Wzrok, który zabija

                                            pajęczyna

          Onegdaj weszłam do ogródka po koperek do ziemniaków. Mój wzrok zatrzymał się na koronkowym cudzie utkanym misternie przez pająka. Zachwyt i podziw dla haftu małego stworzonka, przecież sama haftowałam, więc wiem ile trudu i pracy trzeba włożyć, by serweta przyciągała wzrok. Mały pajączku, jesteś wielki i boski – pomyślałam.

      Przyszłam do domu, zrobiłam sobie swoją o mało co kawę, przysuwam fotel do stolika i zamarłam. Mój wzrok padł na przycupniętego robala i z przerażeniem patrzę na obrzydliwość, która udaje, że tu nikogo nie ma. Powoli zdejmuję kapcia, by ubić wstrętne owłosione odnóża, a  tymczasem niezrażony wzgardą pająk z wyrzutem w głosie rzecze:

       - Tylko spróbuj, będziesz morderczynią. Sumienia nie masz, by zabijać stworzenie boskie, które ma takie samo prawo żyć, jak ty. Poza tym wiesz, że przynoszę szczęście każdemu domowi, a niektórzy twierdzą, że i bogactwo.

       - Fiu, fiu, też mi bogactwo, nie sądzę, byś tu miał się czym żywić. Wymarsz robalu grzecznie na szufelkę i fru z domu. Słyszysz, co mówię?  Nie życzę sobie jadu i pajęczyn.

       - Tylko bez ubliżania i osobistych wycieczek. Należę do najliczniejszego rzędu pajęczaków, w dodatku jestem większa niż partner, co oznacza, że nie jestem rodzaju męskiego. A jadowita zołza to z ciebie wychodzi, gdy wyrzucasz mnie z mojego gniazda na deszcz. Wiedz, że się nie ruszę, bo ciepło, dach nad głową i tu są moje dzieci. Widzę znów przerażony wzrok, który może wrażliwego pająka doprowadzić do zawału. Czyżbyś miała arachnofobię?

       - Nie, ale twoja niebezpieczna uroda nie powala mnie, a ponadto nie życzę sobie pajęczych lokatorów w moim domu. Usłyszałam wyraźnie, że nie jesteś sama.

         - Ludzie są jednak bez sumienia. Kota, choć brudzi, drapie i trzeba po nim sprzątać,  darzą miłością, głaszczą i traktują lepiej niż cichego, małego pajączka, A z psem to nawet selfie robią. Kto widział selfie z pająkiem?  Wiesz, że ja też mam migotanie przedsionków, gdy zobaczę człowieka, bo wiem, ze zaraz zadepcze, ukatrupi odnóże albo potraktuje muchozolem. Moje życie to wieczne uciekanie, krycie i życie w ciągłym stresie. Pytam, czym sobie  pająki zasłużyły na taki spektakl? Przecież kiedyś tarantyści odbywali publiczne rytuały, tańce, korowody, grała muzyka ku czci pająków w święto samego św. Pawła. Cóż, że to było dawno, nie znaczy przecież, że można obecnie pastwić się dla samej przyjemności zabijania. Co wy wiecie o miłości, przecież pająki towarzyszyły człowiekowi od zawsze.

        – Ja twoje racje rozumiem, mimo to mówię, że nie chcę mieć u siebie żadnych stworzeń. Ani brzydkich ciem, ani pięknych motyli.

       - Z tym to i ja się zgadzam. Wszystkie owady wyłapię, jestem pożyteczną pajęczycą, kątnikiem domowym. Nie masz much, komarów, insektów, to moja zasługa. A jak moje dzieci podrosną, sprowadzą swoje połówki, a wnuczęta znów dorosną i będą mieć potomstwo …o takim szczęściu marzę, by mieć dużą rodzinę. Znów widzę twój wzrok, który zabija. Myślałby kto, że ty nie chcesz doczekać szczęścia dzieci,  wnuków, a może przy dobrych układach i prawnuków.

             - Masz rację, może to uprzedzenie, przecież wiem, że kątniki nie są groźne.

      – Ale twój przerażony wzrok mówi co innego, jakbym była monstrum, bestią, potworem. Mam wprawdzie te włoski, ale to dzięki nim, wrażliwym na drganie powietrza orientuję się, co dzieje się w sieci. Czy wiesz, że pająki przepowiadają pogodę? Jeśli zobaczysz, jak spuszcza się po nici z sufitu, znaczy idzie plucha, a jak sieć buduje i wykazuje we dnie ruchliwość, jak ja teraz, słoneczna pogoda utrzyma się dłuższy czas. Mogę ci opwiedzieć dykteryjkę: Pająk do pająka: - Co robisz? - Gram w owady – A skąd masz? - Ściągnąłem z sieci…

          – Nic nie pomoże, proszę grzecznie na szufelkę. Nie ma zmiłuj.

          – Pewnie także nie wiesz, że pająki mają osiem nóg, a owady tylko sześć. Jesteś wysoce nierozsądna, skoro pożytecznego pajączka usuwasz z domu tylko z powodu wyimaginowanych uprzedzeń. Mężczyźni mnie widzieli i żaden nawet nie zareagował, a ty zachowujesz się, jak rozhisteryzowana nastolatka. Cud, że nie wyskoczyłaś na stół. Przemyśl to jeszcze raz w spokoju. Ja też mam prawo żyć. A ty masz sumienie. Zastanów się, człowieku, czy musisz być dla pająka tym wilkiem?

          -

Ta nasza ułomność

                                     paw

                                                Zafałszowany obraz

         Współczesny świat jawi się jako ten teatr ze sceną zapchaną ciuchami, jedzeniem, nogami, głowami, rozdętym ego, dzióbkami kubek w kubek podobni do ryb łapiących powietrze oraz borejowską mądrością, że jak zima to musi być zimno, a gdy lato, to gorąco. Ten obraz świata jest mocno zafałszowany, a to z tej przyczyny, że jako pierwsza informacja przebija się szokujący news, plotka i postprawda, która niekoniecznie musi się ocierać, choćby o rąbek prawdy. A że umysł przestał być atrakcyjny na rzecz zewnętrzności, więc prawda czy fałsz nie do rozróżnienia. Jajko można postawić bez opierania i będzie stało, bo tak w Internecie czytałem, a to, co tam – święte. Nie uwierzę bratu, ale Internetowi wierzę we wszystko i bez zastrzeżeń. Ostatnio czytałam, że jedzenie jajek zabija.  Starsza przytomnie odpowiedziała, że jajka nie produkują cholesterolu, tylko człowiek. Nic, tylko zejść po takich rewelacjach, bo jajka wszyscy jadamy, choćby w tym makaronie i majonezie.  Może lepiej przypomnieć sobie upomnienie A. Weasley’a: „Co ja ci zawsze powtarzałem? Żebyś nigdy nie ufała niczego i nikomomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg.” Tam jest myśloodsiewnia. Dzieci jeszcze tego nie rozumieją, więc nauka spoczywa na rodzicach, ale przecież nie wszyscy komputery mają i nie wszyscy się na rzeczy znają.

