, a że katar leczony także trwa tyle, co nieleczony, więc pociąganie potrwa. Te ROBOTY mają dobrze, gdyż im z nosa nic na klawiaturę nie kapnie! Cóż z tego, że wiatr zmienił kierunek, kiedy nieprzyswajalność została, co widoczne jest chociażby w muzyce. Piszą, że Kukiz bełkoce, Muniek wygrzeczniał, punk spuścił z tonu, a niesmakiem nasączone Opole ukazało, że zaangażowanie jest, ale na plener za dobrą kasę. Młynarski, Niemen, Ciechowski, Kaczmarski w grobach się odwracają.  Sama piosenka może świata nie zbawi, jak powiedział Stevie Wonder, ale warto się starać, by manifestować chęć zmian. Współczesna muzyka dorównuje językowi, nie współgra z rytmem serca, stylem bycia, a z mamoną i tak dzieje się w wielu dziedzinach. To by było na tyle dobrych wiadomości.

Posłowie

            Posłowie, czyli podsumowanie, omówienie, wyjaśnienie. Zobacz, jak bieda spotyka się z dobrobytem, ujrzyj trud przeciętności. Jeden je sushi, ale inny go zrobił, a jeszcze inny dowiózł, podobnie było z sejmową sałatką, ktoś musiał ją zrobić, by posłowie mogli się nią delektować. Szacunek należy się każdemu, przypomnę: „Niech się zawstydzą i okryją hańbą ci, którzy czyhają na moją duszę; niech się cofną ze wstydem ci, którzy mi źle życzą” (Psalm 70.2).  A ten szary człowiek żyje jak niegdyś, czyli niezależnie od decyzji wodzów, głupstw, waśni, obelg rzucanych na innych i wstyd mu, choć nic złego nie zrobił.

           Nowe cyfrowe imię nienawiści boli analogowo, dlatego koniecznie trzeba znaleźć tę kropkę nad „i” dla dobra wszystkich, by nie sparszywieć na dobre.

Zajrzyj do tego sklepu, zachwyć się pomysłami

To sklep internetowytuv_nozyczki_ikonka_mala  zajrzyj, a nie pożałujesz:

                                  http://www.kobomarket.pl                            

                                 https://poczytajmi.com

        Szyje tam niezwykła osoba, która o sobie mówi tak: „Lubię szyć. Tworzę patchworki. Szyję pościel dla dzieci i maskotki.” Ale osoba pracująca w sklepie „MATYLDA” to nie jest zwyczajna szwaczka. To jest Czadowa Szwaczka, jak nazwał Ją jeden z blogerów, bo musicie wiedzieć, że to również blogerka znana w świecie blogerów od prawie szesnastu lat  jako  Tuv : 
http://tuv.blog.pl/
                Zobacz pasję, kreatywność, a przede wszystkim niezwykłą cierpliwość, jaką trzeba mieć, aby z maleńkich kawałków stworzyć dzieło sztuki:                                  
https://zachodniwiatr.blogspot.com/

              Swoje patchworkowe prace wystawia do konkursów i owacje otrzymuje na stojąco. W tym roku wystawiła dwie prace, obie nagrodzone na Wielkiej Gali Patchworkowej w Warszawie.

Liść

            Przypatrzmy się nagrodzonej pracy pt. „Liść”, inspiracją było zdjęcie Pani  Ewy:
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1296610467084280&set=pb.100002060168816.-2207520000.1509221946.&type=3&theater
 jednak miejmy w pamięci, że trudno oddać fotografią artystyczny obraz trójwymiarowego patchworku. Na pierwszym planie obrazu widać gałązkę i ten liść w kolorze brązu. Tło stanowią koła tak odcieniami ustawione, by oddały efekt głębi, natomiast  koła w kolorze pomarańczowym rozjaśniają tło i nawiązują do koloru rdzawego listka. Liść w kroplach deszczu – mówią jedni, on symbolizuje samotność mówią drudzy, natomiast jeszcze inni odebrali całość jako nasz świat pełen obracających się trybów, a my stanowimy jeden z trybików większej całości. Przypatrzmy się uważnie: liść w rękach Czadowej Szwaczki przestał być zwyczajnym listkiem, skoro obdarowano go uczuciem, więc przemienił się w artystyczny obraz.

