Język uprowadzony przez przypadki

         jez

          Język może nieostrożnego człowieka sprowadzić na manowce. Skoro to nie chiński, spróbujmy zrozumieć te przypadki, reguły i ten porządek, przynajmniej w piśmie.  O Facebooku nie wspominam ze zwykłej grzeczności. Tam za swoje poglądy możesz być banderowcem, gudłajem, ubekiem, mośkiem, szwabem. Język nie jest bowiem eksluzywnym towarem, a skoro każdego stać na język, spowszedniał był, a gazetowy tak zwiększył pole semantyczne, że w końcu stał się śmieszny. Przypatrzmy się tym eksluzywnym sklepom z majtasami, paznokciami, ciuchami, pudrami w kremie. Tani Armani second hand też może być exclusive.

              Eksluzywny znaczy «przeznaczony dla zamkniętej grupy osób», czytaj: dla wybranych,  bogatych np. klub, lokal, hotel, dzielnica, ferrari. Słowo to obecnie używane jest w znaczeniu elegancki, luksusowy, bo przecież  na lakier, puder, bokserki każdego stać. W sieciówce zawisło nad jedzeniem, ubraniem, a także postawione zostało obok tytułu pewnego czasopisma dla gentlemanów oraz w ostatnich latach nad butikami. Nawet podłoga została nazwana exclusive, choć pewnie wszyscy po niej będą chodzić, czyli kto przyjdzie, musi podeptać. Jeśli wszystko będzie eksluzywne, to co będzie dla wybranych i wyjątkowych?

              M. Rusinek nazywa to zjawisko pypciami na języku. Idzie rzeczywiście pypcia dostać i to w trybie warunkowym czasu przeszłego.  Chociaż każdy widzi swój język, tak naprawdę nikt nie może sobie z nim poradzić, skoro również językoznawcy w niektórych kwestiach różnią się między sobą. A slogany powtarzane przez telewizyjną celebrę poszły w lud, co widać za sprawą galanterii dzierganej na rękach, szyjach, łydkach oraz  na odzieży (tak, tak, obecnie odzież też może być patriotyczna, jakby kto tego nie zauważył), stąd napisy typu: „wyklęty”, „dobra zmiana”, „żołnierze niezłomni”, „dziewczyny wyklęte”, „jestem patriotą”, „suweren”. A ten ‚suweren’ znany już ze średniowiecza, oznaczał kiedyś władcę sprawującego niezależną władzę oraz naród, gdzie funkcjonuje zasada suwerenności ludu. Obecnie suwerenem jest ten, kto wybrał władzę, czyli pojawili się nowi władcy.  

             Jeśliby był język taki giętki, to byłby poradził sobie sam z salonami, których pełno dookoła. Wprawdzie trzeba mieć poczucie humoru, by ciasną kanciapę z butami nazwać salonem,  czy piwniczną izbę studiem urody, ale jak to mówią, kto bogatemu zabroni. Chociaż owe salony mogły były mnie rozczarować, że tak posłużę się plusquamperfektum, to nie zniesmaczyły tak bardzo, jak ten podział słowem ideologicznym: tfu, lewactwo, fu Ukrainiec, fuj komunista, fe Żyd, pfe pedał. Wyrazisty język jednych (my, Polacy, patrioci, polegli) przeciw onym, czyli  zdrajcom, zbrodniarzom, gorszym sortom. W tym wypadku słowu odbiera się właściwe znaczenie, a nadaje nowe, przewrotne w swej treści, więc obserwujemy zjawisko odwróconych etykietek, co od razu widać na koszulkach, przypinkach: „Nie ma geyów ani genderów”, ”Gorszy sort to ja”, „Prawdziwy mężczyzna nie wybuduje domu, nie zasadzi drzewa”, „Zara szlag mnie trafi”,  ”Jaki kraj, taki gender”.

         Język poluzował i to niezależnie od wieku. Kiedyś w szkołach uczono, że szyk w wyrazach jest ważny, więc taki przymiotnik oznaczający cechę powinien stać zawsze przed rzeczownikiem. Obecnie kolejność odwrotna, co podobno ma ukazać wagę i ciężar rzeczownika, stąd „kraj nasz”, „wartości chrześcijańskie”, „pieśń maryjna„. Dawniej uczono pisania ”wziąć”. Niektórym jednak więcej wolno, więc pewna posłanka pisze: „Napisałam wziąść. I tego będę się trzymała”. Trochę to pastewnym trąci, lepiej nie brać przykładu z zadufanych. Zatem bez nadętych dyskusji, pisz „wziąć”. I nie inaczej. Niedowarzenie językowej strawy widać również w „złej renomie„. Renoma znaczy pochlebna opinia, więc dodawanie przymiotnka ‚dobra’ niepotrzebne, a ‚zła’ renoma to poplątanie z pomieszaniem. Zestawienie „najbardziej optymany” również nadużywane w ławach i na trybunach. Optymalny to najlepszy z możliwych i nie potrzebuje przymiotnika.

                Polacy nie gęsi, ale czy swój język znają? Dopiero w pełni widać, gdy otwierasz tego bożka zwanego Internetem (choć powinno się pisać ‚internet’). Tam dopiero ciężko! Dosłownie wszystko waży i nie do udźwignięcia: „ciężko powiedzieć”, „ciężki orzech” (zamiast twardy orzech), „ciężko to widzę”, „ciężko o tym  mówić”, „ciężko przewidzieć”, „ciężko uwierzyć”, „ciężki weekend”. Ugryź się w język, zanim napiszesz „ciężko myślę”. {
http://gadzetomania.pl/17516,gadzeciarski-design}

            Słowo „design” zrobiło dosłownie furrorę. To zapożyczenie ma polski odpowiednik  znaczy ‚projekt’, ale nie pachnie tak światem jak dizajn. Stąd to słowo pożyczają sobie wszystkie branże i stosują go w znaczeniu technologia, funkcjonalność, aranżacja i ładny wygląd. Mamy więc czajnik z ciekawym designem, podobnie jak skrzydło drzwi, muszle, kafelki, krawaty. I dalej spada ten design jak grosz z jasnego nieba, tylko patrzeć, jak powołają instytut dizajnu, skoro zadęcie na zubożenie słownictwa widoczne wszędzie. Zamiast  jednego „design” można użyć: estetyka, stylistyka, wygląd, wzornictwo, estetyka, wygląd.

           Rozpętała się dyskusja o szerzeniu biernika w dopełniaczu, bowiem od jakiegoś czasu trwa moda na dopełniacz zamiast biernika. Nie będę zaglądać pod język, ale lubimy wysłać e’maila, pisać bloga, kupować laptopa zamiast wysyłam e’mail, piszę blog, kupię laptop (tak jak nie powiemy napisałam lista, posta, notatnika). Biernik jest  kłopotliwym przypadkiem, ponieważ trzeba wiedzieć, że rzeczowniki nieżywotne przyjmują postać tożsamą z mianownikiem, czyli trzymam wąż (ogrodowy) i podlewam, a z kolei żywotne – z dopełniaczem, więc mogę trzymać żywego węża. Jemy też niepoprawnie: kotleta, banana, pomidora zamiast jem kotlet, pomidor, banan. Blogujący również piszą na bloga zamiast na blogu. Zjawisko powszechne, więc będzie normą, a nawet już jest uznane powoli za normę. Dzień dzisiejszy, kontynuowanie dalej, okres czasu - masło maślane nikogo nie dziwi, a niektórzy udowadniają, że to nie pleonazmy.

- Nie do wiary, żeby jeden człowiek mógł zrobić tyle błędów – dziwi się nauczycielka.          - Nie ja jeden, bo pomagał mi brat, mama oraz tata – odpowiedział uczeń.

              Pomyślmy, jak żylibyśmy, gdyby nie trudne przypadki? Muszą być, aby odczuć potem ulgę i móc co zmieniać. Polacy codziennie w biegu, dlatego zapychają swój język „bele czym”, a nawet wyrazistym nad wyraz: „Jak się komuś nie pasi, to wypad”. Koń też ma swój język, chociaż jaki jest, każdy widzi. Ty, jak zrobisz błąd, zawsze możesz powiedzieć, to wina klawiatury.

             Teraz parę sucharków o samych językoznawcach za to, że stosują ścisły szyk i szyk przestawny też:

- Co robią w przerwie między zajęciami? Idą na Kafkę.

