I ty bądź szczęśliwy jesienną porą

Kozice2

         Człowiek rozmiłowany w zbytku i wygodzie całe życie dąży, by mieszkać w tym luksusie, ale kiedy go po jakimś czasie osiąga, wcale nie czuje się szczęśliwszy ani spełniony. Ciągnie  do niewygód, ponieważ zauważa brak tej witaminy N związanej z naturą. Buduje chatki  hej tam na górce, w szczerych polach obok  brzozowych lasków,  sadzi iglaki, w tym modrzewie i czarne sosny, by pachniało górami. Cieszy się, gdy zając pod chatę przykica lub sarenki zimą proszą o karmę i podchodzą pod dom. Raduje, gdy rano otworzy okno na taras, a ta zieleń sama w oczy wchodzi, z kolei  wieczorna kolacja ma inny smak, bo przy okazji można wreszcie zobaczyć zachód słońca.

          Tego blokowi w miastach nie uświadczą, za to mogą więcej czasu spędzać przed ogłupiającym telewizorem, choćby z tej racji, że nie odśnieżają, nie noszą drewna, nie przycinają, nie koszą i nie oglądają tych gwiazd na niebie.  Ale szczęśliwsi nie są, słupki depresji idą w górę. Żyją cudzym nieszczęściem, wojenkami na górze i kotem w oknie. Są i tacy, którzy rzucają wszystko, kupują dom w Bieszczadach, jednak w większości wypadków wracają, ponieważ życie w puszczy na stałe wymaga stałych poświęceń, więc nie każdy podoła. Popatrzmy, jak radzą sobie Norwegowie.

           Niemal każdy  Norweg ma swoją hyttę, czyli mały drewniany domek w lesie; im wyżej w górach, tym lepiej, a majętniejsi mają najwyżej, bo tam dojechać niczym  nie można, więc materiały trzeba zwieźć helikopterem oraz samemu przejść wiele kilometrów z tym prowiantem pod szczyt, gdzie ten wymarzony domek stoi. Trud rekompensują niesamowite widoki, zatem z reguły co weekend do niego pielgrzymują, by poczuć się lepiej, by mieć kontakt z naturą i widzieć te uspokajające krajobrazy bez telewizora, komórki, komputera. Niektórzy sami ciężko pracują przy budowie, nie dlatego, że ich nie stać na wynajęcie ekipy pracowników, tylko z powodu tej późniejszej satysfakcji, że to wszystko zbudowali  własnymi rękami.

            Natomiast kiedy patrzą, jak ich szef pędzi do wygódki (z serduszkiem?)  po śniegu czy błocie, czują się  na równi z nim szczęśliwi, bo on ma tyle samo, co oni i równie mu trudno w tym domku bez elektryczności, więc może dlatego w tym miejscu każdy czuje się dobrze. Wnętrze surowe,  przy kominku i świecach, gdzie piętrowe łóżka, meble z odzysku, w szufladach  każda szklanka, czy łyżka z innej parafii, a przy ścianie narty, kijki, wędki, siekiery, łopaty, bowiem tu się przyjeżdża po psychiczną równowagę oraz życie zgodne z naturą. Ten milioner także w czasie ulewy czy zamieci jest również odcięty od świata, a mimo to czuje się szczęśliwy egzystencjalnym bezpieczeństwem, pozbawiony złych emocji, bo chodzenie po lesie niezwykle wycisza i uspokaja, czyli ludziom potrzebny  jest taki wentyl bezpieczeństwa.

              E. O. Wilson z Harvardu uważa, że człowiek ma naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą i nawet nazwał to zjawisko „biofilią”. W hyttach Norweg wycisza się z reguły ok. 35 dni w roku. Prof. N. Witoszek sądzi, że kryją się za tym głębsze, choć nieuświadomione potrzeby. Okazuje się, że wtedy rodzina rozmawia z sobą, bo wreszcie się widzi, ponieważ nikt nie siedzi w swoich pokojach, skoro jest tu jedna izba, ponadto rozmów nie zagłusza żadna gra, czy  telewizornia. Polskie dzieci nie chcą podobno jeździć w góry, bo trzeba najpierw na nie wychodzić, a potem znowu schodzić. Nie wiem, jak z małymi Norwegami, myślę, że podobnie, ale przywykli do tych wyjazdów, więc potem będą wspominać nie to życie w mieście, tylko tę rybę, którą trzeba było samemu złapać w tym potoku, oprawić  i usmażyć. Mimo że  pachniała mułem, przesmażona,  była pyszna, każdy tak powie.

           Idzie jesień, a  z nią plucha,  chłód i wieczne narzekanie, wtedy przypomnij sobie, że ten Norweg musi przynieść sobie opał, zaświecić świeczkę, za swoją potrzebą wyjść do wygódki na zewnątrz i nieważne, ile milionów ma na koncie, sam musi odśnieżyć tę ścieżkę do niej, a latem też nie pośpi, bowiem ptaki już zwiedziały się o przyjeździe.

           Najciekawsze jest to, że wymarzone szczęście przychodzi w tych surowych warunkach, gdyż w trudzie człowiek uczy zmagać się z życiem, nie gnije w luksusie i nie narzeka. Z pozycji hytty  życie nabiera dystansu, innego wymiaru, a fizyczna praca oczyszcza złe emocje i przywraca właściwe proporcje wartościom, uczy zmagania z życiem i wygrywania z chaosem. Tam gubi się słotne chandry, gdyż – powtarzam za T. Gulbranssenem – „lasy wiecznie śpiewają”, uczą pokory, a chodzenie skutecznie i bez chemii leczy umysł.