            Szczur z Loch Ness, który również był na konkursie pisze: „Patchwork w wydaniu artystycznym to wyższa szkoła jazdy. Przy czym nawet nie mając w tym wszystkim wielkiego rozeznania łatwo zauważyć, że niezależnie od hermetyczności samej dziedziny, konkurencja osób szyjących oraz poziom wystaw są wyśrubowane do niebotycznych granic”.

           Pamiętajmy, że technika szycia to nie wszystko, proszę dojrzeć artyzm w tych kapach, narzutach, pościelach, kołderkach, poduszkach. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię, by za każdym razem była to wyjątkowa i niepowtarzalna rzecz. Ja już zamówiłam imienne poduszki  oraz  narzutę patchwork – obraz na łóżko.  To niezwykłe, bo pełne artyzmu prezenty. Nie będzie nikt miał takiej drugiej rzeczy, jedynej zresztą w swoim rodzaju, z inicjałami, niebanalnej i niepowtarzalnej.

Podaję link do sklepu internetowego:                                                      
https://poczytajmi.com

A tu sklep z artykułami dziecięcymi:                                                http://www.kobomarket.pl                                      

        Bardzo proszę, zapoznajcie się z linkami do sklepu blogowej Koleżanki i  PRZEKAZUJCIE  DALEJ.   Zbliża się Mikołaj, Gwiazdka, więc pomysł na prezent być może znajdziecie w sklepie Matyldy?

                Zaproś i Ty Czadową Szwaczkę do siebie, jak to zrobili inni, podaj link, niech każdy ma możliwość zapoznania się z artystycznym rękodziełem:


http://klarka.blog.onet.pl/

http://marchevka.blogspot.com/

http://szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl/

http://przeplatanka.blog.onet.pl/

http://leszek-moje-reflesje-blog-onet.blogspot.com/

http://poranek55.blogspot.com/

http://missjonash.blox.pl/

http://www.kneziowisko.pl/
,  
kartkazbrulionu.blog.pl/

 Anna Kruczkowska 

Zabieszczaduj jesienią razem z nami

 U:  -  Nie jest łatwo zaplanować weekendy jesienią, a tym bardziej listopadowy urlop. Wprawdzie są tacy, którzy szukają klimatu mgieł i siąpania, więc lądują na tych Wyspach Owczych, gdzie przez 209 dni w roku leje, wieje, a oni mimo tego wracają szczęśliwi, zachwyceni przestrzenią i pastwiskami.  Gdzie  w Polsce są podobne miejsca,  by czynnie, ciekawie spędzić czas i nie zwariować?

T:  -  Można na Wyspy Owcze, czemu nie, ale w kraju taniej (poza sezonem o połowę) i mniej deszczowo, jeśli wolny czas spędzimy w rodzimych Bieszczadach. Poranne mgły także zapewnione, urokliwe, więc zdjęcia będą miały swój charakter i klimat. Stare Dobre Małżeństwo śpiewa: „Zabieszczaduj razem z nami”, trzeba przyznać  im rację i zobaczyć na własne oczy konie huculskie w Polanie, żubry w  zagrodzie Muczne, a może trafi się  niedźwiedź w Stupocianach, kto to wie.

U:  -  Dlaczego w stronę Bieszczadu, a nie tak modnego Zakopca?

T:  -  Właśnie dlatego, że tu po sezonie każda wycieczka jest udana, ponieważ nie ma przeludnienia. Niskie góry zapewniają aktywność całej rodzinie, dzieci takie wędrówki również polubią. Jesienią na szlakach nie ma tłoku, zatem  można  się skupić na podziwianiu bukowych, klonowych i brzozowych przebarwień, wysłuchać ciszy oraz zobaczyć utkaną z mgieł tęczę, wyjątkowe zjawisko, także podziwiać jedyne w swoim rodzaju zachody słońca, a z wież widokowych patrzeć z góry na bieszczadzkie góry.