- Co mają na nogach? Owe Sandauery i trupięgi Leśmiana.

- Co robią po pracy? Piją Pana Tadeusza.

- Czy jedzą drogie sushi? Oczywiście, na Sępa tego od Szarzyńskiego.

- Ulubiony przysmak? Wiadomo, Miodek.

Chcieliście Polski, no to ją macie

                 K. Przerwa – Tetmajer dawno temu dostrzegł, że będziemy żyli w świecie Kiepskich, stąd zabije nas smutek powszedni i parodia życia: ”Żyjemy często, jako te smutne jelenie / urodzone i w puszczy wyrosłe za młodu, / które – stworzone wielkie przebiegać przestrzenie – / zamknięto do zwierzyńca, w trzy morgi ogrodu”. Zatem, głos oddajmy wybitnym, rozsądnym, przewidującym poetom.

             Maluśki staruszek z pieskiem przychodzi do redakcji tego „Słowa Niebieskiego”. Kto? – Jak to kto? Toż jestem Łokietek, z wojskiem uśpionym smacznie spałem w grocie, a teraz przebudziłem się, bo nadszedł ten czas, więc głoszę: „Idę w Polskę robić porządek”. 

              Historia lubi powtórki, zatem przypomnijmy sobie dramatyczne lekcje. Ten andrus, ten kpiarz, „czarodziejski Konstanty” mruga do nas okiem: ”Gdy Bóg będzie w naprawdę dobrym humorze i zapyta mnie / — Jak się nazywasz? / Odpowiem:— Karakuliambro. / — A gdzie mieszkasz? / — W Tiutiurlistanie (…) Zaraza rośnie świątek i piątek. / (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie) / Idę w Polskę robić porządek”. „Skumbrie w tomacie pstrąg” powtarzane  jak mantra sprawiały, że Polacy uwierzyli w to, co mówi i powtarza rząd „Chcieliście Polski, no to ją macie!” I pomyśleć, że skumbria – makrela też polityczna!

                Parodysta i myśliciel  J.Tuwim nie pozostaje dłużny:  ”Raz do gazety „Hejże do czynul” / (ozór na szaro ozór na szaro) / Przyszedł Konstanty, wlany ze spleenu. / (ozór na szaro chrzan). / Hejże do czynu ozór na szaro, chrzan. (…) Kocio na szaro Żydzi na szaro / Ozór do czynu czyny do chrzanu / CHRZAN, miły Kociu. CHRZAN!”. K. I. Gałczyński, choć posądzany o brak ideowego zaangażowania, uważa za najważniejsze:  „Dla waszych dzieci, / dla naszych dzieci, / dla naszej ziemi, / ludzie prości, / skarbów strzeżemy. / Czas roziskrzymy. / Pięść zaciśniemy. / Strzeżemy. / I ustrzeżemy”.  My ustrzeżemy? My?

           Jaka ma być Polska? Czy mamy patrzeć wstecz, czy żyć przyszłością, bo ile można żyć nadzieją? ”Polska nie ma czasu przeszłego. / Ma w nadziei czas przyszły. Może / być pojęta jedynie w trybie / warunkowym, nigdy w odmianie / słowa dokonanego. Nie jest / jeszcze zrobiona. Jest zaledwie / zaprojektowana” – tymi słowami M. Piechal pogłębia smutne wrażenie szkicu, niedokończenia budowania ojczyźnianego domu.

             S. Wyspiański, który był za pan brat z Chochołem  („Miałeś chamie, złoty róg”), Stańczykiem („Zaśpiewałeś kruczy ton”), czy Wernyhorą („spotężni się Duch, podejmie Los”) wieszczy: „ale ci co zagrzewali ich do walki / o wolność / poprawiając koślawą historię narodu / zaczęli tłumaczyć / ludziom zwyczajnym i prostym / że takie są święte prawa demokracji / i wolności na świecie / że oni zwyczajni i prości nie mają / żadnej pracy”. I pomyśleć, że przed zaborami byliśmy również zagubieni. Wieszcz J. Słowacki pisze:

„Szli krzycząc: „Polska! Polska!” – wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;
Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,
Szli dalej krzycząc: „Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!”.
Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?”

                Turpista S. Grochowiak maluje słowem również niewesoły krajobraz: ”I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej / Ostatnią kroplę chciwie wypija / Płacze / Maryja / Jezus / Maryja / Jezus / Maryja / Jezus /Maryja”. W. Wirpsza (poeta, tłumacz „Doktora Faustusa”) widzi nas jako pokolenie opóźnione w rozwoju. Jakby na to nie patrzeć, trzeba mu rację przyznać:  ”Stajemy się przezroczyści jak stułbie, / Ale wciąż za rączki / Ale wciąż na spacer. / Niżej, niżej.” Przezroczystych i nijakich wypada zapytać: Jak daleko do dna?

           A. Kamieńska „W tej ojczyźnie tak gorzkiej, że zarówno dławi / Niewiedza o niej, jak i wiedza doskonała” próbuje znaleźć rzeczy odpowiednie słowo, ale sądząc po braku refleksji ludzi wywalonych poza margines, po zaciąganiu się głupotą i pustotą, ciężar zwątpień duży, większy, największy. Można jedynie za poetą powtórzyć: „Jeno wyjmij mi z tych oczu / szkło bolesne – obraz dni”.  Zaraz, zaraz,  kochany zaimku „zaraz” i rzeczowniku w D. l.mn. „tych zaraz”, nadszedł czas na szyderczy pomruk J.Tuwima:

„Dalej będziecież Polskę włóczyć
Po „szlakach” „misjach” „przeznaczeniach”?
Znowu się będzie byle szczeniak,
Fuks gazeciarski i codzienniak
Tłustością dawnej chwały tuczyć?
A szlag niech raz te „szlaki” trafi!”

              Już dawno temu krytykowano bierność inteligencji „pany dużo by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć”, ponieważ  ”Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie”. I znowu brakuje oleju mądrości? A niech to szlak.

Natura nie zapomina, człowieku

róza 4

                  Wielka katastrofa wcześniej, czy później zapuka do drzwi Ziemi. I nie będzie to wieszczony bezmyślnie koniec świata. Będzie to koniec nieodpowiedzialnego człowieka. Albert Schweitzer przewidywał: ”Światu zagraża niebezpieczeństwo, albowiem ludzie zaczęli rządzić naturą, zanim nauczyli się rządzić sobą’”.

            Jestem różą. I chociaż nie jestem człowiekiem, do ludzi się zwracam. W końcu zmuszona zostałam nauczyć się tego ludzkiego języka, aby móc porozmawiać, skoro żyjemy razem na tej samej planecie i jesteśmy od siebie mocno uzależnieni. Tak po prawdzie, ja spokojnie bez ludzi przeżyję, natomiast wy bez nas? Człowieku, zatem chociaż spróbuj zmienić swoją perspektywę patrzenia na otaczającą przyrodę. Mój  przykład niech posłuży do głębszych rozważań. Ja to już zzieleniałam ze smutku i bezsilności. Przyznaję: nie mam mózgu, nie jadam żab i golonki, ale moje sygnały elektryczne i hormonalne pełnią podobną rolę jak układ nerwowy wszystkich zwierząt. Szkoda, że ludzie do końca nie zbadali roślinnych interakcji ze środowiskiem, w którym  wspólnie żyjemy. Dawniej mądre babcie  przypominały, by mówić do kwiatów, wtedy będą dobrze rosły, by przesyłać im pozytywne fluidy. Jeśli nie wierzycie babci, to zapoznajcie się z teorią Monici Gagliano z University of Westrn Australia. Udowadnia, że rośliny potrafią się uczyć w podobny sposób jak zwierzęta Pawłowa, więc potrafią zapamiętywać. To nic?

