Ten klejnot wiekami szlifowany, czyli stary dobry Kraków

               Historyczne oblicze starego grodu Krakowa znane jest z tradycji, kultury i historii, tu każdy kamień przypomina wiele tym otwartym, ciekawym świata i ludzi rodakom.

         Przystańmy przed Bramą Floriańską zw. Bramą Chwały. Tędy przejeżdżali królowie zdążający Drogą Królewską na Wawel. Jak wiadomo,  tę bramę od wyburzenia uratował jeden z rajców, uzasadniając, że na ul. Floriańskiej będą przeciągi, a wszyscy bali się wiatrów. Argumentacja była taka: „kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluksje, reumatyzmy, a może i paraliże”. Tak  więc strach przed fluksjami uratował bramę. Ale uwaga, studenci! Tędy nie powinni przechodzić żacy I roku studiów, jeśli chcą go zaliczyć. Oblałeś, studencie egzamin? Wiadomo dlaczego, pewnie przeszedłeś niechcący tą bramą.

            Ulica Floriańska wzięła nazwę od zacnego świętego Floriana, patrona strażaków i jako jedna z pierwszych w Krakowie była ulicą brukowaną. Pod koniec XIX wieku  tu zaczynała się linia tramwaju konnego; później przekształcona w tramwaj elektryczny. Kamienica nr 6 to dom „Pod Okiem Opatrzności”. Na pierwszym piętrze znajdziesz Lost Souls Alley, interaktywne muzeum strachu. Z tego wniosek, że to miasto ma swoje ciemne oblicze. Pod 14 znajduje się hotel „Pod Różą”. Tu mieszkał m.in. F. Liszt, car Aleksander, a na drzwiach sentencja: „Niech dom ten przetrwa w tak odległe lata, dopóki mrówka morza nie wypije, a żółw całego nie obieży świata”.  W hostelu Tutti Frutti można w budce kupić ciepły posiłek, gdy wracasz z eskapady zmęczony nad ranem. Z kolei kamienica nr 41 to „Dom Jana Matejki”, obecnie muzeum pamiątek po artyście. W kamienicy Bełzowskiej (nr 45) znajduje się najsłynniejsza cukiernia „Jama Michalika”, siedziba artystycznego kabaretu „Zielony Balonik” oraz miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Trzeba sobie wyobrazić ciemne peleryny młodopolskich artystów, nocne dyskusje światłych rodaków atakujących kołtunerię, zakłamaną moralność oraz  zobaczyć występy satyryczne do tekstów T. Boya – Żeleńskiego. („Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie, Polska jest klerykalna. Kina ani dansingu nie otworzy nikt bez święconej wody”). Ale patrz, pan, tacy do przodu, a o gender nie słyszeli.

       Na rogu ul. Floriańskiej z placem Mariackim znajduje się dom Pod Murzynami. Tu mieściła się słynna apteka „Pod Etiopami” sprzedająca egzotyczne leki podobno z wielu kontynentów. I pomyśleć, że chwyt marketingowy znany był już w  XVI wieku, w dodatku przynosił efekty. Dwaj Murzyni spoglądający z narożnika na krakowian spowodowali, że wymyślne leki sprowadzane prosto z Afryki, dobre były na wszystko i leczyły każdą chorobę. Taka sutherlandia pełna cudów, potrafiła umarłego z grobu wskrzesić, agathosma betulina leczyła kaca, mutuwe znieczulała, afrodyzjak bulbine natalensis wpływał na potencję, czarci szpon łagodził bóle stawów, zmielone kły uśmierzały ból zębów a magiczne nasiona noszone na szyi broniły organizm przed chorobami. Egzotyczne lekarstwa szły jak obecnie ciepłe bułeczki. Tu ciągnęły tłumy także po inny lek, jakim było przedniej jakości wino, dozowane jako lekarstwo. I literaci też się tu leczyli, więc chwalili:

            „Przystanęliśmy pod domem / „Pod Murzynami” / (eech, dużo bym dał za ten dom) /  i nagle: patrzcie: / tak jak było w telegramie: /przed samymi, uważacie, Sukiennicami: / ZACZAROWANA DOROŻKA, /  ZACZAROWANY DOROŻKARZ, / ZACZAROWANY KOŃ.”  (K. I. Gałczyński). Obecnie znajdziemy tam tablicę upamiętniającą „zaczarowaną dorożkę” i jej twórcę. Współcześnie to już nie dorożki, fiakry, czy dryndy, teraz to ozdobne  karoce ze strojnymi dorożkiniami na koźle. Rewia mody na miarę czasów.

          Na ul. św. Jana istniało źródło wody solankowej, a znajdowało się ono u wylotu ulicy. Na potwierdzenie słów XIX-wiecznych uczonych dobrze byłoby wykonać odwiert. Tego typu studnia z solankową wodą stałaby się niemałą atrakcją Krakowa. Kto wie, może tryśnie tu kiedyś źródło solanki? Trakt tej najspokojniejszej ulicy rozpoczynają przy samym rynku dwie odmienne kamienice: modernistyczny „Feniks” (ile było oburzenia z powodu nowoczesnej formy) i renesansowy pałac Bonerów (obecnie eksluzywny hotel z tarasem widokowym na Rynek). Warto zajrzeć do Muzeum Czartoryskich, gdzie  najcenniejszym dziełem  jest „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Pod 14 znajdziemy dziwną krainę zwaną Mleczkolandem, w której kupić można kubki, jaśki, koszulki, a nawet slipki z niezbyt przyzwoitymi rysunkami, wiadoma rzecz, przecież to autorska galeria Andrzeja Mleczki.

           Ulice św Anny, Gołębia i Jagiellońska to obszar dawnej dzielnicy uniwersyteckiej.  Kto po tych ulicach nie chodził! Przy Jagiellońskiej znajdowała się kiedyś główna siedziba tej uczelni, Collegium Maius, obecnie muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Życzyć należy, by ta „nauk przemożnych perła” nigdy nie zeszła poniżej swojego poziomu. Na końcu ulicy znajduje się Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej. Tu reżyserowali: Grotowski, Swinarski, Kieślowski, Wajda, Holland.

          Dochodzimy do Rynku. Nadal jest pewne, że gdyby w Milionerach zapytać, gdzie stoi kościół Mariacki, większość odpowiedziałaby bez namysłu: w Rynku. Tymczasem stał i stoi od zawsze na pl. Mariackim. Na Rynku mieści się najstarszy w Krakowie kościół św. Wojciecha. Kiedyś wchodziło się do niego po schodkach do góry, a obecnie w dół z powodu podwyższania Rynku przy każdej modernizacji, co dało aż 2 m. Wypada wiedzieć, że krakowskie przekupki są ugrzecznione, jako że niegdyś za używanie przekleństw były zamykane w wiklinowych koszach. A pod 16 u Wierzynka podawana jest zupa z gołębia. Widać nie ma na nią za wielu amatorów, skoro gołębi nadal zatrzęsienie. Rynek nie tylko gołębiami zabrukowany, ludźmi również był zawsze zatłoczony. To przeludnienie wynikało także stąd, że każdy szanujący się krakauer chciał mieszkać w obrębie Plant, oczywiście, by nie być posądzonym, że pochodzi ze wsi.