U:  -  Kto powinien się zabieszczadować? Kogo tak naprawdę  i jakim magnesem  przyciągną Bieszczady?

T:  - W Bieszczady powinny iść szacowne damy, zasiedziali mieszczanie, rycerskie chłopaki,  szlachetne panienki, milutkie szkraby, czyli wszyscy,  którzy lubią czyste powietrze, wodę, las, połoniny, ciszę i spokój. Hej, sokoły, przybywajcie, tu są misie, łosie, rysie, ostoje orła przedniego,  czy puchacza. Tu są ścieżki widokowe, a na Tarnicę po tych przeklętych schodach korki, jak na Zakopiance, ale tylko latem.

  U:  -  Od jakiej miejscowości zacząć zwiedzanie, jeśli są dzieci, by nie zaczęły od swego zaśpiewu: „nudy na pudy”.

T:  -  Myślę, że od Wetliny (Wetłyny), bazy wypadowej na połoniny, czyli na unikatowe pasma górskich łąk, o których E. Stachura pisał: „cudne manowce”.  Nad miejscowością góruje Smerek, Połonina Wetlińska, a dalej znajduje się jeszcze do tej pory nie całkiem zadeptany Bieszczadzki Park Narodowy. Trzeba zobaczyć te schody do nieba i to wcale nie w przenośni, tylko na Małą Rawkę, a także na Wielką Rawkę, przy czym schodzenie najtrudniejsze.

             Jedna z najpiękniejszych tras to Wielka  Pętla Bieszczadzka, ale należy pamiętać o dobrym, nieprzemakalnym  obuwiu. Najpopularniejszy szczyt  to Tarnica,  latem panuje tu ruch jak na Marszałkowskiej ( 45 tys. wchodzi tylko od Wołosatego),  a jesienią spokojniej. Widoki jak w Szwajcarii, a dużo taniej i bliżej.

              Dorosłym należy polecić szlaki pisane historią, m.in.  w galerii w Czarnej usłyszymy nieprzekłamane krwawe opowieści przesiedleńcze, podobnie w Pracowni u Łysego, bieszczadzkiego zakapiora (bieszczadzki zawadiaka), poety, rzeźbiarza, Komańczę, nieformalną stolicę Łemków, czy ledwie widoczny Grób Hrabiny w Siankach, a w rzeczywistości  dwa groby kochających się ludzi. Wystarczy zobaczyć  ten ślad przemijania  skrywający się w trawie, zmówić „Wieczne odpoczywanie” i powiedzieć na głos imię osoby, aby ta zapałała dozgonną miłością, więc może  warto tu dotrzeć?

          Dzieci  z kolei będą miały radochę, gdy zajrzysz do „Chatki Wędrowca” na gigantyczny naleśnik z jagodami, do „Chatki Socjologa” na Otrycie, by zobaczyć  przy pogodnym niebie gwiazdy (7 tysięcy!) widziane przez  osiemset razy powiększający teleskop sfinansowany przez internautów, czy do „Chatki Puchatka” przyciągającego swą misiową nazwą oraz zafundować przejażdżkę „ciuchcią”, bowiem jest co podziwiać na tych trasach.

U:  -  O czym należy pamiętać, kiedy jedziemy w Bieszczady?