         Człowieku, nie widzisz, że natura przygląda ci się uważnie? Nie wymądrzaj się, skoro masz tę przewagę, że umiesz mówić, choć często, co ślina na język przyniesie.  Nie oszczędzasz nawet kwiatów, kiedy przypinasz im łaty, symbole i niegodne znaczenia. Wprawdzie przyroda nie ma łokci do  rozpychania, zwojów do zapamiętywania, rąk do niesienia transparentów, języka do wykrzykiwania obelg, ale to nie znaczy, że nie rozumie świata zewnętrznego. Rząd Indii uznał delfiny za „osoby niebędące ludźmi”, a naukowcy od dawna udowodnili, że małpy człekokształtne są niebywale do was podobne. Sąd w Nowym Jorku uznał szympansy za „podmioty prawne, których dna jest w 99 % zbieżne z ludzkim kodem genetycznym. Mózg niektórych zwierząt jest nie tylko większy, ale również bardziej złożony. Więc niewykluczone, że mają bogatsze od człeka wnętrze i świadomość. Podobnie rzecz ma się z wodą i jej trzema stanami skupienia. Takie drążenie wody tworzy kanion. Zamknij oczy: jak wyglądałby świat bez wody? Wyschniesz na suchy wiór. Pomyśl, co robi ta struktura cząsteczek wody z organizmem każdego człowieka! Zagotujesz się na tym betonie, więc zastanów się, jaki jest twój stosunek do otaczającej natury. Na kolana, nierozważny człowieku.

  „Róże są skromne (…)
Bez aspiracji do salonu,
Bez wywodzenia się z Saronu,
Bez dąsów, pąsów i purpury,
Nie zadzierają głów do góry.”

            Wprawdzie jestem tylko rośliną, ale uświadom sobie powagę sytuacji.  Weźmy różę. Ile wywołuje emocji; dobrych, gdy czerwona, a  szczególnie złych, gdy biała. Sprawa się komplikuje, jeżeli podpowiem, że ta zielona znacznie zwiększa podniecenie, więc tli się nadzieja, że ludzkość pokocha zieleń, zanim te kolory róż skłóci z sobą na amen.

          My, osoby natury, nie jesteśmy ludźmi, ale nasz świat roślin i zwierząt domaga się szacunku, ponieważ ludzie nie domyślają się, jaka subtelnie cienka między nami granica. Przy bliższym poznaniu, a potwierdzają to badania, okazuje się, że mamy również bogaty świat wewnętrzny i wrażliwą duszę. A nawet to my więcej rozumiemy, ponieważ szerzej postrzegamy świat, przynajmnej nie przez ów czubek nosa, bo go na szczęście nie mamy. Udowodniono, że drzewa w lesie dzielą się  substancjami odżywczymi i informacjami choćby o inwazji owadów. Naukowcy udowodnili, że mamy pamięć, która rejestruje, zapamiętuje i przechowuje na wzór waszego komputera. Już zarejestrowałam wycinanie, zabijanie, stosowanie chemii, zatruwanie środowiska, czyli wasze zaściankowe myślenie.  A po was co? Potop? Niektórzy nawet uważają, że ekolog to szkodnik na równi z gender, gejami i tymi uchodźcami. Homo sapiens, natura nie zapomina. Ścięte drzewo może przeżyć odrostami. Ty, nie odrośniesz.  Woda, powietrze, ziemia skażone. Teraz na ciebie kolej…

          Nie wiesz, jak się zachować nierozważny człowieku? Zachowaj się  - jak radzi prof. Bartoszewski – p r z y z w o i c i e.  Także wobec przyrody. I wobec tych zwierząt i róż. Nieważne, jaki kolor mają. Wiedz, że w naturze nic nie ginie. Szanuj Ziemię, bo to dzięki niej żyjesz.

Matko Polko, tobie to dopiero dobrze

                 O, matko, usiądź wreszcie i zastanów się nad sobą. Co z tobą nie tak, że nie chodzisz wyluzowana, radosna, tylko wciąż narzekasz, a to na brak czasu, a to na nadmiar obowiązków.  Przecież wszyscy pragną twego dobra, niektórzy  nawet myślą za ciebie, a telewizor i prasa co rusz podpowiadają w razie kłopotów,  więc się kobieto nie stresuj.  Nie ma co debatować, rozlewać to mleko, w końcu posłuchaj, jak tobie to dobrze.

                  Sklepy oferują ci wszystko, czego dusza zapragnie: trufle, homary, ostrygi, wołowina kobe, Voda Naturalna, a na znieczulenie Grey Gooce. Nawet cebulki nie musisz smażyć, jak niegdyś bywało, ponieważ z każdego marketu na ciebie wygląda.  A tych wędlin jest aż do pokiełbasienia. Banki z kolei ustalą plan dla twoich pieniędzy i to z kartą o opcji szybkiego pożyczania. Operatorzy smartfonów to i na kartę, i w abonamencie. Do tego kurzu sprzątania masz zniewalający wybór mopów, skurzawek, czyszczących płynów oraz odkurzających ulepszeń. I tylko ty, i tylko ty możesz się cieszyć taką mnogością czyścików. Reklamy również pracują głównie dla ciebie. Podpowiedzą, co kupić, abyś schudła, wypiękniała, odmłodniała i podobała się dookolnie niczym ta marmurowa Venus z Milo. Wskażą modne środki, choćby ostatnio „bio”. Cóż, że zapłacisz podwójnie, bio musi kosztować, skoro to nowość, choć ze znanych składników i starych ziół, stosowanych przez twoje babcie od wieków. No, powiedz, skąd wiedziałabyś, że teraz trzeba jeść wszystko tylko z tego owsa: mleko owsiane, jaja owsiane, mięso owsiane, herbatniki takoż owsiane. A najnowsze trendy znajdziesz w Internecie. Któż inny miałby ci powiedzieć, że najlepsze jest to szuczne mięso roślinne, czy sojowy beszamel oraz burger wege (wegab). To wszystko dla ciebie. Zatem wytrzyj nos dziecku i odnajdź w sobie harmonię i siłę. 

             Blogi również podsuną pomysły na wszystko: co jest wyborne, co na topie, wymyślą szybki obiad, jak zrobić jajecznicę, na kogo dzieci wychować i co zrobić, gdy wysypka, świąd, liszaj,  koklusz, bo z wszystkim nie musisz sama sobie radzić.   

               Ponadto uważne teściowe podpowiedza, gdzie wisi pajęczyna i czym doprawić sos, żeby w końcu twoje dania były zjadliwe i by ci coś w końcu w tym życiu dobrze wyszło. Musisz widzieć, że rząd też ci pomaga, skoro daje wytyczne, jak rodzić, by było tak, jak za dawnych wieków, czyli naturalnie i tanio. Przeprowadza reformy, byś się w końcu połapała, jak należy pociechy wychować i czego uczyć, by wyszły na ludzi. Trendy na wybiegach ukażą, jaki kolor tego roku króluje na salonach, a tego sezonu króluje kolor zielony (choć podobno w zielonym tylko trawie ładnie), także czasopisma podsuną najnowszą cud – dietę i maści, byś zawsze miała wygląd jako ta  nastoletnia podfruwajka.

           Pomyśl tylko, jak mogłabyś funkcjonować bez nieodzownych wskazówek twego partnera, który co rusz pokazuje rozrzucone ubrania, walające się naczynia, kurz na biurku, nieuprasowaną koszulę, czy bałagan w szufladach. Podpowie, że trawa nie jest skoszona, woda z kranu cieknie, nie ma tabletek na kręgosłup i syropu od kaszlu. A wszystko z tej troski i miłości do ciebie. Dzieci również przypomną o braku zeszytu w kratkę,  koszulki na wychowanie fizyczne oraz o wywiadówce i szkolnej akademii. Gdybyś miała obiekcje, czy ktoś cię  jeszcze kocha, to podpowiem: kocha cię handel, a ty tylko wkładasz do koszyka, do torebki, do reklamówki i do siateczek.       

         Zastanów się, dlaczego nie przepełnia cię zachwyt? B. Burchard, najbardziej wzięty trener rozwoju osobistego zadaje kobiecie pytanie: „Czy poczucie bezpieczeństwa i pragnienie akceptacji nie czynią mnie niewolnicą nudy?” Odpowiedzieć możesz sobie sama.  To wszystko z nudów, wysoki sądzie. To wszystko z nudów i braku zajęcia. Ludzkie pojęcie przechodzi, pewnie jeszcze ten piedestał tobie się marzy?

          Zatem nie wypada narzekać, kiedy wszyscy skaczą do ciebie z tymi pomocnymi radami. Zetrzyj z twarzy dramat, otwórz radość, aby to ogarnąć. Czy tyle troski ci nie wystarczy?  Zamiast się  nudzić, zajmij się wreszcie czymś, przecież wszyscy ci zazdroszczą: tobie to jest dobrze.