             Pewnej nocy rozbawieni krakowianie wylali się z Piwnicy pod Baranami. Gdy z wieży Mariackiej spłynął hejnał, jazzman Andrzej Kurylewicz, wyciagnął swoją nieodłączna trąbkę i „wspomógł” hejnalistę. Przechodzący nieopodal nocny patrol bez poczucia humoru wlepił artyście mandat, co znaczyłoby, że hejnał grany z góry na dół – to dawna tradycja, a z dołu do góry – to ewidentnie karalne zakłócanie ciszy nocnej.

           W Sukiennicach wisi bratobójczy (braci budujących dwie mariackie wieże) nóż, którym to ponoć złodziejom obcinano uszy, a obok wejścia do Mariackiego wiszą dzwonki za konających. Wierzono, że umierający szybciej zejdzie z tego świata, a ten, kto się za niego modli, otrzyma 40 dni odpustu.

            Turysto, wejdź koniecznie do podziemi Rynku, aby zobaczyć najnowszy oddział Muzeum Historycznego, czyli  multimedialne widowisko przenoszące w dawny świat miasta.

           Ten stary, dobry Kraków czasem przyrównywany do Wiednia, skrywa wiele tajemnic. I prędzej kijem Wisłę zawrócisz, aniżeli poznasz dogłębnie historię wszystkich ciekawych miejsc tego miasta.

Profesjonalne zdjęcia zrobiła młoda i zdolna krakowianka. Proszę odwiedzić stronę, a jeśli się spodobają, gorąca prośba o polubienie strony:

                    
https://www.facebook.com/zaparatemprzezswiat/?ref=ts&fref=ts

A tu link do zdjęć Krakowa zrobione przez pasjonatkę fotografii:

                                          Kraków

Bóg mi powierzył humor Polaków, rzecz o Słonimskim

Antoni Słonimski:  ”O Polsce słabej”

„Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,
Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.
Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,
Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,
Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,
Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,
gdzie dłoń nieutrudzona okrutnym żelazem
I gdzie granica wita tylko drogowskazem”.


             Podmiot liryczny docenia waleczność Polaków, odwagę i brawurę młodych, którzy śnią o potędze i wielkości ojczyzny. Sam jednak pragnie, aby światem rządził pokój, by nie było trudnych chwil wyboru. Uważa, że najważniejszy jest dla człowieka spokój i pokój. Wtedy wszyscy będą czuli się bezpiecznie, a granice otworzą się na cały świat. Epitet „okrutne żelazo” to najciekawsza personifikacja, która nadaje każdej wojnie wyraz bezmiaru okrucieństwa. Przecież nie żelazo walczy, umiera. To ginie i cierpi człowiek. Z tego też powodu osoba mówiąca w wierszu wyrzeka się romantycznej walki o wielką Ojczyznę. Przypomnijmy choćby sentencję: Quam cito transit gloria mundi – „jak szybko przemija chwała tego świata” począwszy od cesarstwa bizantyńskiego po monarchię Austro-Węgier. Cóż z ich potęgi zostało?

             Niech nas nie zmyli prowokacyjny tytuł utworu. Epitet  ”słaba” umacnia koncepcję pokojowych rozwiązań.  Słaba, ale na takim świecie, gdzie nie ma  ”ryglów u bram”, gdzie  ”nocą dom bywa otwarty” i otwarte granice. Od lat trzydziestych bowiem A. Słonimski manifestował liberanizm, umiłowanie pokoju, pacyfizm, atakował faszystów, narodowców, ortodoksów. Która władza to lubi, więc przed wojną straszono go Berezą Kartuską, a po wojnie SB założyła mu teczkę „Dopaść Syzyfa”. J. Siedlecka podaje wpisy konfidentów: „użala się na niewdzięczność ludowej władzy”, „ostatnio skapcaniał, przestał nawet puszczać złośliwe słówka o Wańkowiczu„. (Mało też kto wie, że poeta przekazał znaczną część praw do swoich dzieł Zakładowi dla Niewidomych w Laskach).

                Obecnie mamy wolność, jesteśmy prawie tolerancyjni (a przynajmniej tak myślimy o sobie), mamy pokój, a „granica wita drogowskazem.” Panie Antoni, muszę zadać to pytanie, skoro już Bóg powierzył Panu humor Polaków: Czy współczesna Polska może podobać się poecie? Wierci mi mózg i taka myśl, czy  gdyby poeta dożył naszych czasów, też krążyłaby  jak niegdyś anegdotka: W Polsce są trzy siły polityczne: partia, kościół i Antoni Słonimski.

Zobacz tę grację starych uliczek Krakowa

        Czas zatrzymał się w starych uliczkach Krakowa. Do tego miasta się nie przyjeżdża, tu się wraca, by pooddychać atmosferą, by zanurzyć się w przeszłość, by poznać historię. I niech ten skansen, jak mawiają zawistnicy, trwa jak najdłużej. Niechże  A. Sikorowski dalej śpiewa, by nie przenosić stolicy do Krakowa, a  najsławniejsza ul. Bracka niech ciągle moknie w deszczu piosenki Grzegorza Turnau:



           Najpierw udaj się na spacer Plantami, które powstały w wyniku wyburzenia murów obronnych. Planty to zielone płuca miasta, które obejdziesz w niecałą godzinę. Przypatrz się fasadom mijanych budynków.  Barbakan zw. Rondlem to najciekawszy zabytek w europejskiej skali z zachowanymi fragmentami obronnych murów. Według ezoteryków to okultystyczne centrum, magiczny punkt połączenia aż z Wawelem. A jeszcze ta magiczna liczba siedmiu wieżyczek, przy czym ósmą tajemniczą mogą zobaczyć nieliczni, a niektórzy dopiero… w dniu Sądu Ostatecznego. Obok leży ten kamień, który potrafi zabrać nasze troski. Trzeba tam być, aby pozbyć się kłopotów, ponieważ tylko w obrębie Barbakanu magia działa. Wiadomo od dawna, że magia i mistyka to drugie nasze życie, które jak ten cień wlecze się za nami. Barbakan to również niezwykły teatr pod gołym niebem. Podobno J. Styka  krajobraz „szpecił” obrazami aż mu prezydent musiał zabraniać. Tu wystawiono zakupiony wóz Drzymały. I tu odbyło się widowisko A. Polewki „Igrce w gród walą”: „Weźmij Kraków nasz do nieba i opraw go w gwiazdy”. I pomyśleć, że po latach temu zakochanemu w mieście Polewce odebrano ulicę i pomnik.

        Nie zapomnij zobaczyć tablic przy ziemi postawionych w miejscach dawnych baszt: mydlarzy, grzebieniarzy, miechowników… Potem zobacz ławeczkę poświęconą matematykom S. Banachowi i O. Nikodymowi (m.in. analiza funkcjonalna, równania różniczkowe) oraz literackie ławeczki J. Przybosia, M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, T. Peipera, T. Kantora, W. Szymborskiej… Wszystkie ławki opatrzone zostały specjalnymi tabliczkami, na których obok nazwiska autora znalazł się również specjalny kod QR. Po jego zeskanowaniu trafiamy bezpośrednio na stronę internetową, gdzie przeczytać można fragment tekstu autora i posłuchać jego nagrania w polskiej i angielskiej wersji językowej w interpretacji m.in. M. Kondrata, M.Stuhra, B. Szyca.