T : -  Bieszczady to niskie, ale wymagające góry. Nie można wstać od biurka i iść trudnymi szlakami. Trzeba wcześniej poćwiczyć, przygotować się, zaopatrzyć w buty do kostek, dobre skarpety, stuptuty (nieprzemakalne ochraniacze do kolan), a pod pachę wziąć dobry  nastrój. Na połoninach wyciszysz swoje ego, nabierzesz dystansu, więc żadnym bzdurom nie dasz się potem nabrać. A humor sam się będzie lał, jak woda z konewki. Nie zapomnij pozdrowić mijanych piechurów, dobry, miły zwyczaj. Po Bieszczadach nie chodzi pierwszy lepszy turysta w eleganckich półbutach ani turystka w szpilkach, tacy jadą do Zakopanego, bo tam na deptaku nie utopi obuwia w błocku. W Bieszczady jedzie się tylko raz, a potem już tylko wraca, by uwiecznić na kartach pamięci niezwykłe widoki.

U:   -  Do zobaczenia na niebieskich przestrzeniach  połonin.

 

Zmarła z westchnień nadmiaru

           Bolesław Leśmian „Alcabon”

„Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!
O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.
Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!
— „Tere-fere!” — tak śpiewał,
Gdy się śmierci spodziewał.
Aż pokochał osiadłą na strychu Kurjannę.

Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!
We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,
Gdy, wspinając się ku niej, dawał baczny zór
Na czar, co się po cichu
Tak utrwalał na strychu,
Jakby miejsca zabrakło gdzie indziej na świecie.(…)

Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!
Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia…
Zdzierż szczęście!… Nie zdzierżyła!.. Ledwo kilka chwil!…
Nienawykła do czaru,
Zmarła z westchnień nadmiaru,
Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!
Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie, —
Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi — ścichł,
Pilnej śmierci cios tępy
Duszę rozpruł na strzępy,
Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!
Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona, —
Bochen chleba w gwiazd wieńcu — skrót pałacu w mgłach —
Rzęsa Boża — dwie pszczoły —
I trzy z wosku anioły.
Czego tylko nie było w duszy Alcabona!”

        Kto to jest Alcabon? Egzotyczne imię i równie niezwykła postać, która znana była w okolicach Pińczowa, śpiewano o Alcabonie na weselach, co udowodnił J.Trznadel, ale czy istniał w rzeczywistości, czy we wspomnieniach, za to już głowy nikt nie da. Czytamy tę balladę, wsłuchujemy się w jej rytmiczność i powtórzenia, ale zwróćmy uwagę, że niezwykłości są podmieniane, gdyż sceneria wprawdzie wzięta z codziennego życia („barłóg”, „strych”), ale nieustannie przekraczane są granice między światami: stąd, czyli z ziemi i stamtąd, z niebiesiech, a wszystko dzieje się na zaczarowanym strychu, gdzie miłość i śmierć to jedno, jak to w balladzie, bo w prawdziwym życiu tak dobrze nie jest, więc nikogo z zaświatów nie gościliśmy, by opowiedział, co u niego słychać.

        Zapytajmy, ile można wylać łez z powodu nieszczęśliwej miłości? Wiele, jednak są granice, w pewnym momencie oczy stają się suche, a czas leczy rany. Przygoda  Kurianny i Alcabona opowiedziana  jest balladowo w sposób niezwykły, bo groteskowy, przez to wcale nie jest ani łzawa, ani nieszczęśliwa. Jeżeli mielibyśmy wątpliwości, co do istnienia postaci tytułowej, to w świecie przedstawionym bohater ukazany jest tak: „Był na świecie Albacon. Był, na pewno był!”  To ośmiokrotne zapewnienie o tym, że bohater istnieje, już wzbudza czujność czytelnika, który zastanawia się, czy taki ktoś kiedykolwiek żył, budzi wątpliwości i zapowiada, że tu mogą dziać się rzeczy niezwyczajne, skoro „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił” i „duszę rozerwał na strzępy”.

