Ten klejnot wiekami szlifowany, czyli stary dobry Kraków

               Historyczne oblicze starego grodu Krakowa znane jest z tradycji, kultury i historii, tu każdy kamień przypomina wiele tym otwartym, ciekawym świata i ludzi rodakom.

         Przystańmy przed Bramą Floriańską zw. Bramą Chwały. Tędy przejeżdżali królowie zdążający Drogą Królewską na Wawel. Jak wiadomo,  tę bramę od wyburzenia uratował jeden z rajców, uzasadniając, że na ul. Floriańskiej będą przeciągi, a wszyscy bali się wiatrów. Argumentacja była taka: „kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluksje, reumatyzmy, a może i paraliże”. Tak  więc strach przed fluksjami uratował bramę. Ale uwaga, studenci! Tędy nie powinni przechodzić żacy I roku studiów, jeśli chcą go zaliczyć. Oblałeś, studencie egzamin? Wiadomo dlaczego, pewnie przeszedłeś niechcący tą bramą.

            Ulica Floriańska wzięła nazwę od zacnego świętego Floriana, patrona strażaków i jako jedna z pierwszych w Krakowie była ulicą brukowaną. Pod koniec XIX wieku  tu zaczynała się linia tramwaju konnego; później przekształcona w tramwaj elektryczny. Kamienica nr 6 to dom „Pod Okiem Opatrzności”. Na pierwszym piętrze znajdziesz Lost Souls Alley, interaktywne muzeum strachu. Z tego wniosek, że to miasto ma swoje ciemne oblicze. Pod 14 znajduje się hotel „Pod Różą”. Tu mieszkał m.in. F. Liszt, car Aleksander, a na drzwiach sentencja: „Niech dom ten przetrwa w tak odległe lata, dopóki mrówka morza nie wypije, a żółw całego nie obieży świata”.  W hostelu Tutti Frutti można w budce kupić ciepły posiłek, gdy wracasz z eskapady zmęczony nad ranem. Z kolei kamienica nr 41 to „Dom Jana Matejki”, obecnie muzeum pamiątek po artyście. W kamienicy Bełzowskiej (nr 45) znajduje się najsłynniejsza cukiernia „Jama Michalika”, siedziba artystycznego kabaretu „Zielony Balonik” oraz miejsce spotkań krakowskiej bohemy. Trzeba sobie wyobrazić ciemne peleryny młodopolskich artystów, nocne dyskusje światłych rodaków atakujących kołtunerię, zakłamaną moralność oraz  zobaczyć występy satyryczne do tekstów T. Boya – Żeleńskiego. („Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie, Polska jest klerykalna. Kina ani dansingu nie otworzy nikt bez święconej wody”). Ale patrz, pan, tacy do przodu, a o gender nie słyszeli.

       Na rogu ul. Floriańskiej z placem Mariackim znajduje się dom Pod Murzynami. Tu mieściła się słynna apteka „Pod Etiopami” sprzedająca egzotyczne leki podobno z wielu kontynentów. I pomyśleć, że chwyt marketingowy znany był już w  XVI wieku, w dodatku przynosił efekty. Dwaj Murzyni spoglądający z narożnika na krakowian spowodowali, że wymyślne leki sprowadzane prosto z Afryki, dobre były na wszystko i leczyły każdą chorobę. Taka sutherlandia pełna cudów, potrafiła umarłego z grobu wskrzesić, agathosma betulina leczyła kaca, mutuwe znieczulała, afrodyzjak bulbine natalensis wpływał na potencję, czarci szpon łagodził bóle stawów, zmielone kły uśmierzały ból zębów a magiczne nasiona noszone na szyi broniły organizm przed chorobami. Egzotyczne lekarstwa szły jak obecnie ciepłe bułeczki. Tu ciągnęły tłumy także po inny lek, jakim było przedniej jakości wino, dozowane jako lekarstwo. I literaci też się tu leczyli, więc chwalili:

            „Przystanęliśmy pod domem / „Pod Murzynami” / (eech, dużo bym dał za ten dom) /  i nagle: patrzcie: / tak jak było w telegramie: /przed samymi, uważacie, Sukiennicami: / ZACZAROWANA DOROŻKA, /  ZACZAROWANY DOROŻKARZ, / ZACZAROWANY KOŃ.”  (K. I. Gałczyński). Obecnie znajdziemy tam tablicę upamiętniającą „zaczarowaną dorożkę” i jej twórcę. Współcześnie to już nie dorożki, fiakry, czy dryndy, teraz to ozdobne  karoce ze strojnymi dorożkiniami na koźle. Rewia mody na miarę czasów.

          Na ul. św. Jana istniało źródło wody solankowej, a znajdowało się ono u wylotu ulicy. Na potwierdzenie słów XIX-wiecznych uczonych dobrze byłoby wykonać odwiert. Tego typu studnia z solankową wodą stałaby się niemałą atrakcją Krakowa. Kto wie, może tryśnie tu kiedyś źródło solanki? Trakt tej najspokojniejszej ulicy rozpoczynają przy samym rynku dwie odmienne kamienice: modernistyczny „Feniks” (ile było oburzenia z powodu nowoczesnej formy) i renesansowy pałac Bonerów (obecnie eksluzywny hotel z tarasem widokowym na Rynek). Warto zajrzeć do Muzeum Czartoryskich, gdzie  najcenniejszym dziełem  jest „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Pod 14 znajdziemy dziwną krainę zwaną Mleczkolandem, w której kupić można kubki, jaśki, koszulki, a nawet slipki z niezbyt przyzwoitymi rysunkami, wiadoma rzecz, przecież to autorska galeria Andrzeja Mleczki.

           Ulice św Anny, Gołębia i Jagiellońska to obszar dawnej dzielnicy uniwersyteckiej.  Kto po tych ulicach nie chodził! Przy Jagiellońskiej znajdowała się kiedyś główna siedziba tej uczelni, Collegium Maius, obecnie muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Życzyć należy, by ta „nauk przemożnych perła” nigdy nie zeszła poniżej swojego poziomu. Na końcu ulicy znajduje się Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej. Tu reżyserowali: Grotowski, Swinarski, Kieślowski, Wajda, Holland.