           Plantami dochodzisz do placyku zwanego krakowskim Nowym Światem, czyli Placu na Groblach. Nazwa pochodzi od grobli odcinających rzeczkę Rudawę od placu targowego. Najbardziej znanym budynkiem jest I Liceum im. B. Nowodworskiego, budynku zaprojektowanego przez J. Sarego wybudowanego w latach 1897-1899, a wokół większość kamienic pochodzących z końca XIX wieku.  Pod nr 3 mieszkał malarz K. Tichy oraz publicysta K. Pruszyński. Pod nr 12 mieszkał u J. Garyckiej znany artysta Piwnicy pod Baranami P. Skrzynecki. Po kabarecie pukano w okno, kilka cegieł, panowie podsadzali panie, wchodzono oknem, aby nie budzić ciotek. Lista gości imponująca:  Penderecki, Demarczyk, Wańkowicz, Mrożek, Łomnicki, Hanuszkiewicz, Osiecka, Hasior, Wajda… A na drzwiach napis: „Wejdźcie, którzyście utracili wszelką nadzieję.” Czy to możliwe, Matko święta, by ktoś to jeszcze pamiętał? Niestety, na kamienicy tablicy brak. W najbliższej przyszłości pojawi się zapewne mosiężna ze złoconymi literami z napisem bank.



                   Wracasz obok Wawelu, zwróć uwagę na neogotycki budynek seminarium, nieopodal stoi pomnik T. Boya-Żeleńskiego, legendy młodopolskiego Krakowa. Skręcasz w Kanoniczą, tu „niemal każdy dom był mieszkaniem znanych w historyi mężów, to z dobroczynności, to z zasług, to z nauki.” Najbardziej urokliwa ulica, gdzie mieszkali sami znani. Pod nr 5 siedziba Cricot 2 i stąd w 1990 wyruszył karawan wiozący trumnę z ciałem T. Kantora. Pod 19 miał według tradycji mieszkać św. Stanisław, ten ze Szczepanowa, obecnie Muzeum Archidiecezjalne. W Domu Długosza miał pracownię miał F. Wyspiański, ojciec Stanisława. (Należałoby brać przykład z postawy dramatopisarza, którego Franciszek Józef mianował profesorem. S. Wyspiański odesłał akt z adnotacją, iż od cesarza austriackiego żadnej posady nie przyjmie. Postawa godna naśladowania). Dalej pałac Floriana z najpiękniejszym renesansowym portalem, pałac Erazma  Ciołka, obecnie mieści się oddział Muzeum Narodowego, pałac S. Maciejowskiego, obecnie Instytut Hist. Architektury Politechniki z groźnym napisem: ”CK Inkwizytoriat Sądowy”. Na parterze Domu pod Trzema Koronami działa kawiarnia „U literatów”, gdzie na żywo można było spotkać noblistów. Kanonicza Street, gdyż większość kamieniczek była własnością kanoników, członków kolegium duchownego przy katedrze wawelskiej.

            Skręć placem św. M. Magdaleny na ul. Grodzką.  Naprzeciw znajduje się barokowy kościół św. Piotra i św Pawła. Przed kościołem rzeźby apostołów. Istnieje anegdota, że to najmniejszy kościół, skoro nawet apostołowie się nie zmieścili.  Ale ogrom  tego kościoła widać po kopule, gdzie wręcz można urządzać doświadczenia z wahadłem  Foucaulta, a w podziemiach pochowano ks. P. Skargę, który na próżno tępił te brzydkie przywary Polaków. Na tej ulicy znajdują się (w końcu to jest Kraków) jeszcze trzy kościoły: romańska budowla kościoła św. Andrzeja,  średniowieczny św. Idziego i św. Marcina (na portalu napis:”Na próżno żyje, kto nikomu nie przynosi pożytku”), a były jeszcze dwa. Dom nr 1 to kamienica „Pod Łabędziem” (lub kamienica Celestyńska). Od strony podwórza powstała znana kawiarnia „Lili”, która stała się nieoficjalną siedzibą artystów, literatów i satyryków. Kto tu nie bywał! (Gdy rozległ się okrzyk wycieczki szkolnej „Wodecki”, młodzież natychmiast ruszyła za piosenkarzem, a po drugiej stronie została sama wychowawczyni). Wreszcie te kamienice Liberzyńska,  Prymasowska, Korzeczkowska, Pod Elefanty, Pod Kozłem, Collegium Broscianum UJ, Collegium Iuridicum UJ, dawny Arsenał  Królewski, Dom Wita Stwosza, Pałac Szaniawskich. W  Dworku Odrowążów nr 60 mieszkał M. Rej, pod nr 22 ur. się H. Modrzejewska, a pod 13 był najbardziej eksluzywny sklep bławatny, marzenie elegantek. Ulica nazywa się Grodzka, ponieważ prowadziła do grodu, inaczej królewski trakt. Tędy jeździły konne tramwaje.

        Dochodzimy do placu Wszystkich Świętych, tu należy dostrzec na tle pałacu Wielopolskich pomnik J. Dietla, rektora UJ, pierwszego autonomicznego prezydenta, balneologa. Jemu zawdzięczamy, że krakowianie zaczęli pozbywać się kołtuna (wierzono przecież: jeśli kołtun zetniesz, to niechybnie umrzesz). Otóż rozsądny Dietl obwieścił, że będzie pobierany znaczny podatek od każdego kołtuna. I ludzie  s a m i  z własnej , nieprzymuszonej woli zaczęli się strzyc. A my wciąż nie wiemy, jak poradzić sobie z nadmierną prędkością. Od Rynku  skręcamy w najsławniejszą w Polsce ulicę (dzięki G. Turnau) Bracką, a nazwa pochodzi od Franciszkanów zw. braćmi mniejszymi. Ulica krzywa, krótka i zabytkowa.  Dom Orkana – nr 1,  kamienica Hetmańska Ossolińskich i Branickich nr 4, narożny z Gołębią –  Ankwiczów, pod 9 mieszkał współtwórca Plant – F. Straszewski. „Nowa Prowincja” sławna z gęstej czekolady w sam raz na deszczowe dni. Podniszczone ławki z dziurą na kałamarz, bibeloty z PRLu, klimat duszny, dekadencki. „Gdy zapytałem dokąd w noc idzie kompania cała, odpowiedzieli: jeden krok na Bracką do Turnaua”. Wiadomo: „W tej pakamerze  ”każdy krakowianin: goły i inteligentny” (L. Mazan).

           Ech, legendarny Kraku, gdybyś wiedział, ilu ludzi jest zauroczonych twoim grodem. Przybyszu, wróć i Ty, by przewietrzyć ten miejscami zatęchły krakówek i zobaczyć „Co się w duszy komu gra, / co kto w swoich widzi snach”. Zapamiętaj, że barw Krakowowi dodają wyjątkowi ludzie, nie kamienie, więc śpiewaj razem z Piwniczanami: „Wpadnij Pan choć na pół papierosa”.

