Tupot białych mew w nieciekawych czasach

           Ach, te słodkie wykopaliska. Oglądam ciekawą czekoladę „Lata 70-te”, „Lata 80-te”,  ”Lata 90-te” (o nazwach pisanych z tym dywizem jak dawniej), więc siłą rzeczy wrócił klimat rodem z dawnego PRL-u. Trzeba wcześniej urodzić się, by widzieć pod powiekami te dymiące kominy hut, kufajki i robotniczy znój. Można mówić wszystko o tamtych latach, można kpić, szydzić, ale w tym jądrze ciemnoty dopiero teraz widać, że to był świadomy sort. Nie żyli wciskanym kitem, waśniami, mieli odwagę przewidywać, myśleć  i  bawić się, o czym śpiewał W. Młynarski w piosence „Światowe życie” („Światowe życie, przygód sto, Sweter z CDT-u, metka z PKO!”).  Nie do uwierzenia, ale były czasy, kiedy zewnętrznym wyglądem nikt się nie przejmował. I nie słyszano powszechnego dzisiaj: Nie mam co na siebie włożyć, bo też telewizja, czyli „radio z okienkiem” (określenie Wiecheckiego Wiecha) nie wskazywała, co trendy i co w Paryżu na wybiegach.

            W latach  60 – 90 ubiegłego wieku wbrew szarzyźnie życie towarzyskie kwitło kolorami. Rauty działaczy, bale spółdzielców, prywatki, imieniny z kanapkami i warzywną sałatką, a wokoło wesoło. Zapach „Przemysławki”, czy „Brutala” wymieszany z „Panią Walewską i „Być może” dodawał splendoru i szyku paryskiego, a jakże. Noblisse oblige, więc godnie należało prezentować się w małej czarnej, panowie w dżinsach i koszulach non-iron lub białym golfie, a pytanie  ”W co się bawić” od lat nurtowało szare komórki. Zacznijmy od słodkiego retro:



     A. Klim w książce „Seks, sztuka i alkohol” rejestruje życie towarzyskie lat peerelowskich, głównie w stolicy. Miejscem  spotykań artystów był SPATIF.  Miejsce, które nie grzeszyło zbytnio czystością, ale atmosfera i sławy, które tam bywały, przyciągały tłumy. Ośrodkami życia były konkretne stoliki. I tak J. Prutkowski został zapamiętany z „loży generalskiej”, W.Komar z „koktajlu” zrobionego z rosołu z wódką. Oj, niełatwo się było dostać na Parnas. Kiedy pewnego razu do stolika A. Osieckiej dosiadł się nieproszony gość z Tatr (a rzecz dotyczyła niuansów fleksji bułgarskiej), zanim zaczął mówić, J. Minkiewcz zgasił przeciwnika: „Z tematyki alpejskiej interesuje mnie wyłącznie yeti”.

            W Krakowie takim ośrodkiem był Klub Dziennikarzy pod Gruszką. Już od jedenastej stawiali się satyrycy, pisarze, redaktorzy. A młodość szumiała w Rotundzie, Pod Przewiązką, w Jaszczurach, Hybrydach, Stodole, Medyku… Stopień rozbawienia zależał od ilości czystej, wina marki Wino i eleganckiego calvadosu. (Ówczesny calvados robiło się w garnku, czyli mieszało wódkę z sokiem jabłkowym). Kiedy na kopcu Kościuszki swego czasu urządzono P. Skrzyneckiemu imieniny, atrakcją było szukanie wina pochowanego w różnych miejscach. Tym sposobem zeszła noc, a większości skrzynek nie odnaleziono.

         Pretekstem do spotkań było wszystko, także kupno sprzętu AGD. Znana tancerka opowiadała, że została zaproszona na wypróbowanie sokowirówki, więc ubrana w modną biel poszła na eleganckie party sokowe, wszyscy odświętni, każdy trzyma w ręku swoją szklaneczkę, a pisarz już przygotował marchewkę, buraki i jabłka. Nacisnął guzik, ale nie zamknął otworu, więc soczek z tej – jak ją nazwano – „wyżymałki” wylądował na toalecie trzymających szklaneczki.