                                                 Internetowy szajs

           Demokracja Internetu  z jednej strony jest jej siłą, a z drugiej strony nie ma przesiewu bredni, słomianej sieczki, wulgarności, głupoty i rzecznego szlamu, co stanowi niejako zagrożenie z powodu uśpionej czujności aintelektualnych, bo skoro setka lajków pod tekstem, to przecież wszyscy mylić się nie mogą. A Internet huczy, dymi, szumi i porywa ze ze sobą, a potem wciąga w grząskie bagno, bo skąd masz wiedzieć, jak rzecz ma się do racjonalności, stąd mniej rozsądni piszą, by przyczepiać dzieciom amulety chroniące przed chorobą oraz wymieniają się sposobami leczenia. M. Napiórkowski trafnie zauważa: „Internet przypomina „Bitwę pod Grunwaldem”, gdzie wszystko naraz dzieje się na pierwszym planie”. Nikt nie sprawdza wiarygodności rewelacji, stąd wcześniej, czy później musi być ta sprawa internetowego oszustwa rozwiązana i nie chodzi tu o cenzurowanie, a zwyczajną prawdę i rzetelność informacji, tym bardziej że zaśmiecony do granic możliwości, staje się powoli wysypiskiem śmieci z gdzieniegdzie zagubionymi perełkami, ale żeby do nich trafić, trzeba wiele czasu poświęcić na wertowanie, a i tak nie ma pewności, czy czegoś nie pominęliśmy. Są granice, których przekroczyć nie wolno, podobnie jak z wolnością w realu. Nie wszystko wolno. Kiedyś to ludzie zrozumieją, bowiem poczucie rozproszenia tak duże, że zanim przebrniesz przez setki nieistotnych inormacji, zaczynają z oczu wychodzć mroczki, a spocony palec wskazujący przykleja się do klawiszy, jakby nie istniał czas linearny.

                                                    Nasze dane

             Nie zapminajmy o Internecie Rzeczy. Zdaniem uczonych, nasze dane może udostępnić nie tylko smartfon, komputer, ale inteligentne urządzenia podłączone do niego, np. sprzęt AGD. Wprawdzie inteligentna lodówka powiadomi cię, że kończy się termin ważności parówki, światło wyłączy się w całym domu czy piec wcześniej nagrzeje, ale przy okazji sprzeda dane, ponieważ producent nie ma obowiązku zabezpieczeń, a tu już kolejne  ”inteligentne” rzeczy zostają przyłączane do komputerów i telefonów. Stan innej percepcji, jak u Stanisława Lema.

                                      

Zabawa w kliknij, polub, nie lubię, wytnij

róża

           Facebook mi doniósł, że 17 lipca minęły dwa lata bytności na tej publicznej tablicy. Co mam napisać, skoro tyle to już lat. Właśnie miałam wrzucić swoje zdjęcie, jak jem ciastko z tą dziurką, by zobaczyć „lubiki”, tymczasem doniesiono mi, że czas  zmienić wygląd blogu.

          Mnie akurat nie rusza zewnętrzność, ale skoro wygląd przyciąga bardziej niż treść, to pewnie mnie podkolorują, wyszczuplą, wygładzą zmarszczki, naciągną to i owo, ustawią profil zanim zajmę się blogową rzeczywistością, więc pytam Szanownych Komentatorów, co po tym warunkowym zawieszeniu zostawić, jakie kamyki z tego ogródka wywalić i w którą stronę słońca iść za, a może przeciw? Jak wiadomo, pisanie nic nie kosztuje, jest na własne ryzyko, więc proszę podpowiedzieć, czego lepiej nie dotykać, co definitywnie wykreślić, a czym się zająć.    

  ¶   Zacznijmy od wyglądu. W domu mam kolor ściany „aromat wanilii”, więc może tak jakoś podobnie? Słowo daję, że nie czuć żadnego aromatu, nie tylko wanilii, a czucia stracić na blogu nie wypada, więc  może coś z ekologii? 

 ¶  Zobaczcie, co w moich zabałaganionych szufladach. Groch z kapustą.  Wyrzucajcie, niech usłyszę: Daj sobie spokój, czas dorosnąć i zająć się wrzucaniem zdjęć: tu siedzę, tam stoję, tutaj z psem. Może lepiej pisz przygody wzięte z życia typu: on ją rzucił, a ona jego.

  ¶ Interesuje mnie, jaki temat Was zbulwersował, poruszył, zmusił do zgrzytania, uśpił, zastanowił,  skłonił do szybszego mrugania, czy wesołości?

  ¶   Nie lubię lukrowania, pudrowania, koloryzowania, zatem prosto z mostu proszę mówić: weź się ogarnij, nie do wytrzymania te twoje denerwujące natręctwa…  ach, to ty.         

  ¶  Z jaką muzyką mnie kojarzysz, skoro i w komentarzach tego sporo? Spróbuj wybrać moją melodię.

  ¶ Obok Szczura z Loch Ness stoi ten sobowtór Ironista. Hmm, a co koło mnie?

 ¶   Albo  spróbować pisać wierszem, bowiem teraz to prościzna, skoro wg J. Brzechwy: „Są tam pół-rymy i niedorymy, / Rymy – poczwarki, rymy wyskropki, / Rymy- potworki i kozie bobki.” Kogut i kura za rym też obleci, bo ma „u” w środku, a poeci jak dzieci.

  ¶ Może pisać tak, jak radzi F. Kafka, by „Być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas” (cytat podpatrzyłam u Bexy Lemon).

              Życzę sobie i innym „darz blog”, bo jako zabieracz czasu nie jest wart jednej łzy, a przecież wszyscy staramy się, jak możemy. Rozwiązujcie pytania testowe, może coś sensownego z tego wyjdzie. Wesołej zabawy i letniego lajkowania.

Spróbuj zbudować żarówkę

                                                Różnice pokoleń

         frania        Odkąd przeczytałam, że tak naprawdę pokolenia niewiele się różnią od siebie w mentalości, zaczęłam szukać, czym starsze pokolenie różni się od młodszego. W. Strauss i N. Howe w „Generation” po przebadaniu 25 pokoleń napisali: „pokolenia w każdym archetypie mają nie tylko podobną historię wieku, ale także podzielają pewne podstawowe postawy wobec rodziny, ryzyka, kultury i wartości oraz zaangażowania obywatelskiego”. A nam się wydawało, że każde pokolenie jest z innego świata i inaczej myśli. Wszystko przez bunt młodych, a potem oni żyją, jak ich nauczono. Prawda stara jak świat.

            Zatem, czym się tak naprawdę różnimy? Na pierwszym  miejscu trzeba postawić… przedmioty. Rzecz jasna, pralka Frania z wyżymaczką różniła się nie tylko wyglądem od marki Elektroluks. Wcześniej urodzeni pili kawę sypaną do szklanki i parzoną po turecku, choć w Turcji o takim sposobie nie słyszeli, obowiązkowo w wiklinowym  lub metalowym koszyczku, bowiem nie dałoby się szklanki utrzymać w ręce, kawa  była przykryta nieśmiertelnym spodeczkiem, a młodzi już ekspres. Stary czajnik z gwizdkiem (i bez) również różnił się od elektrycznego, a herbatę wcześniej parzoną w czajniczku mieszało się aluminiowymi łyżeczkami. Telewizor wprawdzie był, ale bez pilota, za to aż z dwoma programami. O Internecie nikt nie słyszał. Kiedy były jakieś wątpliwości, szło się do biblioteki, by mądrości szukać w pachnących farbą klejonych kartach książek. Współcześnie króluje wszechwiedzący Internet.