          Dochodzimy do Rynku. Nadal jest pewne, że gdyby w Milionerach zapytać, gdzie stoi kościół Mariacki, większość odpowiedziałaby bez namysłu: w Rynku. Tymczasem stał i stoi od zawsze na pl. Mariackim. Na Rynku mieści się najstarszy w Krakowie kościół św. Wojciecha. Kiedyś wchodziło się do niego po schodkach do góry, a obecnie w dół z powodu podwyższania Rynku przy każdej modernizacji, co dało aż 2 m. Wypada wiedzieć, że krakowskie przekupki są ugrzecznione, jako że niegdyś za używanie przekleństw były zamykane w wiklinowych koszach. A pod 16 u Wierzynka podawana jest zupa z gołębia. Widać nie ma na nią za wielu amatorów, skoro gołębi nadal zatrzęsienie. Rynek nie tylko gołębiami zabrukowany, ludźmi również był zawsze zatłoczony. To przeludnienie wynikało także stąd, że każdy szanujący się krakauer chciał mieszkać w obrębie Plant, oczywiście, by nie być posądzonym, że pochodzi ze wsi.

             Pewnej nocy rozbawieni krakowianie wylali się z Piwnicy pod Baranami. Gdy z wieży Mariackiej spłynął hejnał, jazzman Andrzej Kurylewicz, wyciagnął swoją nieodłączna trąbkę i „wspomógł” hejnalistę. Przechodzący nieopodal nocny patrol bez poczucia humoru wlepił artyście mandat, co znaczyłoby, że hejnał grany z góry na dół – to dawna tradycja, a z dołu do góry – to ewidentnie karalne zakłócanie ciszy nocnej.

           W Sukiennicach wisi bratobójczy (braci budujących dwie mariackie wieże) nóż, którym to ponoć złodziejom obcinano uszy, a obok wejścia do Mariackiego wiszą dzwonki za konających. Wierzono, że umierający szybciej zejdzie z tego świata, a ten, kto się za niego modli, otrzyma 40 dni odpustu.

            Turysto, wejdź koniecznie do podziemi Rynku, aby zobaczyć najnowszy oddział Muzeum Historycznego, czyli  multimedialne widowisko przenoszące w dawny świat miasta.

           Ten stary, dobry Kraków czasem przyrównywany do Wiednia, skrywa wiele tajemnic. I prędzej kijem Wisłę zawrócisz, aniżeli poznasz dogłębnie historię wszystkich ciekawych miejsc tego miasta.

Profesjonalne zdjęcia zrobiła młoda i zdolna krakowianka. Proszę odwiedzić stronę, a jeśli się spodobają, gorąca prośba o polubienie strony:

                    
https://www.facebook.com/zaparatemprzezswiat/?ref=ts&fref=ts

A tu link do zdjęć Krakowa zrobione przez pasjonatkę fotografii:

                                          Kraków

Zobacz tę grację starych uliczek Krakowa

        Czas zatrzymał się w starych uliczkach Krakowa. Do tego miasta się nie przyjeżdża, tu się wraca, by pooddychać atmosferą, by zanurzyć się w przeszłość, by poznać historię. I niech ten skansen, jak mawiają zawistnicy, trwa jak najdłużej. Niechże  A. Sikorowski dalej śpiewa, by nie przenosić stolicy do Krakowa, a  najsławniejsza ul. Bracka niech ciągle moknie w deszczu piosenki Grzegorza Turnau:



           Najpierw udaj się na spacer Plantami, które powstały w wyniku wyburzenia murów obronnych. Planty to zielone płuca miasta, które obejdziesz w niecałą godzinę. Przypatrz się fasadom mijanych budynków.  Barbakan zw. Rondlem to najciekawszy zabytek w europejskiej skali z zachowanymi fragmentami obronnych murów. Według ezoteryków to okultystyczne centrum, magiczny punkt połączenia aż z Wawelem. A jeszcze ta magiczna liczba siedmiu wieżyczek, przy czym ósmą tajemniczą mogą zobaczyć nieliczni, a niektórzy dopiero… w dniu Sądu Ostatecznego. Obok leży ten kamień, który potrafi zabrać nasze troski. Trzeba tam być, aby pozbyć się kłopotów, ponieważ tylko w obrębie Barbakanu magia działa. Wiadomo od dawna, że magia i mistyka to drugie nasze życie, które jak ten cień wlecze się za nami. Barbakan to również niezwykły teatr pod gołym niebem. Podobno J. Styka  krajobraz „szpecił” obrazami aż mu prezydent musiał zabraniać. Tu wystawiono zakupiony wóz Drzymały. I tu odbyło się widowisko A. Polewki „Igrce w gród walą”: „Weźmij Kraków nasz do nieba i opraw go w gwiazdy”. I pomyśleć, że po latach temu zakochanemu w mieście Polewce odebrano ulicę i pomnik.

        Nie zapomnij zobaczyć tablic przy ziemi postawionych w miejscach dawnych baszt: mydlarzy, grzebieniarzy, miechowników… Potem zobacz ławeczkę poświęconą matematykom S. Banachowi i O. Nikodymowi (m.in. analiza funkcjonalna, równania różniczkowe) oraz literackie ławeczki J. Przybosia, M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, T. Peipera, T. Kantora, W. Szymborskiej… Wszystkie ławki opatrzone zostały specjalnymi tabliczkami, na których obok nazwiska autora znalazł się również specjalny kod QR. Po jego zeskanowaniu trafiamy bezpośrednio na stronę internetową, gdzie przeczytać można fragment tekstu autora i posłuchać jego nagrania w polskiej i angielskiej wersji językowej w interpretacji m.in. M. Kondrata, M.Stuhra, B. Szyca.

           Plantami dochodzisz do placyku zwanego krakowskim Nowym Światem, czyli Placu na Groblach. Nazwa pochodzi od grobli odcinających rzeczkę Rudawę od placu targowego. Najbardziej znanym budynkiem jest I Liceum im. B. Nowodworskiego, budynku zaprojektowanego przez J. Sarego wybudowanego w latach 1897-1899, a wokół większość kamienic pochodzących z końca XIX wieku.  Pod nr 3 mieszkał malarz K. Tichy oraz publicysta K. Pruszyński. Pod nr 12 mieszkał u J. Garyckiej znany artysta Piwnicy pod Baranami P. Skrzynecki. Po kabarecie pukano w okno, kilka cegieł, panowie podsadzali panie, wchodzono oknem, aby nie budzić ciotek. Lista gości imponująca:  Penderecki, Demarczyk, Wańkowicz, Mrożek, Łomnicki, Hanuszkiewicz, Osiecka, Hasior, Wajda… A na drzwiach napis: „Wejdźcie, którzyście utracili wszelką nadzieję.” Czy to możliwe, Matko święta, by ktoś to jeszcze pamiętał? Niestety, na kamienicy tablicy brak. W najbliższej przyszłości pojawi się zapewne mosiężna ze złoconymi literami z napisem bank.



