Franciszek Fiszer, człowiek legenda, król ironii i sarkazmu

        DSC_6628

              Wojtek (wojciechgotkiewicz.blogspot.com) zaproponował w komentarzu, aby napisać o Franciszku Fiszerze (1860 – 1937). Pomyślałam, czemu nie, skoro to  zabytek swojej epoki, niezwykły człowiek, erudyta, przyjaciel poetów i pisarzy, filozof.  Ech, gdybyż wszyscy filozofowie byli tacy barwni i taką mieli osobowość…  

         Właśnie mija osiemdziesiąt lat od śmierci tego filozofa zwanego Sokratesem Warszawy. Nic nie napisał, podobnie jak Sokrates, który również niczego nie napisał i gdyby nie Platon… Filozofię Fiszera znamy zwykle z opowiadań jego przyjaciół, trzech książkowych opracowań oraz wspomnień artystów zafascynowanych niezależnym umysłem, prawdziwie franciszkańskim miłosierdziem, ciętymi ripostami i niezrównanymi gawędami. Fiszer to człowiek, który nie miał nic, tylko ten niepospolity umysł. Odziedziczył wprawdzie spory majątek, ale głowy do interesów nie miał, przyjaciół wielu, a szczodrość wielką, więc szybko go stracił.

            Pokażcie mi człowieka, który nie ma dachu nad głową, nie pracuje, nie ma grosza przy duszy, a wszyscy zabiegają, by im towarzyszył, płacą za niego rachunki, karmią, zapraszają do zamieszkania u siebie i to bez zobowiązań. Nawet restauratorzy często żywią potężnego łasucha, gdyż jego osoba to żywa reklama, która przyciąga niebanalnych gości. Franciszek zwany Fransem, Franzem lub Francem  należał do warszawskiej śmietanki towarzyskiej i był ozdobą balów,  rautów, spotkań. Całe dnie spędzał w „Ziemiańskiej”, „Udziałowej”, „Kresach”, „Małej Ziemiańskiej”, „Zodiaku”, „U Miki”, IPS-u (Instytutu Propagandy Sztuki). Kawiarnia była w Młodej Polsce i międzywojniu „środowiskiem naturalnym” artysty, jak zauważył Artur Rubinstein. Franc zaprzyjaźniony był z poetami Skamandra, stąd sądzi się, że to właśnie Fiszer stworzył  pseudonim artystyczny B. Leśmianowi.

            Trzeba sobie wyobrazić potężne zwaliste ciało, tubalny głos i niespotykaną charyzmę Franca Fiszera. Jaką trzeba mieć osobowość, by  Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Zenon Przesmycki, Artur Rubinstein,  Antoni Lange i inni byli zafascynowani erudycją, dowcipem wykształconego smakosza. Ten „warszawski oryginał” (M. Sawicka) był legendą jeszcze za życia, postawił przed sobą cel właściwie nieosiągalny, czyli rozwiązywanie zagadek istnienia. Jeśli ktoś uważa, że sprawa prosta, niechże sam spróbuje rozwikłać zagadnienie form świata oraz rozumienie bytu na ziemi.

             Między tym śledziem a sztuką mięsa toczyły się poważne filozoficzne dysputy; uważa się, że Fiszer był pierwowzorem postaci Pana Kleksa, a dyskusje  z F. Fiszerem prowadzili Leśniewski, Tarski, Tatarkiewicz, Twardowski i Kotarbiński.  Na półpiętrze „Ziemiańskiej” dochodziło często do sporów o Boga, prawdę, czy o istotę bytu. Słynna była dysputa Fiszera z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim o Marcelu Prouście. Wieniawa zaciekle bronił pisarza przed atakami pana Franciszka, (który Prousta zwyczajnie nie lubił), więc przytaczał rozmaite recenzje najznakomitszych krytyków. Znudzony Fiszer w końcu oświadczył: ”Widzisz kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie.”

Trzy miłości Franciszka

I. FILOZOFIA

             Pierwszą i najważniejszą była filozofia. Jako uczeń lipskiego filozofa Richarda von Schubert-Solderna, uważał się za metafizyka.  Ten perypatetyk, ten kontynuator arystotelesowskiej filozofii lubiący nagłe a niespodziane zwroty w akcji, trudności, uwikłania, zmienne losy, przygody, anegdoty nie pozostawił po sobie ani jednego dzieła filozoficznego; ba, ani jednego zdania. Gdyby opublikował choćby część swych zabawnych anegdot, filozoficznych uwag, stałby się jednym z najbardziej czytanych filozofów. I  także zapewne najbogatszym z filozofów.