         Sam Alcabon to z pewnością postać groteskowa, nawet podejrzewamy, że może być kukłą, elfem, gnomem, rzeźbą, chociażby z powodu składu niezwykłości osobliwych w  jego duszy: „dwie pszczoły”, „trzy z wosku anioły”, „piach”. Metafory i liczne szczegóły nie służą urzeczywistnieniu, odwrotnie, czynią fantazyjnymi nie tylko bohaterów („we łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie”), ale również przestrzeń („szedł do niej po ciemność”) i przedmioty („bochen chleba w gwiazd wieńcu”). Sama śmierć Kurianny ma niezwykły powód: „Zmarła z westchnień nadmiaru”. Nie ona jedna tak by chciała zejść niepostrzeżenie z tego świata. Podmiot liryczny nie nazywa niczego dosłownie, tworzy natomiast sugestie znaczeniowe, by zostawić pole do inwencji i domyślności czytelnika: „znój mu wargi przynaglił”, a spersonifikowany ”znój” zmusił niejako usta do mówienia, a to by znaczyło, że  groteskowy bohater działa i żyje również w groteskowym świecie, gdzie śmierć  z nadmiaru westchnień nie robi wrażenia, ponieważ nie bierzemy jej na poważnie.

            Groteskowy świat jest zawsze na opak, ponieważ ów przedstawiony świat nie odpowiada naszym wyobrażeniom reguł rządzących codziennością. Jakże to tak, rzeczy złożone niegdyś na strychu żyją? Ludzie zawsze widzą świat z wyraźnym podziałem na rzeczywistość i fantastykę, ale poeci mieszają te dwa światy, stąd czary – mary na strychu. A wszystko za sprawą tych subtelności językowych: „Piach się z duszy wysypał”, „Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił”, o brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki”, zaśmiał się w samo niebo” oraz powtórzeń, które mają potwierdzać prawdę, ale w rzeczywistości poddają w wątpliwość  istnienie pokazanych sytuacji.

          Był Alcabon? „Był, na pewno był!” Ale czy żył? „Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!” Ale skąd miał taką nadzwyczajną siłę? Siłę? Groteska lubi poezję B. Leśmiana. Ta „rzęsa Boża” jest zwyczajnie nadzwyczajna, ale cóż, ludzie nienawykli do czaru, tego nie widzą, natomiast poeta zobaczy i podzieli się niezwykłymi wrażeniami. Jak dobrze, że poezja jest z nami w naszym zabieganym życiu.

Kto powiedział, że ma być listopad

       wilk i brzoa W. Got.Zdjęcie Wojciecha Gotkiewicza

               Dobrymi radami piekło już dawno zabrukowane, a ludzie wciąż dokładają swoje trzy grosze. Skoro jesień, czas wykorzystać wiatr, by przewietrzyć głowę, niech wywieje te osmętnice, desperacje, melancholię, jako że świat jest pełen dramatów, więc nie ma co dokładać nowych osowiałych i markotnych.

             Zatem zacznijmy od tego, że nie warto zdejmować butów, w każdej chwili może przestać padać, więc trzeba wyjść, póki nie leje. Żeby nie widzieć mżawki, należałoby znieść listopad, by pluchy nikt nie zobaczył. To, że jakiś desperat ten miesiąc wprowadził,  nie znaczy, że wszyscy muszą oglądać ospałość i smętki. Zakręciłam tym chomiczym kółkiem i okazało się, że w nadchodzącym miesiącu mogą być same niedziele, a w niedzielę – wiadomo – rosół, jabłecznik, kawa ze śmietanką, książka i luzik.

           Kto powiedział, że musi padać? Przecież można przestawić sobie pogodę na Dominikanę, Bahamy, Jamajkę i pod palmami zjeść langustę. Po tygodniu upałów znów zatęsknimy do chłodu i deszczu, bowiem odkąd wysłuchałam, że deszcz wygładza nam brwi, nic już takie samo nie będzie. Niech pada i wygładza, bo jak będziemy wyglądać niewygładzone? Przecież samo słońce w końcu można namalować sobie na ścianie, nakleić na monitor, wyszyć na jaśku, a Jaśka przytulić. Już kiedyś B. Pascal jako autorytet podpowiedział, że „kropla miłości znaczy więcej niż ocean rozumu”.

