Czy mugole to kiedyś zrozumieją

            

IMG_0019

                                                   Analogowy świat

           Wcale nie żałuję, że urodziłam się w analogowym świecie. To był świat nauki i świat książek. Nikt dyplomowych prac za nikogo nie pisał, nikt nie ściągał gotowców z Internetu, bo takiego nie było. Nie uczyłeś się, to wiedziałeś, że będziesz pasał krowy, kopał doły lub jak moja mama mówiła: dobrze, że blisko Chrzanowa jest Chełmek, niedaleko do pracy, będziesz mogła szyć papucie, potem może nawet buty pozwolą, bo tam dobrze płacą. Praca zawsze dawała i daje poczucie niezależności. Inny był również świat wartości i świat wstydu. Jeśli ktoś mówił brednie, rumieniec od razu zdradzał upokorzonego, a na salony debatowe nie zapraszano pełnych żółci  nieuków. A klucz?  Wiadomo, był jak zwykle pod wycieraczką.

                                                   To był styl życia i bycia

         Żeby być muzykiem, piosenkarzem, trzeba było mieć słuch, głos, dyplom, talent, więc nic dziwnego, że zaczynali od Bacha, śpiewali „Nie lękajcie się, idźcie pod prąd”. „Olevay system”, „Kto cię obroni Polsko”. Smakowicie też brzmiało „Wino za karę”.  Pytam, „Gdzie są punki z tamtych lat”? Pod tym samym niebem żyjemy i z tej samej gliny ulepieni… Wpadłam w te dźwięki razem  z glanami i kolorowymi sznurówkami na jeden sezon. „Zostań z nami melodio”, mimo że „Czas upływa jak sen”.  Czasy słusznie minione przeszły do historii, ale wówczas usta zagipsowane mówiły, zresztą nie tylko aluzjami, choć te były w lot odczytywane. Świat jest cały czas w ruchu, Bergsonie, tylko w jakim kierunku  teraz idzie?

                                                 Slashies poszukuje

              Niektóre elementy lat mitrężnych i siermiężnych powoli wracają. Zacznijmy od wina nieboszczki PRL: „Czar Pegeeru”, „Uśmiech Sołtysa”, „Alpaga” „Alpagi łyk i dyskusje po świt”. Nawet zaprawieni siarką i kwasem mieli odlot, a S. Kisielewski o „Amarancie Górskim”: „ból głowy bije tu wszelkie rekordy.”  Za to „la patik” że tak powiem z francuska dobry był na kaca.  Coraz prężniej wracają kolorowe jarmarki zwane świętem miasta, dzielnicy, dniem chleba, cebuli, ziemniaka, kapusty. Tylko w te dni gospodynie (bez kontroli SANEPIDu) mogą sprzedawać swoje ciasta, bigosy, potrawy regionalne, miody, wędliny. Ten czas zaprzeszły także widać w kawiarniach, barach i knajpach z nazwą PRL. Zajrzyjcie do nich, wszędzie tłumy młodych, mimo obskurnych ścian, mebli i mętnej lury. Wracają potańcówki na dechach i śluby rodem z PRLu. Do gości wysyłane są zaproszenia w stylu wezwanie przez MO, na ślub młodzi jadą „syrenką”, „warszawą”. Menu od galarety po śledzia, a wódeczka z niebieską etykietką, uwaga panowie, w literatkach i musztardówkach.  Na bogato.

              „Na miły Bóg, życie nie po to jest, by brać”. I mieć. Drodzy Paciaciakowie, wcale nie z tego kabaretu, zbierajcie tymi szpachelkami internetowy szlam, polityczny muł i wyżyłowany szmal. Trzymajcie poziom, nie bądźcie milczacymi owcami i bezradnie beczącymi baranami. Z pozycji trzy czwarte lepiej dostrzec, co się liczy w życiu. Wzorem Wachmistrza proponuję wypicie choćby naparstka nalewki za szczęścia łut młodych slashiesów. Niechaj szukają swojej drogi w życiu i niech to będzie świat w tym dobrym stylu.

PS. Na zdjęciu „Nowa Prowincja” u Turnaua na Brackiej tak wyposażona.