II.  TOWARZYSTWO LUDZI

            Fiszer był osobowością o  inteligencji, którą podniecał kontakt z ciekawymi ludźmi.  Jego „zapładnia atmosfera dysputy, paradoksu” pisał Boy. „Nie docenia się dziś takich ludzi. Kiedyś na przykład fantazja podpowiedziała mu, żeby z warszawskiej „Sielanki” na dalszy ciąg pojechać wprost do… Wiednia”. I pojechał, bowiem drugą miłością są  ludzie o ciekawych umysłach. 

            Jedna z aktorek, oburzona, że Fiszer nie poznaje jej, powiedziała mu o tym. - Na Boga! – wykrzyknął Fiszer. – Po czymże mam panią poznać? Żeby pani miała jakiś pryszcz na nosie albo wąsy, a tak, twarz goła jak pięść, codziennie inny kapelusz i uczesanie, po czymżeż mam panią poznać?Innym razem zapytał, czym zajmuje się ten przechwalający gość – To słynny olimpijczyk, lekkoatleta. –  A dokładnie? -  Biega.  A na to Fiszer: -  A w którą stronę?

           Posłuchajmy, jak Franc opowiadał:  Miałem stangreta. Józef mu było. Wyjeżdżając do Paryża ze stacji Ostrołęka, błądząc już myślami nad Sekwaną, powiedziałem mu machinalnie: „Niech Józef czeka.” Nie było mnie w kraju dwa lata. Wracam niespodziewanie, wezwany telegraficznie przez plenipotenta. Była noc. Jak ja się tu dostanę do domu? Wychodzę przed dworzec, patrzę: moje konie i Józef. Zdumiony pytam, skąd wiedział o moim powrocie. „Ja nie wiedziałem, ale pan dziedzic kazał czekać, no to ja czekam.” Dwa lata czekał.

          Kiedyś w knajpie była mowa o chiromancji. Ktoś komuś wróżył. Fiszer oświadcza, że on lepiej wróżyć potrafi. Siedząca obok literatka wyciąga ku Francowi swą rękę i pyta serio: - Cóż pan widzi? Fiszer spogląda na dłoń i pali natychmiast: - Duży apetyt, małą inteligencję.

III.  POTRAWY

             Filozof jako człowiek potężnych gabarytów lubił dużo i dobrze zjeść. Kiedy pewien ichtiolog zapytał go: –  A wie pan do jakiej rodziny należą śledzie, Fiszer spokojnie odpowiedział: -  Proszę pana, śledź należy do rodziny przekąsek.

            Starszy kelner w restauracji w Krakowie, zachęcony sutym napiwkiem, zapytuje uniżenie, bo Kraków słynie z tytułomanii: - Jak mam szanownego pana tytułować? Prezes, dziedzic, dyrektor? - Nie, możesz do mnie ostatecznie mówić „Boże Ojcze” – odpowiedział Fiszer gładząc swą rozwichrzoną brodę.

              Spotykam kiedyś Fiszera na Mazowieckiej, była to pora obiadowa. - Dokąd idziesz? – pyta Franc. - Na obiad – odpowiadam. - Szczęśliwy – wzdycha Fiszer – a ja już po obiedzie!

