Zachwycające i szkaradne te wiedźmy i latawice

IMG_0004

         Słowianie przyglądali się zjawiskom przyrody i na tej podstawie wydawali ostateczne sądy. Wróżenie po obserwacji nadal powszechne, nawet wśród wykształciuchów. Przypatrzmy się takiemu bocianowi. Nie dość, że przynosi  dzieci, to jeszcze mamy zakodowane, iż jego pojawienie jest znaczące. Jeżeli pierwszego ptaka spostrzeżemy w powietrzu, tego roku będzie nam się wiodło i przyleci do nas oczekiwane szczęście. Jeżeli zobaczymy go stojącego na gnieździe, wtedy cała pomyślność spadnie na dom. A czarnego kota omijamy na drodze. Podobnie ma się z wierzeniami, przy czym rzecz jasna z dawnymi kobiecymi demonami muszą zapoznać się w pierwszym rzędzie mężczyźni, bowiem filozofia działania tychże pań, to nie kanapka z prostą, mięsną wkładką. 

          Weźmy choćby mamuny o które upominała się Klarka. Te wstrętne pałuby wzbudzały strach choćby z tego powodu, że podmieniały grzeczne i ładne dzieci na nieznośnych bachorów. Pałuby nie znikły, podmieniają, rodzice znają to zjawisko  aż za dobrze. Przy czym dawniej to była tragedia, obecnie tych, którym wyprano miłosierdzie i mózg widać w pewnych ławach. Tylko rodzina wie, że podmienieni. Trafnie ujął to zjawisko  K. Irzykowski (ten od „Pałuby”):  ”W polityce zamiast grać, wciąż tasują karty”.

           Wila, Wiła opiekunka magii, piękna i ze skrzydłami. Adam Mickiewicz tak pisał o niej: „Wila jest coś na kształt jeniuszów, gnomów sylfów. Łączy w sobie własności tych wszystkich tworów fantazji. Poeci wyobrażają sobie ją zawsze jako dziewicę cudnej piękności. Unosi się ona w powietrzu; ugania się za obłokami…”  Ekstatycznie tańczyła, ale co za dużo, to niezdrowo, więc mogła zatańcować nawet na śmierć.  Wietrzyce działały szczególnie nad morzem i na Podhalu. Taki podmuch wiatru potrafił urwać głowę, a w najlepszym wypadku połamać. A  połamanych coraz więcej, niestety. Trusia ma cichą nazwę, ale ten kilkunastumetrowy rozwścieczony gad potrafił przyłożyć znienacka i nawet salwowanie się ucieczką nie pomagało.

       Rusałkami były zwykle piękne młode dziewczyny, które się utopiły z powodu nieodwzajemnionej miłości lub wskutek porzucenia ich przez niewiernych kochanków. Ustrojone w wieńce z kwiatów i powłóczyste białe szaty (często preferowały absolutną nagość, ale wianek zachowywały), wabiły wdziękami zacnych kawalerów, którzy tracili z pożądania swoje głowy. Nieszczęśnik kończył na samym zamulonym dnie. Yarpen („Król elfów”, A. Sapkowski): „Sto lat z hakiem próbowaliśmy ułożyć się z ludźmi. Niziołki, gnomy, my, nawet elfy, bo nie mówię o rusałkach, nimfach czy sylfidach, to zawsze były dzikuski, nawet wówczas, gdy was w ogóle nie było”. Nikt nie ma wątpliwości, że cykl obrazów „Rusałki” J. Malczewskiego współcześnie budzi osobliwe emocje. Proszę sprawdzić.

                Latawica miała pieczę nad zjawiskami atmosferycznymi. Osobliwie gustowała w wirach i trąbach powietrznych. Latawica o wielkich sowich skrzydłach i ostrych pazurach nocami nachodziła ludzkie siedziby, by wypijać ludzką krew  bądź domowych zwierząt. Tego demona powinni strzec się mężczyźni zwani oblatywaczami i z tym kompleksem rozmiarów. Demonożercy powinni również wiedzieć, że taka jedna prasłowiańska strzyga miała aż dwa pojemne serca. Współcześnie zauważamy odwrotność; znaczy, że prędzej zobaczysz dwóch ludzi, a serce  jedno. A może mnie się tak tylko wydaje, bowiem na jedno serce przypada już trzech osobników? Aby pozbyć się strzygi, należało odnaleźć ciało dziecka, z którego się wylęgła, a następnie, jak w przypadku wampira, przebić serce osikowym kołkiem. Na Śląsku męska forma strzygi potrafiła  wzrokiem pociąć ubranie, dlatego tamtejsze panie częściej niż na innych terenach nie miały się w co ubrać.