           W 1969 r. władze urządziły jubileusz z okazji urodzin J. Iwaszkiewicza, podobny chciano zrobić A. Słonimskiemu, ale fety nie było jako że ten poeta zawsze był w niełasce, więc poetę ominęło „Szampanskoje Igristoje” (biały, winopodobny gazowany napój, kwasem nie jedzie, w Biedronie za 6,50). Ale od czego jest ta Polaków własna ułańska fantazja, która nie opuszcza w trudnych sytuacjach.



         Ówczesna bohema, awangarda bawiły się w klubach, kawiarniach, domach pracy twórczej. Ciasnota własnych „M” nie pozwalała na urządzanie głośnych imprez.  Wówczas śpiewała cała sala, a piosenki zadziwiały melodią, słowami i miały swoją niepowtarzalną atmosferę, o czym śpiewał W. Młynarski:  ”Ach, to był szał, gdy Duduś grał”, a „W razie czego przypomnij sobie Zdzisia”. I ten hotel, „Hotel Europa” trzeciej kategorii, natomiast ryzyko kategorii „S”. Rano w głowie tupot był, a jakże, skoro „Jesteśmy na wczasach”:



             Trójkąty się zdarzały („Mewa latała z Heniem. Ale miała męża Jasia. Mieszkali we troje.”), ploty były, mezalianse także, bo jakże to Z. Cybulski i M. Dietrich? Kisielewski i Mazurówna ? (pani  Kisielewska „upuściła z wrażenia półmisek”, gdy dowiedziała się, że jej syn z „tą” Mazurówną), związki homo także, podobno J. Iwaszkiewicz, M. Hłasko, J. Andrzejewski, H. Bereza, M. Białoszewski, J. Waldorff,  M. Jankowski, E. Fetting. A co działo się w mieszkaniu  małżeństwa Dygatów nazywanego „księstwem warszawskim”:  ”Tłum kłębił się w przedpokoju. Kalina leżała w łóżku. Była goła (…) goście siadali na tym łóżku”.  Parasolki też szły w ruch, ale oceniano ludzi po owocach, a nie po: kto z kim i dlaczego tak. „Szajba” odbijała, jak śpiewał nieodżałowany W. Młynarski, ale „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”.

             J. Głowacki wspomina: „Nigdzie chyba nie marnowało się talentów z tak piękną bezinteresownością jak nad Wisłą (…)Stryjkowski wykrzywiał się tu na Singera, Słonimski mówił dobrze o Wieniawie, Bereza o Drzeżdżonie, płk Załuski o bitwie pod Lenino. Andrzejewski walczył z Lisiecką o duszę młodziutkiego Mętraka, tajniacy wychwalali wysoką jakość japońskiej aparatury podsłuchowej, a Paweł Hertz milczał wieloznacznie. Po północy rozmowy rozpoczęte w moralnej tonacji bohaterów Corneille’a z wolna ewoluowały w stronę Dostojewskiego, ze szczególnym uwzględnieniem postaci radcy tytularnego Marmieładowa, specjalizującego się w alkoholowym masochizmie”. Woda sodowa używana była na drugi dzień i tylko do picia. Przemieszanie warstw, klas i sfer widoczne było nie tylko na trzepaku. Wraz z W. Młynarskim nastąpiło pożegnanie pewnego stylu, niespotykanej wrażliwości i tej klasy, której próżno szukać…

             Póki „Jeszcze w zielone gramy”, może troszkę moglibyśmy pobyć wspomnieniami  w tych nieciekawych czasach, Panie Wojciechu:



OBYWATELU, ZAPODAJCIE WASZĄ PROŚBĘ, czyli polszczyzna PRL

          Nic tak jak atrament nie plami języka. Pewnie zdziwisz się młody, że twoi rodzice, dziadkowie wcale nie mówili kryształowo czystą polszczyzną. Prześledźmy czasopisma z dawnych lat.   „I śmiech niekiedy może być nauką”, więc podaję parę perełek:

„Pokątnym sprzedawaniem wódki powinna wreszcie zająć się milicja”

„Pierwsze miejsce w tabeli zajmuje Legia, a depcze mu po piętach Górnik”

„Festiwal Młodzieży i Studentów”

„Należy głębiej pokopać w problemach sportowych (…) Podzielamy więc uczucie, że z piłką oraz w piłce jest źle”.

wit w prl

          Celowały w językowych zwyrodnieniach – jak zwykle –  urzędy.

„Opierając się o przepisy, zabezpieczyliśmy szkoły w opał  i zabezpieczyliśmy podręczniki”,

” Urząd Miasta w (…) wypowiada obywatelce umowę o pracę z dn. 1.04, z tym że stosunek służbowy z obywatelką nastąpi dn. 31.04″,

„W bieżącym miesiącu każdy rolnik będzie analizowany z wydajności mleka”,

„We wsi (..) powstał zespół wypalania cegły z mieszkańców”.

    Te językowe kwiatki wynotował J. Wróblewski w „Słowie Ludu”.

slowo ludu

           Ażeby sprawozdania były kwiecistsze, urzędnicy dodawali ozdoby w postaci masła maślanego ( tautologii): ‚producenci chcą i pragną’,  ’zakład wykonał plan mimo trudności i kłopotów’,  ’wielka to i wybitna postać’,  ’błahy i nieważny incydent’,  ’aktywista i działacz’,  ’błędna omyłka’.

lewatywy

         Sławne milicyjne sprawozdania aż roiły się od likwidowania wszystkiego, co się rusza: bimbrownie, mordownie, zgromadzenia, posiedzenia, gangi długowłosych. Milicjanci pisali sążniste elaboraty, a w nich spisywali „wiedzę uczonych w piśmie”:

„W czasie pochodu pierwszomajowego rzucał spojrzenia antypaństwowe”,

„Podejrzany zakopał poszlakę w ogródku”.

„Lokatorzy składali skargi, że wypija mleko z butelek przed drzwiami, które wypełnia moczem”.

„W lesie zastaliśmy drzewa”.

„Martwego odnaleziono w ciężkim stanie”.

„Był to pies marki wilczur”.

„Według widocznych śladów na śniegu, przestępca był w butach bez skarpetek”.

             Satyrycy mieli pole do popisu.

jujka_kartka_na_mieso

       Środki masowego przekazu stosowały skostniały szablon. W myśl tych utartych słów najwięcej było partyjnych „wierzących”: „wierzymy w ten etap”, „wierzymy, że nam się uda”, „wierzę, że się wygrzebiemy”. Inne powielane wyrazy i wyrażenia: instrumenty planowe, ważkie decyzje, mechanizmy gospodarki, naświetlanie sprawy, zmiany na szczeblach. Dowcipny Mleczko w „Przeglądzie Tygodniowym” ukazuje wymyślicieli nowych haseł. W końcu prezentują na transparencie z dumą nowo powstałe hasło:  ”Proletariuszy wszystkich krajów uprasza się o łączenie”.