               Matko Polko, masz rady na wyciągnięcie ręki. Żyć, nie umierać. Doceń wreszcie to zniewalające niesienie pomocy dla twojego dobra, dla twojego samopoczucia, dla twojego komfortu i dla tego życia w luksusie. Twoje święto, jesteś tym pępkiem świata. Czas dla dzieci i męża coś dobrego przygotować.

Ten klejnot wiekami szlifowany, czyli stary dobry Kraków

               Historyczne oblicze starego grodu Krakowa znane jest z tradycji, kultury i historii, tu każdy kamień przypomina wiele tym otwartym, ciekawym świata i ludzi rodakom.

         Przystańmy przed Bramą Floriańską zw. Bramą Chwały. Tędy przejeżdżali królowie zdążający Drogą Królewską na Wawel. Jak wiadomo,  tę bramę od wyburzenia uratował jeden z rajców, uzasadniając, że na ul. Floriańskiej będą przeciągi, a wszyscy bali się wiatrów. Argumentacja była taka: „kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluksje, reumatyzmy, a może i paraliże”. Tak  więc strach przed fluksjami uratował bramę. Ale uwaga, studenci! Tędy nie powinni przechodzić żacy I roku studiów, jeśli chcą go zaliczyć. Oblałeś, studencie egzamin? Wiadomo dlaczego, pewnie przeszedłeś niechcący tą bramą.

            Ulica Floriańska wzięła nazwę od zacnego świętego Floriana, patrona strażaków i jako jedna z pierwszych w Krakowie była ulicą brukowaną. Pod koniec XIX wieku  tu zaczynała się linia tramwaju konnego; później przekształcona w tramwaj elektryczny. Kamienica nr 6 to dom „Pod Okiem Opatrzności”. Na pierwszym piętrze znajdziesz Lost Souls Alley, interaktywne muzeum strachu. Z tego wniosek, że to miasto ma swoje ciemne oblicze. Pod 14 znajduje się hotel „Pod Różą”. Tu mieszkał m.in. F. Liszt, car Aleksander, a na drzwiach sentencja: „Niech dom ten przetrwa w tak odległe lata, dopóki mrówka morza nie wypije, a żółw całego nie obieży świata”.  W hostelu Tutti Frutti można w budce kupić ciepły posiłek, gdy wracasz z eskapady zmęczony nad ranem. Z kolei kamienica nr 41 to „Dom Jana Matejki”, obecnie muzeum pamiątek po artyście. W kamienicy Bełzowskiej (nr 45) znajduje się najsłynniejsza cukiernia „Jama Michalika”, siedziba artystycznego kabaretu „Zielony Balonik” oraz miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Trzeba sobie wyobrazić ciemne peleryny młodopolskich artystów, nocne dyskusje światłych rodaków atakujących kołtunerię, zakłamaną moralność oraz  zobaczyć występy satyryczne do tekstów T. Boya – Żeleńskiego. („Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie, Polska jest klerykalna. Kina ani dansingu nie otworzy nikt bez święconej wody”). Ale patrz, pan, tacy do przodu, a o gender nie słyszeli.

       Na rogu ul. Floriańskiej z placem Mariackim znajduje się dom Pod Murzynami. Tu mieściła się słynna apteka „Pod Etiopami” sprzedająca egzotyczne leki podobno z wielu kontynentów. I pomyśleć, że chwyt marketingowy znany był już w  XVI wieku, w dodatku przynosił efekty. Dwaj Murzyni spoglądający z narożnika na krakowian spowodowali, że wymyślne leki sprowadzane prosto z Afryki, dobre były na wszystko i leczyły każdą chorobę. Taka sutherlandia pełna cudów, potrafiła umarłego z grobu wskrzesić, agathosma betulina leczyła kaca, mutuwe znieczulała, afrodyzjak bulbine natalensis wpływał na potencję, czarci szpon łagodził bóle stawów, zmielone kły uśmierzały ból zębów a magiczne nasiona noszone na szyi broniły organizm przed chorobami. Egzotyczne lekarstwa szły jak obecnie ciepłe bułeczki. Tu ciągnęły tłumy także po inny lek, jakim było przedniej jakości wino, dozowane jako lekarstwo. I literaci też się tu leczyli, więc chwalili:

            „Przystanęliśmy pod domem / „Pod Murzynami” / (eech, dużo bym dał za ten dom) /  i nagle: patrzcie: / tak jak było w telegramie: /przed samymi, uważacie, Sukiennicami: / ZACZAROWANA DOROŻKA, /  ZACZAROWANY DOROŻKARZ, / ZACZAROWANY KOŃ.”  (K. I. Gałczyński). Obecnie znajdziemy tam tablicę upamiętniającą „zaczarowaną dorożkę” i jej twórcę. Współcześnie to już nie dorożki, fiakry, czy dryndy, teraz to ozdobne  karoce ze strojnymi dorożkiniami na koźle. Rewia mody na miarę czasów.

          Na ul. św. Jana istniało źródło wody solankowej, a znajdowało się ono u wylotu ulicy. Na potwierdzenie słów XIX-wiecznych uczonych dobrze byłoby wykonać odwiert. Tego typu studnia z solankową wodą stałaby się niemałą atrakcją Krakowa. Kto wie, może tryśnie tu kiedyś źródło solanki? Trakt tej najspokojniejszej ulicy rozpoczynają przy samym rynku dwie odmienne kamienice: modernistyczny „Feniks” (ile było oburzenia z powodu nowoczesnej formy) i renesansowy pałac Bonerów (obecnie eksluzywny hotel z tarasem widokowym na Rynek). Warto zajrzeć do Muzeum Czartoryskich, gdzie  najcenniejszym dziełem  jest „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Pod 14 znajdziemy dziwną krainę zwaną Mleczkolandem, w której kupić można kubki, jaśki, koszulki, a nawet slipki z niezbyt przyzwoitymi rysunkami, wiadoma rzecz, przecież to autorska galeria Andrzeja Mleczki.

           Ulice św Anny, Gołębia i Jagiellońska to obszar dawnej dzielnicy uniwersyteckiej.  Kto po tych ulicach nie chodził! Przy Jagiellońskiej znajdowała się kiedyś główna siedziba tej uczelni, Collegium Maius, obecnie muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Życzyć należy, by ta „nauk przemożnych perła” nigdy nie zeszła poniżej swojego poziomu. Na końcu ulicy znajduje się Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej. Tu reżyserowali: Grotowski, Swinarski, Kieślowski, Wajda, Holland.

          Dochodzimy do Rynku. Nadal jest pewne, że gdyby w Milionerach zapytać, gdzie stoi kościół Mariacki, większość odpowiedziałaby bez namysłu: w Rynku. Tymczasem stał i stoi od zawsze na pl. Mariackim. Na Rynku mieści się najstarszy w Krakowie kościół św. Wojciecha. Kiedyś wchodziło się do niego po schodkach do góry, a obecnie w dół z powodu podwyższania Rynku przy każdej modernizacji, co dało aż 2 m. Wypada wiedzieć, że krakowskie przekupki są ugrzecznione, jako że niegdyś za używanie przekleństw były zamykane w wiklinowych koszach. A pod 16 u Wierzynka podawana jest zupa z gołębia. Widać nie ma na nią za wielu amatorów, skoro gołębi nadal zatrzęsienie. Rynek nie tylko gołębiami zabrukowany, ludźmi również był zawsze zatłoczony. To przeludnienie wynikało także stąd, że każdy szanujący się krakauer chciał mieszkać w obrębie Plant, oczywiście, by nie być posądzonym, że pochodzi ze wsi.

             Pewnej nocy rozbawieni krakowianie wylali się z Piwnicy pod Baranami. Gdy z wieży Mariackiej spłynął hejnał, jazzman Andrzej Kurylewicz, wyciagnął swoją nieodłączna trąbkę i „wspomógł” hejnalistę. Przechodzący nieopodal nocny patrol bez poczucia humoru wlepił artyście mandat, co znaczyłoby, że hejnał grany z góry na dół – to dawna tradycja, a z dołu do góry – to ewidentnie karalne zakłócanie ciszy nocnej.

           W Sukiennicach wisi bratobójczy (braci budujących dwie mariackie wieże) nóż, którym to ponoć złodziejom obcinano uszy, a obok wejścia do Mariackiego wiszą dzwonki za konających. Wierzono, że umierający szybciej zejdzie z tego świata, a ten, kto się za niego modli, otrzyma 40 dni odpustu.