Proszę kliknąć, by otworzyć zdjęcia Pawła:

Zdjęcia

 

 

Kocmołuchu, powiedz człowiekowi prawdę

           Kocmołuchy mieszkały pod progiem stajni i najczęściej tępione były za podkradanie mleka. To mały, pokraczny stworek, który nocą wychodził, by popić  mleczka prosto od krowy. (Obecnie Słow. Jęz. Pol. podaje: „człowiek bardzo brudny lub zaniedbany”, a w miejskim slangu znaczy: brudas, fleja, flejtuch, kopciuch, morus i niechluj). Stwór kocmołuch zaprzątał uwagę nie tylko Słowian. Niejaki Jean Baptist Poquelin (Molier) napisał „Zazdrość kocmołucha”. Z polskich poetów wymieńmy B. Leśmiana.

B. Leśmian: „Kocmołuch”

Gdy śródlistne trzepoty gilów i jemiołuch

Zmącą ciszy cmentarnej ustrój niezawiły, —

Cień z trudem z zaniedbanej wychodzi mogiły,

Cały w rdzach i liszajach — podziemny kocmołuch.

Słońce, grzejąc zmarłego, roztrwania po trawie
Złote krzty — złote supły i złotsze podłużki,
A on zmysłem nicości wyczuwa jaskrawie,
Jak śmierć w słońcu — w kształt nikłej maleje śmiertuszki…

Niezbyt pewny swej jawy i ufny snom niezbyt, —
Spogląda oczodołów próżnicą wierutną
W obłoków napuszyście wybujały Bezbyt,
Poza którym nic nie ma, prócz tego, że smutno…

Lecz on smutek w pośmiertnej przekroczył podróży,
Pierś wzbogacił weselem nowego żywota,
A gdy mu nieśmiertelność zbyt modro się dłuży, —
Tka snowi wieczystemu wezgłowie ze złota!…

Zazdroszczę mu, bo duszę do trosk ma niezdolną,
Nie wie, co to jest — nędza i żal i pustkowie.
Poznał przepych tajemnic! Niech wszystko opowie,
Bo już — czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!

Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania
O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,
Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania
Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!…

W gęstwinie — cieniścieje bezludzie i lśni tam
Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu, —
A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu
I nie pytam już o nic… Już o nic nie pytam…”

         Stwory pojawiające się w wierszach i w baśniach Leśmiana są niezwykłe: Znikomek, Topielec, Bajdała, Istnieniowiec, Dusiołek, czy Śnigrobek. Tytułowa postać utworu B. Leśmiana „Kocmołuch” to potwór z mogiły mogący przekraczać granicę między niebiosami a ziemią, gdyż „nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemny / Z mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką”. Podmiot liryczny nazywa tę postać z zaświatów po słowiańsku kocmołuchem, ponieważ bardziej przypomina upiora niż człowieka. Jego ciało jest odrażające, ale mimo upiornego wyglądu, tenże twór fascynował dawnych Słowian i poetę. Dlaczego? Wiadomo, kocmołuch jest z tamtego świata, więc może powiedzieć, czy warto tam się spieszyć. Niechby też opowiedział, jak się tam mu wiedzie i jak tam jest. Jesteśmy przecież ciekawi.

           Podmiot liryczny spostrzega w kocmołuchu istotę, która jako duch zdołała przekroczyć granice  tamtego, niebieskiego świata. Już w  pierwszej strofie wiersza  dowiadujemy się, że jest on stworem  całym “w rdzach i liszajach”, mieszka na cmentarzu, nawet  nie wiadomo,  czy w swoim grobie. Kocmołuch mimo odrażającego wyglądu potwora, nie wydaje się być groźny. To raczej biedny, godny litości z powodu “zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach”. Współczujemy mu. Nie dość, że jest sam, bez rodziny i wsparcia, to jeszcze mieszka na cmentarzu wśród zmarłych. To niewesołe towarzystwo stworów nicości nie nastraja nikogo optymizmem. (Zatem musi być niewesolo na tamtym świecie). Jest się czemu przyglądać. Taki z niego prawdziwy kocmołuch, a jego ciało jest odrażające. Mimo upiornego wyglądu, tenże twór fascynuje tajemniczością. Kocmołuch bowiem ma wiedzę, której zwykły śmiertelnik nie posiada, więc  pragnie go wypytać o tajniki życia pozaziemskiego. Ale kto uważa, że „trzepoty gilów i jemiołuch” zmącą ciszę  nastroju, więc nie należy zakłócać tej cmentarnej, niech przyjrzy się stworowi Leśmiana. Ten „biedołach” sam potrzebuje pomocy! Wprawdzie jest opromieniony słońcem, ale cóż z tego, wszak samo wychodzenie z mogiły nikogo nie nobilituje.

              Ciekawski człowiek wyczekuje, że kocmołuch „wszystko opowie” i dowiemy się  w końcu, co nas czeka. Otóż, jakby to powiedzieć,  wystarczy popatrzeć. On budzi litość, choć jest stamtąd, cierpienie ma w oczach, złachmanione odzienie, więc strach nie ustępuje, gdy się zastanowisz, człecze.  A kocmołuch, jak to on, skromnie spuszcza wzrok i patrzy w mrok. Nie zdradzi tajemnicy, a szkoda.

             Świat umarłych istnieje obok świata żywych. Ludzie chodzą na ten cmentarz, by  odwiedzać groby zmarłych, porozmawiać, zastanowić się, pomyśleć o przemijaniu. Z kolei zmarli strzegą swej tajemnicy. Koło się zamyka. Kocmołuchu, zlitujże się nad człowiekiem i wreszcie powiedz, jak tam jest. Potem będziesz musiał się dziwić, że nikt nie chce zostawić tego padołu łez, by zaznać raju w niebiesiech. My tu wszyscy czekamy.

Zachwycające i szkaradne te wiedźmy i latawice

IMG_0004

         Słowianie przyglądali się zjawiskom przyrody i na tej podstawie wydawali ostateczne sądy. Wróżenie po obserwacji nadal powszechne, nawet wśród wykształciuchów. Przypatrzmy się takiemu bocianowi. Nie dość, że przynosi  dzieci, to jeszcze mamy zakodowane, iż jego pojawienie jest znaczące. Jeżeli pierwszego ptaka spostrzeżemy w powietrzu, tego roku będzie nam się wiodło i przyleci do nas oczekiwane szczęście. Jeżeli zobaczymy go stojącego na gnieździe, wtedy cała pomyślność spadnie na dom. A czarnego kota omijamy na drodze. Podobnie ma się z wierzeniami, przy czym rzecz jasna z dawnymi kobiecymi demonami muszą zapoznać się w pierwszym rzędzie mężczyźni, bowiem filozofia działania tychże pań, to nie kanapka z prostą, mięsną wkładką. 

          Weźmy choćby mamuny o które upominała się Klarka. Te wstrętne pałuby wzbudzały strach choćby z tego powodu, że podmieniały grzeczne i ładne dzieci na nieznośnych bachorów. Pałuby nie znikły, podmieniają, rodzice znają to zjawisko  aż za dobrze. Przy czym dawniej to była tragedia, obecnie tych, którym wyprano miłosierdzie i mózg widać w pewnych ławach. Tylko rodzina wie, że podmienieni. Trafnie ujął to zjawisko  K. Irzykowski (ten od „Pałuby”):  ”W polityce zamiast grać, wciąż tasują karty”.

