Spełnione marzenie Antoniego Słonimskiego

 Adaś w dolinie

A. Słonimski: „Dzieciństwo”

Gdy za myślą wzruszoną westchnienie ulata,
Gdy sen klei zmęczone czytaniem powieki ,
Nad książką pożyczoną z miejskiej bibioteki,
Ach, któż marzeń nie roił w swe młodzieńcze lata?

Noc, w domu cisza. Zegar gdzieś sennie kołata…
Z książek pełnej mansardy, za lasy i rzeki,
Podkowami dzwoniący w wedrówce dalekiej,
Jedzie bohater, losy zmieniający świata.

Oto z mieczem naciera wzniesionym ku górze…
W kurzawie w skok pędzący, rozogoniony w walce,
Bez zbroi, sam, w chlamidy rozwianej purpurze.

Serce w piersi zamiera, w oczach błyskawice…
Przez chude, atramentem powalane palce 
Łzy spływają na książki pożółkłe stronice.

             Panie Antoni,

            przeczytałam sonet i wzruszyłam się, ponieważ każdy dom zapamiętany z dzieciństwa zawsze  będzie pełen tajemnic, uroku i osobistych wspomnień. Pełno w nim tykania zegara,  przyjaznych dźwięków, dzwonienia, a także zapamiętanych obrazów. Już w pierwszej strofie sonetu  wspomina Pan bibliotekę, a w niej książki, które czytane były aż do sklejenia powiek snem zmęczenia.

                     Panie Słonimski

             Kiedy po latach stanął Pan w progu swego domu i zobaczył siebie wybierającego się w podróż, by spełnić swe marzenie, czyli zmienić świat na lepszy model, wzruszenie westchnieniem uleciało. Każde dziecko ma swoje plany odegrania dziejowej roli w świecie. W dłoni miecz, dookoła tuman kurzu i rozwiana chlamida, strój Greków do jazdy konnej. Te wielokropki też dają sporo do myślenia: „rozognienie”, „serce w piersi zamiera”, „w oczach błyskawice”. Trzeba mieć wyobraźnię, by zobaczyć, dokąd się zaszło w tym ratowaniu świata przed zagładą. Minęły lata. Marzenia ustąpiły twardym realiom. Widać tylko palce  powalane atramentem i łzę spływającą na pożółkłe kartki książki. Tyle zostało z wielkich dziecięcych planów?

              Panie Antoni,

          Ty nie przespałeś życia, bo odkąd stałeś się poetą, prowadzisz tłumy przez życie swoją poezją, prowokujesz do myślenia, zachęcasz do czytania, do obcowania z piękną polszczyzną. Więcej dałeś światu swoim piórem niż inni szabelką. Wiedz również, że wolimy czytać Twoje wiersze niż oglądać współczesny świat Kiepskich. Wiadomo przecież, że czytanie nadaje inny wymiar życiu, uszlachetnia. Daje czas na refleksję, przyjrzenia się sobie i wartościom, które prezentujemy. Zapoznajemy się z niecodziennym językiem i jego metaforami. A bez metafor życie ma płaski kształt. Czytanie powoduje emocje, których w szarości dnia nie zobaczysz.

           Panie Słonimski,

          marzenia się spełniły. Może całego świata Pan nie zbawił, ale wielu osobom zauroczonym poezją, wiersze nadały nową wrażliwość, pokazały kierunek na przyszłość i na koniec zmusiły czytelników do tych pytań retorycznych:

- Czy czuję się spełniony, czy przespałem to swoje życie; na drugie przecież nie ma szans.? - Kim w końcu chciałem być, a kim zostałem i co po mnie …?

            Gdy pomyślimy, to  n a m  łza, nie Tobie, pocieknie na kartki książki, (czytaj: klawisze komputera). W dodatku nie tylko ta jedna łza.

 

 

 

Franciszek Fiszer, człowiek legenda, król ironii i sarkazmu

        DSC_6628

              Wojtek (wojciechgotkiewicz.blogspot.com) zaproponował w komentarzu, aby napisać o Franciszku Fiszerze (1860 – 1937). Pomyślałam, czemu nie, skoro to  zabytek swojej epoki, niezwykły człowiek, erudyta, przyjaciel poetów i pisarzy, filozof.  Ech, gdybyż wszyscy filozofowie byli tacy barwni i taką mieli osobowość…  

         Właśnie mija osiemdziesiąt lat od śmierci tego filozofa zwanego Sokratesem Warszawy. Nic nie napisał, podobnie jak Sokrates, który również niczego nie napisał i gdyby nie Platon… Filozofię Fiszera znamy zwykle z opowiadań jego przyjaciół, trzech książkowych opracowań oraz wspomnień artystów zafascynowanych niezależnym umysłem, prawdziwie franciszkańskim miłosierdziem, ciętymi ripostami i niezrównanymi gawędami. Fiszer to człowiek, który nie miał nic, tylko ten niepospolity umysł. Odziedziczył wprawdzie spory majątek, ale głowy do interesów nie miał, przyjaciół wielu, a szczodrość wielką, więc szybko go stracił.

            Pokażcie mi człowieka, który nie ma dachu nad głową, nie pracuje, nie ma grosza przy duszy, a wszyscy zabiegają, by im towarzyszył, płacą za niego rachunki, karmią, zapraszają do zamieszkania u siebie i to bez zobowiązań. Nawet restauratorzy często żywią potężnego łasucha, gdyż jego osoba to żywa reklama, która przyciąga niebanalnych gości. Franciszek zwany Fransem, Franzem lub Francem  należał do warszawskiej śmietanki towarzyskiej i był ozdobą balów,  rautów, spotkań. Całe dnie spędzał w „Ziemiańskiej”, „Udziałowej”, „Kresach”, „Małej Ziemiańskiej”, „Zodiaku”, „U Miki”, IPS-u (Instytutu Propagandy Sztuki). Kawiarnia była w Młodej Polsce i międzywojniu „środowiskiem naturalnym” artysty, jak zauważył Artur Rubinstein. Franc zaprzyjaźniony był z poetami Skamandra, stąd sądzi się, że to właśnie Fiszer stworzył  pseudonim artystyczny B. Leśmianowi.

            Trzeba sobie wyobrazić potężne zwaliste ciało, tubalny głos i niespotykaną charyzmę Franca Fiszera. Jaką trzeba mieć osobowość, by  Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Zenon Przesmycki, Artur Rubinstein,  Antoni Lange i inni byli zafascynowani erudycją, dowcipem wykształconego smakosza. Ten „warszawski oryginał” (M. Sawicka) był legendą jeszcze za życia, postawił przed sobą cel właściwie nieosiągalny, czyli rozwiązywanie zagadek istnienia. Jeśli ktoś uważa, że sprawa prosta, niechże sam spróbuje rozwikłać zagadnienie form świata oraz rozumienie bytu na ziemi.

             Między tym śledziem a sztuką mięsa toczyły się poważne filozoficzne dysputy; uważa się, że Fiszer był pierwowzorem postaci Pana Kleksa, a dyskusje  z F. Fiszerem prowadzili Leśniewski, Tarski, Tatarkiewicz, Twardowski i Kotarbiński.  Na półpiętrze „Ziemiańskiej” dochodziło często do sporów o Boga, prawdę, czy o istotę bytu. Słynna była dysputa Fiszera z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim o Marcelu Prouście. Wieniawa zaciekle bronił pisarza przed atakami pana Franciszka, (który Prousta zwyczajnie nie lubił), więc przytaczał rozmaite recenzje najznakomitszych krytyków. Znudzony Fiszer w końcu oświadczył: ”Widzisz kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie.”