                                              Mądrzejsze pokolenie?

            Myślimy również, że z każdym pokoleniem jesteśmy mądrzejsi. Złudzenie. Joe Rogan (dziennikarz, komik) twierdzi, że co pokolenie, to więcej przybywa głupich ludzi. Dlaczego? Z prostej przyczyny:  ludzie mądrzy nie rozmnażają się w takim tempie, jak bezmyślni. Większość z nas nawet nie wie, że jest ograniczona, bo pstrykają i pojawia się światło, klikają i widać wydarzenia dziejące się na drugiej półkuli. Kiedyś jednak głupi zdominują liczebnością, a mądrzy wymrą naturalną koleją rzeczy i zostawią pozostałą resztę z całym bagażem komórek, pilotów, inteligentnych komputerów, trzeba liczyć chyba na kosmitów. Halo, jest tam kto? Można się śmiać do rozpuku razem z Roganem, ale kto wie, co to jest prąd, jak zbudowana jest komórka, komputer, kamera, czy zwykła bateria. Na  pewno wiesz, co włożyć do środka, by działał mikrofon i jak zbudować żarówkę? Trzeba wrócić do świec, nie ma zmiłuj. Uśmiech znika, kiedy badania w USA potwierdzają stały spadek inteligencji między 0,25 a 0,89 IQ na dekadę. Bez matematyków, fizyków, informatyków jesteś w czarnej dziurze. W szkole te przedmioty nudnie podane, zwykle do nauczenia na pamieć(!), same regułki, nieprzystępnie podana szczegółowo teoria i niepraktyczne zadania, jakby to był pryszcz, który trzeba jakoś przeżyć. Młody się uczy, by jak najszybciej zapomnieć.

Co robił foton na stadionie piłkarskim? –  Falę. – Jaką falę?

Jeśli masz dziesięć kurczaków i zjesz pięć, o ile wzrośnie twój poziom cholesterolu?                   
                                               
                                        Technologie wyprzedzają
             A pojawiają się coraz nowe opracowania i wynalazki, zatem analfabetyzm przedmiotów ścisłych powiększa się, więc któregoś dnia usłyszymy: „A tak właściwie, szanowni jajogłowi, czego ode mnie oczekujecie?” Było czytać choćby Marcusa du Sautoy’a „Poker z Pitagorasem”.  I szanować wiedzę.

  – Mam cudowny pomysł – powiedział Edisonowi pewien młody człowiek.
– Chcę wynaleźć uniwersalny rozpuszczalnik: ciecz, która będzie rozpuszczać każdy materiał. Ale nie mam środków na realizację tej idei.
– Uniwersalny rozpuszczalnik? – zdziwił się Edison – a w jakim naczyniu będzie go pan trzymał?
                 Na naukę nigdy nie jest za późno, myślenie ma przyszłość, a wszystkie obliczenia mają swoje źródło w codzienności. 

Czy mugole to kiedyś zrozumieją

            

IMG_0019

                                                   Analogowy świat

           Wcale nie żałuję, że urodziłam się w analogowym świecie. To był świat nauki i świat książek. Nikt dyplomowych prac za nikogo nie pisał, nikt nie ściągał gotowców z Internetu, bo takiego nie było. Nie uczyłeś się, to wiedziałeś, że będziesz pasał krowy, kopał doły lub jak moja mama mówiła: dobrze, że blisko Chrzanowa jest Chełmek, niedaleko do pracy, będziesz mogła szyć papucie, potem może nawet buty pozwolą, bo tam dobrze płacą. Praca zawsze dawała i daje poczucie niezależności. Inny był również świat wartości i świat wstydu. Jeśli ktoś mówił brednie, rumieniec od razu zdradzał upokorzonego, a na salony debatowe nie zapraszano pełnych żółci  nieuków. A klucz?  Wiadomo, był jak zwykle pod wycieraczką.

                                                   To był styl życia i bycia

         Żeby być muzykiem, piosenkarzem, trzeba było mieć słuch, głos, dyplom, talent, więc nic dziwnego, że zaczynali od Bacha, śpiewali „Nie lękajcie się, idźcie pod prąd”. „Olevay system”, „Kto cię obroni Polsko”. Smakowicie też brzmiało „Wino za karę”.  Pytam, „Gdzie są punki z tamtych lat”? Pod tym samym niebem żyjemy i z tej samej gliny ulepieni… Wpadłam w te dźwięki razem  z glanami i kolorowymi sznurówkami na jeden sezon. „Zostań z nami melodio”, mimo że „Czas upływa jak sen”.  Czasy słusznie minione przeszły do historii, ale wówczas usta zagipsowane mówiły, zresztą nie tylko aluzjami, choć te były w lot odczytywane. Świat jest cały czas w ruchu, Bergsonie, tylko w jakim kierunku  teraz idzie?

                                                 Slashies poszukuje

              Niektóre elementy lat mitrężnych i siermiężnych powoli wracają. Zacznijmy od wina nieboszczki PRL: „Czar Pegeeru”, „Uśmiech Sołtysa”, „Alpaga” „Alpagi łyk i dyskusje po świt”. Nawet zaprawieni siarką i kwasem mieli odlot, a S. Kisielewski o „Amarancie Górskim”: „ból głowy bije tu wszelkie rekordy.”  Za to „la patik” że tak powiem z francuska dobry był na kaca.  Coraz prężniej wracają kolorowe jarmarki zwane świętem miasta, dzielnicy, dniem chleba, cebuli, ziemniaka, kapusty. Tylko w te dni gospodynie (bez kontroli SANEPIDu) mogą sprzedawać swoje ciasta, bigosy, potrawy regionalne, miody, wędliny. Ten czas zaprzeszły także widać w kawiarniach, barach i knajpach z nazwą PRL. Zajrzyjcie do nich, wszędzie tłumy młodych, mimo obskurnych ścian, mebli i mętnej lury. Wracają potańcówki na dechach i śluby rodem z PRLu. Do gości wysyłane są zaproszenia w stylu wezwanie przez MO, na ślub młodzi jadą „syrenką”, „warszawą”. Menu od galarety po śledzia, a wódeczka z niebieską etykietką, uwaga panowie, w literatkach i musztardówkach.  Na bogato.

              „Na miły Bóg, życie nie po to jest, by brać”. I mieć. Drodzy Paciaciakowie, wcale nie z tego kabaretu, zbierajcie tymi szpachelkami internetowy szlam, polityczny muł i wyżyłowany szmal. Trzymajcie poziom, nie bądźcie milczacymi owcami i bezradnie beczącymi baranami. Z pozycji trzy czwarte lepiej dostrzec, co się liczy w życiu. Wzorem Wachmistrza proponuję wypicie choćby naparstka nalewki za szczęścia łut młodych slashiesów. Niechaj szukają swojej drogi w życiu i niech to będzie świat w tym dobrym stylu.

PS. Na zdjęciu „Nowa Prowincja” u Turnaua na Brackiej tak wyposażona.