           Wojtek ma na ten miesiąc plan ucieczki z modystką do Ostrołęki. Marzenie piękne, zapaliłam się do niego i już miałam ruszać STOP! Tak po prawdzie, nie bardzo wiem, co ja bym z modystką robiła, chyba te kapelusze, ale czemu w Ostrołęce,  bardzo plan skomplikowany.  To może w Bieszczady, by zająć się fotoblogiem. Taki niedźwiedź, wilk na moim blogu robiłby wrażenie (mogą być również żołny, te kolory, smukła sylwetka, błękit podbrzusza i żółte gardło, czyli piękność). A ja po tych połoninach jak sarenka w deszczu i na bosaka. Proszę nie poprawiać: przecież nie ma listopada.        

              Skoro nie ma dni pochmurnych ani przygaszonych, to trzeba będzie wychodzić na spacery i brać pod depo te marzenia, mgiełkę, poranną szadź, co akurat wpadnie w ręce i nie ma co wybrzydzać, dobre już było. Nareszcie dojrzałam, więc może i ja wrzucę jakieś zdjęcia łydek, pęcin moczonych w sreberku. Klękajcie narody, co za widok, a ile lajków nazbieram, chociaż Marylą nie jestem. Jednakowoż należy mieć na względzie, by paskudnych ludzi omijać z daleka, niech nie przygnębiają, niech nie dołują, nie narzekają i nie obrzydzają innym tego świata.

              Ja też mam wisienkę na torcie, co ja mówię, całą wiśnię na blogu. Szczęście bierze się ze środka, więc wystarczy adopcja, by zaliściło się w głowie na żółto i na niebiesko tymi mimozami, którymi jesień się zaczyna. A wilk, jak się patrzy, jest i ozdabia.

                Uśmiecham się do Was po irlandzku (Ireland – kraina deszczowców), jak Brygida Celtycka obracam kołem czasu i pór roku, zaczynam od:  JAKI DOBRY TEN DZIEŃ.

Chwile naszego ziemskiego istnienia

Rzeźba koło cukinii

                                 „jesienną szarugę spróbować odmienić”          

          Mówią mi, że już przyszła do mnie ta jesień. Złota, pomarańczowa, czerwona, nasycona barwami. Cóż, kiedy przyprowadza z sobą chandrę, dołuje, wprowadza depresyjne klimaty aż słońce przestaje oddychać, chowa się za chmury, rzadko pokazuje uśmiechnięte promienie. I tak sobie myślę i myślę sobie tak: niech ten deszcz siąpi, czyli że nie pada, wytrzymać można, a kolorowe parasolki  przypominają te z Cherbourga, zatem nie czuję mżawki i chłodu, bo widzę młodziutką Catherine i słyszę, że będzie czekać na mnie czterysta lat. Przed oczami pląsają te liście niesione wiatrem, pomarszczone, brązowe, pachnące pleśnią, śniedzią, z plamami wątrobowymi, upadłe, zdeptane; podobno są piękne, nie będę zaprzeczać, bowiem najważniejsze jest to, że dziś jeszcze wstałem, więc dzień się toczy, a zegar bije. Czuję wprawdzie zmartwiałe czubki palców, ale skoro każdy ma prawo do orgazmu, jak to ogłosił P. Bukartyk,  zapewne jesieni to również dotyczy. Ej, głowo, czy to wypada w twoim wieku, kiedy włosów niewiele (może i niewiele, ale same ambitne). Uśmiecham się tymi falbankami ust, przecież jeszcze nie czas na noszenie żałoby po tym życiu.

                                     „umieć słuchać o czym wiatr śpiewa”

             -  Nie mów tak głośno wietrze, przecież jeszcze w miarę słyszę, więc widzę ten schodek, obiecuję, będę uważał. – Co to ja nie wiem, że liście są zdradliwe, można się na nich ślizgać. Nie widzisz, że jestem ostrożny, więc przestań gwizdać figlarzu jeden.