                   Wracasz obok Wawelu, zwróć uwagę na neogotycki budynek seminarium, nieopodal stoi pomnik T. Boya-Żeleńskiego, legendy młodopolskiego Krakowa. Skręcasz w Kanoniczą, tu „niemal każdy dom był mieszkaniem znanych w historyi mężów, to z dobroczynności, to z zasług, to z nauki.” Najbardziej urokliwa ulica, gdzie mieszkali sami znani. Pod nr 5 siedziba Cricot 2 i stąd w 1990 wyruszył karawan wiozący trumnę z ciałem T. Kantora. Pod 19 miał według tradycji mieszkać św. Stanisław, ten ze Szczepanowa, obecnie Muzeum Archidiecezjalne. W Domu Długosza miał pracownię miał F. Wyspiański, ojciec Stanisława. (Należałoby brać przykład z postawy dramatopisarza, którego Franciszek Józef mianował profesorem. S. Wyspiański odesłał akt z adnotacją, iż od cesarza austriackiego żadnej posady nie przyjmie. Postawa godna naśladowania). Dalej pałac Floriana z najpiękniejszym renesansowym portalem, pałac Erazma  Ciołka, obecnie mieści się oddział Muzeum Narodowego, pałac S. Maciejowskiego, obecnie Instytut Hist. Architektury Politechniki z groźnym napisem: ”CK Inkwizytoriat Sądowy”. Na parterze Domu pod Trzema Koronami działa kawiarnia „U literatów”, gdzie na żywo można było spotkać noblistów. Kanonicza Street, gdyż większość kamieniczek była własnością kanoników, członków kolegium duchownego przy katedrze wawelskiej.

            Skręć placem św. M. Magdaleny na ul. Grodzką.  Naprzeciw znajduje się barokowy kościół św. Piotra i św Pawła. Przed kościołem rzeźby apostołów. Istnieje anegdota, że to najmniejszy kościół, skoro nawet apostołowie się nie zmieścili.  Ale ogrom  tego kościoła widać po kopule, gdzie wręcz można urządzać doświadczenia z wahadłem  Foucaulta, a w podziemiach pochowano ks. P. Skargę, który na próżno tępił te brzydkie przywary Polaków. Na tej ulicy znajdują się (w końcu to jest Kraków) jeszcze trzy kościoły: romańska budowla kościoła św. Andrzeja,  średniowieczny św. Idziego i św. Marcina (na portalu napis:”Na próżno żyje, kto nikomu nie przynosi pożytku”), a były jeszcze dwa. Dom nr 1 to kamienica „Pod Łabędziem” (lub kamienica Celestyńska). Od strony podwórza powstała znana kawiarnia „Lili”, która stała się nieoficjalną siedzibą artystów, literatów i satyryków. Kto tu nie bywał! (Gdy rozległ się okrzyk wycieczki szkolnej „Wodecki”, młodzież natychmiast ruszyła za piosenkarzem, a po drugiej stronie została sama wychowawczyni). Wreszcie te kamienice Liberzyńska,  Prymasowska, Korzeczkowska, Pod Elefanty, Pod Kozłem, Collegium Broscianum UJ, Collegium Iuridicum UJ, dawny Arsenał  Królewski, Dom Wita Stwosza, Pałac Szaniawskich. W  Dworku Odrowążów nr 60 mieszkał M. Rej, pod nr 22 ur. się H. Modrzejewska, a pod 13 był najbardziej eksluzywny sklep bławatny, marzenie elegantek. Ulica nazywa się Grodzka, ponieważ prowadziła do grodu, inaczej królewski trakt. Tędy jeździły konne tramwaje.

        Dochodzimy do placu Wszystkich Świętych, tu należy dostrzec na tle pałacu Wielopolskich pomnik J. Dietla, rektora UJ, pierwszego autonomicznego prezydenta, balneologa. Jemu zawdzięczamy, że krakowianie zaczęli pozbywać się kołtuna (wierzono przecież: jeśli kołtun zetniesz, to niechybnie umrzesz). Otóż rozsądny Dietl obwieścił, że będzie pobierany znaczny podatek od każdego kołtuna. I ludzie  s a m i  z własnej , nieprzymuszonej woli zaczęli się strzyc. A my wciąż nie wiemy, jak poradzić sobie z nadmierną prędkością. Od Rynku  skręcamy w najsławniejszą w Polsce ulicę (dzięki G. Turnau) Bracką, a nazwa pochodzi od Franciszkanów zw. braćmi mniejszymi. Ulica krzywa, krótka i zabytkowa.  Dom Orkana – nr 1,  kamienica Hetmańska Ossolińskich i Branickich nr 4, narożny z Gołębią –  Ankwiczów, pod 9 mieszkał współtwórca Plant – F. Straszewski. „Nowa Prowincja” sławna z gęstej czekolady w sam raz na deszczowe dni. Podniszczone ławki z dziurą na kałamarz, bibeloty z PRLu, klimat duszny, dekadencki. „Gdy zapytałem dokąd w noc idzie kompania cała, odpowiedzieli: jeden krok na Bracką do Turnaua”. Wiadomo: „W tej pakamerze  ”każdy krakowianin: goły i inteligentny” (L. Mazan).

           Ech, legendarny Kraku, gdybyś wiedział, ilu ludzi jest zauroczonych twoim grodem. Przybyszu, wróć i Ty, by przewietrzyć ten miejscami zatęchły krakówek i zobaczyć „Co się w duszy komu gra, / co kto w swoich widzi snach”. Zapamiętaj, że barw Krakowowi dodają wyjątkowi ludzie, nie kamienie, więc śpiewaj razem z Piwniczanami: „Wpadnij Pan choć na pół papierosa”.