Miłościwie Galicji panujący Franciszek Józef I

roza czerw

                  Sto jeden wystrzałów armatnich w dn.18.08.1830 r. oznajmiło narodziny Franciszka Józefa I przyszłego cesarza Austrii, króla Węgier, Czech, Lombardii, Wenecji, Dalmacji, Galicji, Jerozolimy etc, etc. W młodości przyszły cesarz uczył się introligatorstwa, co miało swoją dobrą stronę, gdyż nie tylko oprawiał, ale w końcu zaczął czytać książki. Przez 68 lat panowania zaskarbił sobie sympatię ludu, gdyż zapewnił względny spokój i dbał o pomyślność obywateli.

                    ” Zdarzenia z życia naszego monarchy”

                Na majowym spotkaniu z M.Czumą i L. Mazanem kupiłam  tę książkę. Tak po prawdzie pomyślałam:  - Co ja wiem o Franciszku Józefie? Prawie nic, a przecież miłościwie nam panował, a profesura deklamowała: „Przy Tobie Najjaśniejszy stoimy i stać będziemy”.  Monarcha z tego opracowania przypomina ciepłego człowieka pełnego osobliwości i przyzwyczajeń. „Dzień w dzień wstawał o 3.30 nad ranem, przykładnie pił krowie mleko, od 5.00 wytrwale dyżurował przy biurku pierwszego urzędnika” i dziwił się, kiedy przyszedł, że jeszcze nikogo w pracy nie ma. Kilka godzin dziennie siedział w siodle, wyprawiał się również do odległych prowincji, składał wizyty, musztrował, słuchał innych uważnie. Był  również oszczędny, taki pędzel do golenia zmieniał co trzy lata,  a jednak nawet ten Najwyższy Pan nie zapobiegł rozpadowi monarchii. Wiedział o tym, stąd dumne  słowa: „Monarchia idzie na dno, ale przynajmniej z honorem”.

            Uśmiech cesarza

        Sławny malarz Horowitz malował cesarza. Ażeby przerwać milczenie, monarcha zapytał, gdzie obraz będzie wisiał. – W banku, w hali kredytowej – odparł artysta.  Monarcha uśmiechnął się i ten filuterny  uśmiech utrwalił Horowitz. Domyślić się należy, że  kto spojrzał na znaczący uśmiech cesarza, kredytu unikał.

              Co znaczy pierdoła

            pewien oficer, Polak, w liście do przyjaciela nazwał cesarza „starym pierdołą”, ale list przechwyciła cenzura, więc poproszono polonistycznych ekspertów K. Nitscha, J. Łosia i J. Rozwadowskiego, którzy zgodnie orzekli, że słowo to oznacza dobrotliwego staruszka. Tym sposobem i oficer był zadowolony, i cesarz.

               Wodociąg  Franciszka Józefa

              W 1880 r. cesarz wyruszył z inspekcją do Galicji, ale woda w tym mieście miała złą sławę, więc do pociągu zabrano większy zapas. Magistrat zrozumiał aluzję i wkrótce zaczął uruchamiać pierwszy wodociąg, któremu nadano, a jakżeby inaczej – imię Franciszka. Od tej pory każdy, kto odkręcał kurek, myślał życzliwie, a niesmacznych dowcipów nie zanotowano nawet przy sedesowej spłuczce.

                   Niemiły dotyk

            Cesarz z reguły nie podawał ręki dostojnikom Kościoła. Musiałby bowiem te skrzące  kamienie ustami dotykać, ale arcybiskup praski celowo nie włożył pierścienia, licząc na uścisk. Nie zawiódł się na Franciszku, ale stracił uznanie w Watykanie, więc omijały go awanse. Nie przewidział oburzenia i zazdrości przełożonych.

                    Franciszek parobkiem

              Cesarz chciał poznać dolę ludu, więc przebrał się jako parobek i zatrudnił w galicyjskim gospodarstwie. Oczywiście spóźnił się na wschód słońca, więc rządca kazał mu wymierzyć 25 batów. Dopiero jazda żołnierzy przywołała do porządku srogiego zarządcę, a sam Najjaśniejszy siedział i płakał nad dolą swego ludu.

                 Wstrząs spowodowany bokobrodami

              Lotem błyskawicy obiegła Galicję wiadomość, że 12 lipca 1862 roku monarcha zgolił wąsy i bokobrody. W Krakowie przewidywano z tego powodu rozruchy (wszak do rozruchów każdy powód może być dobry), więc rozdzwonił się Zygmunt, a pod Sukiennicami harcował Lajkonik. Napięcie rosło do 29 lipca, kiedy to „Morgenpost” doniósł, że Najjaśniejszy znów zapuszcza bokobrody. Fryzjerzy zaczęli zamawiać płyny, maści, farby przez co gospodarka zaczęła iść w górę, rewolucji nie było.

                   Niech żyje cesarz

            Hr. A. Potocki został po rozruchach skazany na sześć lat twierdzy. Wyrok wysłuchał, a potem krzyknął: Niech żyje cesarz! Kiedy monarsze doniesiono, zrobił Potockiego posłem i przyznał mu koncesję na budowę linii kolejowej Przemyśl – Łupków. Od dawna wiadomo, że wznoszenie okrzyków i klaskanie  panującym zwykle się opłaca.

                    Nie każdy łasy na frykasy

           S.Ciuchciński na cmentarzu Łyczakowskim zakończył mowę pogrzebową słowami: – „Bądź zdrów, Andrzeju”. Wiadomość dotarła do Wiednia, Monarcha zaproponował mu od razu stanowisko dyrektora wydawnictw wojskowych Ministerstwa Wojny. Pan Stanisław odmówił z uwagi na nawał pogrzebów, które obsługiwał.

                  Wycieranie nosa

                Szach perski przebywający z wizytą w Wiedniu, wycierał nos w firankę, cesarz kazał ofiarować mu jedną ze swoich dwudziestu dwóch chustek. Nie wiadomo, czy szach aluzję zrozumiał, ale podarunku nie przyjął.

                 Podziw dla pracowitości

             Cesarz dostał wstrząsającą wiadomość, że następca tronu cierpi na rzeżączkę. Zatem tłumaczono mu, że 20% żołnierzy zapada na tę  przypadłość przynajmniej raz w roku. Spowodowane jest to wyjątkowymi zapałami bojowymi oraz pracowitością pań. Najstarsza obsługuje klientów mimo 81 lat. Ogromna szkoda – westchnął monarcha – że charakter zajęć tej osoby nie nadaje się do wykorzystania w podręcznikach szkolnych.

                    Kardynalska dyspensa

                Krakowski magistrat postanowił przeznaczyć ok. ośmiu tysięcy koron na wizytę Franciszka Józefa I. Radni liczyli na to, że w piątek postne jedzenie kosztuje taniej, tymczasem otrzymali wiadomość, że monarcha i jego świta otrzymali dyspensę na ten dzień. Prezydent Zyblikiewicz z trudem przywołał uśmiech, a gdy za rok kardynał przyjechał do Krakowa nie mógł zrozumieć chłodu, z jakim go przyjęto.