             – Ależ już zwalniam, nie pędzę, więc zadyszka mnie nie dopadnie, tylko ta laska nie musi o ten bruk tak stukać. Co ty sobie wyobrażasz, nic nie znaczyłeś wietrze za życia, to kiedy jesień przyszła, możesz sobie odpuścić i nie pouczaj, co mi wolno, a czego nie mogę.

              – Znów się potknąłem, wiem, nie musisz mi wypominać, to przez to żółwie tempo, takie jest męczące, więc nie wyj już, bo w końcu przestanę cię słuchać. Nie obrażaj się, żartowałem, oczywiście, słucham cię uważnie. 

             - Już przyspieszam,  teraz widzę, że się wlokę, za tydzień nie zajdziemy w takim tempie, nikt czekał nie będzie, po prostu chciałem posłuchać tego krakania. Patrzę na tę ptasią radość, na to wesele i nie zazdroszczę, zimą nie będzie im do śmiechu. Ale co ty o tym możesz wiedzieć, wietrze, kiedy łobuzujesz, że pal licho?

                                       „zobaczyć jesieni pogodne oblicze

            Coraz częściej patrzę przez okno, to taki trening przed rozstaniem, przed nicością. Już jesień? Dopiero było lato. Sam widziałem na transparencie ”Stare jest piękne”. Zgadzam się, bo tak jest z winami, z serami, dojrzałe lepiej smakują, jednakże ludzie po tej drugiej stronie tęczy  codziennie mają  swoje gorzkie żale,  zwykle brak dla nich dobrych wiadomości, przy czym staram się pamiętać, że starzenie może przytrafić się każdemu i nawet w każdym wieku. Jak ta rapsodia na zawał serca,  jak ten mazurek ze złamaniem nogi, jak ta symfonia na radioterapię, ten walc na neuropatie, tango z Hashimoto, jak to chemiczne SPA. I tak przyjdzie zardzewieć, chociaż niekiedy słyszę ten głos rozsądku, że z muzyką będzie łatwiej przez te wspomnienia.

                                   „poszukać uczucia co wszystko odmienia”

         Życzę ci stu lat – słyszę jesiennie. Dziękuję, ale kręgosłup sam się nie wyprostuje i kto mi zapewni zdrowie w tej długowieczności, o tym cisza. Golarki także nie znalazłem, choć wiem, że sam chowałem, okulary wiążę, a parasolki gubię. Lato w sukienkach już pochowane, tymczasem płaszcze i jesionki nic seksownego w sobie nie mają, jako że grobowy czarny kolor króluje na ulicach. Łaskawa jesieni, nie myśl, że ktoś czeka z utęsknieniem na ciebie, ponieważ w jesieni życia role się odwracają. Dziecinniejesz młody człowieku, robisz fikołki na chodniku, potykasz się o własne nogi, nie pamiętasz, po co wyszedłeś, co miałeś kupić w aptece, więc czekasz na tę ciepłą, przyjazną dłoń, która poprowadzi, by życie mniej sponiewierało, wiadomo – cudowne nietuzinkowe – ale ten jego ostatni akt jest wyjątkowo kiepski, jak ta ulica w Szczecinie, która nazywa się „Ku słońcu”, tyle że prowadzi na Cmentarz Centralny. (Pozostanie przypiąć ciężarki do nóg, bym nie odleciał). A kiedy przyjdzie ten znajomy pan Parkinson albo pan Alzheimer i tyle dobrze, że razem nie chodzą, przyjmę ze stoickim spokojem, bo to inni będą się męczyć najwięcej. Mnie będzie wtedy uwierał problem, czy mam ogrzewać ten koniak w dłoni, czy nie, ponieważ współczesne pomieszczenia są na tyle ciepłe, że podobno zbędne jest ogrzewanie. Co by nie pomyśleć, idzie jesień, a z nią ten  l e p s z y z m  życia, Małgosiu.

Tytuł i śródtytuły pochodzą z wiersza  TES przesłanego w komentarzu przez naszą, kochaną Małgosię.