Trzy miłości Franciszka

I. FILOZOFIA

             Pierwszą i najważniejszą była filozofia. Jako uczeń lipskiego filozofa Richarda von Schubert-Solderna, uważał się za metafizyka.  Ten perypatetyk, ten kontynuator arystotelesowskiej filozofii lubiący nagłe a niespodziane zwroty w akcji, trudności, uwikłania, zmienne losy, przygody, anegdoty nie pozostawił po sobie ani jednego dzieła filozoficznego; ba, ani jednego zdania. Gdyby opublikował choćby część swych zabawnych anegdot, filozoficznych uwag, stałby się jednym z najbardziej czytanych filozofów. I  także zapewne najbogatszym z filozofów.

II.  TOWARZYSTWO LUDZI

            Fiszer był osobowością o  inteligencji, którą podniecał kontakt z ciekawymi ludźmi.  Jego „zapładnia atmosfera dysputy, paradoksu” pisał Boy. „Nie docenia się dziś takich ludzi. Kiedyś na przykład fantazja podpowiedziała mu, żeby z warszawskiej „Sielanki” na dalszy ciąg pojechać wprost do… Wiednia”. I pojechał, bowiem drugą miłością są  ludzie o ciekawych umysłach. 

            Jedna z aktorek, oburzona, że Fiszer nie poznaje jej, powiedziała mu o tym. - Na Boga! – wykrzyknął Fiszer. – Po czymże mam panią poznać? Żeby pani miała jakiś pryszcz na nosie albo wąsy, a tak, twarz goła jak pięść, codziennie inny kapelusz i uczesanie, po czymżeż mam panią poznać?Innym razem zapytał, czym zajmuje się ten przechwalający gość – To słynny olimpijczyk, lekkoatleta. –  A dokładnie? -  Biega.  A na to Fiszer: -  A w którą stronę?

           Posłuchajmy, jak Franc opowiadał:  Miałem stangreta. Józef mu było. Wyjeżdżając do Paryża ze stacji Ostrołęka, błądząc już myślami nad Sekwaną, powiedziałem mu machinalnie: „Niech Józef czeka.” Nie było mnie w kraju dwa lata. Wracam niespodziewanie, wezwany telegraficznie przez plenipotenta. Była noc. Jak ja się tu dostanę do domu? Wychodzę przed dworzec, patrzę: moje konie i Józef. Zdumiony pytam, skąd wiedział o moim powrocie. „Ja nie wiedziałem, ale pan dziedzic kazał czekać, no to ja czekam.” Dwa lata czekał.

          Kiedyś w knajpie była mowa o chiromancji. Ktoś komuś wróżył. Fiszer oświadcza, że on lepiej wróżyć potrafi. Siedząca obok literatka wyciąga ku Francowi swą rękę i pyta serio: - Cóż pan widzi? Fiszer spogląda na dłoń i pali natychmiast: - Duży apetyt, małą inteligencję.

III.  POTRAWY

             Filozof jako człowiek potężnych gabarytów lubił dużo i dobrze zjeść. Kiedy pewien ichtiolog zapytał go: –  A wie pan do jakiej rodziny należą śledzie, Fiszer spokojnie odpowiedział: -  Proszę pana, śledź należy do rodziny przekąsek.

            Starszy kelner w restauracji w Krakowie, zachęcony sutym napiwkiem, zapytuje uniżenie, bo Kraków słynie z tytułomanii: - Jak mam szanownego pana tytułować? Prezes, dziedzic, dyrektor? - Nie, możesz do mnie ostatecznie mówić „Boże Ojcze” – odpowiedział Fiszer gładząc swą rozwichrzoną brodę.

              Spotykam kiedyś Fiszera na Mazowieckiej, była to pora obiadowa. - Dokąd idziesz? – pyta Franc. - Na obiad – odpowiadam. - Szczęśliwy – wzdycha Fiszer – a ja już po obiedzie!

              Kiedyś Fiszer oświadcza: jestem tak objedzony, że najcudniejsze potrawy nie przeszłyby mi przez gardło. Doktor Toruńczyk, marzący o pokazaniu się z Fiszerem u modnego wówczas „Wróbla”, skwapliwie zaproponował mu udanie się do tej knajpy na pół czarnej. Siedzieli w pierwszym pokoju, gdzie mieścił się bufet. Z przyzwyczajenia Franc podszedł do bufetu i okiem znawcy zrobił przegląd. - Co to za ryba? – zapytał pokazując pięknego łososia. - Łosoś, panie dziedzicu. - Ja wiem, że łosoś, ale czy jest dobry? - Niech pan dziedzic skosztuje, wspaniały! Fiszer uległ pokusie, pochwalił łososia… i zjadł go całego. Blady z przerażenia Toruńczyk liczył pieniądze, czy mu starczy na zapłacenie tak luksusowej konsumpcji, gdy z sąsiedniej sali wyszedł rzeźbiarz Gruberski i zapytał Fiszera: - Czy jadłeś dziś sztufadę z makaronem? - Nie – odpowiedział Fiszer – a bo co? - Mówię ci, ósmy cud świata, palce lizać. - Panie starszy – zwraca się Fiszer do kelnera – daj no mi pan tej sztufady z makaronem. Biedny Toruńczyk musiał wyskoczyć do sąsiedniej cukierni, by pożyczyć pieniędzy na wykupienie Fiszera od „Wróbla”.

          A. Śliwiński  wspomina: Miałem przy sobie niewielką tylko sumkę, wdałem się więc z Fiszerem w pertraktacje. – Może pójdziemy do „Simona” na obiad, ale na coś skromnego, bo nie bardzo jestem przy gotówce – zaproponowałem. – Doskonale – ożywił się Fiszer. – Sztuka mięsa? – zapytał zniżając głos do szeptu. Propozycja została zaakceptowana. – Jedna wódeczka i małe piwko? – dodał Fiszer, gdyśmy już wchodzili do restauracji. I to zostało uzgodnione. W restauracji Fiszer majestatycznym głosem zamówił wódeczkę, sztukę mięsa i piwko. Nagle wzrok wlepił we drzwi i krzyknął na kelnera: – Da mi pan karpia, gęś i melbę! Sztukę mięsa także!  Wypada również znać najsłynniejsze powiedzenie Fiszera o jedzeniu: najlepsze są dania proste. Weźcie na przykład taki kawior, czy może być coś prostszego, a jakie to pyszne.

Fiszer – myśliciel

          Były okresy, kiedy Fiszer znikał z Warszawy, a wtedy pejzaż stolicy tracił coś ze swej malowniczości. Okresy te spędzał zaszyty w ciszy wiejskiej w Łomżyńskiem u przyjaciół. Przed dwór podjeżdżał właśnie silny oddział jazdy niemieckiej z generałem na czele. Zobaczywszy stojącego na ganku olbrzyma, generał zatrzymuje konia i pyta Fiszera: - Pan jest właścicielem tego majątku? - Nie – mówi Fiszer. - A cóż pan tu robisz? – brzmi groźne pytanie. - Zajmuję się metafizyką – odpowiada wyniośle Fiszer swym zwykłym, niezachwianym, pewnym siebie tonem.

           Przybyszewski, nie mogąc dać rady Francowi Fiszerowi w jakiejś bardzo konkretnej filozoficznej dyspucie, zachichotał szatańsko i wyszeptał: ‚Nie masz pojęcia, robaczku, jak strasznie się uśmiałem z tego wszystkiego, coś powiedział’. Na co Franc: ‚Kochany Stachu! Uśmiałbyś się tysiąc razy więcej, żebyś choć jedno słowo z tego zrozumiał’ .”

- Co pan robi? – zapytał ktoś kiedyś Fiszera. - Odłogiem leżę. Ugoruję – odparł Fiszer.  O  S. W. Reymoncie mówił: w metafizyce zupełny Boryna.  Jak mawiał sam Franz Fiszer – „Nie można wymagać od wszystkich, aby nic nie robili, bo to najtrudniejsza rzecz na świecie”.