                       Imię po Franciszku

                       W 1920 r. w Wadowicach przyszedł na świat chłopiec, ojciec dał mu na imię Karol Józef. – Karol po tobie i po Habsburgu, a dlaczego Józef? – dopytywała matka. – To po naszym dobrym panu cesarzu Franciszku Józefie – przypomniał jej dawny podoficer armii austriackiej, Karol Wojtyła. Nadane imiona stały się sławne na cały świat.

                    Moje serce zostaje z wami

               Tak cesarz powiedział do prezesa Koła Polskiego K. Grocholskiego, na co prezes odpowiedział: – Ale nasze serca zabierasz z sobą, Najjaśniejszy Panie.

             Podobno pokłonić się sercu monarchy można w Wiedniu w kościele Kapucynów, ale pokłon nie należy do tanich, zatem wystarczy powiedzieć, że jest się z Krakowa, aby wpuszczono bez opłat. Najjaśniejszy wprawdzie w niebiesiech, ale jak znam życie i tam mu donoszą, że ukazują się o nim książki, wspomnienia, a Franciszek uśmiecha się dobrotliwie: – Tam zostawiłem swe serce. Galicja o mnie pamięta. Jeszcze pamięta.

Spełnione marzenie Antoniego Słonimskiego

 Adaś w dolinie

A. Słonimski: „Dzieciństwo”

Gdy za myślą wzruszoną westchnienie ulata,
Gdy sen klei zmęczone czytaniem powieki ,
Nad książką pożyczoną z miejskiej bibioteki,
Ach, któż marzeń nie roił w swe młodzieńcze lata?

Noc, w domu cisza. Zegar gdzieś sennie kołata…
Z książek pełnej mansardy, za lasy i rzeki,
Podkowami dzwoniący w wedrówce dalekiej,
Jedzie bohater, losy zmieniający świata.

Oto z mieczem naciera wzniesionym ku górze…
W kurzawie w skok pędzący, rozogoniony w walce,
Bez zbroi, sam, w chlamidy rozwianej purpurze.

Serce w piersi zamiera, w oczach błyskawice…
Przez chude, atramentem powalane palce 
Łzy spływają na książki pożółkłe stronice.

             Panie Antoni,

            przeczytałam sonet i wzruszyłam się, ponieważ każdy dom zapamiętany z dzieciństwa zawsze  będzie pełen tajemnic, uroku i osobistych wspomnień. Pełno w nim tykania zegara,  przyjaznych dźwięków, dzwonienia, a także zapamiętanych obrazów. Już w pierwszej strofie sonetu  wspomina Pan bibliotekę, a w niej książki, które czytane były aż do sklejenia powiek snem zmęczenia.

                     Panie Słonimski

             Kiedy po latach stanął Pan w progu swego domu i zobaczył siebie wybierającego się w podróż, by spełnić swe marzenie, czyli zmienić świat na lepszy model, wzruszenie westchnieniem uleciało. Każde dziecko ma swoje plany odegrania dziejowej roli w świecie. W dłoni miecz, dookoła tuman kurzu i rozwiana chlamida, strój Greków do jazdy konnej. Te wielokropki też dają sporo do myślenia: „rozognienie”, „serce w piersi zamiera”, „w oczach błyskawice”. Trzeba mieć wyobraźnię, by zobaczyć, dokąd się zaszło w tym ratowaniu świata przed zagładą. Minęły lata. Marzenia ustąpiły twardym realiom. Widać tylko palce  powalane atramentem i łzę spływającą na pożółkłe kartki książki. Tyle zostało z wielkich dziecięcych planów?

              Panie Antoni,

          Ty nie przespałeś życia, bo odkąd stałeś się poetą, prowadzisz tłumy przez życie swoją poezją, prowokujesz do myślenia, zachęcasz do czytania, do obcowania z piękną polszczyzną. Więcej dałeś światu swoim piórem niż inni szabelką. Wiedz również, że wolimy czytać Twoje wiersze niż oglądać współczesny świat Kiepskich. Wiadomo przecież, że czytanie nadaje inny wymiar życiu, uszlachetnia. Daje czas na refleksję, przyjrzenia się sobie i wartościom, które prezentujemy. Zapoznajemy się z niecodziennym językiem i jego metaforami. A bez metafor życie ma płaski kształt. Czytanie powoduje emocje, których w szarości dnia nie zobaczysz.

           Panie Słonimski,

          marzenia się spełniły. Może całego świata Pan nie zbawił, ale wielu osobom zauroczonym poezją, wiersze nadały nową wrażliwość, pokazały kierunek na przyszłość i na koniec zmusiły czytelników do tych pytań retorycznych:

- Czy czuję się spełniony, czy przespałem to swoje życie; na drugie przecież nie ma szans.? - Kim w końcu chciałem być, a kim zostałem i co po mnie …?

            Gdy pomyślimy, to  n a m  łza, nie Tobie, pocieknie na kartki książki, (czytaj: klawisze komputera). W dodatku nie tylko ta jedna łza.

 

 

 

Franciszek Fiszer, człowiek legenda, król ironii i sarkazmu

        DSC_6628

              Wojtek (wojciechgotkiewicz.blogspot.com) zaproponował w komentarzu, aby napisać o Franciszku Fiszerze (1860 – 1937). Pomyślałam, czemu nie, skoro to  zabytek swojej epoki, niezwykły człowiek, erudyta, przyjaciel poetów i pisarzy, filozof.  Ech, gdybyż wszyscy filozofowie byli tacy barwni i taką mieli osobowość…  

         Właśnie mija osiemdziesiąt lat od śmierci tego filozofa zwanego Sokratesem Warszawy. Nic nie napisał, podobnie jak Sokrates, który również niczego nie napisał i gdyby nie Platon… Filozofię Fiszera znamy zwykle z opowiadań jego przyjaciół, trzech książkowych opracowań oraz wspomnień artystów zafascynowanych niezależnym umysłem, prawdziwie franciszkańskim miłosierdziem, ciętymi ripostami i niezrównanymi gawędami. Fiszer to człowiek, który nie miał nic, tylko ten niepospolity umysł. Odziedziczył wprawdzie spory majątek, ale głowy do interesów nie miał, przyjaciół wielu, a szczodrość wielką, więc szybko go stracił.

            Pokażcie mi człowieka, który nie ma dachu nad głową, nie pracuje, nie ma grosza przy duszy, a wszyscy zabiegają, by im towarzyszył, płacą za niego rachunki, karmią, zapraszają do zamieszkania u siebie i to bez zobowiązań. Nawet restauratorzy często żywią potężnego łasucha, gdyż jego osoba to żywa reklama, która przyciąga niebanalnych gości. Franciszek zwany Fransem, Franzem lub Francem  należał do warszawskiej śmietanki towarzyskiej i był ozdobą balów,  rautów, spotkań. Całe dnie spędzał w „Ziemiańskiej”, „Udziałowej”, „Kresach”, „Małej Ziemiańskiej”, „Zodiaku”, „U Miki”, IPS-u (Instytutu Propagandy Sztuki). Kawiarnia była w Młodej Polsce i międzywojniu „środowiskiem naturalnym” artysty, jak zauważył Artur Rubinstein. Franc zaprzyjaźniony był z poetami Skamandra, stąd sądzi się, że to właśnie Fiszer stworzył  pseudonim artystyczny B. Leśmianowi.