Proszę kliknąć, by otworzyć zdjęcia Pawła:

Zdjęcia

 

 

Piwnica Pod Baranami trwa na przekór szarym, smętnym dniom

           Minęły kolejne dekady, świat się zmieniał, a Piwnica pod Baranami śpiewała: „Na naszej wyspie / żyjemy wszyscy / śliczni i czyści…” Jedyny w swoim rodzaju taki kabaret, oaza wolności, azyl niezależności i swobody. S. Mrożek wspominał: „Piwnica w tym naszym dość jałowym życiu krakowskim świeciła jak jutrzenka.” Klub był elitarny, skupiał inteligencję, przyciągał studentów, prawników, lekarzy, dziennikarzy, gdyż tu można było mówić bez ogródek, nikt nie przejmował się cenzurą. Iluż artystów   karmiło publiczność absurdem, polityką, sztuką. Artyści przychodzili, odchodzili, ale jakość była najważniejsza od zawsze. „Ja minę, ty miniesz, on minie, mijamy…”

          Trzeba i to zaznaczyć, że dawniej większa była niezależność i większa wspólnota ludzi. To są radosne, aczkolwiek biedne czasy, gdyż nie mieć pieniędzy nie oznaczało wstyd, ale raczej był to powód do normy. Początkowo za występ zapłata wynosiła równowartość 50 g wódki. Kto ze współczesnych zaśpiewa choćby i za całą flaszkę? Był ten patos, ale także drwina, błazenada i dobra zabawa. Piotr Skrzynecki wspominał, że pamięta improwizację, kiedy występowały cztery osoby, bo reszta nie mogła, pamięta rzucanie krzesłami, więc pogotowie musiało do rannych przyjechać. Obecnie nie do pomyślenia, jak i to, że każdy robił to, co lubił w tym nocnym szaleństwie muzyki, poezji, wszak hasło Piwnicy brzmiało: Jak się sami nie zabawimy, to nikt nas nie zabawi (powtórzone przez Skrzyneckiego za Montaigne’em). Zostają wspomnienia, jak choćby tego rautu w Wierzynku, gdzie rozdawano prezenty, zatem Grechuta dostał kredki, Warchał skarpetki, a Turowicz marcepan. Zgrzebność owych czasów nie do powtórzenia, choćby trud załatwienia materiałów, świec, strojów. A kto wam dziś usprawiedliwi nieobecność nietrzeźwością? Nikt. Gdyby rzucano w publiczność płaszczami, wieszakami i innym sprzętem, czy budzono żeński akademik o czwartej nad ranem okrzykami: mamy rzodkiewkę, przyszliśmy na śniadanie, to pewnie bulwarówka miałaby o czym pisać nie tylko jeden tydzień.

            Polityka też była zawsze w kabarecie: władze Półtuska ogłosiły, że zmieniają nazwę na Półtoratuska, przy czym nazwa „nie jest perfidnym nabijaniem się z J. Kaczyńskiego”. Ewidentnie widoczny był także wśród PIWNICZAN powszechny brak szacunku do cnoty abstynencji, podobno z powodu … nieschematycznego myślenia. Kiedy wódki nie można było kupić, wystarczyło iść na melinę, by potem przy bułce ze śledziem dyskutować do tego białego dnia. Jak ja lubię skandale – wzdychała H.Wyrodek – „Cóż poradzę, że gdy się napiję wódeczki, to nie wszystkich lubię.” Trzeba było mieć piwniczny charakter, by przetrwać w zdrowiu owe Zaproszenia na Piotrowiny (wykwintne bicie świni, przymierzanie trumien), szalone bale (w Pieskowej Skale, prywatnych mieszkaniach), bal w Feniksie „Komuno wróć”, Noc paryską na Floriańskiej itepe. Sławne były striptizy z rozbieraniem z napisów przyczepionych do ortalionowego płaszcza  („stopa życiowa”, „mąka”), czy roznegliżowywanie globusu.

        Nie byłoby świętych sobót legendarnego kabaretu bez: S. Mrożka, G.Turnau, W. Dymnego, Z. Koniecznego, H. Wyrodek, Z. Preisnera, A. Szałapak, J. K. Pawluśkiewicza, G. Turnau, T. Kwinty, B. Nawratowicz, M. Święcickiego, A. Warchała, L. Długosza, P. Ferstera, E. Wnukowej, B. Micka, L. Wójtowicza, J. Wójcickiego, B. Rybotyckiej, O. Maurer, K. Madeja, Z. Raja i oczywiście P. Skrzyneckiego: „Niech żyje śmiech, / Niech żyje szał”. Piwnica zamierała, gdy na scenę wkraczał Czarny Anioł, niezwykła E. Demarczyk ze swymi przebojami, a Z. Konieczny nie doczekałby się opinii, że jego „muzyka zgwałciła tekst M. Białoszewskiego „Karuzela z Madonnami”, śpiewany przez E. Demarczyk. Kto pamiętałby niezaprzeczalny urok pszeniczno – jęczmiennego łanu, gdyby nie słyszał piosenki M. Święcickiego oraz wspomnień L. Długosza  - „Pod Baranami też już inny czas”. Biały  Anioł, czyli A Szałapak, nazwana tak przez A. Osiecką, rozsławiła Piwnicę wykonaniem  piosenki „Grajmy Panu”, słynne „Konie Apokalipsy” interpretował J. Wójcicki, a kiedy H. Wyrodek śpiewała „Naszą młodość”, wzruszenie wszystkim odbierało mowę i dławiło w gardle.

            „A wszystko przecież miało trwać/ najwyżej pięć lat.”  Najsławniejsza w Polsce Piwnica Pod Baranami  z 1956 roku omijała dziejowe zakręty  i mimo śmierci Piotra jej geniusz  nadal trwa. W czasach obecnych otwierana jest także w ciągu dnia, młodzi czytają, słuchają, grają w szachy. Ale to już inny kabaret (patrz:Zakaz palenia). Obecnie każdy ma swoje sprawy, pilnuje interesów, żyjemy  przecież w epoce konsumpcyjnej. Ech, Piotrze, widzisz to i po policzku spływa ta czterdziestoprocentowa łza…

Galicyjski centuś i lajkonik

               Gołębiami brukowany Kraków stał się duchową stolicą Polski dla zniewolonych przez zaborców mieszkańców kraju nad Wisłą. To tu krzewiono śródziemnomorskie obyczaje, tu tworzyło się szkolnictwo, odnawiano historyczne budowle, wspierano kulturę. W Krakowie mieszkali owi sławni centusie, którzy mieli zmysł praktycznego, aczkolwiek czasem przesadnego oszczędzania. Taki swoisty komplement dla ludzi szanujących nawet te marne grosze. Kiedy jeden krakowianin dla chleba sprzedał swe ciało mające służyć studentom, a długo nie umierał, magistrat w końcu przysłał mu … urzędowe ponaglenie. A jak, porządek musi być. Warszawiacy poważali oszczędzanie, szanowali centy, więc na krakowian mówili inaczej, choć niewątpliwie pogardliwie „lajkoniki”. Jak wiadomo, co roku w oktawę Bożego Ciała na znak uczczenia zabicia chana tatarskiego Konik Zwierzyniecki ma prawo harcowania, co przyciąga tłumy gapiów.

