Ta nasza Mania o genialnym umyśle

            wieza eifla

            Czytasz, że to podwójna noblistka, mąż prawie ideał, dwie wspaniałe córki, wykłady na Sorbonie, dom w Paryżu i od razu myślisz: ta to miała szczęście. Tymczasem jej życie – jak życie każdego z nas – nie rozpieszczało, nie było usłane różami, a nawet trzeba to mocno wreszcie wyraźnie powiedzieć: rzucało kłody pod nogi. Jak to życie…  Maria Salomea Skłodowska zwana przez wszystkich Manią w wieku jedenastu lat straciła matkę, więc zatracała się w książkach i co rusz miewała depresje.

             Po ukończeniu Żeńskiego Gimnazjum Rządowego chciała się uczyć dalej, ale – jak wiemy – w Polsce dziewczętom wstęp  na studia był wzbroniony, zatem została guwernantką. Poznała swoją pierwszą miłość, Kazimierza Żórawskiego, ale jego rodzice nie zgodzili się, by ich syn ożenił się z jakąś tam guwernantką. Znów wróciła „czarna melancholia”.  Kiedy siostra zaproponowała przyjazd do siebie i studia w  Paryżu, skorzystała i była jedną z dwudziestu trzech kobiet, które studiują na Sorbonie. Pochłonięta nauką, zapominała o jedzeniu, a kiedy dostała stypendium, już nie głodowała. Sytuacja powtórzy się po poznaniu Pierre Curie. Zaabsorbowani doświadczeniami, nie potrafili powiedzieć, czy i co jedli na obiad. Stany depresyjne wracały.

         Po ślubie (a w ramach podróży poślubnej pojechali na rowerach do przyjaciół), kiedy na świat przyszła Irena, trzeba było nauczyć się gotować, studiować przepisy o karmieniu niemowląt, opiekować się córką, przechodzić koklusze, szkarlatyny i cały czas prowadzić badania w laboratorium. Biografowie jakoś nie pokazują tej codziennej prozy życia, a trzeba było wyjść, by nakarmić dziecko, ugotować, sprzątnąć, łatać ubrania. Wówczas nie kupowało się co sezon nowych. Tak długo cerowała swoje suknie, że nie nadawały się do noszenia. To czasy, gdy półfabrykatów ani gotowców nie było, więc ubrania przy fizycznej pracy niszczyły się szybko. Dołączyły się ataki paniki, czy opiekunka dobrze zajmuje się dzieckiem. To codzienne gotowanie (nie było lodówek), robienie dżemów (a wyborne robiła z agrestu), dbanie o dom, o dzieci musiała pogodzić z precyzyjnymi pomiarami, wyliczeniami, weryfikowaniem wyników, powtarzaniem po wielekroć eksperymentów, studiowaniem, czytaniem i pisaniem prac naukowych. I we wszystkim chciała  być perfekcyjna.  Etapy przetwarzania ton rudy wymagały siły fizycznej, a mieszanie godzinami tym prętem większym od niej samej, nie należało do przyjemności dla młodej dziewczyny. To obsesyjna harówka, tym bardziej, że romans z radem trwał całe jej życie. Laboratorium, czy szopa raczej,  była zimna zimą, a gorąca latem, a przecież godzinami tu pracowała w samotności. Palce miała całkiem spalone od radu, twarde jak cement, z nawracającymi bolesnymi spękaniami. Widać było, że  zawarła swoisty faustowski pakt, ale zapomniała, że jest tylko kobietą, czyli jak słyszeliśmy niedawno osobą słabszą i mniej inteligentną.  Zacofanie wraca i nie udajmy, że go nie widać. 