                 Życie prywatne Franciszka Fiszera w zasadzie mniej mnie interesuje, ale środowisko, w którym przebywał, które go kształtowało, atmosfera, która go otaczała jest godna uwagi. Nieważne, co jadł, (wódkę niezbyt lubił, wolał wino), nieważne co pił, ale najbardziej interesujące z kim jadł i pił! Tamten świat błyskotliwego umysłu, intelektualnych uczt nie wróci. Na kamiennej płycie nagrobka  F. Fiszera wyryto zasłużenie: myśliciel.

Może kiedyś przyjdzie dawna moda na wspólne rozmowy, na bezinteresowność, na legendarne kawiarnie?

Korzystałam z tekstu J. Zaruby „Fiszer i jego anegdoty”   (http://niniwa22.cba.pl/fiszer.htm)

Śpiewne zaklęcie B. Leśmiana: „Panna Anna”

                                              

 Bolesław Leśmian: „Panna Anna”

Krakowianka jedna
Miała chłopca z drewna.

znana piosenka

Kiedy wieczór gaśnie i ustaje dzienny znój
Panna Anna właśnie najwabniejszy wdziewa strój
Palce nurza smukłe w czarnoksięskiej skrzyni mrok
I wyciąga kukłę, co ma w nic utkwiony wzrok

To jej kochan z drewna, zły bezmyślny, martwy głuch!
Moc zaklęcia śpiewna wprawia go w istnienia ruch
Śmieszny i niezgrabny, swą drewnianą tężąc dłoń
Szarpie włos jedwabny, miażdży piersi, krwawi skroń

Blada, poraniona Panna Anna bólom wbrew
Od rozkoszy kona błogosławiąc mgłę i krew!
Poprzez nocną ciszę idzie cudny, nocny strach
A śmierć się kołysze cała w rosach, cała w snach

A gdy świt się czyni Panna Anna dwojgiem rąk
Znów zataja w skrzyni drewnianego sprawcę mąk
Sztuczne wpina róże w czarny, ciężki, wonny szal
I po klawiaturze błądząc dłonią patrzy w dal

Dźwięki płyną zdradnie, płyną właśnie tak a tak
Chyba nikt nie zgadnie z kim spędziła noc i jak?

                 B.Leśmian to człowiek „niezbyt ładny” (określenie M. Umer), chorowity, niski (wg F. Fiszera „Zajechała pusta dorożka, z której wysiadł Leśmian”), niezaradny i pełen kompleksów. Ponieważ wychowywał się bez matki, więc całe życie będzie jej szukał w innych kobietach, stąd zapewne znajomość psychiki ludzkiej, a kobiecej w szczególności, choć powszechnie wiadomo, że najbardziej z wszystkich kobiet kochał Dunię, swoją córkę, a piękna wnuczka poety, córka Duni, Gilian Hils, zostanie aktorką, odkryta przez Rogera Vadima zagrała między innymi w „Powiększeniu” Antonioniego.

           Tytułowe imię w wierszu poety ma wiele skojarzeń.  Anna to jedno z popularniejszych imion w Polsce, po hebrajsku znaczy „wdzięczna”, nosiła je matka Marii Panny. Imię to pojawia się w wielu przysłowiach i powiedzeniach, z których należy mieć na uwadze szczególnie jedno: „Szczęśliwy, kto na świętą Annę upatrzy sobie pannę”. Anna w wierszu B. Leśmiana uosabia każdą kobietę, ale portret to niezbyt niewesoły. Zapomniana przez ludzi i Boga niewiasta musi radzić sobie sama.  Strojem, pieśnią i zaklęciami, bowiem tak  umie sprostać niełatwym zadaniom i problemom, których nikomu nie brakuje. Potem poraniona udaje wesołość śpiewem, nuceniem, graniem i różą wpiętą w wonny szal. Choć życie boli, na zewnątrz nic nie ujawnia „po klawiaturze błądząc dłonią patrzy w dal”.

           Mottem wiersza jest znana piosenka „Krakowiaczek”.  Historia jednej krakowianki, która miała chłopca z drewna zostaje w balladzie „Panna Anna” rozwinięta na Leśmianowy sposób,  przez co staje się punktem wyjścia do opowieści o kobiecie. Każdej kobiecie, bo nieważne, w jakiej się żyje epoce,  pragnienia,  potrzeby dawniej  i obecnie nie zmieniły się wiele, wbrew pozorom. Aż po ten kres, kiedy prąd wyłączą i ukaże się ONA ”cała w rosach, cała w snach”.

            W pierwszych dwóch strofach  zarysowana została sytuacja liryczna.   Wieczór,  noc, stosowny ubiór oraz element magiczny, czyli schowana w skrzyni  kukła sprawia, że  świat przedstawiony jest pełen fantazji i niezwykłości. Zwraca na to uwagę nie tyle „kochan z drewna”, co samo określenie skrzyni mianem „czarnoksięskiej”. Wszystko to stwarza atmosferę tajemniczości obecną w wielu utworach Leśmiana.  

              Jacek Trznadel stwierdza, że Leśmian jest: „(…) jednym z niewielu poetów, którzy chcieli dosięgnąć najbardziej nieosiągalnego, wyrazić niewyrażalne – nie tylko świat, ale i zaświat, nie tylko chwilę, lecz i wieczność, nie tylko ziemię, lecz i niebo”.

         Zwróćmy uwagę na  sformułowanie „tak a tak”, które wiąże się jednoznacznie z rytmem i jego powtórzeniem. Kobieta gra, stwarza muzykę i to piosenka staje się obok kukły świadkiem poczynań Anny, z tą różnicą, że śpiew towarzyszy kobiecie zarówno w nocy, jak i w dzień, przecież zwykle wszystko zaczyna się od rytmu, powtarzalności. To on wprowadza nas do świata Anny, to on ukazuje prawdy filozoficzne, to on w końcu odsłania tajemnice. Wystarczy wspomnieć o zagadce zawartej w wierszu Bolesława Leśmiana, chociaż ballada przemawia nie tylko do serca i umysłu, lecz i do pamięci: „Pieśń raz jeszcze odśpiewana, wiersz raz jeszcze odczytany – dzieją się ponownie od początku do końca”. Dlatego ponowne odczytanie „Panny Anny”, zanucenie piosenki „Krakowiaczek jeden” w niej zawartej oraz posłuchanie wersji współczesnej z 2014 roku wydaje  się przybliżyć wiersze B. Leśmiana przeciętnym zjadaczom poezji.  A może i unieśmiertelnić poetę, kto to wie?

           Śmiem twierdzić jednak, że rozwiązanie  zagadki „z kim spędziła noc i jak?” nie będzie jednak takie proste, ale spróbować można. Również pytanie „Kogóż mam prócz ciebie?” pozostanie słodkim wspomnieniem, skoro  nawet Anna nie zna odpowiedzi. Zauważmy wreszcie, że w samym słowie ‚noc’ tyle skrywanych tajemnic nigdy nie wyjdzie na światło dzienne… Tu dopiero pole do domysłów i dociekań się zaczyna…

 

 

Utrwalaj czas na krakowskim Kazimierzu

                   

            Chawa, która nie mogła żyć w carskiej wiosce wśród ludzi, którzy nie szanują innych, powiedziała do ojca: „Tate, jedziemy do Krakowa”. Skąd wiedziała, że tu żaden człowiek z pejsami nie poczuje się wrogiem, nie wiadomo. Pielgrzymie, ty również zabierz z sobą tego skrzypka na dachu, niech zagra i zaśpiewa „Gdybym był bogaczem” oraz niech przypomni nieobecny już starozakonny świat.