         Zmora lubiła się w nocy sadowić na piersiach śpiącej osoby i powoli pozbawiać ją tchu. Podduszała, jak to zmora, więc ten czosnek w kuchni i wisi, i króluje do obecnych czasów. Zmora miała możliwość transformacji w rozmaite zwierzęta: kota, kunę, żabę, a także w przedmioty martwe, jak słomka czy igła. Jeśli zatem Słowianin budził się rankiem z uczuciem, że coś go całą noc gniotło w piersiach i znalazł tam np. śpiącego kota – no to wiadomo – była  zmora! Skuteczną metodą zapobiegania była zmiana pozycji snu – tzn. należało położyć się w łóżku odwrotnie, tam gdzie nogi – głowa. Ślązacy byli przekonani, że „zmorą jest baba, przecież każdo jest po trosze zmorom”. Wiadomo, baby od lat chłopów duszą. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, kto do niego nocą przychodzi i co pod tą kordełeczką wyczynia. Nie oszukujmy się, niektóre mają podtekst kordełkowo – seksualny. Naukowcy obecnie zjawiska nie lekceważą, traktują jako studium lęków ludzkich, a zmorą obecnie nazywają bezdech senny lub paraliż nocny. E. Zegadłowicz, autor „Zmorów” powiadał: „Zdrowy chłopski rozum! Panowie – oto czego nam najwięcej brak”. Święte słowa, chłopski rozum bezcenny nie tylko na te sprawy.

           Tęsknica to widmo sprowadzające smutek. Przysiadała się z radością do ludzi, którzy przeżywali traumę i odbierała im chęć do życia. Choroba zwana wcześniej melancholiją, obecnie nosi nazwę depresja. O to zdrowie psychiczne  wówczas także dbano podając toksycznego ciemiernika. Po ustaniu wyczerpujących wymiotów i biegunki, od razu robiło się lepiej, czyli przychodziła chęć życia. Jędza to chuda, bezzębna baba o czarnych oczach. Najbardziej znana to Baba Jaga, która nęciła słodyczami, nie tylko te dzieci. Nie da się ukryć, jestem jej fankąWszyscy czasem potrzebujemy odrobiny słodyczy, nieprawdaż?

            Południca, czyli żytnia, rżana baba była opiekunką zboża i polnych kwiatów. Atakowała zwykle w samo południe. Morderczy demon polował na kosiarzy czy oraczy pracujących w pełnym słońcu oraz porywał niepilnowane dzieci. Wprawdzie obecnie śmierć tych ludzi tłumaczy się udarami słonecznymi, a znikanie niepilnowanych dzieci utonięciami, ale kto by w takie rzeczy wierzył. Południca zabrała i tyle. Morowe dziewice, personifikowane jako powietrze także przemierzały ziemię, a tam, gdzie przeszło morowe powietrze, ludzie masowo umierali. Dlatego w modlitwie „Od powietrza, głodu, ognia” na pierwszym miejscu widnieje powietrze. Z kolei bieda,  wędrowała od kraju do kraju, od chałupy do chałupy i zabierała dobytek. Gwoli ścisłości: uczyła też rozumu i prawd znanych, jak ta, że prawdziwych przyjaciół poznaje się tak naprawdę w biedzie. Panowie,  pamiętajmy, że wiedźmy – o czym przypomina Tetryk – to kobiety posiadające wiedzę, szczególnie w dziedzinie ziołolecznictwa i ogólnie dostępnej medycyny.

           Na mój chłopski rozum pomysłowość i niekonwencjonalność żeńskich demonów była wśród Słowian niezwykła. Pomyślmy także, że współcześnie również liczy się kreatywność, innowacyjność zaradnych życiowo rusałek, a magia powabu pracowitych wiedźm to niebanalny nośnik naszego wieku. Wiły, szalone kapryśnice także są znane. Prawda – szanowni panowie –  jest taka, że wyobraźni nic nie zastąpi w żadnej epoce. A kiedy rozum śpi, zwykle budzą się demony. W każdym wieku.