              Kiedyś Fiszer oświadcza: jestem tak objedzony, że najcudniejsze potrawy nie przeszłyby mi przez gardło. Doktor Toruńczyk, marzący o pokazaniu się z Fiszerem u modnego wówczas „Wróbla”, skwapliwie zaproponował mu udanie się do tej knajpy na pół czarnej. Siedzieli w pierwszym pokoju, gdzie mieścił się bufet. Z przyzwyczajenia Franc podszedł do bufetu i okiem znawcy zrobił przegląd. - Co to za ryba? – zapytał pokazując pięknego łososia. - Łosoś, panie dziedzicu. - Ja wiem, że łosoś, ale czy jest dobry? - Niech pan dziedzic skosztuje, wspaniały! Fiszer uległ pokusie, pochwalił łososia… i zjadł go całego. Blady z przerażenia Toruńczyk liczył pieniądze, czy mu starczy na zapłacenie tak luksusowej konsumpcji, gdy z sąsiedniej sali wyszedł rzeźbiarz Gruberski i zapytał Fiszera: - Czy jadłeś dziś sztufadę z makaronem? - Nie – odpowiedział Fiszer – a bo co? - Mówię ci, ósmy cud świata, palce lizać. - Panie starszy – zwraca się Fiszer do kelnera – daj no mi pan tej sztufady z makaronem. Biedny Toruńczyk musiał wyskoczyć do sąsiedniej cukierni, by pożyczyć pieniędzy na wykupienie Fiszera od „Wróbla”.

          A. Śliwiński  wspomina: Miałem przy sobie niewielką tylko sumkę, wdałem się więc z Fiszerem w pertraktacje. – Może pójdziemy do „Simona” na obiad, ale na coś skromnego, bo nie bardzo jestem przy gotówce – zaproponowałem. – Doskonale – ożywił się Fiszer. – Sztuka mięsa? – zapytał zniżając głos do szeptu. Propozycja została zaakceptowana. – Jedna wódeczka i małe piwko? – dodał Fiszer, gdyśmy już wchodzili do restauracji. I to zostało uzgodnione. W restauracji Fiszer majestatycznym głosem zamówił wódeczkę, sztukę mięsa i piwko. Nagle wzrok wlepił we drzwi i krzyknął na kelnera: – Da mi pan karpia, gęś i melbę! Sztukę mięsa także!  Wypada również znać najsłynniejsze powiedzenie Fiszera o jedzeniu: najlepsze są dania proste. Weźcie na przykład taki kawior, czy może być coś prostszego, a jakie to pyszne.

Fiszer – myśliciel

          Były okresy, kiedy Fiszer znikał z Warszawy, a wtedy pejzaż stolicy tracił coś ze swej malowniczości. Okresy te spędzał zaszyty w ciszy wiejskiej w Łomżyńskiem u przyjaciół. Przed dwór podjeżdżał właśnie silny oddział jazdy niemieckiej z generałem na czele. Zobaczywszy stojącego na ganku olbrzyma, generał zatrzymuje konia i pyta Fiszera: - Pan jest właścicielem tego majątku? - Nie – mówi Fiszer. - A cóż pan tu robisz? – brzmi groźne pytanie. - Zajmuję się metafizyką – odpowiada wyniośle Fiszer swym zwykłym, niezachwianym, pewnym siebie tonem.

           Przybyszewski, nie mogąc dać rady Francowi Fiszerowi w jakiejś bardzo konkretnej filozoficznej dyspucie, zachichotał szatańsko i wyszeptał: ‚Nie masz pojęcia, robaczku, jak strasznie się uśmiałem z tego wszystkiego, coś powiedział’. Na co Franc: ‚Kochany Stachu! Uśmiałbyś się tysiąc razy więcej, żebyś choć jedno słowo z tego zrozumiał’ .”

- Co pan robi? – zapytał ktoś kiedyś Fiszera. - Odłogiem leżę. Ugoruję – odparł Fiszer.  O  S. W. Reymoncie mówił: w metafizyce zupełny Boryna.  Jak mawiał sam Franz Fiszer – „Nie można wymagać od wszystkich, aby nic nie robili, bo to najtrudniejsza rzecz na świecie”.

                 Życie prywatne Franciszka Fiszera w zasadzie mniej mnie interesuje, ale środowisko, w którym przebywał, które go kształtowało, atmosfera, która go otaczała jest godna uwagi. Nieważne, co jadł, (wódkę niezbyt lubił, wolał wino), nieważne co pił, ale najbardziej interesujące z kim jadł i pił! Tamten świat błyskotliwego umysłu, intelektualnych uczt nie wróci. Na kamiennej płycie nagrobka  F. Fiszera wyryto zasłużenie: myśliciel.

Może kiedyś przyjdzie dawna moda na wspólne rozmowy, na bezinteresowność, na legendarne kawiarnie?

Korzystałam z tekstu J. Zaruby „Fiszer i jego anegdoty”   (http://niniwa22.cba.pl/fiszer.htm)