             Przyjdź na Kazimierz w czasie 27 edycji Festiwalu Muzyki Żydowskiej w dn. 24.06 do 02.07. Zrób portret tej najbarwniejszej kulturowo dzielnicy. Weź dzieci, niech otworzą wszystkie zmysły na inną wiarę, kulturę, stroje, obyczaje. Może wówczas będzie o ten jeden zapis (Żydzi do gazu) mniej, bo przecież to dorośli wpajają nienawiść do inności, nacji, koloru skóry, religii. Nie wierzą, że im więcej ludzi  d z i e l i  inność,  tym są bogatsi, bo mają więcej do zaoferowania i uczą  się różnorodności. Podczas spaceru po tej  jerozolimskiej Galicji, pokażmy wielokulturowość, ponieważ program jest na tyle bogaty, że każdy znajdzie coś dla siebie. I tak można zjeść drugie śniadanie w Chederze  na ul. Józefa 36 przy bliskowschodniej muzyce Nimroda Azzoulay’a (pamiętajmy, że to szabat, więc bez komórek i laptopów) za to można poczytać, posłuchać muzyki i odpocząć. Dla dzieci przewidziano warsztaty (26 – 28.06), aby mogły poznać dzieje Kazimierza. Można przyjść na spotkanie  z W. Jagielskim, P. Smoleńskim, M. Gutowskim….(C K Ż, ul. Meiselsa 17) albo na wykłady biblistów, (wszystko pod znakiem  syndromu Jerozolimy),  bądź na koncerty, a tych mnóstwo: w synagodze Tempel, Alchemii, Teatrze Nowym, Chederze, Barce, aby posłuchać tradycyjnej muzyki klezmerskiej, muzyki kantorów, jazzu P. Shapiro, „Iraq’n'roll”, L.Kozłowskiego…Nie sposób wszystkich wymienić. Instalacja „Jerusalem Soundscape” pod Halą Targową pozwoli poczuć się przez chwilę, jak w Jerozolimie, by odsłuchać odgłosów odległego targu Mahane Yehuda z Jeruzalem.

           Przyjdź na Szalom (szalom znaczy pokój) przy ul. Szerokiej na najbardziej roztańczony wieczór w dn. 1 lipca oraz na popularną imprezę didżejską na pokładzie Barki na Wiśle. Zaprowadź siebie i dzieci na krużganki klasztoru Ojców Dominikanów przy ul. Stolarskiej 12, aby zobaczyć wspaniałą wystawę zdjęć Jerozolimy z XIX i XX wieku od 25.06 – 30.09  (od 10 -18): Góra Oliwna, Stare Miasto, suki (targi). J. Makuch twierdzi, że „tam został napisany  pierwszy rozdział ludzkości, tam zostanie też zapisany ostatni”, przecież chrześcijanie również wierzą, że Sąd Ostateczny odbędzie się w Dolinie Jozafata. Otworzy się ta Brama Miłosierdzia (czyli Złota, ale tam jest też cmentarz muzułmański, bo religie łączą się z sobą) i ukażą się dwa mosty: jeden z papieru, drugi żelazny. Na żelazny wejdą pełni pychy i buty, więc runą w czeluście piekielnych mocy. Ty wybierz papierowy,  albowiem pełni miłości, dobroci i wiary przejdą po papierowym bezpiecznie, aby żyć wiecznie.

             Spotkaj się na tej ulicy Kupa i wytłumacz pochodzenie nazwy. To nie od ekstrementów, a od słowa ‚mnóstwo’. „Kupat-cdaka” to po hebrajsku ‚puszka ofiarna’, synagoga Kupa została zbudowana ze składek wiernych. ”Kupat Cholim” z hebrajskiego Kasa Chorych to żydowska instytucja ubezpieczeniowa. Kupa kojarzyć się powinna z mnóstwem kasy i niczym więcej. Nazwa ulicy nie odmienia się, więc nikt na Kazimierzu nie mieszka na Kupie. 

           Pod koniec czerwca spróbujmy pielgrzymować na krakowski Kazimierz, aby być bliżej świętego miasta – Jerozolimy. Skoro w małej Anatewce była równowaga, marzenia skromne, wszyscy ludzie braćmi, to powtórzmy za uczniami, którzy zobaczywszy nauczyciela mówili:  ”Shalom aleichem” – pokój z wami, pokój na ziemi.

             Pokój wam, wszystkim ludziom  na naszej Ziemi.

Mój pierwszy raz na Watrowisku

   20170617_105317

           To był szczególny dzień. Piętnastego czerwca Saturn był w maksimum jasności, to przecież podobno wiele znaczy. Musiały się pojawić w wyobraźni rozmaite sytuacje, skoro na Watrowisku będę po raz pierwszy. Starsza napisała: „Zabierajcie uśmiechy. Zabierajcie siebie. Miejsca do spania dość. Z głodu i pragnienia nie pomrzemy.” To zabrałam siebie, uśmiech przykleiłam i wio koniku. Życie za krótkie jest, by nie mieć przyjaciół.

          W  Rudnikach powitał  mnie kobaltowy błękit nieba i promienne słońce. Od razu zobaczyłam wszystkie siedem nieb raju ludzkiej i nieziemskiej życzliwości Watrowiczan. Zaczęło się jak należy, czyli od przytulań, serdecznych uścisków, choć niektórych widziałam po raz pierwszy, innych drugi raz, to miałam nieodparte  wrażenie, że znamy się wszyscy od lat. Rozprawę socjologiczną można napisać na temat, dlaczego ludzie z różnych stron kraju, właściwie nieznajomi – stają się  duchem bliscy.

          Wśród leśnych ostępów, na ul. Sosnowej z ciekawymi ludźmi odbyła się magiczna impreza z życzliwością w roli głównej. Wylało się morze serdeczności. Zaczęliśmy może nie od Bacha, ale od nalewek stawiających równo i po kolei na nogi. Samych zdrowotnych: zrobionych z rokitnika, mleczu, głogu, śliwek, wiśni…  Nieomal bohema i w piciu, i ubiorze. Trzeba było widzieć fifraki, przepaski na czole, fikuśny kapelusz z dużym rondem, odmładzające kratki i napisy na koszulach. Lepszej modelki od Lokaty żaden impresario nie znajdzie, zapewniam. Sama miałam wprasowany kwiat w swój lejbik (tam, gdzie wcześniej była dziura).  (Zastanawiające, skąd się biorą takie kwiatki-stokrocięta grzeczne nad wyraz). Wypiłam zdrowie wszystkich blogerów winem z róży. Sto lat w zdrowiu! Niech te posty z ambitnymi wykrzyknikami, z przerostem formy nad treścią, niepewnymi pytajnikami, zawieszeniami, tasiemcowymi  rozważaniami, z rozmaitymi odcieniami chwil życia będą z nami długie lata. Potem Watra  sprawiedliwie pokroiła truskawkowy tort Klarki i zaczęło się śpiewnikowanie przy akompaniamencie gitary. 

              Co by ciekawego nie mówić, to nasze życie jest taką butelką, choć nie zawsze pełną, choć nie zawsze wielką, więc trzeba o nią dbać, więc trzeba marzyć, aby zabrać bezbarwność i by samo dobro mogło się darzyć. Może i nam pokaże się egzotyczny Dżin? Na to szczęście i na to zdrowie. Chleba na zakwasie robionego, naszego powszedniego również nie brakowało za sprawą Knezia, jaj stuletnich, takoż potraw przeróżnych, własnoręcznie przyrządzonych przez samych Watrowiczan. Muszę uczciwie przyznać, że miałam grzeszne myśli, kiedy sięgałam po kolejny i kolejny kawałek pysznego ciasta Klarki. Wiadomo, że w tym sosnowo – świerkowym gaju kociołkowanie i zadymianie rzecz normalna. Wprawdzie zadymiać każdy może, jeden lepiej, inny gorzej, ale Kneziowi wychodzi najlepiej, bo wiem, CO próbowałam.

          Niech A. Asnyk zabierze w końcu głos w tej sprawie:

„Za każdym kielichem wina / Piękniejszym staje się świat, / I urok młodzieńczych lat / Wstępować w serce zaczyna”.