            Turysto, wejdź koniecznie do podziemi Rynku, aby zobaczyć najnowszy oddział Muzeum Historycznego, czyli  multimedialne widowisko przenoszące w dawny świat miasta.

           Ten stary, dobry Kraków czasem przyrównywany do Wiednia, skrywa wiele tajemnic. I prędzej kijem Wisłę zawrócisz, aniżeli poznasz dogłębnie historię wszystkich ciekawych miejsc tego miasta.

Profesjonalne zdjęcia zrobiła młoda i zdolna krakowianka. Proszę odwiedzić stronę, a jeśli się spodobają, gorąca prośba o polubienie strony:

                    
https://www.facebook.com/zaparatemprzezswiat/?ref=ts&fref=ts

A tu link do zdjęć Krakowa zrobione przez pasjonatkę fotografii:

                                          Kraków

Bóg mi powierzył humor Polaków, rzecz o Słonimskim

Antoni Słonimski:  ”O Polsce słabej”

„Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,
Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.
Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,
Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,
Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,
Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,
gdzie dłoń nieutrudzona okrutnym żelazem
I gdzie granica wita tylko drogowskazem”.


             Podmiot liryczny docenia waleczność Polaków, odwagę i brawurę młodych, którzy śnią o potędze i wielkości ojczyzny. Sam jednak pragnie, aby światem rządził pokój, by nie było trudnych chwil wyboru. Uważa, że najważniejszy jest dla człowieka spokój i pokój. Wtedy wszyscy będą czuli się bezpiecznie, a granice otworzą się na cały świat. Epitet „okrutne żelazo” to najciekawsza personifikacja, która nadaje każdej wojnie wyraz bezmiaru okrucieństwa. Przecież nie żelazo walczy, umiera. To ginie i cierpi człowiek. Z tego też powodu osoba mówiąca w wierszu wyrzeka się romantycznej walki o wielką Ojczyznę. Przypomnijmy choćby sentencję: Quam cito transit gloria mundi – „jak szybko przemija chwała tego świata” począwszy od cesarstwa bizantyńskiego po monarchię Austro-Węgier. Cóż z ich potęgi zostało?

             Niech nas nie zmyli prowokacyjny tytuł utworu. Epitet  ”słaba” umacnia koncepcję pokojowych rozwiązań.  Słaba, ale na takim świecie, gdzie nie ma  ”ryglów u bram”, gdzie  ”nocą dom bywa otwarty” i otwarte granice. Od lat trzydziestych bowiem A. Słonimski manifestował liberanizm, umiłowanie pokoju, pacyfizm, atakował faszystów, narodowców, ortodoksów. Która władza to lubi, więc przed wojną straszono go Berezą Kartuską, a po wojnie SB założyła mu teczkę „Dopaść Syzyfa”. J. Siedlecka podaje wpisy konfidentów: „użala się na niewdzięczność ludowej władzy”, „ostatnio skapcaniał, przestał nawet puszczać złośliwe słówka o Wańkowiczu„. (Mało też kto wie, że poeta przekazał znaczną część praw do swoich dzieł Zakładowi dla Niewidomych w Laskach).

                Obecnie mamy wolność, jesteśmy prawie tolerancyjni (a przynajmniej tak myślimy o sobie), mamy pokój, a „granica wita drogowskazem.” Panie Antoni, muszę zadać to pytanie, skoro już Bóg powierzył Panu humor Polaków: Czy współczesna Polska może podobać się poecie? Wierci mi mózg i taka myśl, czy  gdyby poeta dożył naszych czasów, też krążyłaby  jak niegdyś anegdotka: W Polsce są trzy siły polityczne: partia, kościół i Antoni Słonimski.

Zobacz tę grację starych uliczek Krakowa

        Czas zatrzymał się w starych uliczkach Krakowa. Do tego miasta się nie przyjeżdża, tu się wraca, by pooddychać atmosferą, by zanurzyć się w przeszłość, by poznać historię. I niech ten skansen, jak mawiają zawistnicy, trwa jak najdłużej. Niechże  A. Sikorowski dalej śpiewa, by nie przenosić stolicy do Krakowa, a  najsławniejsza ul. Bracka niech ciągle moknie w deszczu piosenki Grzegorza Turnau:



           Najpierw udaj się na spacer Plantami, które powstały w wyniku wyburzenia murów obronnych. Planty to zielone płuca miasta, które obejdziesz w niecałą godzinę. Przypatrz się fasadom mijanych budynków.  Barbakan zw. Rondlem to najciekawszy zabytek w europejskiej skali z zachowanymi fragmentami obronnych murów. Według ezoteryków to okultystyczne centrum, magiczny punkt połączenia aż z Wawelem. A jeszcze ta magiczna liczba siedmiu wieżyczek, przy czym ósmą tajemniczą mogą zobaczyć nieliczni, a niektórzy dopiero… w dniu Sądu Ostatecznego. Obok leży ten kamień, który potrafi zabrać nasze troski. Trzeba tam być, aby pozbyć się kłopotów, ponieważ tylko w obrębie Barbakanu magia działa. Wiadomo od dawna, że magia i mistyka to drugie nasze życie, które jak ten cień wlecze się za nami. Barbakan to również niezwykły teatr pod gołym niebem. Podobno J. Styka  krajobraz „szpecił” obrazami aż mu prezydent musiał zabraniać. Tu wystawiono zakupiony wóz Drzymały. I tu odbyło się widowisko A. Polewki „Igrce w gród walą”: „Weźmij Kraków nasz do nieba i opraw go w gwiazdy”. I pomyśleć, że po latach temu zakochanemu w mieście Polewce odebrano ulicę i pomnik.

        Nie zapomnij zobaczyć tablic przy ziemi postawionych w miejscach dawnych baszt: mydlarzy, grzebieniarzy, miechowników… Potem zobacz ławeczkę poświęconą matematykom S. Banachowi i O. Nikodymowi (m.in. analiza funkcjonalna, równania różniczkowe) oraz literackie ławeczki J. Przybosia, M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, T. Peipera, T. Kantora, W. Szymborskiej… Wszystkie ławki opatrzone zostały specjalnymi tabliczkami, na których obok nazwiska autora znalazł się również specjalny kod QR. Po jego zeskanowaniu trafiamy bezpośrednio na stronę internetową, gdzie przeczytać można fragment tekstu autora i posłuchać jego nagrania w polskiej i angielskiej wersji językowej w interpretacji m.in. M. Kondrata, M.Stuhra, B. Szyca.

           Plantami dochodzisz do placyku zwanego krakowskim Nowym Światem, czyli Placu na Groblach. Nazwa pochodzi od grobli odcinających rzeczkę Rudawę od placu targowego. Najbardziej znanym budynkiem jest I Liceum im. B. Nowodworskiego, budynku zaprojektowanego przez J. Sarego wybudowanego w latach 1897-1899, a wokół większość kamienic pochodzących z końca XIX wieku.  Pod nr 3 mieszkał malarz K. Tichy oraz publicysta K. Pruszyński. Pod nr 12 mieszkał u J. Garyckiej znany artysta Piwnicy pod Baranami P. Skrzynecki. Po kabarecie pukano w okno, kilka cegieł, panowie podsadzali panie, wchodzono oknem, aby nie budzić ciotek. Lista gości imponująca:  Penderecki, Demarczyk, Wańkowicz, Mrożek, Łomnicki, Hanuszkiewicz, Osiecka, Hasior, Wajda… A na drzwiach napis: „Wejdźcie, którzyście utracili wszelką nadzieję.” Czy to możliwe, Matko święta, by ktoś to jeszcze pamiętał? Niestety, na kamienicy tablicy brak. W najbliższej przyszłości pojawi się zapewne mosiężna ze złoconymi literami z napisem bank.



