Nadzwyczajni zwyczajni staruszkowie

kwiat kaktusakaktus T. zakwitł !

Zatem

         Zrobiłam sobie sama dzień ciekawości, skoro go jeszcze nie ma w kalendarzu. Siedzę w salonie, bo teraz przecież każdy ma salon, więc i mój blokowy pokój przemalowałam na salonowy living room, nie będę przecież odstawać od reszty świata, tylko brakuje kręconych schodów oraz sukienkowych kreacji, które rzucają męski świat na kolana, kiedy się z nich schodzi stopień po stopniu. Zasiadłam jak jakaś dawniejsza jaśnie pani przed sernikiem z cytrynową galaretką i kawą, mogłabym zostać baristą, zapach kawy wystarczy, by wrócić do życia;  moje rewiry – pomyślałam, więc sama się nagrodziłam za to, że wyjść nie można, bo leje, wieje i wcale nie jest to mój ulubiony Zefirek, a muszę pochwalić się, że  jest jeszcze ze mną osobisty psychoterapeuta, nazywa się A. Wedel, rzeczywiście niezawodny w trudniejszych sytuacjach. Wyczyściłam sobie wczorajszy życiorys i myślę, by zacząć myśleć na nowo.

Tymczasem

            Moje trzecie oko widzi po ciemnej stronie ulicy, jak ze starego bloku, przemalowanego na nowy, wychodzi starsze małżeństwo, więc te zęby mi zaszczękały: to oni po siedemdziesiątce idą na spacer, a ja mam siedzieć w domu, niedoczekanie. Zostawiłam stygnącą kawę, ubrałam beret bez antenki („Co wy wiecie o berecie”), płaszcz z kapuzą i szybko znajduję się za nimi. Słyszę:

– Starajmy się, staruszko. Jeszcze parę kroków, damy radę, jak się położysz, to koniec, a nie ma co się spieszyć na tamten świat, bo nie wiadomo, co  tam nas czeka i co tam jest.

– A zapewne nic nie ma, ale masz rację, ruszać się trzeba. Niech nie siedzi w nas ta konserwa. Ruch to życie, ale niechby przestało padać. Widać za mało bogom składamy ofiar, że tak zacina już trzeci dzień.

Jednakże

            Jej słowa  więzną na wargach, fiołkowy szal szaleje przy szyi, a mnie „konserwa” rozbroiła, czyli oni jeszcze grają w zielone, jeszcze spacerują – myślę sobie – choć większość jest przywiązana do miejsc biernych, zatem czas im ucieka przez nieszczelną uszczelkę, za miesiąc znów będą starsi o rok. Uwięzieni we własnej nieskończoności mają skłonność do gorzkich żali na tę ułomność, na te choroby… Zawrócili. Lubię tę parę, ponieważ cały czas rozmawiają tak, że innym czasoprzestrzeń się nie starzeje i nie widać zmarszczeń.

Nawiasem mówiąc

          Myślę sobie, że wczesne dzieciństwo też ma swój lepszy czas. Przeżyliśmy Mickiewicza, Wojaczka, Różewicza, nawet Szymborską, a nie wiemy, że nie wiemy, co utka przyszły dzień. Świat ma tyle do powiedzenia i tyle jest do zrobienia, że zwyczajnie czasu brakuje, ponieważ krojenie cebuli (tu puszczam oczko zza okularów) może być równie fascynujące, jak zjedzenie sushi (uśmiech po japońsku), czy magicznego okienka (mrugam do pana Wedla). F. Gumps przyrównał życie do pudełka czekoladek, bo nigdy nie wiemy, na co natrafimy. A nadzienia mogą być rozmaite, jak to bywa w życiu, raz miód, innym razem chili.

Na razie

           Deszcz się uspokoił, ale podświadomość zachowuje się, jak komputer, eksponuje niezdrowe wzorce myślenia intelektualnej łatwizny, więc zawracam, aby dopaść zostawionych słodkości, bo to niebo trzeba mieć także na ziemi. I już miałam wpaść w euforię, ale rychło narracja została przerwana. Kiedy wracałam, znowu usłyszałam stuk laseczki. Moi znajomi-nieznajomi tuptali naprzeciw, a kiedy mijali, usłyszałam wyraźne: – Nic się nie bój, nie upadniesz, jestem przy tobie.