            Dziękuję Starszej, Watrze i Kneziowi za to, że mogłam uczestniczyć w tym uroczym spektaklu, jakże dla mnie ważnym ze względu na czas. Tuw pisała prawdę „raz się żyje, a jeszcze w takim towarzystwie” nic tylko cieszyć się chwilą, która przecież nie ma prawa się powtórzyć. Wśród wspaniałych ludzi człowiek zrzuca nie tylko lata, ale pozbywa się mózgowej zgrzybiałości, a krzyż sam się prostuje.  Dziękuję Kneziom za wędzonki, Wachmistrzowej za krokodylki (lepsze od moich!), Opolskim za śledzie, Qumie za wyjątkowy przepis, a Wszystkim Watrowiczom za wyborne potrawy cudnej urody i fakt, że mogłam pobyć z Wami.  Bardzo dobrze się czułam, jak to wśród przyjaciół.

              Macham do Watrowiczów  białą chusteczką. Do zobaczenia za rok.

Przeterminowane żywe trupy

           005

         Najcięższy kaliber  współczesnego wieku niesie głupota. Prędzej znajdę owoce z drzewa czarnoksiężnika niż odpowiedź na pytanie: Co z nami nie tak, że chodzimy już jak zwłoki zniewolone, nieświadomie wykonujące polecenia innych, pozbawieni świadomości, a nawet własnego zdania. Co za zioła bierzemy, że ciągle jak w tej mgle?

             Jaki rytuał wprowadzić, by zrywanie kartek z kalendarza nie było tak drastyczne? Może przez to glądanie świata z pozycji You Tubka? Z pewnością jako lektura łatwa i przyjemna nie wymaga wysilania umysłu: kot wpadł do wody, ktoś się przewrócił, znajomy na plaży się smaży,  Żeby mieć wykwintny temat do dyskusji na smartfonie, warto zobaczyć założone przez celebrytę konto pieska na Instagramie po to, by wiedzieć, w jakim on dziś ubranku. Lubujemy się nie tylko w podglądaniu, ale i oglądaniu window shoppingu oraz wystaw w handlowych galeriach. Tysiące manekinów… to jest to, rozmarzyłam się na wyrost. Tu myśleć też nie trzeba, jedynie co najwyżej nogi bolą.

           Jak nisko muszą upaść neuronowe powiązania, kiedy dyr. CKE pytany, czy na maturze będzie „Świat wg Kiepskich, odpowiada: „Czemu nie”. To może fantazje erotyczne także? „Chłopaki do wzięcia”, czemu nie?  Amazoński szaman  jako atrakcję turystyczną proponuje ayahuascę, która przenosi mózg w inny wymiar. Ceremonia ta „…może stać się katalizatorem zmian prowadzących do uleczenia kondycji psychofizycznej człowieka” – pisze polski podróżnik. Czyli przyjmujemy ayahuascę na psychodelicznych obrzędach i po sprawie? Jaką tabakę trzeba wciągać, aby w to wierzyć?

           Świecie mój, nie pojmuję tego bezustannego bombardowania reklamami. Są w końcu jakieś granice uczuć, jakimi obdarzymy dany proszek do prania, emulsję na łojotok, pastę na dziąsła,  czy czosnek w mózgu, znaczy w uchu. Jest jeszcze kwestia tego smaku, prawda?

         Jaki koktajl z żaby peruwiańskiej trzeba wypić, aby uwierzyć, że będziesz szczęśliwy tylko wtedy, gdy posmarujesz się kremem z retinolami, zastosujesz biopolimery, czy strawne peptydy oraz zainwestujesz w fryzurę przeciwzmarszczkową. Jest taka, sporo kosztuje, ale podobno odmładza o dziesięć lat!  I tylko patrzeć, jak kupisz szczebel z drabiny prowadzącej do nieba. Pomyśl, jak funkcjonuje organizm, kiedy inni muszą  podpowiedzieć, co jeść, aby twoje jelita były szczęśliwe  i w co się ubrać, by zaistnieć na scenie naszego wieku.

         Dłaczego wierzymy w świat pigułek i to na wszystko? Gdzieś głęboko w mózgu koduje się wiara w cudowność tej wit. C, która po podaniu 25 g wyleczyła białaczkę. A specjalistów od medycyny alternatywnej przybywa niczym stoisk z kebabami. Ukryte terapie niewiedzy, niestety. Paramedyczny obłęd. A skąd się wzięła potrzeba osobistego coacha? Rozumiem, że ktoś ma problem i nie umie go rozwiązać, ale na stałe i osobisty?  Chyba że ten coach za pieniądze przeżyje za nas życie? I jak to możliwe, że ludzie zapoznani z prawami fizyki, chemii, biologii stają się tak podatni na doradztwo szarlatanów, pseudolekarzy, teorie antyszczepionkowe. Nic, tylko to ziele Jimsona masowo na tarasach hodowane tak działa.

             Co się stało z głowami turystów, którzy po przyjeździe do Zakopanego mówią recepcjoniście, że przyjechali zobaczyć ten park Kasprowy, więc pytają, co tu można zobaczyć, bo przecież po górach łazić nie będą. Od razu zaznaczają, że do Kużnic nie jadą, bo znajomi uprzedzili, że na tej drodze nie ma co kupić. A tak w ogóle, co tu można ciekawego zobaczyć? Wiosną turyści przyjeżdżają, by oglądać kwitnące krokusy, ale wjeżdżają samochodami w kwiaty… przecież pieszo nie będą po hali chodzić. Kto by się tam w górach przejmował żerdzią z napisem „Szlak zamknięty”. Jeśli zamknięty, to nie dla nas. Dla innych, więc my idziemy. Nam zabronią? Aniele, stróżu mój. Pomoże? Może.

              Jakie pnącze oplotło umysł, że praktycznie przestaliśmy nóg używać? Swoich rowerów unikamy, a potem siadamy na rowerek stacjonarny w tym  przepoconym zaduchu siłowni. I jeszcze za ten stacjonarny zaduch słono płacimy. Gdzie tu logika? A jakie jest najszybsze odchudzanie? Oczywiście operacja. Przecież przy tradycyjnym trzeba odłożyć smartfona i jeszcze się ruszać po tym parku i świeżym powietrzu. Co za somnambuliczny sen śnimy, że dajemy się wciągnąć w ten grząski piach?

              Niech ci w końcu zacznie przeszkadzać brak samodzielnego myślenia. Na miły Bóg, życie mamy jedno. Przecież nie chodzi tylko o ten POWIDOK. Czyżby za bardzo nam  te neurony popuściły, przez co mózg się rozlazł i rozleniwił? A w porywach i głowę urywa.

Język uprowadzony przez przypadki

         jez

          Język może nieostrożnego człowieka sprowadzić na manowce. Skoro to nie chiński, spróbujmy zrozumieć te przypadki, reguły i ten porządek, przynajmniej w piśmie.  O Facebooku nie wspominam ze zwykłej grzeczności. Tam za swoje poglądy możesz być banderowcem, gudłajem, ubekiem, mośkiem, szwabem. Język nie jest bowiem eksluzywnym towarem, a skoro każdego stać na język, spowszedniał był, a gazetowy tak zwiększył pole semantyczne, że w końcu stał się śmieszny. Przypatrzmy się tym eksluzywnym sklepom z majtasami, paznokciami, ciuchami, pudrami w kremie. Tani Armani second hand też może być exclusive.

              Eksluzywny znaczy «przeznaczony dla zamkniętej grupy osób», czytaj: dla wybranych,  bogatych np. klub, lokal, hotel, dzielnica, ferrari. Słowo to obecnie używane jest w znaczeniu elegancki, luksusowy, bo przecież  na lakier, puder, bokserki każdego stać. W sieciówce zawisło nad jedzeniem, ubraniem, a także postawione zostało obok tytułu pewnego czasopisma dla gentlemanów oraz w ostatnich latach nad butikami. Nawet podłoga została nazwana exclusive, choć pewnie wszyscy po niej będą chodzić, czyli kto przyjdzie, musi podeptać. Jeśli wszystko będzie eksluzywne, to co będzie dla wybranych i wyjątkowych?