         Krakowianin to specyficzny typ człowieka. Zauważył to K. Estreicher: „Odznacza go kultura intelektualna, polegająca na krytycznej powściągliwości, na braku skłonności do wybuchów i emocji. (…) Ma wysokie wymagania i niełatwo czasem się raduje.” Niewątpliwie wyróżnia go lubowanie się w tytułach arystokratycznych, akademickich, magistrackich, najlepiej tych nadanych przez Najjaśniejszego. Przy czym należy pamiętać, że w towarzystwie posługiwano się tytulaturą o stopień wyższą od rzeczywistej! W całej Galicji roiło się od hrabiów, radców, profesorów, doktorów.  Nadradców był taki nadmiar, że ponoć rosły  jak grzyby po każdym deszczu. Pani doktorowa to nie lekarz, a żona doktora.  Całowanie rączek każdej paniusi  i padanie do nóżek pani dziedzicowej było w dobrym tonie. Obecnie tę całą uniżoność i zginanie wpół obserwowałam w szpitalu uniwersyteckim, gdzie młodzi tak reagowali na widok sław profesorskich.

         Galicjanie kochali się w kopcach (obecnie kochamy się w pomnikach). Sypanie ku czci  Wandy, Krakusa, Piłsudskiego, Esterki (obecnie WKS Wawel), Kościuszki (ziemia wożona z Racławic),  a ostatnio Jana Pawła II na Dębnikach.  Z językiem to insza inszość. Galicjoki  stoli w tych ogonkach (znakiem tego tu nie było kolejek), kapoty wieszali na ramiączkach, zakładali elektrykę, jedli kiszkę, pili kwaśne mleko, wychodzili na to słynne pole i szli na nogach, zamiast pieszo. Jan Mikołajczyk (Jasiek z „Wesela”) tłumaczyć się musiał społeczności, że pędził rzeczywiście nocą na koniu, „ale nie z jakimiś wiciami, tylko po wódkę.”  Przy okazji podpowiem, że Legia to klub założony przez Galicjan, a i obecnie podbiera z K-wa co lepszych zawodników. Stolyca, wiadomo. 

         Jako ciekawostkę podam fakt, że Kraków miał swój Madagaskar, czyli wysepkę na Wiśle naprzeciw Wawelu. Po powodzi w 1903 r. wyspę musiano zlikwidować, zatrzymywała wodę niczym tama. Każdy musi również przyznać, że Krakowa nie ma bez hejnału. Prus, zapytany, czy wyspał się, żartobliwie odpowiedział, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wariat, który co godzina grał na trąbce. Ale też najdziwniejszym miejscem, gdzie grano hejnał, był fotel dentystyczny, kiedy hejnalista przymierzał ustnik trąbki do nowo zrobionego garnituru zębów. Odnotujmy także i to, że w Hawełce, w  legendarnym lokalu spotkań profesury, dziennikarzy prof. Creizenach podpowiedział Sienkiewiczowi  tytuł powieści podając cygaro wraz ze scyzorykiem do obcięcia końca cygara:  ”Panie Sienkiewicz, ogniem i mieczem.” Galicjanie wolny czas spędzali w kawiarniach, gdzie pachniało kawą, tortem Sachera, serowcem i chrustem. Tu toczyły się dysputy wielkiej wagi,  tu szukano natchnienia, ale i plotkowano o romansach, a primabaleriny oraz insze baletniczki przyjmowały hołdy i odbierały prezenty. A szczęśliwi  - wiadomo – kufli nie liczą.

         Galicyjska bieda była znana wszem i wobec.  80 % mieszkańców żyło z rolnictwa, z tym  że połowa gospodarstw miała mniej niż dwa ha. Chłopskie jadło to nie knajpa z baranim udźcem, a mąka gotowana na wodzie zabielanej mlekiem lub serwatką. Gotowana na gęsto nazywała się maleszka. Do tego kasza, marchew, rzepa, brukiew. Mówiono, że chłopi na tych zagonach byli podobni do żniwnych powróseł: słabi, giętcy, wiotcy. Litery CK (znaczą Cesarz i Król – oficjalny tytuł FJ I po r. 1867) zobowiązywały. Najjaśniejszy pon cysorz obecny w pieśniach w oczach swojego ludu był sprawiedliwy, sypiał na twardym, żelaznym łóżku i jadał jeno żołnierskie potrawy.  Pozwolę sobie zacytować odpowiedź Franciszka Józefa na wieść o kradzieży chleba:  ”No, no. Jak się jest głodnym, to się nie kradnie, tylko siada do stołu i je!”  ( Nadarza się okazja, by podać przepis na omlet cesarski: pięć żółtek utrzeć z cukrem, dodać pół szklanki mleka, 125 g mąki i delikatnie połączyć z pianą). Nadmienię, że L. Mazan napisał książkę pt. „Zdarzenia z życia Naszego Monarchy”, ponoć zakładki do książki wykonane zostały na wzór i podobieństwo tasiemek bielizny cesarza.

           Wypada wspomnieć, o czym mówią pieski co roku w Wielkim Pochodzie Jamników: „Nie będziemy gryżć się jak ludzie.”  Przepraszam, niechcący wyszła tu krakowska szopka. To może krakowskim targiem,  ”Gaudeamus”:



  „Hej,Radujmy się więc, dopókiśmy młodzi!  
Po przyjemnej młodości,
po kłopotliwej starości,
posiędzie nas ziemia,”

I tak jak mówi krakauerolog Leszek Mazan: „Poza Krakowem życia nie ma.

A jeśli jest, to co to za życie!”