            Trzeba sobie wyobrazić potężne zwaliste ciało, tubalny głos i niespotykaną charyzmę Franca Fiszera. Jaką trzeba mieć osobowość, by  Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Zenon Przesmycki, Artur Rubinstein,  Antoni Lange i inni byli zafascynowani erudycją, dowcipem wykształconego smakosza. Ten „warszawski oryginał” (M. Sawicka) był legendą jeszcze za życia, postawił przed sobą cel właściwie nieosiągalny, czyli rozwiązywanie zagadek istnienia. Jeśli ktoś uważa, że sprawa prosta, niechże sam spróbuje rozwikłać zagadnienie form świata oraz rozumienie bytu na ziemi.

             Między tym śledziem a sztuką mięsa toczyły się poważne filozoficzne dysputy; uważa się, że Fiszer był pierwowzorem postaci Pana Kleksa, a dyskusje  z F. Fiszerem prowadzili Leśniewski, Tarski, Tatarkiewicz, Twardowski i Kotarbiński.  Na półpiętrze „Ziemiańskiej” dochodziło często do sporów o Boga, prawdę, czy o istotę bytu. Słynna była dysputa Fiszera z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim o Marcelu Prouście. Wieniawa zaciekle bronił pisarza przed atakami pana Franciszka, (który Prousta zwyczajnie nie lubił), więc przytaczał rozmaite recenzje najznakomitszych krytyków. Znudzony Fiszer w końcu oświadczył: ”Widzisz kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie.”

Trzy miłości Franciszka

I. FILOZOFIA

             Pierwszą i najważniejszą była filozofia. Jako uczeń lipskiego filozofa Richarda von Schubert-Solderna, uważał się za metafizyka.  Ten perypatetyk, ten kontynuator arystotelesowskiej filozofii lubiący nagłe a niespodziane zwroty w akcji, trudności, uwikłania, zmienne losy, przygody, anegdoty nie pozostawił po sobie ani jednego dzieła filozoficznego; ba, ani jednego zdania. Gdyby opublikował choćby część swych zabawnych anegdot, filozoficznych uwag, stałby się jednym z najbardziej czytanych filozofów. I  także zapewne najbogatszym z filozofów.

II.  TOWARZYSTWO LUDZI

            Fiszer był osobowością o  inteligencji, którą podniecał kontakt z ciekawymi ludźmi.  Jego „zapładnia atmosfera dysputy, paradoksu” pisał Boy. „Nie docenia się dziś takich ludzi. Kiedyś na przykład fantazja podpowiedziała mu, żeby z warszawskiej „Sielanki” na dalszy ciąg pojechać wprost do… Wiednia”. I pojechał, bowiem drugą miłością są  ludzie o ciekawych umysłach. 

            Jedna z aktorek, oburzona, że Fiszer nie poznaje jej, powiedziała mu o tym. - Na Boga! – wykrzyknął Fiszer. – Po czymże mam panią poznać? Żeby pani miała jakiś pryszcz na nosie albo wąsy, a tak, twarz goła jak pięść, codziennie inny kapelusz i uczesanie, po czymżeż mam panią poznać?Innym razem zapytał, czym zajmuje się ten przechwalający gość – To słynny olimpijczyk, lekkoatleta. –  A dokładnie? -  Biega.  A na to Fiszer: -  A w którą stronę?

           Posłuchajmy, jak Franc opowiadał:  Miałem stangreta. Józef mu było. Wyjeżdżając do Paryża ze stacji Ostrołęka, błądząc już myślami nad Sekwaną, powiedziałem mu machinalnie: „Niech Józef czeka.” Nie było mnie w kraju dwa lata. Wracam niespodziewanie, wezwany telegraficznie przez plenipotenta. Była noc. Jak ja się tu dostanę do domu? Wychodzę przed dworzec, patrzę: moje konie i Józef. Zdumiony pytam, skąd wiedział o moim powrocie. „Ja nie wiedziałem, ale pan dziedzic kazał czekać, no to ja czekam.” Dwa lata czekał.

          Kiedyś w knajpie była mowa o chiromancji. Ktoś komuś wróżył. Fiszer oświadcza, że on lepiej wróżyć potrafi. Siedząca obok literatka wyciąga ku Francowi swą rękę i pyta serio: - Cóż pan widzi? Fiszer spogląda na dłoń i pali natychmiast: - Duży apetyt, małą inteligencję.

III.  POTRAWY

             Filozof jako człowiek potężnych gabarytów lubił dużo i dobrze zjeść. Kiedy pewien ichtiolog zapytał go: –  A wie pan do jakiej rodziny należą śledzie, Fiszer spokojnie odpowiedział: -  Proszę pana, śledź należy do rodziny przekąsek.

            Starszy kelner w restauracji w Krakowie, zachęcony sutym napiwkiem, zapytuje uniżenie, bo Kraków słynie z tytułomanii: - Jak mam szanownego pana tytułować? Prezes, dziedzic, dyrektor? - Nie, możesz do mnie ostatecznie mówić „Boże Ojcze” – odpowiedział Fiszer gładząc swą rozwichrzoną brodę.

              Spotykam kiedyś Fiszera na Mazowieckiej, była to pora obiadowa. - Dokąd idziesz? – pyta Franc. - Na obiad – odpowiadam. - Szczęśliwy – wzdycha Fiszer – a ja już po obiedzie!

              Kiedyś Fiszer oświadcza: jestem tak objedzony, że najcudniejsze potrawy nie przeszłyby mi przez gardło. Doktor Toruńczyk, marzący o pokazaniu się z Fiszerem u modnego wówczas „Wróbla”, skwapliwie zaproponował mu udanie się do tej knajpy na pół czarnej. Siedzieli w pierwszym pokoju, gdzie mieścił się bufet. Z przyzwyczajenia Franc podszedł do bufetu i okiem znawcy zrobił przegląd. - Co to za ryba? – zapytał pokazując pięknego łososia. - Łosoś, panie dziedzicu. - Ja wiem, że łosoś, ale czy jest dobry? - Niech pan dziedzic skosztuje, wspaniały! Fiszer uległ pokusie, pochwalił łososia… i zjadł go całego. Blady z przerażenia Toruńczyk liczył pieniądze, czy mu starczy na zapłacenie tak luksusowej konsumpcji, gdy z sąsiedniej sali wyszedł rzeźbiarz Gruberski i zapytał Fiszera: - Czy jadłeś dziś sztufadę z makaronem? - Nie – odpowiedział Fiszer – a bo co? - Mówię ci, ósmy cud świata, palce lizać. - Panie starszy – zwraca się Fiszer do kelnera – daj no mi pan tej sztufady z makaronem. Biedny Toruńczyk musiał wyskoczyć do sąsiedniej cukierni, by pożyczyć pieniędzy na wykupienie Fiszera od „Wróbla”.