              M. Rusinek nazywa to zjawisko pypciami na języku. Idzie rzeczywiście pypcia dostać i to w trybie warunkowym czasu przeszłego.  Chociaż każdy widzi swój język, tak naprawdę nikt nie może sobie z nim poradzić, skoro również językoznawcy w niektórych kwestiach różnią się między sobą. A slogany powtarzane przez telewizyjną celebrę poszły w lud, co widać za sprawą galanterii dzierganej na rękach, szyjach, łydkach oraz  na odzieży (tak, tak, obecnie odzież też może być patriotyczna, jakby kto tego nie zauważył), stąd napisy typu: „wyklęty”, „dobra zmiana”, „żołnierze niezłomni”, „dziewczyny wyklęte”, „jestem patriotą”, „suweren”. A ten ‚suweren’ znany już ze średniowiecza, oznaczał kiedyś władcę sprawującego niezależną władzę oraz naród, gdzie funkcjonuje zasada suwerenności ludu. Obecnie suwerenem jest ten, kto wybrał władzę, czyli pojawili się nowi władcy.  

             Jeśliby był język taki giętki, to byłby poradził sobie sam z salonami, których pełno dookoła. Wprawdzie trzeba mieć poczucie humoru, by ciasną kanciapę z butami nazwać salonem,  czy piwniczną izbę studiem urody, ale jak to mówią, kto bogatemu zabroni. Chociaż owe salony mogły były mnie rozczarować, że tak posłużę się plusquamperfektum, to nie zniesmaczyły tak bardzo, jak ten podział słowem ideologicznym: tfu, lewactwo, fu Ukrainiec, fuj komunista, fe Żyd, pfe pedał. Wyrazisty język jednych (my, Polacy, patrioci, polegli) przeciw onym, czyli  zdrajcom, zbrodniarzom, gorszym sortom. W tym wypadku słowu odbiera się właściwe znaczenie, a nadaje nowe, przewrotne w swej treści, więc obserwujemy zjawisko odwróconych etykietek, co od razu widać na koszulkach, przypinkach: „Nie ma geyów ani genderów”, ”Gorszy sort to ja”, „Prawdziwy mężczyzna nie wybuduje domu, nie zasadzi drzewa”, „Zara szlag mnie trafi”,  ”Jaki kraj, taki gender”.

         Język poluzował i to niezależnie od wieku. Kiedyś w szkołach uczono, że szyk w wyrazach jest ważny, więc taki przymiotnik oznaczający cechę powinien stać zawsze przed rzeczownikiem. Obecnie kolejność odwrotna, co podobno ma ukazać wagę i ciężar rzeczownika, stąd „kraj nasz”, „wartości chrześcijańskie”, „pieśń maryjna„. Dawniej uczono pisania ”wziąć”. Niektórym jednak więcej wolno, więc pewna posłanka pisze: „Napisałam wziąść. I tego będę się trzymała”. Trochę to pastewnym trąci, lepiej nie brać przykładu z zadufanych. Zatem bez nadętych dyskusji, pisz „wziąć”. I nie inaczej. Niedowarzenie językowej strawy widać również w „złej renomie„. Renoma znaczy pochlebna opinia, więc dodawanie przymiotnka ‚dobra’ niepotrzebne, a ‚zła’ renoma to poplątanie z pomieszaniem. Zestawienie „najbardziej optymany” również nadużywane w ławach i na trybunach. Optymalny to najlepszy z możliwych i nie potrzebuje przymiotnika.

                Polacy nie gęsi, ale czy swój język znają? Dopiero w pełni widać, gdy otwierasz tego bożka zwanego Internetem (choć powinno się pisać ‚internet’). Tam dopiero ciężko! Dosłownie wszystko waży i nie do udźwignięcia: „ciężko powiedzieć”, „ciężki orzech” (zamiast twardy orzech), „ciężko to widzę”, „ciężko o tym  mówić”, „ciężko przewidzieć”, „ciężko uwierzyć”, „ciężki weekend”. Ugryź się w język, zanim napiszesz „ciężko myślę”. {
http://gadzetomania.pl/17516,gadzeciarski-design}

            Słowo „design” zrobiło dosłownie furrorę. To zapożyczenie ma polski odpowiednik  znaczy ‚projekt’, ale nie pachnie tak światem jak dizajn. Stąd to słowo pożyczają sobie wszystkie branże i stosują go w znaczeniu technologia, funkcjonalność, aranżacja i ładny wygląd. Mamy więc czajnik z ciekawym designem, podobnie jak skrzydło drzwi, muszle, kafelki, krawaty. I dalej spada ten design jak grosz z jasnego nieba, tylko patrzeć, jak powołają instytut dizajnu, skoro zadęcie na zubożenie słownictwa widoczne wszędzie. Zamiast  jednego „design” można użyć: estetyka, stylistyka, wygląd, wzornictwo, estetyka, wygląd.

           Rozpętała się dyskusja o szerzeniu biernika w dopełniaczu, bowiem od jakiegoś czasu trwa moda na dopełniacz zamiast biernika. Nie będę zaglądać pod język, ale lubimy wysłać e’maila, pisać bloga, kupować laptopa zamiast wysyłam e’mail, piszę blog, kupię laptop (tak jak nie powiemy napisałam lista, posta, notatnika). Biernik jest  kłopotliwym przypadkiem, ponieważ trzeba wiedzieć, że rzeczowniki nieżywotne przyjmują postać tożsamą z mianownikiem, czyli trzymam wąż (ogrodowy) i podlewam, a z kolei żywotne – z dopełniaczem, więc mogę trzymać żywego węża. Jemy też niepoprawnie: kotleta, banana, pomidora zamiast jem kotlet, pomidor, banan. Blogujący również piszą na bloga zamiast na blogu. Zjawisko powszechne, więc będzie normą, a nawet już jest uznane powoli za normę. Dzień dzisiejszy, kontynuowanie dalej, okres czasu - masło maślane nikogo nie dziwi, a niektórzy udowadniają, że to nie pleonazmy.

- Nie do wiary, żeby jeden człowiek mógł zrobić tyle błędów – dziwi się nauczycielka.          - Nie ja jeden, bo pomagał mi brat, mama oraz tata – odpowiedział uczeń.

              Pomyślmy, jak żylibyśmy, gdyby nie trudne przypadki? Muszą być, aby odczuć potem ulgę i móc co zmieniać. Polacy codziennie w biegu, dlatego zapychają swój język „bele czym”, a nawet wyrazistym nad wyraz: „Jak się komuś nie pasi, to wypad”. Koń też ma swój język, chociaż jaki jest, każdy widzi. Ty, jak zrobisz błąd, zawsze możesz powiedzieć, to wina klawiatury.

             Teraz parę sucharków o samych językoznawcach za to, że stosują ścisły szyk i szyk przestawny też:

- Co robią w przerwie między zajęciami? Idą na Kafkę.

- Co mają na nogach? Owe Sandauery i trupięgi Leśmiana.

- Co robią po pracy? Piją Pana Tadeusza.

- Czy jedzą drogie sushi? Oczywiście, na Sępa tego od Szarzyńskiego.

- Ulubiony przysmak? Wiadomo, Miodek.

Chcieliście Polski, no to ją macie

                 K. Przerwa – Tetmajer dawno temu dostrzegł, że będziemy żyli w świecie Kiepskich, stąd zabije nas smutek powszedni i parodia życia: ”Żyjemy często, jako te smutne jelenie / urodzone i w puszczy wyrosłe za młodu, / które – stworzone wielkie przebiegać przestrzenie – / zamknięto do zwierzyńca, w trzy morgi ogrodu”. Zatem, głos oddajmy wybitnym, rozsądnym, przewidującym poetom.

             Maluśki staruszek z pieskiem przychodzi do redakcji tego „Słowa Niebieskiego”. Kto? – Jak to kto? Toż jestem Łokietek, z wojskiem uśpionym smacznie spałem w grocie, a teraz przebudziłem się, bo nadszedł ten czas, więc głoszę: „Idę w Polskę robić porządek”. 