                   Wracasz obok Wawelu, zwróć uwagę na neogotycki budynek seminarium, nieopodal stoi pomnik T. Boya-Żeleńskiego, legendy młodopolskiego Krakowa. Skręcasz w Kanoniczą, tu „niemal każdy dom był mieszkaniem znanych w historyi mężów, to z dobroczynności, to z zasług, to z nauki.” Najbardziej urokliwa ulica, gdzie mieszkali sami znani. Pod nr 5 siedziba Cricot 2 i stąd w 1990 wyruszył karawan wiozący trumnę z ciałem T. Kantora. Pod 19 miał według tradycji mieszkać św. Stanisław, ten ze Szczepanowa, obecnie Muzeum Archidiecezjalne. W Domu Długosza miał pracownię miał F. Wyspiański, ojciec Stanisława. (Należałoby brać przykład z postawy dramatopisarza, którego Franciszek Józef mianował profesorem. S. Wyspiański odesłał akt z adnotacją, iż od cesarza austriackiego żadnej posady nie przyjmie. Postawa godna naśladowania). Dalej pałac Floriana z najpiękniejszym renesansowym portalem, pałac Erazma  Ciołka, obecnie mieści się oddział Muzeum Narodowego, pałac S. Maciejowskiego, obecnie Instytut Hist. Architektury Politechniki z groźnym napisem: ”CK Inkwizytoriat Sądowy”. Na parterze Domu pod Trzema Koronami działa kawiarnia „U literatów”, gdzie na żywo można było spotkać noblistów. Kanonicza Street, gdyż większość kamieniczek była własnością kanoników, członków kolegium duchownego przy katedrze wawelskiej.

            Skręć placem św. M. Magdaleny na ul. Grodzką.  Naprzeciw znajduje się barokowy kościół św. Piotra i św Pawła. Przed kościołem rzeźby apostołów. Istnieje anegdota, że to najmniejszy kościół, skoro nawet apostołowie się nie zmieścili.  Ale ogrom  tego kościoła widać po kopule, gdzie wręcz można urządzać doświadczenia z wahadłem  Foucaulta, a w podziemiach pochowano ks. P. Skargę, który na próżno tępił te brzydkie przywary Polaków. Na tej ulicy znajdują się (w końcu to jest Kraków) jeszcze trzy kościoły: romańska budowla kościoła św. Andrzeja,  średniowieczny św. Idziego i św. Marcina (na portalu napis:”Na próżno żyje, kto nikomu nie przynosi pożytku”), a były jeszcze dwa. Dom nr 1 to kamienica „Pod Łabędziem” (lub kamienica Celestyńska). Od strony podwórza powstała znana kawiarnia „Lili”, która stała się nieoficjalną siedzibą artystów, literatów i satyryków. Kto tu nie bywał! (Gdy rozległ się okrzyk wycieczki szkolnej „Wodecki”, młodzież natychmiast ruszyła za piosenkarzem, a po drugiej stronie została sama wychowawczyni). Wreszcie te kamienice Liberzyńska,  Prymasowska, Korzeczkowska, Pod Elefanty, Pod Kozłem, Collegium Broscianum UJ, Collegium Iuridicum UJ, dawny Arsenał  Królewski, Dom Wita Stwosza, Pałac Szaniawskich. W  Dworku Odrowążów nr 60 mieszkał M. Rej, pod nr 22 ur. się H. Modrzejewska, a pod 13 był najbardziej eksluzywny sklep bławatny, marzenie elegantek. Ulica nazywa się Grodzka, ponieważ prowadziła do grodu, inaczej królewski trakt. Tędy jeździły konne tramwaje.

        Dochodzimy do placu Wszystkich Świętych, tu należy dostrzec na tle pałacu Wielopolskich pomnik J. Dietla, rektora UJ, pierwszego autonomicznego prezydenta, balneologa. Jemu zawdzięczamy, że krakowianie zaczęli pozbywać się kołtuna (wierzono przecież: jeśli kołtun zetniesz, to niechybnie umrzesz). Otóż rozsądny Dietl obwieścił, że będzie pobierany znaczny podatek od każdego kołtuna. I ludzie  s a m i  z własnej , nieprzymuszonej woli zaczęli się strzyc. A my wciąż nie wiemy, jak poradzić sobie z nadmierną prędkością. Od Rynku  skręcamy w najsławniejszą w Polsce ulicę (dzięki G. Turnau) Bracką, a nazwa pochodzi od Franciszkanów zw. braćmi mniejszymi. Ulica krzywa, krótka i zabytkowa.  Dom Orkana – nr 1,  kamienica Hetmańska Ossolińskich i Branickich nr 4, narożny z Gołębią –  Ankwiczów, pod 9 mieszkał współtwórca Plant – F. Straszewski. „Nowa Prowincja” sławna z gęstej czekolady w sam raz na deszczowe dni. Podniszczone ławki z dziurą na kałamarz, bibeloty z PRLu, klimat duszny, dekadencki. „Gdy zapytałem dokąd w noc idzie kompania cała, odpowiedzieli: jeden krok na Bracką do Turnaua”. Wiadomo: „W tej pakamerze  ”każdy krakowianin: goły i inteligentny” (L. Mazan).

           Ech, legendarny Kraku, gdybyś wiedział, ilu ludzi jest zauroczonych twoim grodem. Przybyszu, wróć i Ty, by przewietrzyć ten miejscami zatęchły krakówek i zobaczyć „Co się w duszy komu gra, / co kto w swoich widzi snach”. Zapamiętaj, że barw Krakowowi dodają wyjątkowi ludzie, nie kamienie, więc śpiewaj razem z Piwniczanami: „Wpadnij Pan choć na pół papierosa”.

Proszę kliknąć, by otworzyć zdjęcia Pawła:

Zdjęcia

 

 

Kocmołuchu, powiedz człowiekowi prawdę

           Kocmołuchy mieszkały pod progiem stajni i najczęściej tępione były za podkradanie mleka. To mały, pokraczny stworek, który nocą wychodził, by popić  mleczka prosto od krowy. (Obecnie Słow. Jęz. Pol. podaje: „człowiek bardzo brudny lub zaniedbany”, a w miejskim slangu znaczy: brudas, fleja, flejtuch, kopciuch, morus i niechluj). Stwór kocmołuch zaprzątał uwagę nie tylko Słowian. Niejaki Jean Baptist Poquelin (Molier) napisał „Zazdrość kocmołucha”. Z polskich poetów wymieńmy B. Leśmiana.

B. Leśmian: „Kocmołuch”

Gdy śródlistne trzepoty gilów i jemiołuch

Zmącą ciszy cmentarnej ustrój niezawiły, —

Cień z trudem z zaniedbanej wychodzi mogiły,

Cały w rdzach i liszajach — podziemny kocmołuch.

Słońce, grzejąc zmarłego, roztrwania po trawie
Złote krzty — złote supły i złotsze podłużki,
A on zmysłem nicości wyczuwa jaskrawie,
Jak śmierć w słońcu — w kształt nikłej maleje śmiertuszki…

Niezbyt pewny swej jawy i ufny snom niezbyt, —
Spogląda oczodołów próżnicą wierutną
W obłoków napuszyście wybujały Bezbyt,
Poza którym nic nie ma, prócz tego, że smutno…

Lecz on smutek w pośmiertnej przekroczył podróży,
Pierś wzbogacił weselem nowego żywota,
A gdy mu nieśmiertelność zbyt modro się dłuży, —
Tka snowi wieczystemu wezgłowie ze złota!…

Zazdroszczę mu, bo duszę do trosk ma niezdolną,
Nie wie, co to jest — nędza i żal i pustkowie.
Poznał przepych tajemnic! Niech wszystko opowie,
Bo już — czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!

Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania
O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,
Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania
Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!…

W gęstwinie — cieniścieje bezludzie i lśni tam
Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu, —
A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu
I nie pytam już o nic… Już o nic nie pytam…”

         Stwory pojawiające się w wierszach i w baśniach Leśmiana są niezwykłe: Znikomek, Topielec, Bajdała, Istnieniowiec, Dusiołek, czy Śnigrobek. Tytułowa postać utworu B. Leśmiana „Kocmołuch” to potwór z mogiły mogący przekraczać granicę między niebiosami a ziemią, gdyż „nigdy nie wiadomo, co za stwór tajemny / Z mroku na świat pod ludzką przychodzi powłoką”. Podmiot liryczny nazywa tę postać z zaświatów po słowiańsku kocmołuchem, ponieważ bardziej przypomina upiora niż człowieka. Jego ciało jest odrażające, ale mimo upiornego wyglądu, tenże twór fascynował dawnych Słowian i poetę. Dlaczego? Wiadomo, kocmołuch jest z tamtego świata, więc może powiedzieć, czy warto tam się spieszyć. Niechby też opowiedział, jak się tam mu wiedzie i jak tam jest. Jesteśmy przecież ciekawi.