           Wila, Wiła opiekunka magii, piękna i ze skrzydłami. Adam Mickiewicz tak pisał o niej: „Wila jest coś na kształt jeniuszów, gnomów sylfów. Łączy w sobie własności tych wszystkich tworów fantazji. Poeci wyobrażają sobie ją zawsze jako dziewicę cudnej piękności. Unosi się ona w powietrzu; ugania się za obłokami…”  Ekstatycznie tańczyła, ale co za dużo, to niezdrowo, więc mogła zatańcować nawet na śmierć.  Wietrzyce działały szczególnie nad morzem i na Podhalu. Taki podmuch wiatru potrafił urwać głowę, a w najlepszym wypadku połamać. A  połamanych coraz więcej, niestety. Trusia ma cichą nazwę, ale ten kilkunastumetrowy rozwścieczony gad potrafił przyłożyć znienacka i nawet salwowanie się ucieczką nie pomagało.

       Rusałkami były zwykle piękne młode dziewczyny, które się utopiły z powodu nieodwzajemnionej miłości lub wskutek porzucenia ich przez niewiernych kochanków. Ustrojone w wieńce z kwiatów i powłóczyste białe szaty (często preferowały absolutną nagość, ale wianek zachowywały), wabiły wdziękami zacnych kawalerów, którzy tracili z pożądania swoje głowy. Nieszczęśnik kończył na samym zamulonym dnie. Yarpen („Król elfów”, A. Sapkowski): „Sto lat z hakiem próbowaliśmy ułożyć się z ludźmi. Niziołki, gnomy, my, nawet elfy, bo nie mówię o rusałkach, nimfach czy sylfidach, to zawsze były dzikuski, nawet wówczas, gdy was w ogóle nie było”. Nikt nie ma wątpliwości, że cykl obrazów „Rusałki” J. Malczewskiego współcześnie budzi osobliwe emocje. Proszę sprawdzić.

                Latawica miała pieczę nad zjawiskami atmosferycznymi. Osobliwie gustowała w wirach i trąbach powietrznych. Latawica o wielkich sowich skrzydłach i ostrych pazurach nocami nachodziła ludzkie siedziby, by wypijać ludzką krew  bądź domowych zwierząt. Tego demona powinni strzec się mężczyźni zwani oblatywaczami i z tym kompleksem rozmiarów. Demonożercy powinni również wiedzieć, że taka jedna prasłowiańska strzyga miała aż dwa pojemne serca. Współcześnie zauważamy odwrotność; znaczy, że prędzej zobaczysz dwóch ludzi, a serce  jedno. A może mnie się tak tylko wydaje, bowiem na jedno serce przypada już trzech osobników? Aby pozbyć się strzygi, należało odnaleźć ciało dziecka, z którego się wylęgła, a następnie, jak w przypadku wampira, przebić serce osikowym kołkiem. Na Śląsku męska forma strzygi potrafiła  wzrokiem pociąć ubranie, dlatego tamtejsze panie częściej niż na innych terenach nie miały się w co ubrać.

         Zmora lubiła się w nocy sadowić na piersiach śpiącej osoby i powoli pozbawiać ją tchu. Podduszała, jak to zmora, więc ten czosnek w kuchni i wisi, i króluje do obecnych czasów. Zmora miała możliwość transformacji w rozmaite zwierzęta: kota, kunę, żabę, a także w przedmioty martwe, jak słomka czy igła. Jeśli zatem Słowianin budził się rankiem z uczuciem, że coś go całą noc gniotło w piersiach i znalazł tam np. śpiącego kota – no to wiadomo – była  zmora! Skuteczną metodą zapobiegania była zmiana pozycji snu – tzn. należało położyć się w łóżku odwrotnie, tam gdzie nogi – głowa. Ślązacy byli przekonani, że „zmorą jest baba, przecież każdo jest po trosze zmorom”. Wiadomo, baby od lat chłopów duszą. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, kto do niego nocą przychodzi i co pod tą kordełeczką wyczynia. Nie oszukujmy się, niektóre mają podtekst kordełkowo – seksualny. Naukowcy obecnie zjawiska nie lekceważą, traktują jako studium lęków ludzkich, a zmorą obecnie nazywają bezdech senny lub paraliż nocny. E. Zegadłowicz, autor „Zmorów” powiadał: „Zdrowy chłopski rozum! Panowie – oto czego nam najwięcej brak”. Święte słowa, chłopski rozum bezcenny nie tylko na te sprawy.

           Tęsknica to widmo sprowadzające smutek. Przysiadała się z radością do ludzi, którzy przeżywali traumę i odbierała im chęć do życia. Choroba zwana wcześniej melancholiją, obecnie nosi nazwę depresja. O to zdrowie psychiczne  wówczas także dbano podając toksycznego ciemiernika. Po ustaniu wyczerpujących wymiotów i biegunki, od razu robiło się lepiej, czyli przychodziła chęć życia. Jędza to chuda, bezzębna baba o czarnych oczach. Najbardziej znana to Baba Jaga, która nęciła słodyczami, nie tylko te dzieci. Nie da się ukryć, jestem jej fankąWszyscy czasem potrzebujemy odrobiny słodyczy, nieprawdaż?

            Południca, czyli żytnia, rżana baba była opiekunką zboża i polnych kwiatów. Atakowała zwykle w samo południe. Morderczy demon polował na kosiarzy czy oraczy pracujących w pełnym słońcu oraz porywał niepilnowane dzieci. Wprawdzie obecnie śmierć tych ludzi tłumaczy się udarami słonecznymi, a znikanie niepilnowanych dzieci utonięciami, ale kto by w takie rzeczy wierzył. Południca zabrała i tyle. Morowe dziewice, personifikowane jako powietrze także przemierzały ziemię, a tam, gdzie przeszło morowe powietrze, ludzie masowo umierali. Dlatego w modlitwie „Od powietrza, głodu, ognia” na pierwszym miejscu widnieje powietrze. Z kolei bieda,  wędrowała od kraju do kraju, od chałupy do chałupy i zabierała dobytek. Gwoli ścisłości: uczyła też rozumu i prawd znanych, jak ta, że prawdziwych przyjaciół poznaje się tak naprawdę w biedzie. Panowie,  pamiętajmy, że wiedźmy – o czym przypomina Tetryk – to kobiety posiadające wiedzę, szczególnie w dziedzinie ziołolecznictwa i ogólnie dostępnej medycyny.

           Na mój chłopski rozum pomysłowość i niekonwencjonalność żeńskich demonów była wśród Słowian niezwykła. Pomyślmy także, że współcześnie również liczy się kreatywność, innowacyjność zaradnych życiowo rusałek, a magia powabu pracowitych wiedźm to niebanalny nośnik naszego wieku. Wiły, szalone kapryśnice także są znane. Prawda – szanowni panowie –  jest taka, że wyobraźni nic nie zastąpi w żadnej epoce. A kiedy rozum śpi, zwykle budzą się demony. W każdym wieku.