              Historia lubi powtórki, zatem przypomnijmy sobie dramatyczne lekcje. Ten andrus, ten kpiarz, „czarodziejski Konstanty” mruga do nas okiem: ”Gdy Bóg będzie w naprawdę dobrym humorze i zapyta mnie / — Jak się nazywasz? / Odpowiem:— Karakuliambro. / — A gdzie mieszkasz? / — W Tiutiurlistanie (…) Zaraza rośnie świątek i piątek. / (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie) / Idę w Polskę robić porządek”. „Skumbrie w tomacie pstrąg” powtarzane  jak mantra sprawiały, że Polacy uwierzyli w to, co mówi i powtarza rząd „Chcieliście Polski, no to ją macie!” I pomyśleć, że skumbria – makrela też polityczna!

                Parodysta i myśliciel  J.Tuwim nie pozostaje dłużny:  ”Raz do gazety „Hejże do czynul” / (ozór na szaro ozór na szaro) / Przyszedł Konstanty, wlany ze spleenu. / (ozór na szaro chrzan). / Hejże do czynu ozór na szaro, chrzan. (…) Kocio na szaro Żydzi na szaro / Ozór do czynu czyny do chrzanu / CHRZAN, miły Kociu. CHRZAN!”. K. I. Gałczyński, choć posądzany o brak ideowego zaangażowania, uważa za najważniejsze:  „Dla waszych dzieci, / dla naszych dzieci, / dla naszej ziemi, / ludzie prości, / skarbów strzeżemy. / Czas roziskrzymy. / Pięść zaciśniemy. / Strzeżemy. / I ustrzeżemy”.  My ustrzeżemy? My?

           Jaka ma być Polska? Czy mamy patrzeć wstecz, czy żyć przyszłością, bo ile można żyć nadzieją? ”Polska nie ma czasu przeszłego. / Ma w nadziei czas przyszły. Może / być pojęta jedynie w trybie / warunkowym, nigdy w odmianie / słowa dokonanego. Nie jest / jeszcze zrobiona. Jest zaledwie / zaprojektowana” – tymi słowami M. Piechal pogłębia smutne wrażenie szkicu, niedokończenia budowania ojczyźnianego domu.

             S. Wyspiański, który był za pan brat z Chochołem  („Miałeś chamie, złoty róg”), Stańczykiem („Zaśpiewałeś kruczy ton”), czy Wernyhorą („spotężni się Duch, podejmie Los”) wieszczy: „ale ci co zagrzewali ich do walki / o wolność / poprawiając koślawą historię narodu / zaczęli tłumaczyć / ludziom zwyczajnym i prostym / że takie są święte prawa demokracji / i wolności na świecie / że oni zwyczajni i prości nie mają / żadnej pracy”. I pomyśleć, że przed zaborami byliśmy również zagubieni. Wieszcz J. Słowacki pisze:

„Szli krzycząc: „Polska! Polska!” – wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;
Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,
Szli dalej krzycząc: „Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!”.
Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?”

                Turpista S. Grochowiak maluje słowem również niewesoły krajobraz: ”I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej / Ostatnią kroplę chciwie wypija / Płacze / Maryja / Jezus / Maryja / Jezus / Maryja / Jezus /Maryja”. W. Wirpsza (poeta, tłumacz „Doktora Faustusa”) widzi nas jako pokolenie opóźnione w rozwoju. Jakby na to nie patrzeć, trzeba mu rację przyznać:  ”Stajemy się przezroczyści jak stułbie, / Ale wciąż za rączki / Ale wciąż na spacer. / Niżej, niżej.” Przezroczystych i nijakich wypada zapytać: Jak daleko do dna?

           A. Kamieńska „W tej ojczyźnie tak gorzkiej, że zarówno dławi / Niewiedza o niej, jak i wiedza doskonała” próbuje znaleźć rzeczy odpowiednie słowo, ale sądząc po braku refleksji ludzi wywalonych poza margines, po zaciąganiu się głupotą i pustotą, ciężar zwątpień duży, większy, największy. Można jedynie za poetą powtórzyć: „Jeno wyjmij mi z tych oczu / szkło bolesne – obraz dni”.  Zaraz, zaraz,  kochany zaimku „zaraz” i rzeczowniku w D. l.mn. „tych zaraz”, nadszedł czas na szyderczy pomruk J.Tuwima:

„Dalej będziecież Polskę włóczyć
Po „szlakach” „misjach” „przeznaczeniach”?
Znowu się będzie byle szczeniak,
Fuks gazeciarski i codzienniak
Tłustością dawnej chwały tuczyć?
A szlag niech raz te „szlaki” trafi!”

              Już dawno temu krytykowano bierność inteligencji „pany dużo by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć”, ponieważ  ”Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie”. I znowu brakuje oleju mądrości? A niech to szlak.

Natura nie zapomina, człowieku

róza 4

                  Wielka katastrofa wcześniej, czy później zapuka do drzwi Ziemi. I nie będzie to wieszczony bezmyślnie koniec świata. Będzie to koniec nieodpowiedzialnego człowieka. Albert Schweitzer przewidywał: ”Światu zagraża niebezpieczeństwo, albowiem ludzie zaczęli rządzić naturą, zanim nauczyli się rządzić sobą’”.

            Jestem różą. I chociaż nie jestem człowiekiem, do ludzi się zwracam. W końcu zmuszona zostałam nauczyć się tego ludzkiego języka, aby móc porozmawiać, skoro żyjemy razem na tej samej planecie i jesteśmy od siebie mocno uzależnieni. Tak po prawdzie, ja spokojnie bez ludzi przeżyję, natomiast wy bez nas? Człowieku, zatem chociaż spróbuj zmienić swoją perspektywę patrzenia na otaczającą przyrodę. Mój  przykład niech posłuży do głębszych rozważań. Ja to już zzieleniałam ze smutku i bezsilności. Przyznaję: nie mam mózgu, nie jadam żab i golonki, ale moje sygnały elektryczne i hormonalne pełnią podobną rolę jak układ nerwowy wszystkich zwierząt. Szkoda, że ludzie do końca nie zbadali roślinnych interakcji ze środowiskiem, w którym  wspólnie żyjemy. Dawniej mądre babcie  przypominały, by mówić do kwiatów, wtedy będą dobrze rosły, by przesyłać im pozytywne fluidy. Jeśli nie wierzycie babci, to zapoznajcie się z teorią Monici Gagliano z University of Westrn Australia. Udowadnia, że rośliny potrafią się uczyć w podobny sposób jak zwierzęta Pawłowa, więc potrafią zapamiętywać. To nic?

         Człowieku, nie widzisz, że natura przygląda ci się uważnie? Nie wymądrzaj się, skoro masz tę przewagę, że umiesz mówić, choć często, co ślina na język przyniesie.  Nie oszczędzasz nawet kwiatów, kiedy przypinasz im łaty, symbole i niegodne znaczenia. Wprawdzie przyroda nie ma łokci do  rozpychania, zwojów do zapamiętywania, rąk do niesienia transparentów, języka do wykrzykiwania obelg, ale to nie znaczy, że nie rozumie świata zewnętrznego. Rząd Indii uznał delfiny za „osoby niebędące ludźmi”, a naukowcy od dawna udowodnili, że małpy człekokształtne są niebywale do was podobne. Sąd w Nowym Jorku uznał szympansy za „podmioty prawne, których dna jest w 99 % zbieżne z ludzkim kodem genetycznym. Mózg niektórych zwierząt jest nie tylko większy, ale również bardziej złożony. Więc niewykluczone, że mają bogatsze od człeka wnętrze i świadomość. Podobnie rzecz ma się z wodą i jej trzema stanami skupienia. Takie drążenie wody tworzy kanion. Zamknij oczy: jak wyglądałby świat bez wody? Wyschniesz na suchy wiór. Pomyśl, co robi ta struktura cząsteczek wody z organizmem każdego człowieka! Zagotujesz się na tym betonie, więc zastanów się, jaki jest twój stosunek do otaczającej natury. Na kolana, nierozważny człowieku.