          A. Śliwiński  wspomina: Miałem przy sobie niewielką tylko sumkę, wdałem się więc z Fiszerem w pertraktacje. – Może pójdziemy do „Simona” na obiad, ale na coś skromnego, bo nie bardzo jestem przy gotówce – zaproponowałem. – Doskonale – ożywił się Fiszer. – Sztuka mięsa? – zapytał zniżając głos do szeptu. Propozycja została zaakceptowana. – Jedna wódeczka i małe piwko? – dodał Fiszer, gdyśmy już wchodzili do restauracji. I to zostało uzgodnione. W restauracji Fiszer majestatycznym głosem zamówił wódeczkę, sztukę mięsa i piwko. Nagle wzrok wlepił we drzwi i krzyknął na kelnera: – Da mi pan karpia, gęś i melbę! Sztukę mięsa także!  Wypada również znać najsłynniejsze powiedzenie Fiszera o jedzeniu: najlepsze są dania proste. Weźcie na przykład taki kawior, czy może być coś prostszego, a jakie to pyszne.

Fiszer – myśliciel

          Były okresy, kiedy Fiszer znikał z Warszawy, a wtedy pejzaż stolicy tracił coś ze swej malowniczości. Okresy te spędzał zaszyty w ciszy wiejskiej w Łomżyńskiem u przyjaciół. Przed dwór podjeżdżał właśnie silny oddział jazdy niemieckiej z generałem na czele. Zobaczywszy stojącego na ganku olbrzyma, generał zatrzymuje konia i pyta Fiszera: - Pan jest właścicielem tego majątku? - Nie – mówi Fiszer. - A cóż pan tu robisz? – brzmi groźne pytanie. - Zajmuję się metafizyką – odpowiada wyniośle Fiszer swym zwykłym, niezachwianym, pewnym siebie tonem.

           Przybyszewski, nie mogąc dać rady Francowi Fiszerowi w jakiejś bardzo konkretnej filozoficznej dyspucie, zachichotał szatańsko i wyszeptał: ‚Nie masz pojęcia, robaczku, jak strasznie się uśmiałem z tego wszystkiego, coś powiedział’. Na co Franc: ‚Kochany Stachu! Uśmiałbyś się tysiąc razy więcej, żebyś choć jedno słowo z tego zrozumiał’ .”

- Co pan robi? – zapytał ktoś kiedyś Fiszera. - Odłogiem leżę. Ugoruję – odparł Fiszer.  O  S. W. Reymoncie mówił: w metafizyce zupełny Boryna.  Jak mawiał sam Franz Fiszer – „Nie można wymagać od wszystkich, aby nic nie robili, bo to najtrudniejsza rzecz na świecie”.

                 Życie prywatne Franciszka Fiszera w zasadzie mniej mnie interesuje, ale środowisko, w którym przebywał, które go kształtowało, atmosfera, która go otaczała jest godna uwagi. Nieważne, co jadł, (wódkę niezbyt lubił, wolał wino), nieważne co pił, ale najbardziej interesujące z kim jadł i pił! Tamten świat błyskotliwego umysłu, intelektualnych uczt nie wróci. Na kamiennej płycie nagrobka  F. Fiszera wyryto zasłużenie: myśliciel.

Może kiedyś przyjdzie dawna moda na wspólne rozmowy, na bezinteresowność, na legendarne kawiarnie?

Korzystałam z tekstu J. Zaruby „Fiszer i jego anegdoty”   (http://niniwa22.cba.pl/fiszer.htm)

Śpiewne zaklęcie B. Leśmiana: „Panna Anna”

                                              

 Bolesław Leśmian: „Panna Anna”

Krakowianka jedna
Miała chłopca z drewna.

znana piosenka

Kiedy wieczór gaśnie i ustaje dzienny znój
Panna Anna właśnie najwabniejszy wdziewa strój
Palce nurza smukłe w czarnoksięskiej skrzyni mrok
I wyciąga kukłę, co ma w nic utkwiony wzrok

To jej kochan z drewna, zły bezmyślny, martwy głuch!
Moc zaklęcia śpiewna wprawia go w istnienia ruch
Śmieszny i niezgrabny, swą drewnianą tężąc dłoń
Szarpie włos jedwabny, miażdży piersi, krwawi skroń

Blada, poraniona Panna Anna bólom wbrew
Od rozkoszy kona błogosławiąc mgłę i krew!
Poprzez nocną ciszę idzie cudny, nocny strach
A śmierć się kołysze cała w rosach, cała w snach

A gdy świt się czyni Panna Anna dwojgiem rąk
Znów zataja w skrzyni drewnianego sprawcę mąk
Sztuczne wpina róże w czarny, ciężki, wonny szal
I po klawiaturze błądząc dłonią patrzy w dal

Dźwięki płyną zdradnie, płyną właśnie tak a tak
Chyba nikt nie zgadnie z kim spędziła noc i jak?

                 B.Leśmian to człowiek „niezbyt ładny” (określenie M. Umer), chorowity, niski (wg F. Fiszera „Zajechała pusta dorożka, z której wysiadł Leśmian”), niezaradny i pełen kompleksów. Ponieważ wychowywał się bez matki, więc całe życie będzie jej szukał w innych kobietach, stąd zapewne znajomość psychiki ludzkiej, a kobiecej w szczególności, choć powszechnie wiadomo, że najbardziej z wszystkich kobiet kochał Dunię, swoją córkę, a piękna wnuczka poety, córka Duni, Gilian Hils, zostanie aktorką, odkryta przez Rogera Vadima zagrała między innymi w „Powiększeniu” Antonioniego.

           Tytułowe imię w wierszu poety ma wiele skojarzeń.  Anna to jedno z popularniejszych imion w Polsce, po hebrajsku znaczy „wdzięczna”, nosiła je matka Marii Panny. Imię to pojawia się w wielu przysłowiach i powiedzeniach, z których należy mieć na uwadze szczególnie jedno: „Szczęśliwy, kto na świętą Annę upatrzy sobie pannę”. Anna w wierszu B. Leśmiana uosabia każdą kobietę, ale portret to niezbyt niewesoły. Zapomniana przez ludzi i Boga niewiasta musi radzić sobie sama.  Strojem, pieśnią i zaklęciami, bowiem tak  umie sprostać niełatwym zadaniom i problemom, których nikomu nie brakuje. Potem poraniona udaje wesołość śpiewem, nuceniem, graniem i różą wpiętą w wonny szal. Choć życie boli, na zewnątrz nic nie ujawnia „po klawiaturze błądząc dłonią patrzy w dal”.

           Mottem wiersza jest znana piosenka „Krakowiaczek”.  Historia jednej krakowianki, która miała chłopca z drewna zostaje w balladzie „Panna Anna” rozwinięta na Leśmianowy sposób,  przez co staje się punktem wyjścia do opowieści o kobiecie. Każdej kobiecie, bo nieważne, w jakiej się żyje epoce,  pragnienia,  potrzeby dawniej  i obecnie nie zmieniły się wiele, wbrew pozorom. Aż po ten kres, kiedy prąd wyłączą i ukaże się ONA ”cała w rosach, cała w snach”.

            W pierwszych dwóch strofach  zarysowana została sytuacja liryczna.   Wieczór,  noc, stosowny ubiór oraz element magiczny, czyli schowana w skrzyni  kukła sprawia, że  świat przedstawiony jest pełen fantazji i niezwykłości. Zwraca na to uwagę nie tyle „kochan z drewna”, co samo określenie skrzyni mianem „czarnoksięskiej”. Wszystko to stwarza atmosferę tajemniczości obecną w wielu utworach Leśmiana.  