Ty ćmoku, kłobuku, paskudniku i ćmuchu

       IMG_0012

           W pogańskich czasach wierzono, że w każdej chałupie mieszkał domowy duch. Uważano, że ludzie mają swoje gwiazdy, które spadają, gdy właściciel pożegna się z życiem. Każdy miał swojego anioła, który schodził z nieba jako posłaniec bez własnego ciała. Wyobraźnia ludziom podpowiadała, jak wyglądał angel:  urodziwy, ubrany na biało i uskrzydlony.

       Do tej pory wszyscy uważali, że bełt to podłej jakości alkohol. Tymczasem bełty zwane błędami to demony wodzące na pokuszenie po bezdrożach, bowiem powodowały brak orientacji w terenie. Kto myślał, że bełt zniknął z półek i życia, ten jest w błędzie, ponieważ wodzenie po bezdrożach, meandrach, mylenie dróg, mącenie, pomroczność i zagubienie znane w czasach współczesnych, czyli słowiański demon ma się dobrze niekoniecznie tylko na tych dawnych rozstajach dróg.

            Ćmok to demon występujący w czasach pogańskich w Wielkopolsce, ale jego skrzydła już dawno nie straszą  na nocnym niebie. Obecnie, jak podaje SJP „to człowiek prosty, mało inteligentny; ćwok”. Nazwać pogardliwie kogoś ćmokiem znaczy w slangu: jesteś ofermą, ciemniakiem, prymitywem. W „Zabawie” Sławomira Mrożka parobek mówi: „Na cośmy tu przyszli, ćwągu?!”  A jest jeszcze  przecież ćmuch. Tego stworka wielkości psa nikt  podobno do tej pory jeszcze nie widział. Wiadomo jedynie to, że straszył, ale straszył tylko leniwych ludzi. Kto się jednak przyzna, że go widział, kto zechce się oficjalnie przyznać, że jest obibokiem?

          Z kolei gnieciuch (na Podhalu hurbóz) był mały, podobny do kota, ale miał jedną wadę. Przyciągała go woń niestrawionego alkoholu. Jeśli wyczuł, zaczynał harce,  mocne  uciskanie, więc nazajutrz wydmikufle i opoje budzili się wyczerpani, niezdolni do pracy i życia. Wydaje się, że w obecnych czasach gnieciuchy mają się równie dobrze jak za czasów naszych przodków. Dosiadają przykładnie wszystkich zmęczonych życiem. A rano trudno niektórym ludziom  otworzyć oczy, więc wszystko jasne, w nocy były te wredne gnieciuchy. Kłobuki zaś to duchy niższego rzędu, przybierają postać czarnego ptaszyska, które kradną przedmioty jednym, by zanieść innym. Takie współczesne Janosiki. Tyle że przedmioty zanoszone dobrodziejom, zamieniały się po czasie w łajno. Z. Nienacki w powieści „Raz w w roku w Skiroławkach”  nawiązał również do legendarnej postaci tego demona, a w grze Wiedźmin 3 poronione dziecko pochowane pod progiem zamienia się w kłobuka, który pomaga wiedźminowi w odnalezieniu żony i córki Barona.

                  Paskudnik był wyjątkowo szkaradny, bo dusił, wysysał krew i zarażał  chorobami wszystkie zwierzęta. W. S. Reymont: „Nic to, ino paskudnik albo i co innego…trza było zaraz, kiej zachorzała…”, Z. Kossak-Szczucka: „Leczył zapalenie wymion, zołzy, paskudnika, nawet czarne wrzody, ochwat albo kolkę”.  Demonem był latawiec, który jako powietrzny demon uciekał przed piorunami, ale zachowywał się nieelegancko, a nawet rzec można paskudnie, ponieważ często wpadał do chłopskich chałup, a mieszkańcy wsi przecież wierzyli, że pożaru wznieconego przez błyskawicę nie należy gasić. Uważano bowiem, że piorun to kara boska za jakoweś przewinienia. Wąpierz z kolei był żywym trupem zw. upiorem lub wampirem. Całą siłę czerpał z krwi ofiar i jedynie ten osikowy kołek prosto w serce mógł zaradzić.  Mierniki uważane były za dusze urzędników, którzy za życia krzywdzili ludzi. Rzecz jasna, chodziło głównie o geometrów fałszujących pomiary pól. Oj, przydałoby się, by urzędnicy w naszych czasach wierzyli w istnienie mierników. Licho to złośliwa istota skłonna do psot i figli. Przede wszystkim licho wyprowadzało na bezdroża, człowiek błądził i mąciło mu się w głowie. Z realiów wynika, że licho nadal obecne, skoro zmąconych i wywiedzionych w pole coraz więcej. A niech to licho porwie!

             Bez wątpienia z niektórymi duszkami warto się zaprzyjaźnić. Niech nam nie będzie szkoda tego czasu na poznanie tychże ćmuchów, szkodników, paskudników, kłobuków choćby po to, by wiedzieć przed kim i jak się bronić. Jeśli powiesz do kogoś „ty ćmoku” powinieneś znać, co oznacza. Gdy usłyszysz: „A niech to licho”, musisz wiedzieć, co oznacza ten demon. Kiedyś łapiduchów nikt się nie bał, skoro łapały jedynie duchy, zjawy, obecnie łapiduchy, całe rzesze różnej maści medyków straszą nie tylko chorych. To nie przypadek, że się ich boimy, tak mi się wydaje. Zaś  znanym wilkołakom, bestiom w wilczej postaci powinniśmy jasno powiedzieć: ciao, ciao bambino, wasz czas już minął. Rzecz w świadomości, by próbować się bronić przed złem tego świata.

Ach, te słowiańskie baby

         IMG_0013

      Jeśli wiedza to potęga, to ta potęga powinna wzrastać wraz z poziomem wiedzy. Kto czyta, nie błądzi, ale im więcej czytasz, tym częściej myślisz: do czego ta wiedza się przydaje? Dochodzisz do wniosku, że wraz z czytaniem poszerza się zakres wyobraźni, skoro przenosisz się do magii, niesamowitości śladami przodków, poznajesz ciekawostki z tego i nie z tego świata. Dzięki „Bestiariuszowi słowiańskiemu” P. Zycha, W. Vargasa przenosisz się do zadymionych chałup, modrzewiowych dworków, gdzie koło kominków, na przyzbach, polepach, a także po polach, po lasach snuje się barwny świat słowiańskich wierzeń i tajemniczych historii. A wyobraźnię przodkowie mieli niekonwencjonalnie barwną. Pojawiają się duchy, strzygi, utopce, diabły, wąpierze i choćby te baby.         

             Baba według podań to perfidne stworzenie. Nie dość, że wiekowa, to zajmowała się urokami, zamawianiem i odczynianiem. Wówczas baby, znachorki,  miały zły PR (public relations). Obecnie nie miałyby źle, ponieważ współcześnie zło lepiej się sprzedaje, jest na niegodziwy występek popyt, a te maści, eliksiry  szłyby jak ciepłe bułeczki za bajeczne pieniądze, skoro odmładzanie i podtruwanie na tepecie. A lud wierzy ziołolecznictwu i czarom uroków, więc zamiast lęku magiczne zaklęcia budziłyby współcześnie podziw, szacunek i przynosiłyby dochody. Po czym poznać czarownicę? Daj jej kieliszek wódki. Jeśli zamiast pić małymi łyczkami po kropelce, wypije duszkiem, znakiem – wiedźma, więc wkrótce należało spodziewać się chorób, nieszczęść, gradowych chmur, odebrania krowom mleka. Poza tym kury wkrótce przestałyby nosić jaja, a morowe powietrze niechybnie zabiłoby trzodę chlewną. Na sabatach w noc spotkań na Łysej Górze dosiadały owe miotły, ożogi, czy chlebowe łopaty.  Albert Einstein powiedział, że „wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy. Wyobraźnia bez wiedzy może stworzyć rzeczy piękne. Wiedza bez wyobraźni najwyżej doskonałe”. Nasi przodkowie mieli doskonałą, która odkrywała ciekawszy świat i upiększała rzeczywistość.