  „Róże są skromne (…)
Bez aspiracji do salonu,
Bez wywodzenia się z Saronu,
Bez dąsów, pąsów i purpury,
Nie zadzierają głów do góry.”

            Wprawdzie jestem tylko rośliną, ale uświadom sobie powagę sytuacji.  Weźmy różę. Ile wywołuje emocji; dobrych, gdy czerwona, a  szczególnie złych, gdy biała. Sprawa się komplikuje, jeżeli podpowiem, że ta zielona znacznie zwiększa podniecenie, więc tli się nadzieja, że ludzkość pokocha zieleń, zanim te kolory róż skłóci z sobą na amen.

          My, osoby natury, nie jesteśmy ludźmi, ale nasz świat roślin i zwierząt domaga się szacunku, ponieważ ludzie nie domyślają się, jaka subtelnie cienka między nami granica. Przy bliższym poznaniu, a potwierdzają to badania, okazuje się, że mamy również bogaty świat wewnętrzny i wrażliwą duszę. A nawet to my więcej rozumiemy, ponieważ szerzej postrzegamy świat, przynajmnej nie przez ów czubek nosa, bo go na szczęście nie mamy. Udowodniono, że drzewa w lesie dzielą się  substancjami odżywczymi i informacjami choćby o inwazji owadów. Naukowcy udowodnili, że mamy pamięć, która rejestruje, zapamiętuje i przechowuje na wzór waszego komputera. Już zarejestrowałam wycinanie, zabijanie, stosowanie chemii, zatruwanie środowiska, czyli wasze zaściankowe myślenie.  A po was co? Potop? Niektórzy nawet uważają, że ekolog to szkodnik na równi z gender, gejami i tymi uchodźcami. Homo sapiens, natura nie zapomina. Ścięte drzewo może przeżyć odrostami. Ty, nie odrośniesz.  Woda, powietrze, ziemia skażone. Teraz na ciebie kolej…

          Nie wiesz, jak się zachować nierozważny człowieku? Zachowaj się  - jak radzi prof. Bartoszewski – p r z y z w o i c i e.  Także wobec przyrody. I wobec tych zwierząt i róż. Nieważne, jaki kolor mają. Wiedz, że w naturze nic nie ginie. Szanuj Ziemię, bo to dzięki niej żyjesz.

Matko Polko, tobie to dopiero dobrze

                 O, matko, usiądź wreszcie i zastanów się nad sobą. Co z tobą nie tak, że nie chodzisz wyluzowana, radosna, tylko wciąż narzekasz, a to na brak czasu, a to na nadmiar obowiązków.  Przecież wszyscy pragną twego dobra, niektórzy  nawet myślą za ciebie, a telewizor i prasa co rusz podpowiadają w razie kłopotów,  więc się kobieto nie stresuj.  Nie ma co debatować, rozlewać to mleko, w końcu posłuchaj, jak tobie to dobrze.

                  Sklepy oferują ci wszystko, czego dusza zapragnie: trufle, homary, ostrygi, wołowina kobe, Voda Naturalna, a na znieczulenie Grey Gooce. Nawet cebulki nie musisz smażyć, jak niegdyś bywało, ponieważ z każdego marketu na ciebie wygląda.  A tych wędlin jest aż do pokiełbasienia. Banki z kolei ustalą plan dla twoich pieniędzy i to z kartą o opcji szybkiego pożyczania. Operatorzy smartfonów to i na kartę, i w abonamencie. Do tego kurzu sprzątania masz zniewalający wybór mopów, skurzawek, czyszczących płynów oraz odkurzających ulepszeń. I tylko ty, i tylko ty możesz się cieszyć taką mnogością czyścików. Reklamy również pracują głównie dla ciebie. Podpowiedzą, co kupić, abyś schudła, wypiękniała, odmłodniała i podobała się dookolnie niczym ta marmurowa Venus z Milo. Wskażą modne środki, choćby ostatnio „bio”. Cóż, że zapłacisz podwójnie, bio musi kosztować, skoro to nowość, choć ze znanych składników i starych ziół, stosowanych przez twoje babcie od wieków. No, powiedz, skąd wiedziałabyś, że teraz trzeba jeść wszystko tylko z tego owsa: mleko owsiane, jaja owsiane, mięso owsiane, herbatniki takoż owsiane. A najnowsze trendy znajdziesz w Internecie. Któż inny miałby ci powiedzieć, że najlepsze jest to szuczne mięso roślinne, czy sojowy beszamel oraz burger wege (wegab). To wszystko dla ciebie. Zatem wytrzyj nos dziecku i odnajdź w sobie harmonię i siłę. 

             Blogi również podsuną pomysły na wszystko: co jest wyborne, co na topie, wymyślą szybki obiad, jak zrobić jajecznicę, na kogo dzieci wychować i co zrobić, gdy wysypka, świąd, liszaj,  koklusz, bo z wszystkim nie musisz sama sobie radzić.   

               Ponadto uważne teściowe podpowiedza, gdzie wisi pajęczyna i czym doprawić sos, żeby w końcu twoje dania były zjadliwe i by ci coś w końcu w tym życiu dobrze wyszło. Musisz widzieć, że rząd też ci pomaga, skoro daje wytyczne, jak rodzić, by było tak, jak za dawnych wieków, czyli naturalnie i tanio. Przeprowadza reformy, byś się w końcu połapała, jak należy pociechy wychować i czego uczyć, by wyszły na ludzi. Trendy na wybiegach ukażą, jaki kolor tego roku króluje na salonach, a tego sezonu króluje kolor zielony (choć podobno w zielonym tylko trawie ładnie), także czasopisma podsuną najnowszą cud – dietę i maści, byś zawsze miała wygląd jako ta  nastoletnia podfruwajka.

           Pomyśl tylko, jak mogłabyś funkcjonować bez nieodzownych wskazówek twego partnera, który co rusz pokazuje rozrzucone ubrania, walające się naczynia, kurz na biurku, nieuprasowaną koszulę, czy bałagan w szufladach. Podpowie, że trawa nie jest skoszona, woda z kranu cieknie, nie ma tabletek na kręgosłup i syropu od kaszlu. A wszystko z tej troski i miłości do ciebie. Dzieci również przypomną o braku zeszytu w kratkę,  koszulki na wychowanie fizyczne oraz o wywiadówce i szkolnej akademii. Gdybyś miała obiekcje, czy ktoś cię  jeszcze kocha, to podpowiem: kocha cię handel, a ty tylko wkładasz do koszyka, do torebki, do reklamówki i do siateczek.       

         Zastanów się, dlaczego nie przepełnia cię zachwyt? B. Burchard, najbardziej wzięty trener rozwoju osobistego zadaje kobiecie pytanie: „Czy poczucie bezpieczeństwa i pragnienie akceptacji nie czynią mnie niewolnicą nudy?” Odpowiedzieć możesz sobie sama.  To wszystko z nudów, wysoki sądzie. To wszystko z nudów i braku zajęcia. Ludzkie pojęcie przechodzi, pewnie jeszcze ten piedestał tobie się marzy?

          Zatem nie wypada narzekać, kiedy wszyscy skaczą do ciebie z tymi pomocnymi radami. Zetrzyj z twarzy dramat, otwórz radość, aby to ogarnąć. Czy tyle troski ci nie wystarczy?  Zamiast się  nudzić, zajmij się wreszcie czymś, przecież wszyscy ci zazdroszczą: tobie to jest dobrze.

               Matko Polko, masz rady na wyciągnięcie ręki. Żyć, nie umierać. Doceń wreszcie to zniewalające niesienie pomocy dla twojego dobra, dla twojego samopoczucia, dla twojego komfortu i dla tego życia w luksusie. Twoje święto, jesteś tym pępkiem świata. Czas dla dzieci i męża coś dobrego przygotować.