PANIE I PANOWIE, STRASZY W TYM KRAKOWIE

                   Zbliża się ten czas, w którym duchy i zjawy przypominają żyjącym o sobie. A jest się czego bać.

    Duchy to nieszczęśliwe zjawy, które snują się po zamkach, kościołach, bezdrożach czy wieżach. To najczęściej biedaczki nieszczęśliwie zakochane, w miłości niespełnione, oszukane, wykorzystane, porzucone i biedacy, którzy porzucali, byli okrutnikami,  skracali innym głowy, oszukiwali. Snują się odziani w białe bądź czarne odzienie, luźne płaszcze, zwiewne szaty. Mają dziwne ruchy,  nieobecne spojrzenie i machają rękami. Wzbudzają lęk. Nie wiadomo, dlaczego ich zadaniem jest straszenie. Zamiast przykładnie pokutować za grzechy, zamiast naprawiać krzywdy, które innym wyrządzili, muszą pojawiać się zwykle nocną porą, gdy strach ma większe oczy i niepokoić Bogu ducha winnych bogobojnych ludzi.

duch

        W jednym z miast (proszę zgadnąć, którym), to  nawet jeden z duchów zajmuje się… rozregulowywaniem zegara na wieży. Nie wiadomo po co, chyba żeby ludzie mówili, że i zegar trzeźwy nie jest jako i ten duch. Albo dlaczego córki kasztelana Tarły muszą się kąpać w  publicznej sadzawce? Dalibóg sensu trudno szukać i nie o niego tu chodzi. Niewątpliwie, duchy lubią rozgłos, cieszą się przerażaniem,  więc uwielbiają nagle pojawiać się i straszyć  efemerydycznym wyglądem. 

       W  Krakowie najwięcej nieobecnych spojrzeń i przezroczystych postaci jest na Wawelu. Biskupi Paweł z Czarnkowa i Zawisza z Kurozwęk  pokutują za niecne uganianie się za co ponętniejszymi niewiastami. Koło czachranu gromadzi się najwięcej zjaw, tu można zobaczyć Barbarę Radziwiłłównę w bieli czy przemykającego cichcem Żyda Wiecznego Tułacza.

         W podziemiach katedry  wawelskiej w noc wigilijną zbierają się królowie pod przewodnictwem B. Chrobrego przy dębowym stole. O czym radzą, nikt nie wie, ponieważ obowiązuje tajemnica, a i drzwi są zamknięte. Co jakiś czas rozlega się pukanie i rycerz spod samiutkich Tatr spyta, czy już czas. Odpowiedź do tej pory była jedna: śpijcie dalej, jeszcze nie czas.  Śmiem twierdzić, że przespali wiele, wiele ważnych chwil. Może na jakieś wybory się obudzą?

         W magistracie straszy córka margrabiego Wielopolskiego. To ojciec postanowił skrócić ją o głowę, ponieważ nie prowadziła swego życia cnotliwie  i zgodnie z jego wskazówkami. Przed śmiercią posłał jednak do niej misjonarza, a  ten wypaplał tajemnicę jej życia i śmierci. Margrabia miał nadzieję, że nikt się nie dowie o zamurowaniu żywcem  córki. Ale to ona dziś straszy jako Czarna Dama. Wprawdzie trudno mi pojąć, dlaczego ona, a nie okrutny ojciec, wiadomo, każdy ma swoje zdanie. Z duchami się nie dyskutuje. W magistracie także pojawia się – pewnie dla odmiany koloru –  Biała Dama, czyli Urszula Dębińska, mądra kobieta od spraw moralnych. Ale po co ta stroniąca od zepsucia, uciech życia i wykształcona  dama straszy  - nie wiadomo. Wiadomo, że jest w białych, niewinnych szatach. Szkoda zatem, że duchy nie mówią, pewnie opowiedzieliby historie nie z tej ziemi.

         Ilekroć jesteś na Rynku i karmisz krakowskie gołębie, to musisz wiedzieć, że to nie są zwykłe ptaszki. To są zaklęci rycerze księcia H. Probusa, który zapragnął być królem, ale nie miał pieniędzy na koronę i podróż do Rzymu. Znajoma czarownica (wszędzie są potrzebne znajomości) postanowiła zamienić zaufanych rycerzy w gołębie, które wydziobywały drogocenne kamyczki  z wieży Mariackiej. Kiedy uzbierali sakiewkę, Probus ruszył do Rzymu, ale jak to w zwyczaju Polaków, za często gościł i bawił w karczmach, pieniądze szybko się rozpłynęły, czytaj: utopiły się w okowicie. Zaklęci w gołębie wierni rycerze jednak do dziś wyglądają swego pana, więc okupują wieżę, Sukiennice i Adasia, Mickiewicza oczywiście. Wprawdzie obecnie guano 40 tys. gołębi w Krakowie to jest problem, ale złośliwi twierdzą, że większym byłby, gdyby z powrotem gołębie zamieniły się w rycerzy i czterdzieści tysięcy chłopa trzeba było utrzymać, bo do pracy to oni nie przywykli. A co byłoby ekwilibrystyki słownej, dzielenia się na pół i  na czwór, tylko dziennikarska brać zadowolona, że temat nośny i wart rozdmuchania.

         Zaś w klasztorze Dominikanów hula duch Piotra Gamrata, prymasa polskiego, który domaga się od zakonników zapłaty za wypite wino. Po jego śmierci wino zawłaszczyli byli zakonnicy. I co do kropelki wypili, ale o zapłacie zwyczajnie zapomnieli. Może w końcu Dominikanie zreflektują się i uregulują rachunki i będzie po problemie.

        Jednakowoż czasem warto wieczorową porą posłuchać, jak przy klombie na ul. Szerokiej jęczą weselnicy, którzy zapomnieli o karze boskiej i tańczyli na weselu w zakazany piątek. Tu, gdzie teraz kwiatowy klomb, słychać błagania potępionych,  którzy rana nie dożyli za te strasznie grzeszne tańce w piątek. I tu ważna informacja dla młodych, by unikali piątkowych zabaw, jeśli nie chcą jęczeć pod jakimś kwieciem.