              Jacek Trznadel stwierdza, że Leśmian jest: „(…) jednym z niewielu poetów, którzy chcieli dosięgnąć najbardziej nieosiągalnego, wyrazić niewyrażalne – nie tylko świat, ale i zaświat, nie tylko chwilę, lecz i wieczność, nie tylko ziemię, lecz i niebo”.

         Zwróćmy uwagę na  sformułowanie „tak a tak”, które wiąże się jednoznacznie z rytmem i jego powtórzeniem. Kobieta gra, stwarza muzykę i to piosenka staje się obok kukły świadkiem poczynań Anny, z tą różnicą, że śpiew towarzyszy kobiecie zarówno w nocy, jak i w dzień, przecież zwykle wszystko zaczyna się od rytmu, powtarzalności. To on wprowadza nas do świata Anny, to on ukazuje prawdy filozoficzne, to on w końcu odsłania tajemnice. Wystarczy wspomnieć o zagadce zawartej w wierszu Bolesława Leśmiana, chociaż ballada przemawia nie tylko do serca i umysłu, lecz i do pamięci: „Pieśń raz jeszcze odśpiewana, wiersz raz jeszcze odczytany – dzieją się ponownie od początku do końca”. Dlatego ponowne odczytanie „Panny Anny”, zanucenie piosenki „Krakowiaczek jeden” w niej zawartej oraz posłuchanie wersji współczesnej z 2014 roku wydaje  się przybliżyć wiersze B. Leśmiana przeciętnym zjadaczom poezji.  A może i unieśmiertelnić poetę, kto to wie?

           Śmiem twierdzić jednak, że rozwiązanie  zagadki „z kim spędziła noc i jak?” nie będzie jednak takie proste, ale spróbować można. Również pytanie „Kogóż mam prócz ciebie?” pozostanie słodkim wspomnieniem, skoro  nawet Anna nie zna odpowiedzi. Zauważmy wreszcie, że w samym słowie ‚noc’ tyle skrywanych tajemnic nigdy nie wyjdzie na światło dzienne… Tu dopiero pole do domysłów i dociekań się zaczyna…

 

 

Utrwalaj czas na krakowskim Kazimierzu

                   

            Chawa, która nie mogła żyć w carskiej wiosce wśród ludzi, którzy nie szanują innych, powiedziała do ojca: „Tate, jedziemy do Krakowa”. Skąd wiedziała, że tu żaden człowiek z pejsami nie poczuje się wrogiem, nie wiadomo. Pielgrzymie, ty również zabierz z sobą tego skrzypka na dachu, niech zagra i zaśpiewa „Gdybym był bogaczem” oraz niech przypomni nieobecny już starozakonny świat.

             Przyjdź na Kazimierz w czasie 27 edycji Festiwalu Muzyki Żydowskiej w dn. 24.06 do 02.07. Zrób portret tej najbarwniejszej kulturowo dzielnicy. Weź dzieci, niech otworzą wszystkie zmysły na inną wiarę, kulturę, stroje, obyczaje. Może wówczas będzie o ten jeden zapis (Żydzi do gazu) mniej, bo przecież to dorośli wpajają nienawiść do inności, nacji, koloru skóry, religii. Nie wierzą, że im więcej ludzi  d z i e l i  inność,  tym są bogatsi, bo mają więcej do zaoferowania i uczą  się różnorodności. Podczas spaceru po tej  jerozolimskiej Galicji, pokażmy wielokulturowość, ponieważ program jest na tyle bogaty, że każdy znajdzie coś dla siebie. I tak można zjeść drugie śniadanie w Chederze  na ul. Józefa 36 przy bliskowschodniej muzyce Nimroda Azzoulay’a (pamiętajmy, że to szabat, więc bez komórek i laptopów) za to można poczytać, posłuchać muzyki i odpocząć. Dla dzieci przewidziano warsztaty (26 – 28.06), aby mogły poznać dzieje Kazimierza. Można przyjść na spotkanie  z W. Jagielskim, P. Smoleńskim, M. Gutowskim….(C K Ż, ul. Meiselsa 17) albo na wykłady biblistów, (wszystko pod znakiem  syndromu Jerozolimy),  bądź na koncerty, a tych mnóstwo: w synagodze Tempel, Alchemii, Teatrze Nowym, Chederze, Barce, aby posłuchać tradycyjnej muzyki klezmerskiej, muzyki kantorów, jazzu P. Shapiro, „Iraq’n'roll”, L.Kozłowskiego…Nie sposób wszystkich wymienić. Instalacja „Jerusalem Soundscape” pod Halą Targową pozwoli poczuć się przez chwilę, jak w Jerozolimie, by odsłuchać odgłosów odległego targu Mahane Yehuda z Jeruzalem.

           Przyjdź na Szalom (szalom znaczy pokój) przy ul. Szerokiej na najbardziej roztańczony wieczór w dn. 1 lipca oraz na popularną imprezę didżejską na pokładzie Barki na Wiśle. Zaprowadź siebie i dzieci na krużganki klasztoru Ojców Dominikanów przy ul. Stolarskiej 12, aby zobaczyć wspaniałą wystawę zdjęć Jerozolimy z XIX i XX wieku od 25.06 – 30.09  (od 10 -18): Góra Oliwna, Stare Miasto, suki (targi). J. Makuch twierdzi, że „tam został napisany  pierwszy rozdział ludzkości, tam zostanie też zapisany ostatni”, przecież chrześcijanie również wierzą, że Sąd Ostateczny odbędzie się w Dolinie Jozafata. Otworzy się ta Brama Miłosierdzia (czyli Złota, ale tam jest też cmentarz muzułmański, bo religie łączą się z sobą) i ukażą się dwa mosty: jeden z papieru, drugi żelazny. Na żelazny wejdą pełni pychy i buty, więc runą w czeluście piekielnych mocy. Ty wybierz papierowy,  albowiem pełni miłości, dobroci i wiary przejdą po papierowym bezpiecznie, aby żyć wiecznie.

             Spotkaj się na tej ulicy Kupa i wytłumacz pochodzenie nazwy. To nie od ekstrementów, a od słowa ‚mnóstwo’. „Kupat-cdaka” to po hebrajsku ‚puszka ofiarna’, synagoga Kupa została zbudowana ze składek wiernych. ”Kupat Cholim” z hebrajskiego Kasa Chorych to żydowska instytucja ubezpieczeniowa. Kupa kojarzyć się powinna z mnóstwem kasy i niczym więcej. Nazwa ulicy nie odmienia się, więc nikt na Kazimierzu nie mieszka na Kupie. 

           Pod koniec czerwca spróbujmy pielgrzymować na krakowski Kazimierz, aby być bliżej świętego miasta – Jerozolimy. Skoro w małej Anatewce była równowaga, marzenia skromne, wszyscy ludzie braćmi, to powtórzmy za uczniami, którzy zobaczywszy nauczyciela mówili:  ”Shalom aleichem” – pokój z wami, pokój na ziemi.

             Pokój wam, wszystkim ludziom  na naszej Ziemi.