1873697-kartka-na-zakupy-z-czasow-prl

             Wielu Polaków stało w długich kolejkach za butami, a nie po buty. Także za cytrynami, za kawą, za meblami, mięsem i dobrem z kartki. Mąka, tłuszcze to także rarytasy. Niektórym pewnie w to trudno będzie kiedyś uwierzyć. Pytaliśmy  również na ile ta kiełbasa, kaszanka, ochłap mięsny.  Ano, na dwa dni – odpowiadał  sprzedawca. Poprawialiśmy się: po ile kg kiełbasy.  Jechaliśmy na Warszawę i na Kraków. Nosiliśmy siatki za uszy, a po rosole pływały oczy. Sklepy zamykaliśmy z powodu choroby, kioski były w zmniejszonym limicie godzinowym, samoobsługa w remoncie, wychodziliśmy z interesem do biura, a szewc nie był czynny w pewnych godzinach. Chore sklepy i nieczynny szewc na szczęście odszedł już do lamusa.

herbata

          Kto żyw wymyślał nowe słowa. Nowatorstwo językowe szczególnie widoczne było na  metkach.  Czytaliśmy:

namydlacz zarostowopieniący (mydło do golenia),

włosowiec męski (kapelusz),

kipochron (pokrywka),

garnitur stołowy (serwis do kawy),

skurzawka (ścierka),

 szalik naszyjny (szal),

 dołowiec (patelnia),

słodziarka kryta (cukiernica).

         Zęby same wychodzą na wierzch, gdy czytamy wygrawerowane ostrzeżenie w pociągu: „Wskakiwanie i wyskakiwanie grozi śmiercią oraz 500 zł mandatem”. To kto  po  śmierci płacił ten mandat? Szerokie grono pismaków „wzgłębiało ” węzłowe problemy, aby- skąd my to znamy – zapełnić ‚watą’ szpalty gazet. Krzyż pański z tym ciągłym  truciem ludzi. Za Chiny nie wiem o co chodziło w tym zdaniu: „Uznano za niezbędne dokonywanie przebudowy mechanizmu współpracy i socjalistycznej integracji  działalności RWPG z uwzględnieniem narodowych mechanizmów gospodarczych krajów członkowskich rady podejmowanych przez te kraje w dziedzinie usprawnienia tych mechanizmów” („Rzeczpospolita” Nr 242 z 1987 r. ). A miało „naświetlić sprawę”. Konia z rzędem temu, komu co naświetliło.

tep na żyl

              Wartki potok słów zalewał protokoły z zebrań, po których jedyny ślad, jaki pozostawał, to wytarte łokcie, kolana i ubłocone odzienie, bo często nocny powrót z takich nasiadówek wcale nie był prosty na dwóch nogach. Pisano: „Źródłem naszych sukcesów jest wydajna praca”. Pamiętajmy jednak, że wówczas każdy otrzymywał stałe pobory, nawet ten, który się zwyczajnie obijał.

klient w krawacie nie awanturje się

           Powszechne było podnoszenie wiedzy i ideologii:  ”Tow. Karpiński winien na kolegium redakcyjnym naszej gazetki Pafawag sprawę powyższą omówić, aby w każdym numerze ukazywały się artykuły ukazujące kożyści, jakie osiąga zakład, jak i robotnik pracujący metodami radzieckimi”. (Pis. oryg.). „Wykonano już dwie tablice Brakoroby i Najlepsi, które zawieszone zostały na odlewni.” „Dyrekcja walczy z brakami materiałów w ten sposób, że wpaja się w ludzi o jakości produkcji, jak również obcina się premie”.

        B. Łagowski pisał, iż Polacy pogodzili się z wieloma absurdami, jak: osiedla bez dojazdu i sklepów, motoryzacja bez samochodów i części zamiennych, fabryki bez oczyszczalni, szpitale były bez łóżek, maszyny rolnicze z przydziału, czy papier toaletowy załatwiany po znajomości. Przywykliśmy do satysfakcji moralnej i międlenia z pustego w próżne. Jak widać, każda epoka ma coś za uszami i za językiem. Słuszna racja, czyli słuszna słuszność.

sałatka jarz

          Anegdotka z tamtych czasów. Jest mięso? Nie ma. Jest kiełbasa? Nie ma. Jest pasztetowa?  Nie ma. To co jest?  Otwarte do osiemnastej. 

10