         Obok cmentarza Rakowickiego stała karczma „Pod Czarnym Osłem”, gdzie spotykała się krakowska bohema, która tu co wieczór zapijała egzystencjalne smutki  i brak weny twórczej. Kiedy w kieliszku ukazywało się dno, pojawiały się samobójcze myśli z piekła rodem. Odchodzili jeden za drugim, a wśród nich był i brat Boya – Edward Żeleński. Błąkają się teraz grupami, szukając w tym drugim życiu wolnego stolika na wypicie ulubionego absyntu. Zajrzyj i ty czasem w okolice Rakowickiej,  można się przy okazji załapać na jednego.

         Pewnie także nie wiecie, że Twardowski na Księżycu ma dokładne informacje, co dzieje się w  Krakowie? Otóż co jakiś czas zaprzyjaźniony pajączek wspina się po pajęczej nitce w górę i  opowiada Twardowskiemu, co się tu dzieje.  A że dzieje się, dzieje, więc wiadomo, że jest co donosić. I na kogo też. A tak by się wydawało, że ten Księżyc jest nie tylko wysoko, ale i zbyt daleko, by szpilki tam dotarły. Nic bardziej mylnego kochani, jak widać, nawet na Księżycu o wszystkim są dobrze poinformowani. 

          Po Krakowie chodzi Staś Gąska, ten prześmiewca na smutno, ten sławny błazen Zygmunta Starego, co to każdy, który chciał z nim rozmawiać, musiał sam trzy razy pomyśleć,  zanim swą gębę otworzył. Ów duch wielkiego błazna zwanego przez historyków Stańczykiem ponoć pojawił się ostatnio na Rynku i ostrzegał Polaków przed nieszczęściami. On jeden wie o czym mówi.

         Wskazówki daje również Adaś, co znany jest wszystkim ze szkoły: „Bo kto nie był ni razu człowiekiem, / Temu człowiek nic nie pomoże”, „Kto nie dotknął ziemi ni razu, / Ten nigdy nie może być w niebie”, „Kto nie dozna goryczy ni razu, / Ten nie dozna słodyczy w niebie”. Jest o czym dumać nie tylko na krakowskim bruku.

        Człowiecze, w długie jesienne  wieczory zapal świece, zaproś przyjaciół. Skubać pierza nie musisz, ale wspólne rozmowy o zgrozach tego świata, własnym niepokoju, strachu i problemach mogą okazać się bardzo owocne. I tak nawet bez tych dusz upadłych, zatopionych, ściętych, czy zamurowanych żywcem jest we współczesnym świecie  czego się bać. Duchy i zjawy przy naszych problemach żywcem bledną, odchodzą w niebyt, a nawet bawią w Halloween .

 halloween-1453449

   

O CZYM KRAK DUMA NA KRAKOWSKIM BRUKU

              Dobry dzień Wszystkim !

smok

        Nazywam się Krak i jako legendarny władca pragnę przybliżyć Wam  miasto Kraków,  moje sanktuarium, polską ziemię świętą, ponieważ uświęconą popiołami królów, świętych, sławnych ludzi, a także zabytkowymi budowlami z Wawelem na czele.  Nie dziw się, że urok tego nadwiślańskiego grodu zachwyca                                   artystów.

krak

      S. Moniuszko pisze :  ”Stanąłem jak wryty. Łzy zakręciły mi się w oku. Jestem u stóp Mariackiej wieży”.

rynek

      Niech te słowa będą zachętą do dumy i podziwu stołeczno – królewskiego miasta. W 1978 r. decyzją UNESCO Kraków został wpisany na listę dziedzictwa światowego o niezwykle wyjątkowym dla ludzkości znaczeniu. A jest co zwiedzać, skoro w samym mieście znajduje się ok. 3500 zabytków.

krakow-dworzec-glowny-polska-kolej-pociagi

      Zwiedzanie zacznijmy od starego dworca kolejowego, skąd w 1847 r. wyruszył pierwszy pociąg w kierunku Mysłowic. Wówczas był to nowoczesny dworzec Stołeczno – Królewskiego Miasta Kraków dla czterdziestotysięcznego miasta. Z przejścia podziemnego wychodzimy na Planty, które powstały półtora wieku  temu na miejscu dawnych murów obronnych. To ulubione miejsce wypoczynku krakowian.

planty

     Pierwszą napotkaną ulicą jest  Szpitalna. Tu kiedyś znajdował się kompleks budynków szpitalnych, które wyburzono, a na ich miejscu obok placu Św.Ducha postawiono w 1893 r. Teatr Miejski. Przed wejściem stoi pomnik A. Fredry, bo to jego imię miał nosić teatr. Decyzję zmieniono, dziś budynek znamy jako Teatr im. J. Słowackiego. Tu w 1901 r. odbyła się prapremiera „Wesela”  S. Wyspiańskiego. Plotkowano długo, wszak główni bohaterowie byli znani  w Krakowie. Dramat ten osnuty jest na motywach autentycznego wesela poety L. Rydla  z J. Mikołajczykówną, a gospodarzem był malarz W. Tetmajer.

teatr słow

      Idźmy dalej. Mijamy Barbakan, to resztka dawnego muru obronnego. Wieść głosi, że ta chluba Krakowa ocalała tylko dlatego, że jeden z rajców uważał, iż zburzenie go wywoła w mieście straszliwe przeciągi.

baszta

       Przed nami najruchliwsza ulica – Floriańska. Nazwę zawdzięcza bramie prowadzącej w kierunku kościoła Św. Floriana. Spróbujmy przenieść się oczami wyobraźni do epoki zwanej Młodą Polską. Słyszycie ten stukot kopyt końskich po kostce brukowej i pokrzykiwania stangretów? Po chodnikach spacerują damy w długich sukniach i sztywnych, mocno zasznurowanych gorsetach z parasolkami w rękach.

loriańska

      Właśnie przemknął prof. Akademii Szuk Pięknych, J. Stanisławski i mignął czarny surdut dramatopisarza S. Wyspiańskiego w słynnym meloniku na głowie. Za nimi Stanisławczycy, uczniowie profesora wracający z pejzażowych wycieczek, na których robili szkice z natury,  bratali się z chłopami i poznawali życie prostego ludu. Ubrani w czarne peleryny, buty z cholewami , a na głowie prześmiesznie powyginane aksamitne berety. Wszyscy kierowali się w stronę Jamy Michalika.

jama

      Tu artyści stworzyli w cukierni J.A. Michalika w 1905 r. kabaret  Zielony Balonik. Nazwa powstała od sprzedawnych zielonych baloników, kóre należało kupić za kilka halerzy, aby móc wejść. To było takie oryginalne zaproszenie. Już w drzwiach witał gości konferansjer ubrany w aksamitną kurtkę bohemy, wichrzył włosy w artystyczny nieład i pytał: „Przyszliście tutaj po co. Czy wy wiecie?” i w dowcipnych słowach zapowiadał wykonawców.