            Pani Curie i pan Curie pracują cały czas razem, ale nie ma co udawać, że doceniano ich jednakowo. Mimo że otrzymała tytuł profesora, ten zarezerwowany był tylko dla mężczyzn, jej przysługiwał tytuł „madam Curie”. Podczas wręczania Nagrody Nobla dla nich dwojga, Piotr miał miejsce na podium, ona wśród publiczności. Po śmierci męża, kiedy znów zaczęła walczyć z depresją, męska część naukowców zaczęła pisać, że teraz to już nic nie osiągnie, bo to mąż za nią pracował. W chwili śmierci Piotra młodsza córka, Eve, ma czternaście miesięcy, więc siłą rzeczy musiała zająć się małym dzieckiem i starszą córką. Zaimponowała mi, ponieważ postawiła na rozwój kompleksowy ciała, ducha i umysłu swoich dzieci. Starsza poszła w ślady matki, także noblistka, a młodsza  została dziennikarką i pianistką.  Po opublikowaniu dwutomowej „Rozprawy o promieniotwórczości”,  zadrość kazała kolegom wzdychać, że : „Ta biedna kobieta napracowała się bardzo ciężko, ale niezyt przydatna” praca, ma się rozumieć, a jej wykład o „pozytwnych wynikach leczenia raka radem”, wybuczeli. Kiedy kandydowała do objęcia katedry fizyki, dowodzono, że byłoby to zagrożeniem jej kobiecości, wszak „nauka jest dla kobiet bezużyteczna”. (Ten dziewiętnastowieczny pogląd obecnie jest szerzony w Polsce przez europosła, który wbrew nauce twierdzi, że kobiety są mniej inteligentne. Zamiast wybuczeć posła, wszystkie stacje utrwalają jego lans kobietami).

           Kiedy zdarzyło się jej zakochać, wylano na nią tony hejtu i odsądzono od czci: „Jest dokładnie tym, za kogo ją zawsze uważałem – skończoną idiotką” – pisał w szmatławcu Boldtwood. Domagano się opuszczenia kraju. Żadna z tych rzeczy nie miałaby miejsca, gdyby Maria była mężczyzną. Ale nie była, więc oskarżano o rozbijanie związku, choć w rzeczywistości go już nie było, nazywano rozwiązłą,  a przecież nią nie była, wypominano, że była – o, zgrozo – cztery lata starsza, a jakby i tego było mało – podobno była Żydówką, choć wiadomo, że rodzina nawet w zamierzchłej przeszłości żydowskich korzeni nie miała. Ale cóż szkodzi posądzić, zanim się dojdzie do prawdy, coś na rzeczy zostaje. 

           Romans panu Langevinowi nie zaszkodził, a nawet wywindował go w górę, Maria przypłaciła ostracyzmem środowiska naukowego, depresją, zdrowiem, ważyła czterdzieści sześć kg. Ludzie  wciąż potykają się o tę moralność, choć prawdę powiedziawszy, co kogo powinno obchodzić z kim kto idzie pod rękę przez życie, a także co robi pod kołdrą. (Ironia losu, bo wnuk Langevina ożenił się z Helene Joliot, wnuczką Skłodowskiej – Curie). Szczęście znów Maria ulokowała w pracy.

             Pracowała bez zabezpieczenia, więc choroba popromienna dała znać bólami, osłabieniem, szumem w uszach i niedowidzeniem. Kiedy w poł. lat dziewięćdziesiątych rodzina postanowiła przekazać dzienniki, pamiętniki Bibliotece Narodowej w Paryżu, trzeba było widzieć miny obdarowanych, gdy licznik Geigera szalał i dopiero zwolnił po dwóch latach intensywnego odkażania!

        Nasza Maria mówiła: „Ja zaś myślę, że w każdej epoce można mieć życie interesujące i użyteczne, a o to głównie chodzi, aby go nie zmarnować”.  I w tym się mieści oczywisty geniusz w jej nieoczywistej odsłonie. Sama się potem dziwiła, że tyle przeszła. Uważała, że „niczego w życiu nie należy się bać”, a nawet lepiej, gdy nie mamy pieniędzy, ponieważ nie jesteśmy wystawieni na pokusy i rozrzutność. O, Mario, kto tak dziś myśli. Jej wystarczyły szklane fiolki  z małymi cząstkami bromku radu, nam już zapewne nie wystarczą. Trzeba przypomnieć, że to o Pani Marii powiedział A. Einstein: „Pani Curie jest – z wszystkich ludzi na świecie – jedynym nie zepsutym przez sławę człowiekiem”.