               Baby były różne. Jedne były jagodowe, więc włóczyły się po lesie i straszyły co mniej rozgarniętych zbierających jagody i grzyby. Kto nie zauważył grzywy z ziół jagodowej, tego baba pogoniła albo i złapała za szyję. Baba grochowa wyglądała niezbyt apetycznie, bo w wysuszonych pękach grochowin nie wygląda się młodo, czy ponętnie. W dodatku nie lubiła leniów śpiących za dnia, więc ich gryzła, a niedopilnowane dzieci porywała. Taka wersja czarnej Wołgi. Cmentarne baby zaciągały do grobów, dlatego warto omijać nocą ten przybytek. Z kolei baby wodne to takie niby-rusałki baraszkujące w wodzie, tyle że stareńkie, pomarszczone, zgarbione. Ciekawe, ilu młodzieńców pięknych i młodych uwiodły w blasku tego magicznego Księżyca? (Tego się nie dowiemy, bo Księżyc dyskretny). Żytnia baba to prawdziwy Herod, południca atakująca w biały dzień. Tej szelmy można się było spodziewać, kiedy przechodziło się koło żyta. Mogła połamać ręce i nogi. Za taki kaprys można ją było tylko kochać, oczywiście inaczej. Bogunki wprawdzie nie umiały śpiewać jak syrenki, ale nadrabiały braki wokalne wyglądem. To piękne, jasnowłose babeczki wystrojone jedynie w korale i wianki. 

              Zaprośmy te baby, niektóre są do wzięcia. Zaprzyjaźnijmy się z tymi dziwnymi stworzeniami. Poznajmy ich intymny obraz życia. Niech zaprzeszłość oświeci współczesnych odbitym blaskiem, bo proszę państwa, wszak ta baba i ten pan… Babami trzeba się zająć tak, czy siak. Te z podań i legend urzekają kreatywnością, pomysłowością i fantazją. Wszak M. Aureliusz podpowiada: „Życie mężczyzny jest ufarbowane na kolor jego wyobraźni”. Bez wyobraźni ziemia zawsze byłaby nudna i płaska. I trudno byłoby znaleźć własną i niebanalną  szczelinę w tym  życia kanionie.

Malownicze piękno kanionów dookoła Las Vegas

                Luksus miasta hazardu Las Vegas jest tak zniewalający, że nogi nigdzie więcej nie chcą nosić, a szkoda, bo tak naprawdę nie samo miasto urzeka, a piękno  nieopodal znajdujących się kanionów. Niedaleko Las Vegas (24 km) znajduje się Red Rock Canyon, najpiękniejszy w tym czerwonym kolorze, raj dla fotografów: gigantyczne metry wysokości skał, wodospady, zjawiskowe światło słońca, niesamowite formacje rzeźbione w skałach. Nie zapomnijmy wziąć wodoodpornych butów i tego kija „mocy”, bowiem wcale nie jest łatwo chodzić po wodzie i głazach. Ale kiedy chodzi się brzegami tego księżycowego krajobrazu, trzeba znać jakieś słowa modlitewnej trwogi, gdyby ktoś chciał  niechcący zerknąć w dół i zobaczyć ten surrealistyczny kanion, siedlisko żółwia (o czym informują ostrzeżenia). Trasy wprawdzie niełatwe, ale widoki nie z tego świata, a agawy dwukrotnie wyższe od człowieka.

        Dolina Śmierci to przerażająca nazwa depresji na pustyni Mojave o najbardziej gorącym klimacie, gdzie masowo ginęli poszukiwacze złota bez kropli wody przy temperaturze plus 55 stopni. Racetrack Playa to dno wyschniętego, słonego jeziora z wędrującymi kamieniami. Rekordzistą jest kamień ważący 320 kg, który wędruje po tej spękanej ziemi wbrew prawom fizyki, ponieważ kamienie przesuwają je w jednym kierunku, więc zmienny wiatr ich nie popycha. Wprawdzie naukowcy wyjaśnili to ciekawe zjawisko, niemniej wędrowanie skał  budzi nadal zdziwienie turystów.

            Dam Hoover to jedna z najwyższych i największych betonowych konstrukcji uznanych za Narodowy Pomnik Historyczny USA. Jeden z cudów inżynierii technicznej (wymagające zmiany biegu rzeki Colorado, wywiercenie czterech tuneli, wylanie 2, 5 mln m3 betonu pomiędzy rurami z zimną wodą), wywołuje niesamowite wrażenie. Spiętrzona woda tamy wydaje niesamowity ryk, a  widoki stamtąd niezwykłe godne uwiecznienia.

           Zion Nationale Park to kręty, malowniczy kanion ze skał piaskowca. Ciekawe formy przypominają zamki, iglice, wieże. Głęboki kanion onieśmiela rzeźbami  tworzonymi przez samą naturę. Podziw budzą naturalne łuki skalne. Sukulenty (w tym trzy rodzaje yucc), opuncje, trawy, daglezje, sosny, jałowce na tle czerwonawych skał tworzą niezapomniane wrażenie.  Ziemia Obiecana. Tak nazwali ten kraj pierwsi osadnicy.

       Monument Valley, Dolina Pomników z niesamowitymi widokami, samotnymi ostańcami, ciekawym krajobrazem (tu kręcą videoklipy, „Forest Gump”) i widoki jak z bajki zachęcają, aby przysiąść na kamieniu i podumać (ale uwaga na skorpiony i grzechotniki). Ten koniec świata na pustyni z dala od cywilizacji, wielkomiejskiego zabiegania i to bezludzie zmusza do refleksji. (Pani Wisława  patrzyła na kamień i pisała: „Nie mam drzwi”.  Magda Umer o kamieniach w kanionie: „Może właśnie niedostępność tej Potęgi jest najbardziej fascynująca. Ja także uważam, że nawet najpiękniejsza fotografia nie jest w stanie oddać Jego niezwykłości. Tam się obcuje z Absolutem”). 