           Podmiot liryczny spostrzega w kocmołuchu istotę, która jako duch zdołała przekroczyć granice  tamtego, niebieskiego świata. Już w  pierwszej strofie wiersza  dowiadujemy się, że jest on stworem  całym “w rdzach i liszajach”, mieszka na cmentarzu, nawet  nie wiadomo,  czy w swoim grobie. Kocmołuch mimo odrażającego wyglądu potwora, nie wydaje się być groźny. To raczej biedny, godny litości z powodu “zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach”. Współczujemy mu. Nie dość, że jest sam, bez rodziny i wsparcia, to jeszcze mieszka na cmentarzu wśród zmarłych. To niewesołe towarzystwo stworów nicości nie nastraja nikogo optymizmem. (Zatem musi być niewesolo na tamtym świecie). Jest się czemu przyglądać. Taki z niego prawdziwy kocmołuch, a jego ciało jest odrażające. Mimo upiornego wyglądu, tenże twór fascynuje tajemniczością. Kocmołuch bowiem ma wiedzę, której zwykły śmiertelnik nie posiada, więc  pragnie go wypytać o tajniki życia pozaziemskiego. Ale kto uważa, że „trzepoty gilów i jemiołuch” zmącą ciszę  nastroju, więc nie należy zakłócać tej cmentarnej, niech przyjrzy się stworowi Leśmiana. Ten „biedołach” sam potrzebuje pomocy! Wprawdzie jest opromieniony słońcem, ale cóż z tego, wszak samo wychodzenie z mogiły nikogo nie nobilituje.

              Ciekawski człowiek wyczekuje, że kocmołuch „wszystko opowie” i dowiemy się  w końcu, co nas czeka. Otóż, jakby to powiedzieć,  wystarczy popatrzeć. On budzi litość, choć jest stamtąd, cierpienie ma w oczach, złachmanione odzienie, więc strach nie ustępuje, gdy się zastanowisz, człecze.  A kocmołuch, jak to on, skromnie spuszcza wzrok i patrzy w mrok. Nie zdradzi tajemnicy, a szkoda.

             Świat umarłych istnieje obok świata żywych. Ludzie chodzą na ten cmentarz, by  odwiedzać groby zmarłych, porozmawiać, zastanowić się, pomyśleć o przemijaniu. Z kolei zmarli strzegą swej tajemnicy. Koło się zamyka. Kocmołuchu, zlitujże się nad człowiekiem i wreszcie powiedz, jak tam jest. Potem będziesz musiał się dziwić, że nikt nie chce zostawić tego padołu łez, by zaznać raju w niebiesiech. My tu wszyscy czekamy.

Zachwycające i szkaradne te wiedźmy i latawice

IMG_0004

         Słowianie przyglądali się zjawiskom przyrody i na tej podstawie wydawali ostateczne sądy. Wróżenie po obserwacji nadal powszechne, nawet wśród wykształciuchów. Przypatrzmy się takiemu bocianowi. Nie dość, że przynosi  dzieci, to jeszcze mamy zakodowane, iż jego pojawienie jest znaczące. Jeżeli pierwszego ptaka spostrzeżemy w powietrzu, tego roku będzie nam się wiodło i przyleci do nas oczekiwane szczęście. Jeżeli zobaczymy go stojącego na gnieździe, wtedy cała pomyślność spadnie na dom. A czarnego kota omijamy na drodze. Podobnie ma się z wierzeniami, przy czym rzecz jasna z dawnymi kobiecymi demonami muszą zapoznać się w pierwszym rzędzie mężczyźni, bowiem filozofia działania tychże pań, to nie kanapka z prostą, mięsną wkładką. 

          Weźmy choćby mamuny o które upominała się Klarka. Te wstrętne pałuby wzbudzały strach choćby z tego powodu, że podmieniały grzeczne i ładne dzieci na nieznośnych bachorów. Pałuby nie znikły, podmieniają, rodzice znają to zjawisko  aż za dobrze. Przy czym dawniej to była tragedia, obecnie tych, którym wyprano miłosierdzie i mózg widać w pewnych ławach. Tylko rodzina wie, że podmienieni. Trafnie ujął to zjawisko  K. Irzykowski (ten od „Pałuby”):  ”W polityce zamiast grać, wciąż tasują karty”.

           Wila, Wiła opiekunka magii, piękna i ze skrzydłami. Adam Mickiewicz tak pisał o niej: „Wila jest coś na kształt jeniuszów, gnomów sylfów. Łączy w sobie własności tych wszystkich tworów fantazji. Poeci wyobrażają sobie ją zawsze jako dziewicę cudnej piękności. Unosi się ona w powietrzu; ugania się za obłokami…”  Ekstatycznie tańczyła, ale co za dużo, to niezdrowo, więc mogła zatańcować nawet na śmierć.  Wietrzyce działały szczególnie nad morzem i na Podhalu. Taki podmuch wiatru potrafił urwać głowę, a w najlepszym wypadku połamać. A  połamanych coraz więcej, niestety. Trusia ma cichą nazwę, ale ten kilkunastumetrowy rozwścieczony gad potrafił przyłożyć znienacka i nawet salwowanie się ucieczką nie pomagało.

       Rusałkami były zwykle piękne młode dziewczyny, które się utopiły z powodu nieodwzajemnionej miłości lub wskutek porzucenia ich przez niewiernych kochanków. Ustrojone w wieńce z kwiatów i powłóczyste białe szaty (często preferowały absolutną nagość, ale wianek zachowywały), wabiły wdziękami zacnych kawalerów, którzy tracili z pożądania swoje głowy. Nieszczęśnik kończył na samym zamulonym dnie. Yarpen („Król elfów”, A. Sapkowski): „Sto lat z hakiem próbowaliśmy ułożyć się z ludźmi. Niziołki, gnomy, my, nawet elfy, bo nie mówię o rusałkach, nimfach czy sylfidach, to zawsze były dzikuski, nawet wówczas, gdy was w ogóle nie było”. Nikt nie ma wątpliwości, że cykl obrazów „Rusałki” J. Malczewskiego współcześnie budzi osobliwe emocje. Proszę sprawdzić.

                Latawica miała pieczę nad zjawiskami atmosferycznymi. Osobliwie gustowała w wirach i trąbach powietrznych. Latawica o wielkich sowich skrzydłach i ostrych pazurach nocami nachodziła ludzkie siedziby, by wypijać ludzką krew  bądź domowych zwierząt. Tego demona powinni strzec się mężczyźni zwani oblatywaczami i z tym kompleksem rozmiarów. Demonożercy powinni również wiedzieć, że taka jedna prasłowiańska strzyga miała aż dwa pojemne serca. Współcześnie zauważamy odwrotność; znaczy, że prędzej zobaczysz dwóch ludzi, a serce  jedno. A może mnie się tak tylko wydaje, bowiem na jedno serce przypada już trzech osobników? Aby pozbyć się strzygi, należało odnaleźć ciało dziecka, z którego się wylęgła, a następnie, jak w przypadku wampira, przebić serce osikowym kołkiem. Na Śląsku męska forma strzygi potrafiła  wzrokiem pociąć ubranie, dlatego tamtejsze panie częściej niż na innych terenach nie miały się w co ubrać.

         Zmora lubiła się w nocy sadowić na piersiach śpiącej osoby i powoli pozbawiać ją tchu. Podduszała, jak to zmora, więc ten czosnek w kuchni i wisi, i króluje do obecnych czasów. Zmora miała możliwość transformacji w rozmaite zwierzęta: kota, kunę, żabę, a także w przedmioty martwe, jak słomka czy igła. Jeśli zatem Słowianin budził się rankiem z uczuciem, że coś go całą noc gniotło w piersiach i znalazł tam np. śpiącego kota – no to wiadomo – była  zmora! Skuteczną metodą zapobiegania była zmiana pozycji snu – tzn. należało położyć się w łóżku odwrotnie, tam gdzie nogi – głowa. Ślązacy byli przekonani, że „zmorą jest baba, przecież każdo jest po trosze zmorom”. Wiadomo, baby od lat chłopów duszą. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, kto do niego nocą przychodzi i co pod tą kordełeczką wyczynia. Nie oszukujmy się, niektóre mają podtekst kordełkowo – seksualny. Naukowcy obecnie zjawiska nie lekceważą, traktują jako studium lęków ludzkich, a zmorą obecnie nazywają bezdech senny lub paraliż nocny. E. Zegadłowicz, autor „Zmorów” powiadał: „Zdrowy chłopski rozum! Panowie – oto czego nam najwięcej brak”. Święte słowa, chłopski rozum bezcenny nie tylko na te sprawy.