Jama Michalika 2014

      Legendę Jamy stworzył Tadeusz Żeleński, który pisał pod pseudonimem Boy. Ostrze satyry wymierzone było przeciwko głupocie, tytułomanii, biurokracji i obyczajom. Był to swoisty teatr.  Aktorów obowiązywały kostiumy, charakteryzacja, a i widzowie mieli peleryny. „Te noce Zielonego balonika był to chyba pierwszy wybuch śmiechu, jaki wstrząsnął poważne mury Krakowa” – pisał T. Żeleński. Warto tu zajrzeć, pamiętając, że na tych kanapach zasiadali ONI, legendy dawnych lat: L. Rydel, S. Wyspiański, W. Tetmajer, S. Przybyszewski, K. Górski, J. Fałat, J. Stanisławski, J. Mehoffer, J. Malczewski, T.  Żeleński.

Jama2

      Z Jamy już tylko krok do Rynku. Widać wieże kościoła Mariackiego. Wewnątrz słynny ołtarz Wita Stwosza z lat 1477 – 1489. Figury są trzymetrowej wysokości wykonane z jednolitych pni lipowych ok. 500 letnich drzew. W tej niegdyś królewskiej świątyni odbyło się najsłynniejsze wesele w 1900r. Barwny, rozśpiewany korowód z wystrojonymi we wstążki i pawie pióra bryczkami ruszył z Bronowic na ślub L. Rydla. Ten ludowy, pełen kolorów świat zachwycił artystów, dawał natchnienie malarzom, poetom.

         Każdego dnia  rozlega się hejnał z wieży Mariackiej. Podnieś głowę, przypomnij sobie żartobliwe słowa B. Prusa komentujące ten fakt:  ”byłbym spał dobrze, ale jakiś wariat grał na trąbce, co godzinę”.

rynek (2)

        Naprzeciw bazyliki znajdują  się Sukiennice. Te pierwsze kramy były kamienne, a te wzniesione przez Kazimierza Wlk były już murowane. Po pożarze odbudowane w stylu renesansowym i podwyższone o jedną kondygnację, zwieńczone attyką i maszkaronami projektu Santi Gucciego. Dziś to atrakcja turystyczna ze straganami rękodzielnictwa.

     Obok pomnik wieszcza. To pod popularnym Adasiem młodzi spotykają się na umówionych randkach. Nie zapomnij również nakarmić gołębi.

spotk pod adasiem

        Rynek to niezwykłe serce całego Krakowa. Obejdź go zaczynając od linii A-B i uważnie przestudiuj tabliczki wiszące na zabytkowych kamieniczkach. To pouczająca podróż w przeszłość. Aby zobaczyć, jak wyglądało miasto u schyłku średniowiecza, zejdź do podziemia i poczuj na własne oczy kamienne mury i fizycznie znajdź się w tamtych  czasach.

        Ruszamy ul. Grodzką, skręcamy w Kanoniczną. Tu bawił się mały Staś Wyspiański, który później powie: „co czułem, to później w kształty mej sztuki zakułem”. Dom Długosza, to tu mieszkał nauczyciel Kazimierza Jagiellończyka i tu napisał sławną „Historię Polski”.

         Dalej  to już Wawel – świadek minionych epok. Rezydencja królów z 71 salami wystawowymi o pow.7040 m2 z bezcennymi skarbami  po oglądnięciu  których wzruszenie dość długo trzyma zwiedzającego.

wawel

         Nie pomiń Smoczej Jamy, mojej legendarnej groty z dużym kamiennym jajem, którego boją się dzieci, bo podobno lada moment wykluje  się mały smoczek.  Przy placu Na Groblach zobacz  - popularnego Nowodworka.

        Kiedy będziemy wracali wąskimi uliczkami , idźmy z podniesioną głową, bo tylko  wtedy zobaczymy kamieniczki niezwykłej urody, eklektyzm godzący gotyk, romanizm, renesans, a nawet ludowość. Przypatrz się asymetrii wież, oknom, łukom, balkonom, rzeźbom. Chociaż T. Niedzielski  ”zżymał się na te wszystkie kolce, wieże, gwoździe, dzioby, cebulaste kopuły”, to pamiętajmy, że budzą i będą budziły podziw następnych pokoleń.

uczelnia

       Oczywiście życia nie starczy, aby wszystko dogłębnie poznać. Proponuję m.in. zobaczyć krakowski  Kazimierz, Skałkę, Błonie, Kopiec Kościuszki, Rydlówkę, Tetmajerówkę, Fabrykę Schindlera,  Collegium Maius, Muzeum Narodowe, Muzeum Lotnictwa Polskiego itd. Kraków ma wiele takich miejsc, w których strumień przemijającego czasu pozostawił trwały ślad dla następnych pokoleń.

vit

       Nie pomińcie kościołów. Koniecznie zobaczcie w kościele Franciszkanów witraż Boga Ojca „Stań się”  S. Wyspiańskiego. Gdy słońce zachodzi, promienie rozświetlają i podświetlają witraż,   przekształcają go w nieziemskie zjawisko. Każdy zostanie wbity w posadzkę. Zapewniam.

wit

             A teraz posłuchajcie, co do powiedzenia o Krakowie mają znani tego świata:

„Kraków, by poznać trochę Trzeba z nim zjeść beczkę soli”  ( T. Boy-Żeleński ).

„Kto chce poznać duszę Polski – niech jej szuka w Krakowie, zaklętą w kamienie i obrazy, w melancholię grobów” ( W. Feldman ).

„Żegnam Kraków. Życzę mu nowej młodości. Życzę, aby został dla Polaków i Europy, i świata tym wspaniałym  świadkiem dziejów Narodu i Kościoła, jakim jest. Aby dziedzictwo  kultury wyrażone w murach  Krakowa (…)  nadal przemawiało całą swoją niepowtarzalną treścią”  (Jan Paweł II ).

wawel n wisła

MON AMOUR CRACOVIE

suk