             Bryce Canyon National Park w Utah to właściwie nie kanion,  skoro rzeka go nie wyżłobiła, ale nazwa została. Położony jest na wysokim wzniesieniu, więc tu jest zwykle chłodno. Konstrukcje skalne i koronkowe formy czerwonych, pomarańczowych i białych skał, iglic, kapturków, szczelin skalnych tworzą niezapomniane widoki.  Pajuci (Indianie Paiute) nazywają strzeliste hoodoos (kolumny skalne powstałe na skutek wahań temperatury i erozji skalnych) czerwonymi twarzami. Znana legenda głosi, że tą krainą niegdyś rządził Kojot. Był cierpliwy, ale kiedy zobaczył, że podwładni wykorzystują go, więc w przypływie gniewu pozamieniał ich w skały. Sceneria tej baśni o zaklętych mieszkańcach zamienionych w czerwone skały przetrwała i budzi podziw. Tu natura pokazała swe nieograniczone możliwości, kiedy spacerować przyjdzie wśród czerwonych, pomarańczowych, bursztynowych, brązowych, złotych iglic. I tylko pierwszy mieszkaniec, mormon Ebenezer Bryce nie był zadowolony z kolumn, gdy przyszło mu szukać zaginionej krowy. Niewiarygodne kolory skał, okna skalne, naturalne mosty i łuki przyciągają swym niesamowitym pięknem miliony turystów. Ed Abbey, eseista amerykański pisał: „Ten krajobraz trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć”.

             Piękno natury budzi podziw, onieśmiela, powoduje westchnienia, szacunek dla wielkości i niesamowitych widoków. Jakbyś stał przed najpiękniejszymi fototapetami świata. Jakbyś znalazł się na innej planecie. Są  na tej ziemi zjawiska nieopisywalne, gdyż nie da się słowami wyrazić odczuć, gdy stoisz nad tymi rozpadlinami. Czujesz respekt, powagę, bo mówią, ile osób straciło tu życie. Niemożliwe są te kilometry brązu przechodzącego w czerwień, beż, burgund, żółć.

           Nie sposób się nie zatracić, gdy zawieszony między lazurem nieboskłonu, a pomarańczowo – brązową przepaścią podziwiasz to dzieło przyrody. Trzeba też wiedzieć, że w Stanach uczą dzieci, że człowiek nie jest częścią przyrody, ale tylko jej gościem, więc gospodarzowi, czyli NATURZE należy się szacunek. Dlatego ochraniają  nawet tego wszechobecnego kaktusa.

Zdjęcia: Tomasz.

Proszę kliknąć w napis poniżej, aby je otworzyć.

Zdjęcia

W mieście grzechu i hazardu

          Las Vegas to stolica hazardu, symbol przepychu i luksusu. To tu znajduje 19 z 25 największych hoteli na świecie. Co roku przyjeżdża  około  40 milionów turystów i w 176 kasynach zostawiają miliardy dolarów. Tu zobaczysz cały świat w jednym miejscu: wieżę Eiffla, egipskie piramidy, Titanica, Łuk Triumfalny, Statuę Wolności, Buddę, a nawet można przejechać się gondolą niczym w europejskiej Wenecji. Tu weźmiesz najszybszy ślub (na polu golfowym, w kasynie, skacząc  na bungee, na statku pirackim), ale i rozwód (czasem już rano po wytrzeźwieniu). „National-Geographic” przytacza słowa jednego z turystów: „Lombardy, ulokowane w małych domkach na sąsiadujących z kasynami uliczkach, pełne są wartościowych dóbr zastawionych w przypływie szaleństwa. – Mam tylko nadzieję, że reguła: „Co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas”, naprawdę obowiązuje, inaczej żona mnie zabije”.

          O tym mieście można mówić z podziwem lub ironią. Nie zmienia to faktu, że najjaśniejsze na świecie ulice Las Vegas widać nawet z kosmosu.  A kto tu rządzi? Wiadomo, bóg pieniądz. Turystę Polaka szokują tłumy ludzi (w tym emerytów z wszystkich krajów), którym przycisk „bid” zjada kolejną pulę pieniędzy, a uzależnieni przegrywają oszczędności swojego życia. Jeśli  jednak wejdziesz do hotelu, nie musisz nigdzie wychodzić, bo tu jest wszystko: kasyna, ogrody, baseny, restauracje, butiki, malarskie galerie, muzea, luksusowe Spa, centra handlowe. A dodatkowo na suficie masz namalowane niebo. 

            Kiedyś Las Vegas miało opinię miasta niewyobrażalnego kiczu z różowymi Cadillacami, plastikiem i brzydotą. Obecnie dzięki milionowym dochodom z kasyn, powstają eleganckie, nowoczesne kompleksy zaprojektowane przez najlepszych światowej sławy projektantów, którzy burzą ten kicz i oferują luksus nie tylko w pokojach. Godzinami  możesz patrzeć na tysiące tańczących fontann, obrazy z żywych roślin, kaskady wody, spektakle dźwięku i świateł. Taki bajeczny luksus z górnej półki. Wszechobecne kolory świateł przenoszą w inny wymiar baśni niezwykłości ludzkich marzeń i pragnień.

           Statystyki pokazują, że do Las Vegas, miasta na pustyni, przyjeżdża się po to, by pozbywać się nadmiaru pieniędzy. Przeciętny międzynarodowy przybysz wydaje w kasynach ok. 1.011 dolarów, a krajowy około 645 $. Na jedzenie trzeba wydać przeciętnie 282 dolary. Jeżeli ktoś liczy, że podreperuje swój budżet, to lepiej niech ma dystans do swoich marzeń. Tu więcej się traci niż zyskuje, ale kto o tym pamięta? Około jedną dwudziestą w takiej ruletce zabiera krupier w kasynie. Jeśli jednak myślimy, że łatwiej będzie wygrać w Totolotka, to prawda może zaboleć, kiedy uświadomimy sobie, że Totek z kolei zabiera niemal połowę, czyli prawie pięćdziesiąt procent, więc może już lepiej zobaczyć to Las Vegas i przeznaczyć te parę dolarów na kasyno. A nuż szczęście dopisze? I w  końcu ta fortuna wreszcie się  uśmiechnie? Jeśli przegrasz, mówi się trudno, za to wspomnienia zostaną i smak luksusu pod powiekami.

          Polacy muszą mieć świadomość, że za często do stolicy  hazardu nie przyjadą, nie te zarobki i nie ta emerytura, aby oszołomić się rozrywką, tłumem, hałasem,  światłem i poczuć dreszczyk emocji, kiedy zasiądą do ruletki, crapsa, czy mechanicznych wyścigów konnych z autentycznym  rżeniem koni. Jeśli w końcu zasiądą do stolika, przypatrzą się grze, poczują moc roznoszonych mocnych drinków, szybko stracą poczucie czasu, skoro nie ma tu okien, zegarów, za to kolory i brzęk żetonów wabi, kusi, nęci, czaruje i wodzi na pokuszenie. Nadzieja umiera ostatnia. Może tym razem szczęście dopisze? 

Zdjęcia Tomasza

Niech to jajo przemówi

   Z  okazji Wielkiej Nocy wiele nalewek i lampeczek  z najlepszymi życzeniami:

Bab pełnych miłości, lukru, słodyczy, szczęścia i tego, czego sobie życzysz.

Rasowych baranków z ludzkimi emocjami oraz zajęcy bogatych w wyobraźnię,

także  kurczaczków patrzących zawsze przyjaźnie, celem świata upiększania.

Te tony wody z uśmiechem do marzeń podlewania  i  bazi pełnych twórczej weny,

w tym trafionego kuponu oraz prawdziwych  jaj do trzymania intelektualnego pionu.

Wysokich lotów wieszcza i niech Was życie codziennie miłością dopieszcza.