           Tęsknica to widmo sprowadzające smutek. Przysiadała się z radością do ludzi, którzy przeżywali traumę i odbierała im chęć do życia. Choroba zwana wcześniej melancholiją, obecnie nosi nazwę depresja. O to zdrowie psychiczne  wówczas także dbano podając toksycznego ciemiernika. Po ustaniu wyczerpujących wymiotów i biegunki, od razu robiło się lepiej, czyli przychodziła chęć życia. Jędza to chuda, bezzębna baba o czarnych oczach. Najbardziej znana to Baba Jaga, która nęciła słodyczami, nie tylko te dzieci. Nie da się ukryć, jestem jej fankąWszyscy czasem potrzebujemy odrobiny słodyczy, nieprawdaż?

            Południca, czyli żytnia, rżana baba była opiekunką zboża i polnych kwiatów. Atakowała zwykle w samo południe. Morderczy demon polował na kosiarzy czy oraczy pracujących w pełnym słońcu oraz porywał niepilnowane dzieci. Wprawdzie obecnie śmierć tych ludzi tłumaczy się udarami słonecznymi, a znikanie niepilnowanych dzieci utonięciami, ale kto by w takie rzeczy wierzył. Południca zabrała i tyle. Morowe dziewice, personifikowane jako powietrze także przemierzały ziemię, a tam, gdzie przeszło morowe powietrze, ludzie masowo umierali. Dlatego w modlitwie „Od powietrza, głodu, ognia” na pierwszym miejscu widnieje powietrze. Z kolei bieda,  wędrowała od kraju do kraju, od chałupy do chałupy i zabierała dobytek. Gwoli ścisłości: uczyła też rozumu i prawd znanych, jak ta, że prawdziwych przyjaciół poznaje się tak naprawdę w biedzie. Panowie,  pamiętajmy, że wiedźmy – o czym przypomina Tetryk – to kobiety posiadające wiedzę, szczególnie w dziedzinie ziołolecznictwa i ogólnie dostępnej medycyny.

           Na mój chłopski rozum pomysłowość i niekonwencjonalność żeńskich demonów była wśród Słowian niezwykła. Pomyślmy także, że współcześnie również liczy się kreatywność, innowacyjność zaradnych życiowo rusałek, a magia powabu pracowitych wiedźm to niebanalny nośnik naszego wieku. Wiły, szalone kapryśnice także są znane. Prawda – szanowni panowie –  jest taka, że wyobraźni nic nie zastąpi w żadnej epoce. A kiedy rozum śpi, zwykle budzą się demony. W każdym wieku.

Ty ćmoku, kłobuku, paskudniku i ćmuchu

       IMG_0012

           W pogańskich czasach wierzono, że w każdej chałupie mieszkał domowy duch. Uważano, że ludzie mają swoje gwiazdy, które spadają, gdy właściciel pożegna się z życiem. Każdy miał swojego anioła, który schodził z nieba jako posłaniec bez własnego ciała. Wyobraźnia ludziom podpowiadała, jak wyglądał angel:  urodziwy, ubrany na biało i uskrzydlony.

       Do tej pory wszyscy uważali, że bełt to podłej jakości alkohol. Tymczasem bełty zwane błędami to demony wodzące na pokuszenie po bezdrożach, bowiem powodowały brak orientacji w terenie. Kto myślał, że bełt zniknął z półek i życia, ten jest w błędzie, ponieważ wodzenie po bezdrożach, meandrach, mylenie dróg, mącenie, pomroczność i zagubienie znane w czasach współczesnych, czyli słowiański demon ma się dobrze niekoniecznie tylko na tych dawnych rozstajach dróg.

            Ćmok to demon występujący w czasach pogańskich w Wielkopolsce, ale jego skrzydła już dawno nie straszą  na nocnym niebie. Obecnie, jak podaje SJP „to człowiek prosty, mało inteligentny; ćwok”. Nazwać pogardliwie kogoś ćmokiem znaczy w slangu: jesteś ofermą, ciemniakiem, prymitywem. W „Zabawie” Sławomira Mrożka parobek mówi: „Na cośmy tu przyszli, ćwągu?!”  A jest jeszcze  przecież ćmuch. Tego stworka wielkości psa nikt  podobno do tej pory jeszcze nie widział. Wiadomo jedynie to, że straszył, ale straszył tylko leniwych ludzi. Kto się jednak przyzna, że go widział, kto zechce się oficjalnie przyznać, że jest obibokiem?

          Z kolei gnieciuch (na Podhalu hurbóz) był mały, podobny do kota, ale miał jedną wadę. Przyciągała go woń niestrawionego alkoholu. Jeśli wyczuł, zaczynał harce,  mocne  uciskanie, więc nazajutrz wydmikufle i opoje budzili się wyczerpani, niezdolni do pracy i życia. Wydaje się, że w obecnych czasach gnieciuchy mają się równie dobrze jak za czasów naszych przodków. Dosiadają przykładnie wszystkich zmęczonych życiem. A rano trudno niektórym ludziom  otworzyć oczy, więc wszystko jasne, w nocy były te wredne gnieciuchy. Kłobuki zaś to duchy niższego rzędu, przybierają postać czarnego ptaszyska, które kradną przedmioty jednym, by zanieść innym. Takie współczesne Janosiki. Tyle że przedmioty zanoszone dobrodziejom, zamieniały się po czasie w łajno. Z. Nienacki w powieści „Raz w w roku w Skiroławkach”  nawiązał również do legendarnej postaci tego demona, a w grze Wiedźmin 3 poronione dziecko pochowane pod progiem zamienia się w kłobuka, który pomaga wiedźminowi w odnalezieniu żony i córki Barona.

                  Paskudnik był wyjątkowo szkaradny, bo dusił, wysysał krew i zarażał  chorobami wszystkie zwierzęta. W. S. Reymont: „Nic to, ino paskudnik albo i co innego…trza było zaraz, kiej zachorzała…”, Z. Kossak-Szczucka: „Leczył zapalenie wymion, zołzy, paskudnika, nawet czarne wrzody, ochwat albo kolkę”.  Demonem był latawiec, który jako powietrzny demon uciekał przed piorunami, ale zachowywał się nieelegancko, a nawet rzec można paskudnie, ponieważ często wpadał do chłopskich chałup, a mieszkańcy wsi przecież wierzyli, że pożaru wznieconego przez błyskawicę nie należy gasić. Uważano bowiem, że piorun to kara boska za jakoweś przewinienia. Wąpierz z kolei był żywym trupem zw. upiorem lub wampirem. Całą siłę czerpał z krwi ofiar i jedynie ten osikowy kołek prosto w serce mógł zaradzić.  Mierniki uważane były za dusze urzędników, którzy za życia krzywdzili ludzi. Rzecz jasna, chodziło głównie o geometrów fałszujących pomiary pól. Oj, przydałoby się, by urzędnicy w naszych czasach wierzyli w istnienie mierników. Licho to złośliwa istota skłonna do psot i figli. Przede wszystkim licho wyprowadzało na bezdroża, człowiek błądził i mąciło mu się w głowie. Z realiów wynika, że licho nadal obecne, skoro zmąconych i wywiedzionych w pole coraz więcej. A niech to licho porwie!

             Bez wątpienia z niektórymi duszkami warto się zaprzyjaźnić. Niech nam nie będzie szkoda tego czasu na poznanie tychże ćmuchów, szkodników, paskudników, kłobuków choćby po to, by wiedzieć przed kim i jak się bronić. Jeśli powiesz do kogoś „ty ćmoku” powinieneś znać, co oznacza. Gdy usłyszysz: „A niech to licho”, musisz wiedzieć, co oznacza ten demon. Kiedyś łapiduchów nikt się nie bał, skoro łapały jedynie duchy, zjawy, obecnie łapiduchy, całe rzesze różnej maści medyków straszą nie tylko chorych. To nie przypadek, że się ich boimy, tak mi się wydaje. Zaś  znanym wilkołakom, bestiom w wilczej postaci powinniśmy jasno powiedzieć: ciao, ciao bambino, wasz czas już minął. Rzecz w świadomości, by próbować się bronić przed złem tego świata.